ROZDZIAŁ CZWARTY ,,Pęknięcia w murze”

Dawny klasztor zamieniony w warownię. Tam, gdzie niegdyś śpiewano psalmy, teraz słychać było jęki więźniów. Kamienne krużganki, przesiąknięte modlitwą dawnych czasów, teraz niosły echo krzyków i rozkazów. W cieniu świętych symboli wyrosła nowa wiara — wiara w strach, ogień i żelazną dyscyplinę.

W jednej z cel, przy surowym, kamiennym stole, brat Innocenty przerysował krzyż na pergaminie drżącą ręką, gdy rozległo się pukanie.

Bez podnoszenia głowy warknął:

– Wejść.

Do celi wszedł strażnik – blady jak ściana, z kroplami potu na czole.

– Panie... doszło do zamieszania. Większość więźniów została już schwytana, ale... templariusz i ta kobieta... uciekli.

Innocenty uniósł wzrok. Jego spojrzenie było martwe jak kamień.

– „Doszło do zamieszania”? – powtórzył cicho. – A wy... po prostu na to patrzyliście?

– Panie, rozgardiasz był straszny. Drzwi do cel zostały otwarte. Część więźniów próbowała się wydostać. Udało się ich zatrzymać. Ale... oni dwoje wykorzystali zamieszanie. I przejście, którego nie znaliśmy.

Brat Innocenty zamknął oczy na ułamek sekundy. Gdy je otworzył, w jego źrenicach tlił się zimny ogień.

– W moich lochach. W mojej twierdzy.

Strażnik milczał, wbijając wzrok w kamienną posadzkę.

Innocenty wstał powoli. Ruch jego szaty przeciął ciszę szelestem suchych liści.

– Znajdźcie ich. Albo ich ciała. – Głos był cichy, niemal łagodny, ale drżał w nim gniew. – A tych, którzy dopuścili się zaniedbania, sprowadźcie tutaj. Porozmawiam z nimi... osobiście.

Strażnik oddalił się niemal biegiem.

W komnacie zapadła cisza. Tylko ogień w kominku trzaskał rytmicznie, jakby odliczał czas.

W cieniu, przy ścianie, stała nieruchoma postać. Brat w czarnym habicie, którego twarz ukrywał półmrok. Nic nie mówił. Nie ruszał się. Ale jego spojrzenie było inne – czujne. Zbyt czujne.

Innocenty patrzył tylko w ogień.

– Templariusz i wiedźma... – wyszeptał. – Zobaczymy, jak długo uda wam się oszukiwać los.

W kącie cień zamrugał leniwie. Może w uśmiechu. Może tylko w zamyśleniu.

Brat Abelard stał przed stołem Innocentego ze splecionymi rękami w rękawach habitu. Jego twarz była jak wyrzeźbiona z kamienia – bez wyrazu, bez emocji.

– Templariusz i kobieta – powtórzył wolno Innocenty, wpatrując się w płomienie. – Uciekli. Na naszych oczach.

Przy tych słowach jego szczęka zadrżała lekko, ale głos pozostał spokojny.

Abelard skinął głową, jakby komentował prognozę pogody, a nie własną klęskę.

– Rozkażę przeszukać lochy. Wyślę patrole. Na pewno nie zajdą daleko, bracie – powiedział łagodnie.

Innocenty zacisnął dłoń na krawędzi stołu.

– „Na pewno” ... – powtórzył cicho, z cieniem gorzkiego uśmiechu. – Cóż, bracie Abelardzie, jeśli nie znajdziemy ich w porę, ktoś jeszcze pomyśli, że Święta Inkwizycja kruszeje od środka.

Abelard pochylił głowę.

– Zadbam o to, aby tak się nie stało.

Przez chwilę trwało między nimi napięte milczenie.

W końcu Innocenty machnął ręką.

– Idź. Zrób, co trzeba.

Abelard skinął głową i odwrócił się bez słowa.

Gdy drzwi zamknęły się za nim, jego twarz zmieniła się nie do poznania.

Zniknęła maska pokornego mnicha. Został tylko zimny błysk w oczach.

Stanął w cieniu pod filarem i pozwolił sobie na chwilę myśli.

„Nie nadajesz się, bracie Innocenty” – pomyślał. – „Za bardzo wierzysz w zasady. Za mało rozumiesz, jak działa prawdziwy świat.”

Przymknął oczy.

„Kto nie nauczy się panować nad strachem, sam padnie jego ofiarą.”

Za kilka dni losy tej twierdzy miały się zmienić.

Brat Abelard zamierzał zadbać o to, by już nigdy więcej nie musiał odpowiadać przed ludźmi słabszymi od siebie.

Pociągnął kaptur na głowę i zniknął w korytarzach klasztoru – cichy, szybki, śmiertelnie niebezpieczny.

Przemknął korytarzami do niewielkiej bocznej komnaty. Zapukał trzy razy szybko, potem raz wolniej.

Drzwi uchyliły się.

W środku czekali już dwaj mężczyźni:

Brat Hermann – wysoki, siwy, o twarzy pooranej zmarszczkami,

oraz brat Otto – młodszy, o bystrych, niecierpliwych oczach.

Wszyscy trzej wymienili krótkie, twarde spojrzenia.

Na stole stała jedynie oliwna lampa, której płomień drżał nerwowo.

Abelard skinął głową.

– Bracia – zaczął spokojnie. – Kolejne potknięcie Brata Innocentego.

Hermann skrzyżował ramiona na piersi.

– Ile jeszcze potknięć mamy ignorować? – warknął.

Otto poprawił sznur habitu.

– Jego decyzje nas pogrążają – mruknął. – Jeśli nie zareagujemy...

Abelard spojrzał na nich ciężko, a jego głos stał się twardy jak kamień.

– On sam szykuje sobie stos – szepnął. – Naszą rolą będzie tylko podpalić go w odpowiedniej chwili.

Cisza w komnacie zgęstniała.

Ściany zdawały się słuchać.

Abelard przeciągnął palcem po szorstkim blacie stołu, jakby znacząc niewidzialne ścieżki zdrady.

Otto zmarszczył brwi.

– A co z uciekinierami? Ścigać ich? Oszukiwać Innocentego, że szukamy?

Abelard zmrużył oczy.

– Wyślę dwóch młodych. Najsłabszych. Każdego osobno.

Nie złapią nawet własnego cienia.

Ale Innocenty... będzie miał złudzenie, że coś robimy.

Bracia kiwnęli głowami.

Abelard odwrócił się powoli i zniknął w ciemnościach korytarza.

W izbie została tylko cisza – gęsta, cierpliwa i męcząca.

Lochy były chłodne jak wnętrze grobu.

Dwóch strażników stało na środku izby, gdzie Brat Innocenty zwykle przesłuchiwał więźniów. Teraz to oni stali w roli oskarżonych. Klatki piersiowe unosiły im się ciężko od strachu. Ręce, skrępowane grubymi powrozami, drżały ledwo dostrzegalnie.

Za stołem siedział Innocenty. Spokojny. Kamienny.

Obok niego, milczący jak cień, stał Brat Abelard, obserwując scenę spod zmrużonych powiek.

– Imiona – rzucił Innocenty chłodno.

– Ulrich, panie – wychrypiał pierwszy, ten, który strzegł bezpośrednio celi.

– Mathias – dodał drugi, starszy, który pełnił straż w bocznym korytarzu.

Brat Innocenty spojrzał na nich bez cienia współczucia.

– Macie jedno zadanie – powiedział powoli. – Strzec tych, których Kościół oddaje wam w opiekę. Utrzymanie porządku. Utrzymanie więzów. Utrzymanie grozy.

Zawiedliście w każdej z tych rzeczy.

Ulrich otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale spojrzenie Innocentego uciszyło go szybciej niż rozkaz.

– Strażniku Ulrichu – ciągnął Innocenty, głosem spokojnym jak ostrze noża. – Byłeś tym, który pilnował celi templariusza i wiedźmy.

Twoja nieuwaga, twoje nieprzebudzone sumienie, twoje lenistwo kosztowało nas hańbę.

Co masz na swoją obronę?

Ulrich przełknął ślinę. – Panie... zamieszanie... tłum... Wykorzystali nieuwagę... Przysięgam, nie widziałem...

– NIE WIDZIAŁEŚ? – głos Innocentego nagle wystrzelił w powietrze jak bat, odbijając się echem od kamiennych ścian.

Wstał. Szaty zaszeleściły cicho.

– Oczy, które nie widzą, nie są potrzebne. Ręce, które nie powstrzymują, są przekleństwem.

Przeciągające się milczenie było gorsze niż krzyki.

Wreszcie Innocenty wydał wyrok:

– Strażnik Ulrich: trzydzieści batów na placu przed zamkiem. Publicznie.

Potem zostaniesz osadzony w ciemnicy bez prawa do światła ani strawy, aż Pan sam zdecyduje o twoim losie.

Ulrich pobladł, a jego kolana ugięły się pod ciężarem wyroku. Ale nikt nie wyciągnął do niego ręki.

Innocenty odwrócił wzrok ku Mathiasowi.

– Ty, Mathiasie... byłeś w bocznym korytarzu.

Twoja wina jest mniejsza, ale równie istotna.

Mathias skinął głową, zrezygnowany. Wiedział, że nie ma sensu się tłumaczyć.

– Otrzymasz piętnaście batów – powiedział Innocenty. – Następnie na Twoim ramieniu zostanie wypalony znak, abyś pamiętał o konsekwencjach swoich czynów wobec Pana i Inkwizycji.

Obaj strażnicy nie protestowali. W ich oczach nie było buntu – tylko strach i rezygnacja.

Brat Abelard, stojący w cieniu, przyglądał się wszystkiemu bez wyrazu.

Ale w głębi serca zapamiętywał każdy szczegół tej sceny.

Władza – prawdziwa władza – zawsze zaczyna się od strachu.

Brat Innocenty usiadł ponownie, splótł dłonie na blacie stołu i skinął głową.

– Wykonać. Natychmiast.

Dwóch zakapturzonych pomocników wyszło z cienia, by zabrać strażników.

W korytarzu rozległy się ciężkie kroki, potem szuranie nóg i stłumione jęki.

A w lochach zapanowała znowu cisza.

Ciężka. Niewybaczająca.

Brat Innocenty zamknął oczy na chwilę i wyszeptał cicho do siebie:

– Kto raz zawiedzie, już zawsze będzie słabszy.

Dziedziniec dawnego klasztoru był ponury jak samo piekło.

Chmury wisiały nisko nad murami, ciężkie od deszczu, którego niebo jeszcze nie chciało wypuścić. Kamienna ziemia była śliska od wilgoci, a powietrze pachniało strachem.

Na środku dziedzińca stał drewniany słup. Do niego przywiązano Ulricha.

Jego koszula została rozerwana na plecach. Skóra, blada i napięta, czekała na pierwszy cios.

Zebrani bracia i służba milczeli. Nie było szeptów, nie było współczucia. Tylko oczekiwanie.

Brat Innocenty pojawił się na kamiennych schodach. Uniósł dłoń.

– Za zdradę obowiązku. Za wystawienie na szwank honoru Inkwizycji. Trzydzieści batów dla Ulricha. Piętnaście batów dla Mathiasa oraz znak hańby. – Głos Innocentego był cichy, ale każdemu zaparło dech w piersi.

Kat – milczący, z twarzą ukrytą pod kapturem – podniósł rzemień.

Pierwszy cios przeciął powietrze ze świstem.

Ulrich jęknął, gdy skóra pękła pod uderzeniem. Krew zaczęła sączyć się cienkimi strużkami.

Cios za ciosem spadał na jego plecy. Dwadzieścia. Dwadzieścia pięć. Trzydzieści.

Gdy skończyli, Ulrich zwisał bezwładnie na powrozach, jego plecy były jedną wielką, krwawiącą raną.

Bez słowa odcięto go i pozwolono runąć na zimną ziemię.

Bez litości.

Bez cienia ulgi.

Mathias został popchnięty do słupa. Miał w oczach strach, ale zmusił się, by stanąć prosto.

Kat uniósł bicz raz jeszcze.

Piętnaście uderzeń.

Każde kolejne cięcie odbijało się w jego ciele jak zimne echo bólu.

Mathias nie jęczał. Nie wołał o litość.

Zaciskał zęby, aż niemal słyszalnie zgrzytały.

Gdy skończyli, jego plecy były przecięte sinymi pręgami, a on nadal stał – chwiejąc się, ale nie upadając.

Kiedy nadeszła kolej na znak hańby, Mathias nie odwrócił wzroku.

Kat podał bratowi Innocentemu rozgrzane żelazo.

Brat Innocenty sam podszedł do Mathiasa.

– Byś do końca swych dni pamiętał – powiedział lodowatym tonem.

Przycisnął żarzący się znak do jego ramienia.

Syczenie palonej skóry rozdarło ciszę dziedzińca.

Mathias nie wydał z siebie nawet jęku. Tylko zamknął oczy – mocno, kurczowo – jakby próbował uciec gdzieś w głąb siebie.

Brat Innocenty odrzucił żelazo na ziemię i odwrócił się.

Dla niego wyrok został wykonany.

Ulrich i Mathias – jeden nieprzytomny, drugi na wpół żywy – zostali zabrani.

Dziedziniec opustoszał.

A nad zamkiem wisiała cisza – ciężka jak wyrok.

Korytarze lochu znowu były puste. Kamienie piły wilgoć, a płomienie pochodni rzucały drżące cienie, które pełzały po ścianach niczym duchy tych, których tu stracono.

Brat Innocenty siedział samotnie przy stole. W dłoniach obracał metalowy krucyfiks – raz w jedną, raz w drugą stronę – jakby próbował w nim znaleźć odpowiedź, której nikt nie chciał mu dać.

Wcześniej, gdy kończył przesłuchanie i skazę strażników na bicze oraz znak hańby, wydawało mu się, że gniew go oczyścił. Że kara przywróci równowagę.

Ale teraz czuł tylko pustkę.

Ogień w kominku trzaskał jednostajnie. Krople wody kapały gdzieś w głębi korytarzy. Każdy dźwięk odbijał się echem w jego głowie, jakby świat powoli tracił kontury.

Wpatrywał się w płomienie, gdy usłyszał cichy stukot.

Niegłośne pukanie.

Niewołanie.

Raczej coś jak drapanie. Jakby ktoś lub coś, przesunęło paznokciem po drewnie drzwi.

Uniósł głowę.

Czekał.

Nic.

Znów zapatrzył się w ogień, ale stukot wrócił. Delikatniejszy. Bliższy.

Wstał powoli, przeciągając palcami po blacie stołu, jakby upewniał się, że podłoga naprawdę jest pod jego stopami. Podszedł do drzwi. Przyłożył dłoń do zimnego drewna.

Przez chwilę było cicho.

A potem usłyszał szept.

Ledwie słyszalny. Jak oddech.

"Zdrajca..."

Odskoczył od drzwi, jakby ugryzł go wąż.

Otworzył je gwałtownie.

Pusty korytarz.

Tylko cień własnego strachu i echo gasnącego płomienia.

Innocenty zamknął drzwi z hukiem. Zasunął zamek.

Oparł się o ścianę, oddychając ciężko.

Nie, nikt tam nie stał.

I właśnie dlatego było to jeszcze gorsze.

Jeśli ktoś szepcze twoje imię w ciemności, to znaczy, że albo zbliża się zdrada...

...albo zaczynasz wariować.

Brat Innocenty zamknął oczy i powoli osunął się na krzesło.

W lochach zapanowała cisza.

Ale ona nie była już pusta.

Cisza miała teraz twarz.

I Innocenty wiedział, że tej ciszy nie da się już zagłuszyć modlitwą.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Nocnepiórko 9 miesięcy temu
    Drodzy Czytelnicy,

    widzę, że czytacie – i bardzo mnie to cieszy! Ale jeśli historia „Ostatniego Templariusza kontra Świętej Inkwizycji. Walka o przetrwanie” naprawdę Was wciąga (albo przeciwnie – coś Was drażni, zastanawia, zaskakuje), dajcie mi znać w komentarzach.

    Piszę tę opowieść z pasją i konkretną wizją, ale każde słowo od Was – pochwała, krytyka, pytanie – to dla mnie cenna informacja. Chcecie więcej humoru? Mniej opisów? Bardziej bezlitosnego Godfryda? A może kibicujecie Hildzie? Piszcie!

    Milczenie jest złotem – ale nie tutaj 😉

    Czekam na Wasze opinie!
  • Where Is My Mind 9 miesięcy temu
    Czytają? Nie byłbym przekonany, oni przede wszystkim lubią pisać, najbardziej na zasadzie walki o swoje racje, w ich obronie.

    Nie czytałem, z opisu w komentarzu tylko się dowiaduję, o czym jest. Inkwizycja raczej była i byłaby przychylna templariuszom w okresie około kasacyjnym, można przynajmniej tak wnioskować, bo sami mistrzowie, chcieli by sądziła ich własnie inkwizycja, co nie znaczy, że naprawdę była im przychylna, jednak był pewien pozór.
  • Where Is My Mind 9 miesięcy temu
    PS

    Czytają skandalistów z zaplecza - czyli odwal zadymę na forum, a zapewne zaczną.
  • Where Is My Mind 9 miesięcy temu
    Względnie bezpieczny wątek, gdzie naprawdę dają wskazówki:
    https://www.opowi.pl/forum/przydatne-wskazowki-dla-nowych-i-nie-w1778/
    droga_we_mgle nie jest agresywna.
  • Nocnepiórko 9 miesięcy temu
    Dzięki za opinię – choć szkoda, że nie przeczytałeś rozdziału, bo myślę, że historia sama się broni, niezależnie od forumowych zawirowań.Co do kwestii historycznych – zdaję sobie sprawę, że temat inkwizycji i templariuszy jest złożony i wielowymiarowy, dlatego w mojej opowieści pozwalam sobie na literacką interpretację, z zachowaniem pewnych realiów, ale i swobodą twórczą.

    Link do wskazówek na forum chętnie sprawdzę – dzięki za polecenie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania