Rebenyx - W kniei dzikich serc (rozdział czwarty?)

rozdział czwarty: ciepło

 

Minęło parę dni.

W tym czasie Kira upolowała parę saren, królików i wiewiórek, Rob nauczył ją kilku słów oraz oduczył znaczenia terenu, a ich relacja, choć dynamiczna, nie posunęła się znacząco do przodu. Czynnik był głównie jeden – ścigany przez agentów demokratów mężczyzna chodził z głową w chmurach. Myślał o Kirze, o wydostaniu się z puszczy oraz, co najbardziej go zajmowało, starał się określić swoje położenie. Każdego dnia eksplorowali jakiś obszar. Razem znaleźli najkrótszą drogę do rzeki (Kira pewnie ją znała wcześniej, ale nie za bardzo miała jak podzielić się tą informacją), dowiedzieli się, że na północ od groty rośnie całkiem dużo krzaków malin i borówek oraz odkryli kolejną jaskinię wydrążoną w skale, lecz Rob zdecydował, że nie ma co ryzykować z jej przeszukaniem (wydawała mu się złowieszcza i głęboka). Były to znaleziska całkiem imponujące, lecz w żaden sposób nie ułatwiające przetrwania lub przydatne dla określenia choćby przybliżonej lokalizacji.

„Gdyby to nie była noc, to może bym się zorientował… Biegłem, biegłem, sam nie wiem jak długo i jak daleko. I jeszcze ten atak wiewiórki…” – złapał się za twarz. „Straciłem przytomność i kto wie, w którą stronę zaciągnęła mnie Kira. Nie ma szans, że znajdę teraz ślady”. Westchnął głęboko, lecz nie miał zamiaru specjalnie się zamartwiać. Nic z tym póki co nie mógł zrobić, a miał inne zajęcie – z goła pilniejsze.

Nim jednak do niego przystąpił, musiał zająć się Kirą. Konkretnie – nakarmić ją po kolejnym ciężkim dniu zbieractwa i wędrówek.

— Już? Już? Już? Już? — powtarzała jak mantrę, gapiąc się na skwierczące nad ogniem mięso.

— Jeszcze chwila. I nie tak blisko. — Odepchnął ją lekko, odsuwając od ognia.

„Boże, po kiego nauczyłem ją akurat tego słowa?” – zastanawiał się, starając się odciąć od irytującego dźwięku.

Sarnina na patyku – jak Rob nazwał te wielce wykwintne danie – piekła się na prowizorycznym drewnianym rożnie. Podstawy były ustawione dość daleko od ognia, a kij na który nadziane były kawałki mięsa był wystarczająco gruby i solidny, by mógł się przeciwstawić wysokiej temperaturze.

Kira, co łatwo dało się przewidzieć, zakochała się w pieczonym jedzeniu od pierwszego kęsa. Co prawda ogień na początku ją przerażał, musiała też trochę zmienić nawyki, by uniknąć oparzeń, ale dosyć szybko się przystosowała. W gruncie rzeczy chyba na niczym innym niż na jedzeniu bardziej jej nie zależało – każdego człowieka, jak i wilka kontroluje się głównie przez żołądek.

Rob, mówiąc ogólnie, jej entuzjazmu nie podzielał. Brak przypraw, sztućców, czy do pewnego czasu talerzy niespecjalnie mu przeszkadzał – chodziło głównie o to, że sarnina to nie krwisty befsztyk albo tłusta wieprzowinka. Sytuacja jednak wymagała poświęceń, więc przypominał sobie o tym głównie wieczorami, gdy jego głowę nie zajmowała już masa innych myśli. Przede wszystkim się cieszył, że pierwszy raz od kiedy tu trafił nie będzie musiał trzymać gorącego mięsa w łapach –rano udało mu się upleść dwa koślawe wiklinowe talerze. Trzymał je przy sobie – już czekały, by spełnić swoją powinność.

— Dobra, chyba już — powiedział, starając się zerknąć na spód pieczonego mięsa.

Wstał, zdjął rożen, ściągnął sarninę na pierwszy talerz, a potem na drugi.

— Kira. Patrz. — Wziął talerz na wysokość ust i wbił zęby w skwierczącą jeszcze pieczeń. — Widzisz? — pogryzł i przełknął. — Tak się korzysta z talerzy.

Rob podał jej drugą porcję i Kira, patrząc przez chwilę w milczeniu, w końcu dość niezdarnie złapała za krawędzie wiklinowego naczynia i powtórzyła to, co zrobił Rob.

— Pięknie — pochwalił ją i zajął się jedzeniem.

Powoli się ściemniało. Dzień uciekł szybciej niż przewidział Rob. Słońce się zniżało, pomarańczowe światło traciło na intensywności, ustępując miejsca nachodzącemu z góry granatowi. Wiatr delikatnie powiewał, wprawiał korony drzew w delikatny, miarowy ruch. Gdzieś tam przeleciał ptak powracający do gniazda, w głębi puszczy rozległo się pierwsze pohukiwanie sowy, a na skraju polany przemknął zając szukający pożywienia.

„Późno już… Mógłbym to zrobić jutro, ale lepiej mieć to z głowy. Czeka nas długa wędrówka. Ubrania z pewnością się przydadzą”.

Kira, podobnie jak Rob, skończyła już swój posiłek. Rzuciła talerz na podłoże i spojrzała w stronę towarzysza.

— Więcej?

— Nie. Więcej nie ma.

— Nie? — zapytała, starając się wydobyć z siebie słodki głos.

— Nie. Idź spać — odrzekł nieco ozięble.

Kira nie za specjalnie się tym przejęła, lecz Robowi nie robiło to różnicy. Wstał, podniósł talerz i położył go obok drugiego, podszedł do lewej ściany, gdzie leżały skóry i wiklina. Wziął te materiały i przeszedł w pobliże ogniska. Rozłożył skóry, pędy odłożył na bok i korzystając ze scyzoryka zaczął wycinać jakieś kształty.

„Wilczyca” zbliżyła się, popatrzyła chwilę i ziewając, przeszła do kąta groty, gdzie zazwyczaj spała.

— Dobranoc — powiedział Rob, nie odrywając się od swojej pracy.

„Dobrze. Nie będzie mi się tu kręcić przynajmniej. Ech, to będzie ciężkie… Z tego kawałka będą spodnie, tutaj wytnę rękawy do koszulki i się to jakoś razem zwiąże… A dla niej? Jakieś szorty albo… Nie, przecież ona nie ogarnie, że to trzeba zdejmować przed sraniem… Hmmm, okej, jakaś taka spódnica i coś na górę. Żeby nie świeciła mi tu cyckami i cipą. Niech wygląda trochę jak człowiek. Choćby jej się nie podobało.”

Dorzucił parę gałązek do ogniska. „Długi wieczór, długa noc…”.

W głowie nadal mu brzęczał jej głos. Mówiła coraz więcej i chętniej. I nawet jeśli okrutnie krzywdziła wymowę, to i tak się cieszył, że ją słyszy. Teraz już naprawdę nie mógł jej traktować jak zwierzęcia. Bo żaden wilk tak pięknie i niewinnie nie pyta, czy już się usmażyło lub czy może zjeść więcej.

 

***

 

Rob wstał jako pierwszy. Nie spał zbyt długo. Mimo tego nie czuł się szczególnie źle – doskwierało mu jedynie drobne odrętwienie i nic poza tym. Najważniejsze, że udało mu się skończyć ubrania. Z dumą założył koślawą skórzaną koszulkę i krótkie spodenki. Trzymało się to jako tako, nie było zbyt wygodne, ale przynajmniej było. „Lepsze to niż łazić w samych gaciach”. Spojrzał w kąt groty. Kira spała, leżąc na plecach i chrząkając od czasu do czasu. „Spróbuję ją ubrać, póki śpi. Kto wie, może się uda. Mam jedynie nadzieję, że będą pasować… Swoje wymiary znam dobrze, ale jej musiałem zmierzyć na oko”.

Stawiając stopy najciszej jak mógł, zaczął zbliżać się do śpiącej dziewczyny. Ubrania – koszulkę i prowizoryczną pseudo-spódnicę – trzymał w lewej dłoni. Odetchnął, schylając się i wyciągając ku niej ręce. „Złapię za nogi, podniosę trochę i jakoś to na nią wsunę… Jakoś…”.

Plan spalił na panewce. Ledwie ją dotknął, a ona już się przebudziła.

„No tak. Wilk”.

Otworzyła oczy, rozejrzała się.

— Rob?

— Tak, to ja.

Kira wstała, ziewnęła, usiadła koło Roba. Widok ubrań z sarniej i nie tylko skóry jakoś mocno jej nie zdziwił. Obwąchała jedynie w paru miejscach i bez zainteresowania odchyliła głowę.

— Kira. Mam dla ciebie ubrania. Takie jak moje. Ubierzesz się. Jak człowiek.

Dziewczyna mrugnęła parę razy. Większości nie zrozumiała.

Rob wstał, odłożył pseudo-spódnicę.

— Najpierw koszulka. Nie ruszaj się, proszę. To tylko chwila.

Spróbował założyć jej ciuch przez głowę. Kira patrzyła ze zdziwieniem, warknęła, potem zaczęła się wiercić i szarpać, gdy materiał zakrył jej głowę.

— Kira! Kira! Spokój! — Rob próbował zapanować nad sytuacją, lecz nie okazało się to skuteczne.

Ostatecznie udało mu się prawie ją ubrać. Dziewczyna groźnie warczała, dorobił się paru drapnięć na dłoniach, ale połowę sukcesu miał za sobą.

— Zostały rękawki… — powiedział, łapiąc ją za prawą rękę.

Tym razem opór był mniejszy. Albo Kira zrozumiała, o co chodzi albo obraziła się na tyle, by już się nie bronić.

— I jak?

Odsunął się trochę, pozostawił dziewczynę samą sobie, by mogła się przyzwyczaić. „Wilczyca” kręciła się, szarpała za skórę, zerwała nawet jedno z wiązań, ale nie była w stanie zdjąć z siebie koszulki. Rob nie chciał się wtrącać – uznał, że zmuszanie jej na pewno nie pomoże. W końcu Kira zostawiła zmaltretowany ciuch w spokoju. Drapała się jeszcze pod pachami oraz w okolicach kołnierza, ale wyglądało na to, że w jakiś sposób zaakceptowała obecność „drugiej skóry”.

— Grrrr… — warczała, jakby chcąc odpowiedzieć na wcześniejsze pytanie.

— Jeszcze spódnica — powiedział Rob.

— Grrrr…

— No już. Nie złość się. To dla twojego dobra. Tak będzie lepiej.

Prośby nie skutkowały, więc zrobił to bardziej bezpośrednio. Złapał ją za nogi, przyciągnął do siebie i wsunął spódnicę, tak jak miał zamiar to zrobić wcześniej. Przytrzymał ją jeszcze chwilę, pociągnął za jeden ze sznurków, by dopasować luźną skórę do talii i zawiązał, by nie spadała. Zdziwiła go nieco bierność Kiry, ale nie chciał w to wnikać – może nawet lepiej, że przynajmniej w takich momentach była uległa.

„Boże… To będzie niezłe utrapienie codziennie ją ubierać i rozbierać. Ale robię to dla niej. Przynajmniej tyle mogę zrobić w tej puszczy. Potem, jak już się stąd wyrwę razem z nią… No, łatwiej będzie z niej zrobić człowieka w pobliżu cywilizacji”.

Rob zamyślił się na tyle, że nie zauważył nawet, że Kira już się oddaliła i usiadła przy lewej ścianie.

— Kira. Coś się stało?

Nie odwróciła się. Pierwszy raz nie zareagowała na imię.

— Kira! — podszedł, złapał ją za bark.

Płakała. Cicho, z zaciśniętymi oczyma. Nawet go nie złapała za dłoń – jakby była naprawdę zła, to by ugryzła.

— Kira… — przeszedł na lewo, próbował spojrzeć na jej twarz. — Kira. Proszę, spójrz na mnie.

Delikatnie złapał ją za głowę, przytulił do klatki piersiowej. Przez chwilę próbowała się wyrwać, ale szybko się uspokoiła. Musiała zrozumieć ten gest.

— Dziwnie, co nie? — mówił łagodnym głosem. — Sorry, mogłem być trochę ostry. Ale wiesz, robię to dla ciebie. To jest dobre. Dobre. Przyzwyczaisz się. Nie będzie ci już zimno w nocy. Widziałem jak się trzęsiesz. Pewnie przez te wszystkie lata uznawałaś to za normalne, ale jesteś człowiekiem, nie mogłaś tego przezwyciężyć. Słaby z ciebie wilk, Kira. Zrobię z ciebie ludzką dziewczynę. Będzie ci łatwiej. Wilkiem nigdy nie byłaś, a człowiekiem jeszcze możesz zostać.

— Dobre? — Oderwała głowę, podniosła wzrok, kierując go ku jego twarzy.

— Tak, dobre. — Pogłaskał ją po włosach. — Bardzo dobre.

Siedzieli tak dłuższą chwilę.

Kirze bardzo spodobała się taka nieoczekiwana bliskość. Na wszelki dotyk reagowała nieufnie – gryzła, warczała, drapała. Od czasu do czasu pozwalała Robowi się zbliżyć – głaskanie nawet polubiła. Jednak to było coś innego. Coś zupełnie nieznanego. Czuła się dziwnie, nie mogąc zrozumieć tego ciepła, które płynęło z kontaktu ich ciał. Założył na nią coś dziwnego, dotykał ją jak chciał, a mimo to czuła się już bezpiecznie, przyjemnie. Jeszcze chwilę temu była naprawdę smutna, zagubiona, ale wszelkie te uczucia się rozpłynęły. Pierwszy raz od dawna poczuła coś podobnego do chwil, gdy jeszcze opiekowała się nią wilcza mama. Rob nieodmiennie ją fascynował, lecz dopiero teraz stał się dla niej figurą niezwykle ważną i bliską – członkiem stada.

— No, już wystarczy — powiedział Rob, czując, że powoli drętwieją mu nogi.

— Więcej… — mruknęła Kira, wtulając się w jego ciało.

— Ach, niech będzie — westchnął w ramach odpowiedzi. — No ale wiesz – potem pójdziemy coś upolować, uzupełnimy wodę i pójdziemy hen, hen daleko. Może już nawet nie wrócimy do tej groty… Słuchasz mnie?

Dziewczyna rzeczywiście nie słuchała. W tamtej chwili istniało dla niej tylko ciepło drugiego ciała i bicie serca słyszalne spod sarniej skóry.

Średnia ocena: 3.4  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (13)

  • Grain miesiąc temu
    W pierwszych zdaniach, w ciągu paru dni upolowali tyle zwierza, że ani chybi odstawiali nadmiar do punktu skupu.
    A potem nagle pojawiają się talerze, znienacka. Jeżeli nie w ramach wymiany za dziczyznę, to chyba pozostawione przez Armię Czerwoną.
    I tyle.
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    heh
  • Ellie Victoriano miesiąc temu
    "a kij na który nadziane były kawałki mięsa był wystarczająco gruby" - przecinki, choć przerobiłabym trochę zdanie, by pozbyć się jednego "był", np. "a kij z nadzianymi kawałkami mięsa był wystarczająco gruby".

    No, z tymi talerzami to faktycznie dziwne, warto by było doprecyzować, skąd je wziął, ulepił z gliny i wypalił w ognisku, zrobił z drewna? Mnie też ciekawi, jak zszył ubrania, ale być może to moje czepialstwo 🤔 No i miejscami brakuje przecinków.
    W sumie wychodzi z tego dramatyczny romans komediowy z odrobiną tekstów kaowych. "[...] przecież ona nie ogarnie, że to trzeba zdejmować przed sraniem…" - ten tekst mnie rozbawił 😂
    Końcówka urocza 😍
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    co do talerzy... One są wiklinowe. Znaczy tak napisałem. Wiem, że się robi wiklonowe kosze, więc wiklonowe talerze też chyba mogą być... A ubrania - znowu wiklina. Znaczy nie jestem pewien, czy realnie to by w ogóle zadziałało, ale no...
    No a dramatyczny... Heh, zastanawiam się, czy tej dramatyczności okrutnie nie zarżnę, biorąc pod uwagę, co zaplanowałem w dalszej części fabuły xd.
    Pozdrawiam
  • TheRebelliousOne miesiąc temu
    Ooo, jak słodko się zrobiło w tym rozdziale hahaha! <3
    Znowu ci agenci demokratów... Brakuje jeszcze Bidena szukającego mnie w czołgu pomalowanym na czarno z białym napisem "Black Lives Matter"... XD Kira coraz więcej się uczy, a na końcu pokazała się z tej słodkiej strony. Aż mi się dzień poprawił przez ten rozdział. Daję 5 śmiało.

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Bidena nie będzie. Aż tak go nie ścigają xd. Dzięki za komentarz. Pozdrawiam również
  • Onyx miesiąc temu
    Pan Buczybór
    Czemu nie będzie? 😭😭😭😭😭
  • Onyx miesiąc temu
    Ojej, bardzo słodziutki rozdział. Z nieufnej, złej wilczycy wyszła krucha dziewczyna. W sumie nawet do mnie pasuje XD
    Podoba mi się, jak Kira szybko się wszystkiego uczy, widać, że jeszcze kiedyś będzie z niej (albo ze mnie) prawdziwy człowiek, może nawet cywilizowany :)
    Pół dychy zostawiam i tulę
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Dzięki za komentarz :)
  • Grain miesiąc temu
    Na początek napisz o łatwości z jaką potrafiła upolować zwierzynę i kupię to mimo, że nie każde polowanie w świecie zwierząt bywa skuteczne, a nie o łowach jakby szło o zapasy na wojnę z Krzyżakami w 1410.
    Talerze mogły być z dużych płaskich otoczaków ze strumienia. Nawet przywalić idzie, jak zupa za słona.
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    dzięks za wskazówki
  • Shogun 3 tygodnie temu
    Dobre.
    Niezły miks gatunkowy :)
    Tylko gdzie ci Demokraci? haha :D

    Pozdrawiam :)
  • Pan Buczybór 3 tygodnie temu
    Na demokratów jeszcze przyjdzie pora. Pozdrawiam również

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania