ROZDZIAŁ DRUGI „Kwaśnoręki nie powinien być już kwaśny”

Hilda prowadziła Godfryda przez ciemne, wąskie uliczki miasta. Mimo późnej pory trzymali się cienia budynków, unikając spojrzeń nielicznych przechodniów. Po niedługim czasie dotarli do starej, drewnianej gospody. Nad wejściem chwiał się szyld, nadgryziony zębem czasu – litery były niemal nieczytelne. Ciepłe, migotliwe światło sączyło się przez szpary w okiennicach.

– Tutaj – szepnęła Hilda, uchylając drzwi.

Wnętrze było zadymione, pachniało pieczonym mięsem oraz rozlanym piwem. Przy długich stołach siedzieli podróżni i miejscowi, popijając trunki i gawędząc półgłosem. Drewniane belki stropowe pokrywała sadza, a podłoga lepiła się od błota i alkoholu wniesionego na butach gości.

Za ladą stał gospodarz – starszy, grubawy mężczyzna o surowym spojrzeniu. Miał na sobie prostą lnianą koszulę z podwiniętymi rękawami i skórzany fartuch. Na widok Hildy jego twarz złagodniała.

– Hilda! – mruknął, ocierając ręce w fartuch. – Gdzieś się podziewała?

– Tu i tam, jak zawsze – odpowiedziała z uśmiechem. – Potrzebujemy twojej pomocy.

Gospodarz spojrzał na Godfryda, który ociekał wodą i ciągnął za sobą zapach kiszonej kapusty. Skrzywił się lekko, ale skinął głową.

– Dobrze, ale nie tutaj. Chodźcie, nikt nie powinien was widzieć.

– Kim jest ten wielkolud? – rzucił z nieufnością.

– Przyjaciel – skłamała gładko. – Potrzebujemy kąta do spania i czegoś do jedzenia.

Hilda dobrze znała to miejsce i bez wahania ruszyła ku tyłom gospody, gdzie mogli być zupełnie sami. Gospodarz prowadził ich przez wąski korytarz, a oni co chwilę ukradkiem zerkali na siebie.

W końcu dotarli do drzwi i weszli do środka. Kilka świec rzucało ciepłe, migotliwe światło, tworząc atmosferę spokoju i bezpieczeństwa. Mimo skromnych warunków miejsce miało swój urok.

Hilda oparła łokcie na drewnianym stole i spojrzała na Godfryda. Jego biały płaszcz z czerwonym krzyżem był brudny, poszarpany i przyciągał zbyt wiele spojrzeń.

– Dlaczego nadal to nosisz? – zapytała, unosząc brew. – To jak wywieszenie szyldu: „Święta Inkwizycjo, oto ja!”.

Godfryd spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.

– Bo jestem templariuszem – odpowiedział spokojnie. – Ale to coś więcej niż tylko strój. To jedyne, co mi po nich zostało. Po moich braciach. Jeśli go zdejmę… to jakby ich zdradzić.

Hilda milczała przez moment, po czym westchnęła.

– Templariusze są teraz zakazani przez króla i papieża. A ty chcesz przeżyć, prawda?

Nie czekając na odpowiedź, skinęła głową w stronę skrzyni, stojącej przy ścianie.

– W takim razie musisz go choć na razie schować. Ktoś cię rozpozna i wtedy już nie będzie odwrotu.

Godfryd uniósł brwi, ale bez słowa zsunął z ramion płaszcz i złożył go starannie. Nie było trzeba słów – było widać, jak wiele go to kosztuje.

Gunter, siedzący przy stole, obserwował ich w milczeniu, aż w końcu westchnął i przerwał ciszę:

– Hilda, czy to nie czas, byś wydoroślała? Może powinnaś przestać znikać na kilka dni bez słowa?

Hilda spojrzała na niego z mieszanką zdziwienia i irytacji.

– Gunterze, wiesz, że nie jestem stworzona do spokojnego życia – wróciła do przeszukiwania kufra. – Poza tym, czy naprawdę wyobrażasz sobie mnie siedzącą w jednym miejscu?

Godfryd westchnął ciężko.

– Czy naprawdę muszę to robić? – wskazał na skrzynię.

– Tak, musisz – odpowiedziała Hilda stanowczo. – Nie możemy ryzykować, że ktoś cię rozpozna. A poza tym… musisz się wykąpać.

Gunter spojrzał na nią z troską.

– Martwię się o ciebie, Hildo. Chcę, żebyś była bezpieczna.

Hilda podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu.

– Wiem, Gunterze. Ale musisz mi zaufać. Wiem, co robię.

Właściciel, zmęczony po całym dniu pracy, spoglądał na swoich gości i zastanawiał się, co ta Hilda znowu wyprawia. Czasem nie mógł uwierzyć, że ta mała rudowłosa dziewczyna, którą znał od dziecka, już nie jest taka mała. Dorosła, a jej niezależność i upór prowadziły ją własnymi drogami. Ale żeby templariusza tutaj przyprowadzić?

To było bardzo niebezpieczne.

Hilda uśmiechnęła się promiennie, przerzucając ubrania w kufrze.

– Potrzebuję ubrania skromnego, najlepiej takiego, które nie krzyczy: „Ścigajcie mnie!”.

Gunter spojrzał przez ramię na Godfryda, który właśnie próbował nie wyglądać jak ktoś, kto może w każdej chwili rzucić się na wrogów z mieczem w ręku.

– Mam coś odpowiedniego – oznajmiła z triumfem Hilda.

– Teraz mów. Wszystko – powiedział Gunter twardo. W jego głosie pobrzmiewała stanowczość, ale i coś jeszcze – troska, której nie potrafił ukryć.

Hilda skrzyżowała ramiona, opierając się o drewnianą ścianę. Jej twarz pozostawała spokojna, niemal obojętna, jakby cała ta rozmowa zupełnie jej nie dotyczyła. Jednak Godfryd, stojąc z boku, dostrzegł napięcie w jej zaciśniętych ramionach, usłyszał zbyt równy oddech, sztuczny spokój, za którym skrywała prawdziwe emocje.

– Nie ma o czym mówić. – Wzruszyła ramionami, unikając jego wzroku. – Byłam w lochach. Teraz już nie jestem.

– Hilda. – Głos Guntera stwardniał, zdradzając narastającą frustrację. – Nie mam cierpliwości do gierek.

Cisza rozciągała się między nimi jak gęsta mgła.

– Aresztowali mnie – powiedziała chłodno, a w jej głosie brzmiała nuta determinacji. – Inkwizytor Innocenty chciał, żebym podpisała zeznania. Twierdzi, że jestem czarownicą.

Gunter zamarł. Na jego twarzy pojawił się cień gniewu, ale zamiast wybuchnąć, odwrócił wzrok, jakby próbował się opanować.

– I co zrobiłaś?

– Nic. Nie podpisałam.

– Więc jak się stamtąd wydostałaś?

Hilda uniosła kącik ust w lekko ironicznym uśmiechu.

– W dobrym towarzystwie. Ucieczka z lochów to nic wielkiego.

Godfryd skrzyżował ramiona i spojrzał Gunterowi prosto w oczy.

– Pomogłem jej. Uciekliśmy stamtąd razem.

– Ryzykowałeś życie. Dla niej. Dlaczego? – Gunter zmrużył oczy, szukając odpowiedzi między słowami.

Godfryd parsknął cicho.

– To nie było ryzyko. To była konieczność.

Hilda oparła się o stół, jej spojrzenie przeszyło Godfryda.

– Sam byś nie uciekł, templariuszu.

– A ty beze mnie też długo byś tam posiedziała – odpowiedział Godfryd, unosząc brew, co dodało mu pewności siebie.

Gunter przyglądał się im obu uważnie, jakby próbował odgadnąć ich myśli.

– Więc byliście na siebie skazani.

– Dokładnie – wzruszyła ramionami Hilda. – Nie było wyboru. Albo pomagamy sobie nawzajem, albo gnijemy w tych lochach.

Godfryd kiwnął głową.

– A jeśli chodzi o twoje pytanie… Nie chodziło o ryzykowanie życia. Po prostu oboje nie mieliśmy innej opcji.

Gunter westchnął, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko zmarszczył brwi i machnął ręką.

– Dobrze. Ale teraz idźcie na górę. Moja żona zaraz nagotuje wody, bo nasz gość koniecznie musi się wykąpać. Inaczej będę go nazywał Kwaśnoręki.

Hilda parsknęła śmiechem i posłała Godfrydowi zwycięski uśmiech.

– Chodź, sir Kapusta, musimy pozbyć się tego zapaszku – powiedziała i pociągnęła go w stronę schodów, nie zapominając o zabraniu ubrań.

Pokój był niewielki, z drewnianymi ścianami, które trzymały w sobie ciepło z kominka. W powietrzu unosił się zapach ziół i wilgoci, a przytłumione odgłosy rozmów z dołu przypominały, że nie byli tu sami.

Godfryd opadł ciężko na ławę, opierając głowę na rękach. Przez chwilę panowało milczenie, aż Hilda w końcu usiadła naprzeciw niego.

– Więc? – zagadnęła. – Powiesz mi w końcu, kim naprawdę jesteś, zanim przyjdzie ta okropna ropucha?

Godfryd uniósł głowę. W jego oczach było coś mrocznego, coś, czego nie widziała wcześniej.

– Nazywam się Godfryd z Montreuil – powiedział cicho. – Jestem… a raczej byłem templariuszem.

Hilda nie wyglądała na szczególnie zaskoczoną, ale nie przerwała mu.

– Przysięgałem lojalność moim braciom – kontynuował. – Widziałem, jak spalili ich na stosach, nie mogłem nic zrobić. Filip IV i papież Klemens... Zniszczyli nas, nazwali heretykami. Jaki mieli w tym cel? A no taki, że sam król Francji zapożyczył się u nas na dość wysoką kwotę, której nie był w stanie nam oddać. Pomyślał sobie pewnie, że jeśli się nas pozbędzie to nie dosyć, że nie będzie musiał nam oddawać długu to jeszcze się na tym wzbogaci zabierając wszystko to co pozostawiliśmy. Iście przebiegły plan, nieprawdaż?

Jego pięści zacisnęły się na stole.

– Przeżyłem, ale nie zamierzam uciekać. – Spojrzał na Hildę twardym wzrokiem. – Zemszczę się. Znajdę ludzi odpowiedzialnych za to, co spotkało moich braci, i sprawię, że zapłacą.

Hilda oparła brodę na dłoni, przez chwilę milcząc.

– A ty co? – rzucił Godfryd. – Nie boisz się mieć do czynienia z "heretykiem"?

– Boję się tylko głupoty – odparła spokojnie. – A zemsta… potrafi być bardzo głupia. Zwłaszcza, gdy nie wiesz, co robisz.

Godfryd prychnął, ale jej wzrok nie drgnął ani na moment.

– Jeśli naprawdę chcesz zemsty, to lepiej, żebyś wiedział, co robisz – powiedziała poważnie. – W przeciwnym razie skończysz jak reszta twoich braci, na stosie.

Zawiesiła głos. Jej spojrzenie na chwilę uciekło gdzieś w bok, jakby zobaczyła coś, czego Godfryd nie mógł dostrzec.

– Zemsta... – powtórzyła cicho, niemal do siebie. – Czasem to jedyne, co ci zostaje. Ale nie każdemu się z nią udaje.

– Mówisz, jakbyś coś o tym wiedziała – zauważył.

Hilda uśmiechnęła się, lecz w jej oczach nie było cienia radości.

– Może. A może po prostu widziałam zbyt wielu głupców, którzy myśleli, że to coś zmieni.

Zanim Godfryd zdążył dopytać, przeciągnęła się ostentacyjnie i rzuciła:

– A teraz, jeśli skończyliśmy z filozofią i czarnymi wizjami, może pora na coś praktycznego? Na przykład kąpiel. Bo jeśli wkrótce nie zamoczysz się w balii, to nawet Inkwizycja nie będzie chciała cię dotykać – nawet kijem.

Nagle rozległo się skrzypnięcie drzwi.

Do izby weszła Marta – kobieta o surowym wyglądzie i jeszcze surowszym charakterze. Jej twarz, naznaczona zmarszczkami, zdradzała lata ciężkiej pracy i nieustannego niezadowolenia. Cienkie, siwe włosy były ciasno związane, a jej oczy patrzyły na świat z nieustanną podejrzliwością.

Kiedy tylko spojrzała na Hildę, jej usta zacisnęły się w wąską kreskę.

– Ty znowu tutaj. – powiedziała szorstko.

Hilda uniosła podbródek, próbując ukryć lekkie zakłopotanie.

– Miło cię widzieć, Marto. Jak zawsze promieniejesz.

Marta prychnęła, podchodząc bliżej.

– A ten? – Zerknęła na Godfryda, który wciąż wyglądał jak ktoś, kto właśnie uciekł z rynsztoka. – Coś ty mi za śmierdziela przyprowadziła?

– To… mój znajomy. – Hilda uśmiechnęła się niewinnie.

Marta zmrużyła oczy.

– Tak, tak, znajomy… Gunter powiedział, że mam mu przynieść wodę, ale nie licz na to, że będę mu jeszcze plecy szorować.

– Nie śmiałabym o to prosić – odparła Hilda słodko.

Marta burknęła coś pod nosem, odstawiła wiadro z gorącą wodą i wzruszyła ramionami.

– Jesteś jak kłopot, który nigdy nie znika.

Godfryd, wyraźnie spięty – jakby nie wiedział, czy nie usłyszy wyroku, uniósł wzrok na Martę, ale nie powiedział ani słowa.

Hilda wzięła głęboki oddech, próbując zachować spokój.

Gospodyni spojrzała na Hildę z niechęcią, jej oczy błyszczały złośliwością.

– Zawsze przynosisz kłopoty, Hildo – mruknęła. – Ale dobrze, niech się wykąpie.

Hilda odwróciła się do Godfryda i uśmiechnęła się szeroko.

– No to co, sir Kapusta? Czas się wykąpać.

Godfryd rzucił jej zmęczone spojrzenie, ale nie miał siły się sprzeczać. Kiedy zniknął za drzwiami kolejnej izby, Hilda odwróciła się do Marty, która wciąż patrzyła na nią z niechętnym wyrazem twarzy.

– Co? – rzuciła Hilda. – Przecież cię nie zjadł.

– Jeszcze – burknęła Marta. – Ale niech no tylko spróbuje narobić bałaganu, to osobiście utopię go w tej balii.

Hilda zachichotała, ale zaraz potem spoważniała.

– Dziękuję, Marto. Naprawdę.

Marta rzuciła jej spojrzenie spod zmrużonych powiek, po czym bez słowa wyszła.

Minęło kilkanaście minut, gdy Marta wróciła.

– Idziemy posprzątać po twoim rycerzu w brudnej zbroi – oznajmiła sucho, wchodząc do środka.

Hilda uniosła brwi, ale posłusznie podniosła się z ławy. Weszły razem do izby, w której jeszcze unosiła się para po kąpieli. Marta bez słowa sięgnęła po mokre szmaty i brudne ubrania Godfryda, skrzywiła się na ich stan i mruknęła coś pod nosem.

– Nie wiem, co on robił przez ostatni miesiąc, ale chyba nie miał do czynienia z wodą.

Hilda zaśmiała się cicho, ale śmiech ugrzązł jej w gardle. Coś było nie tak. Na dole rozległ się nagły hałas. Ciężkie kroki, skrzypienie drzwi, szorstki głos przerywający gwar karczmy.

Marta zesztywniała. Jej palce zacisnęły się na fałdach spódnicy, a oczy, zwykle pełne surowości, teraz błysnęły niepokojem. Spojrzała najpierw na Hildę, potem na Godfryda, który właśnie wszedł do izby, jeszcze wycierając mokre włosy szorstką szmatą. Krople wody skapnęły na podłogę z głuchym plaskiem. Ale nikt nie drgnął.

Z dołu dobiegł kolejny odgłos – jakby ktoś z impetem odstawił kufel na blat – aż drewno zadrżało. Potem.... cisza. Grobowa.

Marta nie odezwała się ani słowem. Po prostu odwróciła się na pięcie i zbiegła po schodach.

Godfryd zrobił krok w stronę wyjścia, ale zatrzymał się u szczytu schodów. Nasłuchiwał. Jego oddech przyspieszył, a dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści.

Marta, ukryta w cieniu drewnianej belki, widziała wszystko, sama pozostając niewidoczna. W progu stał mężczyzna w ciemnym habicie. Jego wzrok przesuwał się po izbie – chłodny, badawczy, jakby szukał czegoś konkretnego.

Godfryd już nie musiał pytać. Wiedział.

Przyszli po nich.

Odwrócił się i pobiegł do izby, gdzie była Hilda. Wpadł do środka, zatrzaskując drzwi, po czym chwycił ją za rękę z taką siłą, że aż drygnęła.

– Hildo – wysapał. – Ktoś od inkwizycji nas szuka. Musimy się schować.

Nie zawahała się nawet na moment. Jej oczy błysnęły.

– Jest jedno miejsce – szepnęła. – Stara komórka na zapleczu. Pełno tam rupieci, nikt nie zaglądał tam od lat.

Godfryd skinął głową. Ruszyli szybko, ale ostrożnie. Każda skrzypiąca deska w podłodze zdawała się rozbrzmiewać w napiętej ciszy niczym uderzenie dzwonu pogrzebowego.

Hilda otworzyła drzwi komórki i wślizgnęli się do środka. W powietrzu unosił się zapach kurzu i starego drewna. W półmroku majaczyły zarysy porzuconych skrzyń, a pajęczyny lśniły w nikłym świetle niczym srebrne nici.

– To wystarczy – szepnęła, próbując uspokoić oddech.

Godfryd spojrzał na nią z wdzięcznością, ale zamiast słów odpowiedziała mu cisza – gęsta, duszna, nabrzmiała czymś, czego oboje nie potrafili nazwać.

Nie wiedzieli, jak długo będą musieli tu tkwić. Wiedzieli tylko jedno.

Byli razem.

I od tego momentu to właśnie mogło zdecydować o ich przetrwaniu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Nocnepiórko 9 miesięcy temu
    Drodzy Czytelnicy,

    widzę, że czytacie – i bardzo mnie to cieszy! Ale jeśli historia „Ostatniego Templariusza kontra Świętej Inkwizycji” naprawdę Was wciąga (albo przeciwnie – coś Was drażni, zastanawia, zaskakuje), dajcie mi znać w komentarzach.

    Piszę tę opowieść z pasją i konkretną wizją, ale każde słowo od Was – pochwała, krytyka, pytanie – to dla mnie cenna informacja. Chcecie więcej humoru? Mniej opisów? Bardziej bezlitosnego Godfryda? A może kibicujecie Hildzie? Piszcie!

    Milczenie jest złotem – ale nie tutaj 😉
  • il cuore 2 miesiące temu
    /Nie było trzeba słów/ – porządek wyrazów
    /– Przysięgałem lojalność moim braciom – kontynuował. – Widziałem, jak/ – taki przykład jak tutaj; mogłaś zrobić wtrącenie
    /– Ty znowu tutaj. – powiedziała/ – kropek do usunięcia
    /Krople wody skapnęły na podłogę z głuchym plaskiem./ – pluskiem raczej... ale to także dziwaczne
    /chwycił ją za rękę z taką siłą, że aż drygnęła./ – zapewne; drgnęła
    Trochę irytuje mnie Gunter, bo to przecież Günter.
    Nie czyta się lekko, płynnie, zauważalny chaos w zapisie, budowie zdań.

    Rozumiem zamysł fabuły ale żeby napisać takie opko nie musiałaś lecieć aż do czternastego wieku.
    cul8r

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania