Poprzednie częściRozdział I

Rozdział II

Moj melancholijny wzrok spogląda na owsiankę, postawioną przede mną na mahoniowym stole, przez jedną ze starszych służek. Owsianka odraża swą gęstością i kolorem zniechęcając do jej spróbowania. Moje smutne oblicze odbija się w połyskującej łyżce, którą maczam drżącą dłonią mierny przysmak, serwowany w złotej zastawie, niedawno przywiezionej z Francji przez ciotkę.

Słyszę tupot stóp krzątających się służących, rozlegający się po całej posiadłości, a tykanie zegara wiszącego na ścianie naprzeciwko, dźwięczy mi w uszach niczym tuzin igieł wbijających

się w moją skroń, skutkując bólem i roztargnieniem. Ciasny gorset sukni wbija się w moje żebra i

skórę, sprawiając mi boleść. Tak bardzo dość mam mej szkaradnej ciotki, która ubezwłasnowolnia

mnie całkowicie, karząc zachowywać się nienagannie, i stroić niczym królowa Maria Antonina. Moje myśli krążą o poprzedniej посу, kiedy wszystko co w niej doświadczyłam stanowiło

prawdę, a nie sen. Wspomnienia budzącej się na pustej polanie, i kroczącą po ciemnym lesie miesza się z poczuciem wyobcowania, prawdę, a nie sen. Wspomnienia budzącej się na pustej polanie, i kroczącą po ciemnym lesie miesza się z poczuciem wyobcowania, powątpienia i lęku.

Jak się tam znalazłam?

Czy jest coś nie tak ze mną?

Czy ja lunatykuję? - zasypuje się pytaniami, na które odpowiedzi nie znam.

Jeszcze.

Spoglądam na złoty wazon z rzeźbionymi

zdobieniami, w którym wysokie łodygi uwiędłych róż

trzymają ledwo ich pukiel. Jakże piękne są w swym schyłku. Kiedy to zamiast smierć odbierać im

piękno, sprawia, że stają się jeszcze bardziej wdzięczne i doskonałe, a każde przebarwienia na płatkach dodają im uroku i szlachetności prze minionego czasu. Wtem spokój mojego obrazu przemija, wraz z gromkim nadejściem mej ciotki Opheli. Niezmiennie na jej obliczu maluje się wykrzywiony wyraz twarzy powiązany z wyższością. Nie można się jej sprzeciwiać. Ah jakże

zuchwałe z jej strony, wszak ze mną musi zmagać się nieszczęśliwe, kiedy podważam jej władze za każdym razem.

- Na Boga Rozalio wyprostuj się natychmiast!

Młodej damie nie przystoi tak garbić się przy

stole. -

rzuca w moją stronę, patrząc się na mnie ponuro.

Jej ton głosu przeszył powietrze niczym ostre noże. Poprawiam się niechętnie, patrząc gniewnym wzrokiem na jej cieniste oczy. Jedna ze służek

przynosi jej filiżankę parującej herbaty. Ciotka wolno podnosi filizankę do rubinowych ust i upija

Z

niej łyk, wpatrując się we mnie w dalszym ciagu.

Słyszę dźwięk przełkniętego napoju, mieszanki płatków róży z jaśminem, którego zapach roznosi się po całej jadalni. Jej jasne włosy przetykane już z początkiem siwizny są idealnie upięte w kok, przytrzymywane złotym, zdobionym grzebieniem. Twarz ma bladą, z delikatnym domalowanym rumieńcem, bez którego zwyczajnie

wyglada na martwą, niczym jej serce, które, mimo iż bije, objawia się jako lodowate. Cisza między nami zdaje się być głośniejsza z każdą chwilą, a tupot służących raptownie ucicht. Słońce za oknem, schowało się za gęstymi chmurami spowijając jadalnie mrokiem. Wtem ciotka każe jednej

ze służących wymienić zwiędły bukiet róż, w który wpatrywałam się w niczym obraz. Moje serce przeszywa ból, gdy widzę, jak służka chwyta go i wyrzuca.

- Rozalio - głos ciotki wbija się w moje uszy, wprawiając moje serce do śpiesznego bicia.

- Tak ciociu? - odpowiadam cichym głosem, starając się jej nie zdenerwować, a przynajmniej nie odrazu.

- Myślę, że to już czas byś znalazła sobie męża. -

mówi stanowczo, a jej słowa przenikają we mnie jak zimny dotyk wiatru.

Patrzę na nią z niedowierzaniem i gwałtowne

odsuwam krzesło od stołu, na którym siedzę.

Dźwięk szurnięcia o podłogę zebrał tłum służek stojących w progu drzwi, które wpatrują się na całe zdarzenie.

Wstaje gotowa by wyjść, jednak donośny głos ciotki mnie zatrzymuje.

- Rozalio! - Nie uchodzi by panna zachowywała się w ten sposób!

Nie nie odpowiadam. Patrzę na nią z odrazą jaka z niej emanuje. Roztacza się wokół niej jak gęsta, nieznośna mgła. Mimo, że po śmierci mych rodziców ciotka łaskawie raczyła się mną zająć, nigdy nie wybaczę jej tego jak mnie traktuje. Chce się mnie pozbyć. Czuje to. Wiem, że jestem dla niej tylko ciężarem. Ciężarem, który ją wielce przygniata i nie chce ustąpić. Wychodzę w milczeniu

do pokoju, w którym znajduje się stare pianino mojej matki. Jasne pomieszczenie z oknem zwróconym ku różanym ogrodzie. Wygładzam rękoma suknie i siadam przed nim na małym drewnianym krzesełku. Stukam jednym palcem w randomowy klawisz, a dźwięk nuty gasi cisze, niczym płomień świecy. Zaczynam muskać palcami w czarno białe klawisze grając piękną, melancholijna pieśń. Dźwięk niesionej melodii wypełnia pomieszczenie, wprawiając mnie w uczucie uniesienia. Wszystko wydaje się zatracać wokół mnie. Nie zważam teraz na nic. Moje ciało przeszywają przyjemne dreszcze, a głowa staje się być odurzona przez te chwile rozkoszy w moim sercu. Czuje się teraz bardziej wyciszona i spokojniejsza. W tej chwili jestem tu tylko ja i pianino z dębowego drewna, które ma na sobie piękne, rzeźbione zdobienia. Nauka gry na pianinie od chwili, gdy byłam małą dziewczynką to jedyna nader dobra rzecz, której kazała mi się uczyć ciotka, a siostra mej matki. Nadal nie wierze, że jesteśmy rodziną. Ciotka w niczym nie przypomina mojej matki, która była tak dobrą i pomocną kobietą. Pomagała wszystkim, bez względu na to kto kim był i jaki posiadał status.

Tak bardzo żałuję, że nie mogłyśmy przebyć ze sobą więcej czasu...

Poznać się lepiej...

Zacieśnić więzi...

Mam nadzieje, że spotkam ją u schyłku mego życia, a wtedy razem pogrążymy się w wiecznym spoczynku dopełnienia naszych rozstanych dusz.

***

Krew. Wszędzie pełno krwi. Widzę ją. Ciepła.

Szkarłatna. Czuje jej zapach. Metaliczny. Stęchły.

Nie!

Słyszę, że krzyczę, lecz nie mogę się wybudzić.

Ten sen jest tak okropny. Nie chce go w swojej głowie!

Dziwaczne kształty, wyostrzają się i rozmazują.

Widzę białe zęby, jak gdyby zaostrzone na końcach.

Boję się! Tak bardzo się boje!

Moje ciało znagla się zrywa. Otwieram szeroko oczy, a serce mi drży, chcąc wydostać się z piersi.

Koszula nocna, którą mam na sobie jest lepka od potu, a włosy na karku lepią się do skóry. To był tylko sen - szepczę do siebie, próbując się pokrzepić. Spoglądam na otwarty balkon, gdzie

noc

wydaje się być jeszcze bardziej ciemniejsza i

mroczniejsza niż zawsze. Wtem olbrzymie, czarne ptaszysko przylatuje i siada na murowanej balustradzie, trzepocząc skrzydłami. Swoimi przerażającymi ślepiami patrzy wprost na mnie.

Przyglądam mu się głębiej i zdaje mi się, że jest to kruk. Z jego długiego dzioba rozlega się krakanie.

Czuje jak mnie to mrozi, niczym lód przyłożony do mego ciała, które zastyga ze sztywności.

Odkrywam się z białej kołdry i kładę stopy na

zimnej

podłodze. Czuje jak jej chłód przesącza się po mojej skórze, ogarniając moje ciało dreszczami.

Tym razem koszula nocna jest nienaruszona, a stopy nieskalane od wszelakiej nieczystości.

Poprzednią szatę do snu, którą miałam na sobie w noc, gdy lunatykowałam, zwinęłam na samo dno szafy w mym pokoju by nie odnalazła się w dłoniach ciotki Ophelii. Ileż bym się wtedy od niej wysłuchała, jakież nieprzyzwoite słowa by padały, że uczyniłam zniszczyć tak drogie ubranie, które zamówiła specjalnie dla mnie u jednej z szanowanych szwaczek w naszym miasteczku.

Wstaje i wychodzę na balkon. Czuje jak delikatny powiew wiatru otula moje policzki, a z ust wydobywa się chmurka oddechu. Czarne ptaszysko widząc mnie wzbija się w powietrze, a głośny

trzepot jego skrzydeł roznosi się zagłuszając

głęboką ciszę panującą na zewnątrz.

Podziwiam różany ogród, który nadal zachwyca mnie za każdym razem, gdy na niego spojrzę.

Jest piękny i delikatny niczym moja dusza w środku. Upojny zapach kwiatów, muska moje powonienie. Granatowe niebo miesza się z czernią, a między gęstymi białymi chmurami przenikają gwiazdy, które lśnią wraz z blaskiem księżyca. Wyjątkowo silnie dziś świeci rzucając jaśnienie na pukle róży jeszcze bardziej je uwydatniając, jak gdyby zwiastował, że coś nadchodzi.

Coś lub ktoś. Czuje ból w sercu, który z każdym dniem kiełkuje. Samotność jest dla mnie udręką, która spowija mnie całą. Przekłuwa moją skórę by znaleźć się jak najbliżej serca niczym ostrze.

Tak bardzo marzy mi się odszukać drugą osobę, z którą złączę się w jedność. Byśmy mogli razem kroczyć przez ten zbolały świat, pełen cierpień i okrucieństw.

Gdzie jesteś pokrewna duszo mej sercowości !

Pragnę Cię odnaleźć!

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania