Rotten Purple Hikikkomori, czyli gdańskie eskapadry - Część druga

📅 21.06.2025 (sobota), godz. 00:42

🌡 Pogoda: 25°C w ciągu dnia, słonecznie, bezwietrznie, pachniało spalinami i goframi

🎧 Słucham: The Birthday – „Kusottare no Sekai”

 

---

 

"Mikstura ciepła, tłumu i gotowców – czyli piątek z Zenonem i Krystyną"

 

Wstaliśmy około 11:00 – wszyscy. Krystyna, Zenon, ja. Bez pośpiechu, bez planu. Ja zjadłam na śniadanie krokiety z mrożonki, które Zenon wcześniej wrzucił do piekarnika i podał z komentarzem: „Pachną prawie jak domowe, co?”. Prawie. No właśnie.

 

Około 13:00 siedzieliśmy już w tramwaju. Ja – na wózku (oczywiście), który przez cały dzień pchał Zenon i nawet nie pozwolił Krystynie dotknąć rączek. „Ja popcham, ty odpoczywaj, Krysiu” – brzmi jak troska, pachnie kontrolą.

 

Tramwaj szarpał, jakby go prowadził ktoś, kto gra w Mario Kart. Ale ja i tak lubię jazdę tramwajem. Lubię to kołysanie, widok ludzi, dźwięk brzęczących drzwi. No i scenki. Jak ta, gdy starsza pani z energią napędzaną czystą frustracją naskoczyła na parę zakochanych nastolatków, bo nie ustąpili miejsca. Oczywiście potem Zenon i Krystyna zaczęli ten duetowy koncert narzekania: „Kiedyś to ludzie mieli kulturę” / „Teraz to tylko w telefonach siedzą”. Tak jakby to miało coś wspólnego z miejscem w tramwaju.

 

Spacer po starówce – znałam ją. Byłam tu w marcu tego roku, ale lato to inna kategoria sensoryczna. Wszystko bardziej pachnie, bardziej się świeci, bardziej drażni. Gdy mijaliśmy żebraka na wózku, spojrzał na mnie i powiedział: „Zdrowia, dziewczynko.” Zamarłam na sekundę. Jakby wiedział coś, czego nie wie nikt.

 

Potem była galeria FORUM. Sztuczna rzeczka w środku – ładna, ale nienaturalna. Odpowiadałam na wszystko „nie wiem” albo „obojętne mi to”, bo serio nie wiedziałam, czego oni ode mnie chcą. Żeby się zachwycać? Żeby nie marudzić? Żeby udawać, że miło spędzam czas?

 

Złamałam się. Kupiłam szejka kawowego z bitą śmietaną i piankami w KFC. Mój comfort drink. I zaczęłam żałowałać w tej samej sekundzie, gdy Zenon mruknął coś o tym, że długo się czeka i że ‘sami młodzi pracują, nic nie potrafią’. Kawa była zimna, Zenon gorący od pretensji.

 

Krystyna nic nie kupiła. „Za drogo” – stwierdziła, i zapowiedziała, że jutro pójdziemy do tej innej galerii, gdzie były kiedyś promocje i „lepszy klimat”.

 

Dalej – Muzeum II Wojny Światowej. Przeładowane. Ludźmi i historią. Wagon bydlęcy, emaliowane garnki, pożółkłe listy – wszystko mnie ścisnęło. Kiedyś czytałam dużo powieści z czasów wojny, zwłaszcza tych dla młodzieży. I mimo że od dawna nie czytam niczego w tym nurcie to ten klimat dalej mnie łapie za serce.

 

Pomogłam Zenonowi kupić bilety na interaktywnej tablicy – oczywiście nie ogarniał, ale udawał, że ogarnia. I jeszcze jakaś kobieta zrobiła nam zdjęcie na tle czołgu, bo Krystyna poprosiła. Jej telefon, jej pomysł. Ja tylko się uśmiechnęłam jak maskotka.

 

Potem długo, bardzo długo spacerowaliśmy. Most z kłódkami – oni się zachwycali, ja gapiłam się w czerwony blok z cegły, który wyglądał normalnie. I właśnie dlatego był piękny. Gdy jadłam loda włoskiego, podeszła do mnie starsza pani i podała mi chusteczkę higieniczną, choć o nic nie prosiłam. Ujęło mnie to.

 

W tramwaju powrotnym Zenon oczywiście nie mógł się powstrzymać od komentarza, że kierowcą była kobieta. Bo przecież płeć to najważniejsza informacja, jeśli tramwaj hamuje ostro.

 

Jeszcze przed powrotem weszliśmy do Pepco. Szukaliśmy pompki do wózka – nie było. Ale ja za to kupiłam sobie koszulkę z My Melody i oversize'owe spodenki. Krystyna nie powiedziała ani słowa, co uznałam za cud. Kupiłam też nową ładowarkę, bo od rana mój telefon się grzał jak patelnia. Jest trochę lepiej. Podejrzewam, że to kwestia napięcia. W domu się okaże.

 

Potem Biedronka. Nie kupiłam swojej ukochanej coli z Biedry, bo Zenon już mi kupił Coca-Colę. Nie skomentowałam. I nie wypiłam od razu.

 

Do mieszkania wróciliśmy dopiero po 19:00.

Ja zjadłam sushi z Biedronki, które Zenon mi kupił. Potem jeszcze kolacja: ziemniaki, faszerowana ryba i surówka – wszystko poza ziemniakami to gotowce.

 

Najgorsze było mycie się. Zenon ma wysoki brodzik. Próbowałam wejść na czworakach, a i tak Krystyna musiała mi pomagać. Mycie? Żadne „komfortowe warunki” – tylko przetrwanie.

 

Wieczorem, już w łóżku, napisałam do Józefiny – szczerze, emocjonalnie. I jeszcze do Basi, tak z rozpędu. Może żeby przypomnieć sobie, że świat istnieje też poza Gdańskiem i udawanym życiem Zenona.

 

Swoją drogą – przez całe życie nie widziałam tylu niepełnosprawnych co dziś. Ludzie z wózkami, chodzikami, nawet jakaś alternatywka na wózku w kolorowych skarpetkach i glanach. Może tu po prostu da się bardziej być sobą.

 

I wiecie co? Klejenie się Zenona i Krystyny mniej mnie rusza niż dawniej. Może już nie mam siły się wkurzać. A może po prostu bardziej mnie obchodzę ja sama niż ich teatr.

 

---

 

Komentarze:

 

🎭 w_teatrze_zenona:

„Ten wpis to jak dobry reportaż z linii frontu emocjonalnego. Szacun za szczegóły.”

 

🍧 lody_z_chusteczką:

„Ta starsza pani z chusteczką – coś w tym było pięknego. Ludzkiego.”

 

🧼 brodzik_strachu:

„U mnie też taki brodzik. Dosłownie muszę planować kąpiel jak wspinaczkę wysokogórską. Współczuję, Lilka.”

 

🛒 pepcofilozofia:

„My Melody i oversize spodenki to najlepsze, co można sobie sprawić po dniu pełnym bodźców. Brawo Ty.”

 

---

 

📅 22.06.2025 (niedziela, ale pisane z opóźnieniem), godz. 00:58

🌡 Pogoda: 27°C, parno, zero wiatru – wszystko się kleiło

🎧 Słucham: Aimer – „Torches” (bo od rana miałam ochotę na coś melancholijnego i kojącego jednocześnie)

 

---

„Gdyby nie manga i pies jak Leonardo, to dzień byłby do skasowania”

 

Około trzynastej ruszyliśmy do tej „tańszej galerii”, o której Krystyna mówiła już wczoraj z ekscytacją godną pielgrzymki. Po drodze Zenon koniecznie chciał wstąpić do sklepu sportowego po pompkę do wózka – udało się, a co więcej, na parkingu galerii napompował koła.

I tak oto miałam napompowany wózek i coraz bardziej wypompowaną psychikę.

 

W tej galerii nie było jakiegoś konkretnego planu. Ja miałam jeden cel – kupić dwa kolejne tomy „Pokoju w kolorach szczęścia”. Ale... w tej samej księgarni, w której byłam w maju, nie tylko nie było tej mangi – nie było całej sekcji mang.

Całej. Sekcji. Mang.

Poczułam, jak coś mi się w głowie zacina – jak stary Windows. Nie skorzystałam z pomocy sprzedawczyni, bo byłam za bardzo rozbita. Za głośno. Za jasno. Za dużo. Typowe sensoryczne przeciążenie – tylko że tym razem nie miałam gdzie uciec.

 

Zanim wyszliśmy z galerii, poszłam jeszcze do Empiku – kupiłam dwa pierwsze tomy „Oshi no ko”. Polski tytuł to „Moja gwiazda”, ale ja nie umiem się przestawić. To „Oshi no ko” i tyle. Przynajmniej to mnie trochę uratowało.

 

Po powrocie do mieszkania Zenona było około godziny przerwy. Zenon i Krystyna poszli do osiedlowego warzywniaka, a ja leżałam w pokoju gościnnym i gapiłam się w sufit. Cisza w końcu nie bolała.

 

Potem tramwaj nad morze. Godzina jazdy w stanie pełnego zmęczenia. Trafiliśmy na motorniczego wariata – hamował i przyspieszał tak gwałtownie, że parę razy prawie wypadłam z wózka. Aż zrobiło mi się niedobrze. Zenon skomentował coś w stylu „No oczywiście, pewnie kobieta prowadzi”, na co nawet Krystyna tylko westchnęła.

 

Po drodze Zenon też musiał skomentować dwie dziewczyny, nastolatki, które po prostu siedziały i się śmiały. Nie były głośne, nie przeszkadzały nikomu. Ale Zenon rzucił coś pod nosem o „współczesnych pustakach”. Mam coraz większe podejrzenia, że Zenon nie lubi młodych, bo przypominają mu, że sam już młody nie jest.

 

Na plaży było... dziwnie.

Zenon nie miał ani koca, ani maty – tylko dwa ręczniki kąpielowe. Krystyna i Zenon leżeli, jedli owoce i patrzyli sobie w oczy jak bohaterowie taniej reklamy. Ja siedziałam – bo położyć się na ręczniku przy nich było dla mnie zbyt krępujące.

Sypałam piasek z dłoni do dłoni i obserwowałam psy. Było ich mnóstwo – ale jeden wyglądał identycznie jak Leonardo. Aportował w wodzie, był mokry i radosny. I na sekundę było mi lepiej.

 

Potem knajpa. Ale tylko ta najtańsza, bo Zenon płacił.

Ja mówiłam od razu, że nie jestem głodna. Że nie chcę. Że nic mi nie trzeba.

Ale przeciążenie to nie coś, co inni rozumieją.

W końcu Krystyna zamówiła mi panierowanego łososia z frytkami. Oni wzięli schabowe. I wiecie co? Zjadłam ze smakiem. I naprawdę się ucieszyłam, że jutro wracam do domu.

 

Ale nie.

Telefon.

Leon.

Na głośnomówiącym.

Namawiał mnie, żebym została jeszcze jeden dzień, dla „mamy”, dla jej szczęścia.

Zgodziłam się. Nie dlatego, że chciałam. Po prostu nie miałam siły na publiczną awanturę. I wiem, że gdyby odmówiła – byłabym przedstawiona jako histeryczka.

Leon nawet powiedział: „Nie rozumiem, czemu ty się nie cieszysz z wakacji.”

Nie odpowiedziałam.

 

Jeszcze zanim wróciliśmy, Krystyna kupiła mi lody pistacjowe w kubeczku. Nie zapytała, czy chcę. Ale zjadłam.

 

Około 21:00 wsiedliśmy w tramwaj powrotny.

Obok mnie siedziała trójka ludzi – dwie dziewczyny i chłopak. Rozmawiali o bracie jednej z nich, który ma MPD. Mówili, że w tym kraju pomoc dla niepełnosprawnych to żart. I mieli rację.

Chciałam coś powiedzieć. Ale byłam za zmęczona i za nieśmiała.

 

Do mieszkania wróciliśmy około 22:00.

Nie miałam siły z nikim pisać. Ani z Basią, ani z Józefiną, ani z nikim.

Tylko leżałam i słuchałam, jak Krystyna podśpiewuje w kuchni.

 

---

 

Komentarze:

 

📦 pudełkolodu:

„Te dwa ręczniki na plaży to jakaś metafora życia, której nie chcę analizować. Ale wiem, co czułaś.”

 

🪫 wyczerpanadozera:

„Publiczna zgoda na coś, czego się nie chce, tylko po to, żeby nie być uznaną za ‘toksyczną’... oj, boli znajomo.”

 

🐕 leonardozmorza:

„Ten pies, co wyglądał jak Leonardo – piękny moment. Takie przebłyski dają siłę.”

 

📚 niedoszlamanga:

„Mnie też boli brak działu mang w niektórych księgarniach. To zawsze jakby mi ktoś wyciął kawałek tchu.”

 

---

 

📅 23.06.2025 (poniedziałek, pisane po północy), godz. 00:42

🌡 Pogoda: 28°C, duszno, słońce aż męczyło wzrok, zero deszczu, zero ulgi

🎧 Słucham: Plastic Tree – 「Sink」

 

---

 

„Nazywanie mnie córką Zenona powinno być karalne”

 

Wstaliśmy wszyscy około jedenastej. Klasyka.

Na śniadanie – makaron z czerwoną fasolą i warzywami. Oczywiście gotowiec, czyli ulubiona forma kulinarna Zenona: coś z paczki, coś z patelni, zero kreatywności. Nie żeby mi to przeszkadzało – ja i tak jadam, żeby mieć spokój.

 

Po jakimś czasie pojechaliśmy do zoo. Tym razem samochodem, bo dość już było przygód tramwajowych.

Zenon oczywiście cały czas pchał mój wózek, bo „przecież mama się zmęczy”. I dobrze – przynajmniej nie musiałam się użerać z wózkowym sterowaniem między tłumami.

 

Ale najgorsze było przy kasie.

Zenon zagadał do kasjerki:

"A zniżka dla córki się należy?"

Przysięgam – aż mnie w środku skręciło.

Bo o ile kocham być brana za nastolatkę, o tyle bycie uznawaną za córkę Zenona – to już totalny mentalny horror.

 

Samo zoo traktowałam raczej jako długi spacer. Zwierzęta? Spoko.

Bez szału, ale interesująco. Najbardziej podobał mi się mały dziki kotek – siedział sobie w cieniu i wyglądał, jakby nic go nie ruszało. Totalny vibe.

 

Włosy miałam związane w jeden kucyk (nienawidzę takiej fryzury, ale po prostu było mi za gorąco). Do tego duże okulary przeciwsłoneczne i ta moja nieszczęsna nadwaga, ale i tak ktoś wziął mnie za dziecko.

I to było... miłe. Naprawdę miłe.

 

Był też moment, który zapamiętam:

Mała dziewczynka wpadła na mnie.

Automatycznie złapałam ją asekuracyjnie za ramiona i zapytałam: „Nic ci nie jest?”

Ojciec dziewczynki podbiegł, zabrał ją i... dał jej klapsa.

Wszyscy wokół patrzyli z niesmakiem – ktoś nawet powtórzył moje słowa, tylko że nie wiem w jakim tonie.

Bo ja przez moje napięcia mięśniowe i sposób mówienia często brzmię, jakbym krzyczała, nawet gdy tego nie robię.

Może myśleli, że się wkurzyłam.

A może wręcz przeciwnie.

Nie wiem. Jak zwykle.

 

Zenon potem kupił wszystkim frytki w barze na terenie zoo.

A potem mi jeszcze Pepsi z automatu.

Dawno nie piłam Pepsi – to był mój ulubiony napój zanim odkryłam Colę Original z Biedronki.

Na koniec Krystyna kupiła mi lody o smaku słonego karmelu. W porządku gest.

 

Po powrocie do mieszkania Zenona – już około 18:00 – Zenon zaproponował, że jeszcze pojechalibyśmy tramwajem pozwiedzać.

I pierwszy raz w życiu Krystyna powiedziała „nie”.

To było dziwne, ale satysfakcjonujące. Może w końcu poczuła, że ja mam dość? A może sama miała?

 

Więc oni poszli po kebaba (oczywiście tego z osiedla, bo przecież "blisko, tanio i wiadomo co się je"), a ja zostałam w mieszkaniu.

 

Po kolacji wyszłam na balkon.

Było cicho, duszno, ale w miarę znośnie.

I tam, podjadając słone prażone migdały, przeczytałam cały pierwszy tom „Oshi no Ko”.

Czułam się, jakby coś wróciło do mnie.

Nie wiem co.

Może chwila bez poczucia obcości.

 

---

 

Komentarze:

 

🌫 dusicielswiatla:

„‘Córka’ Zenona brzmi jak tytuł horroru w klimacie lat 90. Szacunek, że nie wybuchłaś.”

 

🐾 kotekzoo:

„Małe dzikie kotki w zoo to totalne uosobienie spokoju. Ja bym się tam przeprowadziła.”

 

🎢 paraliżsocialny:

„Też mam tak, że brzmię na wkurzoną, nawet jak jestem neutralna. Ludzie nie odróżniają tonu od treści.”

 

🥤 pepsi2005:

„Pepsi z automatu w zoo to smak dzieciństwa, zanim się człowiek zorientował, że jest nie do końca lubiany.”

 

📚 oshinokofan:

„Ciekawe, co sądzisz o tym twistcie z pierwszego tomu. Bo ja się nie pozbierałam przez tydzień.”

 

---

 

📅 24.06.2025 (wtorek), godz. 14:17

🌡 Pogoda: 26°C, duszno, parno, ale chmury gęste jak papka

🎧 Słucham: BUCK-TICK – „Miss Take 〜僕はミス・テイク〜” (czyli ja jestem pomyłką, zgadza się)

 

---

 

„Wracam do mojego nigdzie. Dzięki Bogu.”

 

Wyjazd od Zenona odbył się bez wielkiego pośpiechu – w końcu kto by się spieszył z raju?

Wszyscy ruszyliśmy z Gdańska około dwunastej.

Zenon za kółkiem, Krystyna z przodu, ja z tyłu – leżąca, słuchawki, j-rock.

 

Przyznam, że droga mijała spokojnie, ale tylko do momentu, gdy usłyszałam coś, co mnie zagotowało do rdzenia.

Myśleli, że śpię.

Zenon powiedział do Krystyny, że znajdzie mi faceta.

Cytuję: „Bo jak ona kogoś znajdzie, to my wreszcie będziemy mieć czas dla siebie.”

…Przecież ja nie jestem zwierzakiem do przekazania w inne ręce, żeby móc mieć weekendy wolne.

Wewnątrz – furia. Na zewnątrz – milczenie.

Po prostu napisałam o tym Józefinie. To wszystko, na co mnie było wtedy stać.

 

Dojechaliśmy pod blok Leona. Leon wyszedł na powitanie i zaproponował, żeby wszyscy zostali na noc.

Mama się zgodziła.

Ale Zenonowi zasugerowała, żeby już wracał do Gdańska.

Nie powiedziała tego wprost, ale miała minę jak po tygodniu picia herbaty z gwoździ.

Może też miała go dość.

Ja nocowałam w pokoju gościnnym, mama w salonie.

Na zewnątrz szalała burza.

 

Klaudii i małego Feliksa nie było w mieszkaniu – Feliks ma jelitówkę i leży w szpitalu.

Nic poważnego, raczej obserwacja. Ale było cicho, i to cenię.

 

Rano – śniadanie z Żabki.

Czyli zimna pizza (ta z ziołami i serem – średnia, ale lepsze to niż gotowce Zenona).

Leon w międzyczasie rzucił, że „też poszuka mi faceta” – to chyba jakiś rodzinny żart, którego nikt nie chce mi wytłumaczyć.

 

Ja tylko marzyłam, żeby się wykąpać.

Porządnie. W normalnej łazience, bez czołgania się przez brodzik Zenona, bez wanny Leona.

I żeby nikt nie sugerował, że brak chłopa to największy dramat w moim życiu.

 

Około dwunastej ruszyłyśmy z mamą w drogę.

Godzina później byłam w domu.

I powiem to wprost: z ulgą.

Mój dom jest nijaki, stary, wiejski, śmierdzi kurzem i suszoną miętą.

Ale jest mój.

Tu nie muszę nikomu udowadniać, że wózek to nie powód, żeby mnie komuś „oddać”.

 

I wiecie co?

Zaczęłam się zastanawiać, czemu Leon nazwał ich psa Leonardo.

To było parę lat temu, jeszcze jak mieszkał z nami.

Czy to jakaś narcystyczna potrzeba? Czy po prostu uważa, że pies zasługuje na jego imię?

Albo może miał wizję, że Leonardo będzie jego dziedzicem?

Nie wiem.

Ale się nad tym zastanawiam.

Bo to lepsze niż analizowanie, co jeszcze Zenon wymyśli, żeby pozbyć się mnie pozbyć.

 

---

 

Komentarze:

 

🐺 wilczarzeczywistości:

„Facet jako lekarstwo na to, że Zenon nie ma prywatności? Fikcja roku. Dobrze, że żyjesz.”

 

🎧 cichepiętro3:

„BUCK-TICK to idealny soundtrack na ‘wracam z przymusowych wakacji’. Tak bardzo czuję ten vibe.”

 

🍕 żabkaforever:

„Pizza z Żabki – to smak powrotu z piekła. Nie idealna, ale własna.”

 

🛁 wannatowolność:

„To uczucie, kiedy własna łazienka staje się oazą. Serio, zero ironii – mam tak samo.”

 

🐶 piesnazwęma:

„Leonardo-pies to brzmi jak alter ego Leona. Ale lepsze to niż Zenon-pies.”

 

[KONIEC]

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • droga_we_mgle 7 miesięcy temu
    Eh... przypomniało mi się tych kilka wyjazdów z rodziną, które były po prostu... błędem. Nie wszystkie, ale niektóre tak.

    Co do Zenona... ja pierniczę. Jeszcze większość jego zachowań można by uznać za próbę zaimponowania Krystynie poprzez udawanie "samca alfa z Pepco", ale ten komentarz, kiedy L. spała... ała. Rozumiem, że każdy chce prywatności i odpoczynku, rodzice często chcą "odpocząć" od swoich pełnosprawnych dzieci, jednak mówienie tego w takich okolicznościach, obok Lilki (nieważne, że "spała") jest po prostu karygodne. Jest różnica między wspieraniem kogoś i zachęcaniem do wyjścia ze strefy komfortu, bo go kochasz i chcesz dobrze, a "wspieraniem" żeby się go pozbyć.

    Pół żartem, pół serio - Zenon korzysta z "gotowców", bo jeśli komuś nie smakuje, nie może go obwinić, że źle gotuje ; )

    literówka w tytule w słowie "espapadry"

    Pozdrawiam :)
  • droga_we_mgle 7 miesięcy temu
    A te sytuacje z żebrakiem i chusteczką faktycznie bardzo ciepłe i takie... inne.
  • LittleDiana 7 miesięcy temu
    Dzięki za komentarz, wiele dla mnie znaczy twoja opinia:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania