Rebenyx - W kniei dzikich serc (rozdział trzeci?)

rozdział trzeci: noc

 

Kalifornia, upalne lato dwutysięcznego roku.

Kilku chłopców, osiedle przyczep, bijatyka. Dwóch grubych, jeden duży i ofiara – chuderlak z kędzierzawymi włosami.

— Tym razem przegiąłeś, Rob — powiedział, spluwając na twarz skulonego na ziemi chłopca przywódca bandy – pulchny John Bob McKay.

Dwóch jego towarzyszy – okrągły i niski Nick Dave Gloomer oraz wysoki Fernando Herrera – przyglądało się sytuacji, jednocześnie upewniając się, że w pobliżu nie ma żadnych dorosłych albo co gorsza – pana Rebeliowa.

— Podbijałeś do Daisy, co? — kontynuował, kopiąc Roba w posiniaczony bark. — Ona jest moja, czaisz? Spójrz na ten brzuch. — Podniósł przepoconą niebieską koszulkę. — Widzisz te fałdy? Laski na to lecą. A ty masz tylko skórę i żebra, mały chujku. Co ty możesz dać takiej Daisy, fajfusie, że w ogóle myślisz o zaczepianiu jej? No mów, kurwa. Czekam.

— Pierdol się — odpowiedział Rob, uśmiechając się nieznacznie.

— Oż ty! — Fernando zareagował szybciej niż John. Podbiegł, tak mocno kopnął zmaltretowanego chłopaka w brzuch, że ten, zwijając się z bólu, zaczął wypluwać krew. — Koleś bez amigos nie będzie tak mówić do mojego amigo, joł. Doigrałeś się, Rob.

Gdzieś w oddali ryknął silnik motoru. Wiatr jakby ustał, słońce przestało grzać – uszy chłopców wypełnił tylko ten dźwięk. Nabierał intensywności, łączył się z szumem rozgrzanego piasku i piskiem opon. Zbliżał się.

— John! John! Spadamy. On tu jedzie…! — z przestrachem powiedział Nick, oglądając się za siebie.

— Na dziś koniec, pokurczu. — Raz jeszcze splunął John. — Obyś się czegoś po dzisiejszym dniu nauczył.

John i Fernando niespecjalnie się spieszyli z odejściem, ale Nick od razu ich pośpieszył. W końcu, szepnąwszy im coś na ucho, posłuchali i razem z nim, jak szybko tylko mogli, zawinęli się gdzieś, znikając za stojącą z prawej przyczepą kempingową.

Rob, z trudem się podnosząc, otarł krew z twarzy i powoli, zmuszając obolałe nogi do ruchu, szedł przed siebie w kierunku domu. Motoru już nie było słychać. Pewnie stanął gdzieś w pobliżu. Roba jednak to nie obchodziło. Chciał tylko wrócić do domu, obłożyć siniaki lodem i pomyśleć jak zaimponować Daisy następnego dnia.

A grzało niemiłosiernie. Miał zawroty głowy, myślał, że jeszcze trochę padnie i umrze, ale pchała go do przodu myśl o mamie. Bo nie chciał jej martwić swoją śmiercią.

 

***

 

Robert Piotrowicz Rebeliow zbudził się, zrzucając z siebie świeżo wygarbowaną skórę sarny. Podniósł się, rozejrzał po jaskini. Ognisko przed wejściem jeszcze się tliło. Kira, głośno chrapiąc, spała, wtuliwszy się w skalny kąt między stertą kości, a rozłożonym na posadzce obrobionym mięsie. „Strasznie mocny sen jak na wilka” – pomyślał Rob, przeciągając się i ziewając jednocześnie. Dołożył parę gałązek do ogniska, przeszedł koło niego, wyszedł parę metrów na polanę. „Jeszcze noc… Niedługo spałem” – pomyślał, patrząc na gwieździste niebo.

To już był któryś dzień od kiedy trafił do tej puszczy i ledwie dwa razy miał okazję docenić jej piękno. Pierwszy raz nad rzeką, gdy zaspokoiwszy pragnienie dostrzegł, że woda jest krystalicznie czysta, kamienna plaża spokojna i majestatyczna, a rozciągające się wszędzie wokół zarośla piękne, żywe i śpiewające głosami tysiąca ptaków. Drugi raz przeżywał obecnie – w cichą, spokojną noc, kiedy granatowe niebo, przeganiając chmury, pokazało miliardy swych świetlistych kryształów. Oba te miłe momenty spajał jeden element, o którym nie pomyślał od razu, a bez którego najpewniej by go już tu nie było. „Kira” – wyszeptał, odwracając się w stronę groty. Dziwne było uczucie, które może się rodziło, a może którym wobec niej już pałał. Raz, gdy na nią spojrzał, była psem, wilkiem, obiektem tresury. Zerkając po raz drugi ujrzał towarzyszkę – ufną, równą mu i lojalną. Spojrzawszy trzeci raz zdziwił się zupełnie swojemu tokowi myślenia – odnalazł w niej zagubioną dziewczynę, dzikie dziecko, które przypadło mu ocalić i nauczyć świata, wyrywając z jej ograniczonego stanu. Każda z tych po części była prawdziwym obrazem, a tylko od niego zależało, który z nich się urzeczywistni. Rob jednak nie wiedział, co robić. Bał się o swoje życie, bał się pościgu demokratów, bał się, że umrze, nie osiągnąwszy niczego. W żadnym z tych strachów nie było Kiry, a jednak podskórnie czuł, że jeśli ją tak zostawi, to żadnego z nich nie przezwycięży. „Śpi jak suseł, bo mi ufa. Sądzi, że jej nie zostawię, a ja mógłbym uciec i nic by nie zauważyła do następnego ranka…”. Kusiła go ta myśl, lecz zwyciężał chłodny rozsądek, abstrahując już od uczuć lub przywiązania. „Jestem tu bezsilny. Z nią – nie wierzę, że to prawda – mogę wszystko, a być może nawet coś więcej. Zabiła sarnę gołymi rękoma. Jej siła – jakby, nie daj Boże, demokraci się tu zjawili…”.

Poczuł narastającą senność. Już wcześniej zauważył, że do poranku jeszcze długa droga. Nie znalazł żadnego sensu w czuwaniu przez resztę nocy. Ziewnął mimochodem i wrócił do środka. Położył się tam, gdzie wcześniej, okrył skórą i zaczął powoli zasypiać, myśląc już, co czeka go następnego dnia…

 

***

 

Kalifornia, upalne lato dwutysięcznego roku.

Mały Rob, dużo mniej poobijany i znacznie szczęśliwszy, siedział na rozgrzanej masce czerwonego forda mustanga razem ze swoim nowym przyjacielem – Miltonem de Franco, zwanym Motocyklistą. Obserwowali razem codzienne, leniwe życie mieszkańców osiedla przyczep. Tam gdzieś ktoś robił grilla, tam przy jeepie dwóch czarnych jarało trawę, jeszcze gdzieś dalej wznosiły się kłęby dymu z palącej się sterty opon, a centralnie przed nimi przy słupie telefonicznym dwóch mężczyzn z plakatami dyskutowało z jakimś opalonym osobnikiem o aparycji gangstera.

Milton westchnął i wziął łyka coli ze szklanej butelki.

— Widzisz Robercie — powiedział, wskazując przed siebie. — Ci dwaj śliscy dranie to agenci demokratów, a ten koleś z tatuażem to mój dobry druh. Widzisz chłopcze? Mówią do niego, jakby był ich druhem, a są obcy. I jeszcze przychodzą tu w interesie, na jego ziemię i do jego słupa. Widzisz Robercie te, teges, plakaty? Zapluci demokraci – chcą splamić naszą ziemię tym syfem…

— Nie rozumiem — odrzekł Rob.

— A bo młody jesteś, Robercie. – Milton odłożył colę na maskę. – Widzisz, mówiłem ci to wiele razy, ale teraz masz to przed sobą. Zaraza. Widzisz ich czerwone mordy, spocone ręce i włosy przycięte co do milimetra? Ci ludzie są pizdami na służbie otyłych polityków. Dostają dolara za każdy plakat, a jak ich pracodawca wygra dostaną premię od szefa – tłustego wieprza, który potrafi tylko banknoty przeliczać. I tak się dzieje na tym świecie od dawien dawna. Ruchają nas w dupska pod pozorem wyboru, a jeszcze ludzie się cieszą i czekają na więcej. Dostaną – chuja w mordę i darmowe nadgodziny w służbie tak zwanej sprawy społeczeństwa. Widzisz – nazywają mnie Motocyklistą, bo mam motor i na nim jeżdzę. A oni, politycy? Mają się zajmować sprawą ludzi, a myślą tylko o władzy i pieniądzach. Rozumiesz? – nie zasługują na swoje miano, pizdy jedne.

Tymczasem sytuacja się zmieniła. Opalony mężczyzna odszedł wyraźnie niezadowolony, a dwaj pozostali przystąpili do obklejania słupa plakatem.

— Widzisz jak im się mordy cieszą? — kontynuował Milton. — Oni nawet nie myślą, że są agentami demokratów. Nic – jak świnie czekają na żarcie, byle koryto było pełne – nieważne, że żrą gówno od innych, grubszych świń. Widzisz chłopcze — złapał Roba za ramię — my jesteśmy inni. Mamy tatuaże, motory, przyjaciół i cele. Nie jesteśmy wieprzami. Jesteśmy wolni i o wolność walczymy. Bo nic się nie zmieni, jak będziemy tylko patrzeć.

— Ale co my możemy? Ich jest tak wielu, a nas…

— Wiele możemy, Robercie — powiedział Milton, uśmiechając się swymi krzywymi ustami. — Widzisz? Już się zbierają. Niech pójdą, a my zerwiemy ten plakat w cholerę. Potem zaprowadzę cię do kumpla – zrobi ci tatuaż. Taki jak mój. — Wskazał na wytatuowane serce na przedramieniu. — Na pamiątkę. Będziemy tacy sami. Nawet po śmierci.

 

***

 

Tym razem obudził się już o poranku. Powoli otwierał sklejone powieki, próbował ruszyć ręką, ale była zdrętwiała, przyciśnięta przez coś miękkiego. Na nogach, w okolicach bioder też czuł dziwny ucisk. Coś na nim leżało, a gdy już oczy miał otwarte zobaczył, że pewna „wilczyca” zrobiła sobie z niego poduszkę.

— Kira! — wydusił z siebie.

Dziewczyna ze strachu aż podskoczyła, przy okazji gniotąc różne części Roba. Od razu z niego zeszła i przebiegła w głąb jaskini.

— Słodki Jezu… — wykrztusił z siebie, powoli wstając z zimnego, skalistego podłoża.

Druga noc okazała się być znacznie gorsza. Był odrętwiały, plecy go bolały i czuł przeraźliwe zimno – skóra sarny praktycznie nie pomogła. Tyle dobrego, że spał dość blisko ogniska. Perspektywa wychłodzenia była dość przerażająca.

— Kira. — Wyciągnął ku niej dłoń. — Nie jestem na ciebie zły. Chodź.

Podeszła i obwąchała końcówki jego zmarzniętych palców.

„By trzeba się przejść i napić… Niezła jest ta skóra – może zrobię z niej jakiś bukłak. Na ubrania chyba trochę za mało. Ze mną mniejsza, ale jej by się przydały chociaż gacie” – pomyślał, patrząc na dolne partie Kiry. „Jezu… Że też teraz mi wadzi ten widok”.

— Kira! — Dziewczyna podniosła głowę. — Hihihi Rob! — powiedział, wskazując na siebie.

— Hihihi — powtórzyła, uśmiechając się.

— Nie. Hihihi Rob!

— Hihihi…

— Hihihi Rob!

— Hihihi rrr…

— Hihihi Rrrob!

— Hihihi Rrroo… — Szeroko otworzyła usta, z trudem wymawiając samogłoskę.

— Hihihi Rrroob!

— Hihihi Rrrooop.

„Już prawie to powiedziała…”

— Rrrooob!

— Rrroob?

— Rob!

— Rop!

— Rob!

— Rrrob!

— Super! — zbliżył dłoń i o dziwo, Kira dała się tym razem pogłaskać. — Dobra dziewczyna. Jak chcesz, to potrafisz. Rob!

— Rob!

Kira wyglądała na bardzo radosną. Twarz miała roześmianą, patrzyła wprost na Roba i leżąc, podniosła tyłek i zaczęła nim machać na prawo i lewo?

„To ma być machanie ogonem?” – pomyślał Rob, starając się zrozumieć ten dziwny gest.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • TheRebelliousOne miesiąc temu
    I kolejny rozdział za nami! :D
    Po pierwsze... jak mogłeś zrobić ze mnie taką ciotę do bicia... i to jeszcze pobity przez DEMOKRATÓW?! Hańba... Obym się odegrał.
    Po drugie, fajnie się rozwijają moje relacje Ony...znaczy z Kirą. Nauczyła się już wymawiać moje imię, hmm? Coś czuję, że to początek co najmniej pięknej przyjaźni. :D
    Tekst dobry, choć trochę krótki, ale 5 i tak leci. Pozdrawiam ciepło :)
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    A tam - ciota do bicia, ale na szczęście Rob ma już to za sobą :) Dzięki za komentarz i pozdrawiam również.
  • Onyx miesiąc temu
    Świetna część, nauczyłam się wymawiać imię Roba, z czego bardzo się cieszę! Już zaczynam widzieć tu przepiękny romans! Czekam na następną część
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Dzięki za komentarz :)
  • yanko wojownik 1125 miesiąc temu
    Ale piękny mają ten początek miłości, tak w ogóle na portalu i piszą o nich...
  • Ellie Victoriano miesiąc temu
    "powiedział, spluwając na twarz skulonego na ziemi chłopca przywódca bandy – pulchny John Bob McKay." - popracowałabym nad konstrukcją zdania, bo jest trochę zagmatwana. Przykładowo "powiedział przywódca bandy - pulchny John Bob McKay - spluwając na twarz skulonego na ziemi chłopca".

    "Drugi raz przeżywał obecnie – w cichą, spokojną noc, kiedy granatowe niebo, przeganiając chmury, pokazało miliardy swych świetlistych kryształów." - Coś mi nie paduje w tym zdaniu. Drugi raz przeżywał obecnie co?

    Nooo, coraz ciekawiej XD Ale faktycznie krótko... Nauka Kiry mówienia imienia Roba mnie rozśmieszyła, a opis przyrody był piękny 😄
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Trochę się dziwię, że akurat przy tej części piszecie, że krótko... Długością ta część nie różni się bardzo mocno od poprzednich rozdziałów. No, ale to może bardziej kwestia tego, że tutaj akcja nie posunęła się bardziej do przodu :)
    Dzięki za komentarz.
  • Shogun miesiąc temu
    Dobre, podoba mi się wplątanie wspomnień Roba we śnie, co przybliża nam jego przeszłość i trochę nam o nim mówi.
    Mam tylko nadzieję, że z biegiem czasu Rob stłukł na kwaśne jabłko tych pokurczów 🤣
    Nauka wymawiania imienia Roba przez Kirę rzeczywiście dość zabawna, ale najważniejsze, że udana.
    Fajnie się czytało.
    Czekam na kolejny rozdział.

    Pozdro :)
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Dziękuję za pozytywny komentarz. Pozdrawiam również :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania