Schody i księga

W pewien późny, jesienny wieczór, po całym dniu wytężonej pracy, wracałem do mieszkania w okolicach rynku. Byłem zmęczony, senny. Mgła snuła się między latarniami. I wtedy stanąłem jak wryty.

Ruską przemierzałem setki razy. Znałem ją jak własną kieszeń. A jednak dopiero teraz je zobaczyłem.

Schody.

Ciemne, strome, zatopione we mgle i w czymś, czego nie potrafiłem nazwać. Wiedziałem, że w tym miejscu, w samym centrum, nie powinno ich być. Rzeczywistość kłóciła się z pamięcią.

Mimo lęku, który zacisnął mi gardło, zapaliłem latarkę i zacząłem schodzić — powoli, coraz niżej, po wilgotnych, zimnych stopniach. Z głębi dobiegał kobiecy śpiew. Piękny, wielogłosowy chorał, nienaturalnie czysty. Nie miał prawa tu brzmieć.

Przypomniała mi się stara legenda o zakonnicach pochowanych gdzieś w pobliżu Ruskiej. Mówiono, że nocami ich dusze zawodzą. Zawsze uważałem to za bajki.

Tym razem — nie byłem pewien.

Każdy kolejny stopień dudnił pod moimi stopami jak ostrzeżenie. Wahałem się. Chciałem zawrócić. A jednak śpiew przyciągał mnie jak magnes, jak łagodna, obca dłoń zaciskająca się na ramieniu.

Dotarłem na dół.

Uderzył mnie zapach stęchlizny i mokrej ziemi. Oczy przyzwyczajały się do mroku: pajęczyny, gruba warstwa kurzu, rzędy sarkofagów po obu stronach wąskiego lochu. Bardzo starego. Na kamiennych ścianach — wyblakłe inskrypcje, łacińskie litery pulsujące w świetle latarki jak żyły pod skórą.

W centrum, na czymś przypominającym ołtarz, paliły się trzy gromnice. Ich ciepły blask rozcinał czerń. Na czarnej poduszce spoczywała otwarta księga chorałów — na stronie trzeciej.

Coś we mnie drgnęło. Najpierw delikatnie, jak mrowienie w dłoniach. Potem mocniej. Śpiew przycichł — jakby czekał. Miałem wrażenie, że księga oddycha.

Nie wiem, kiedy wyciągnąłem rękę. Palce same zacisnęły się na okładce. Chłód wniknął we mnie aż do kości. Chciałem puścić — a jednak schowałem księgę do plecaka, posłusznie, jak ktoś, kto wykonuje cudzą decyzję.

W tej samej chwili śpiew eksplodował. Głośny, poszarpany — wiele głosów naraz rozrywało przestrzeń. Zatkałem uszy. Zapadła ciężka, martwa cisza.

Wybiła dwudziesta czwarta.

Drapanie o drewno przecięło mrok. Wieko jednego z sarkofagów zaskrzypiało. Coś próbowało się wydostać.

Latarka zgasła. W nikłym blasku gromnic zobaczyłem schody — i coś jeszcze. Dwa krwistoczerwone punkty połyskujące w czerni otwartego sarkofagu.

Biegłem. Krótkie oddechy. Mokre stopnie. Echo kroków — i drugi dźwięk, tuż za mną, coraz bliżej. Zatrzymało się dopiero pod powierzchnią, jakby świat ponad nią był granicą.

Do mieszkania na Łaciarskiej dotarłem po kilku minutach. Drżałem. Wziąłem długi prysznic, jakbym chciał zmyć z siebie zapach lochu. Zasnąłem szybko — i śniły mi się koszmary.

Rano obudziłem się dziwnie wypoczęty. Do chwili, w której przypomniałem sobie schody.

Chłód wrócił. Ubrałem się i pobiegłem na Ruską. Musiałem upewnić się, że wszystko było tylko snem.

Patrzyłem. Obszedłem okolicę kilka razy.

Schodów nie było.

Ulga przyszła nagle — i równie nagle zgasła. Przypomniałem sobie o księdze. Z drżącą ręką otworzyłem plecak.

Leżała w środku. Nadal otwarta na stronie trzeciej.

A z wnętrza plecaka popłynął cichy, odległy chorał.

Ten sam.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • il cuore 4 miesiące temu
    /Sam nie wiem, jak nazwać mam to odkryte pomieszczenia./ – te odkryte

    Czyli jest dowód rzeczowy na schody, że są...
    Najlepiej zatrudnić psa, jamnik byłby odpowiedni, bo wąski, więc wciśnie się do dziury w ziemi, gdzie czają się – schody!?
    cul8r
  • maciekzolnowski 4 miesiące temu
    Dzięki, Il Cuore, pies by się przydał, he. ;) Już poprawiam babola.
  • maciekzolnowski 4 miesiące temu
    https://www.korektortekstu.pl/jak-sie-pisze/to-pomieszczenie-czy-te-pomieszczenie

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania