Poprzednie częściŚmiercioświatowcy – Prolog

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Śmiercioświatowcy – 1

Alexander rozejrzał się dookoła. Szklany pokój oddzielał go od reszty statku kosmicznego, którym leciał na jakiś galaktyczny uniwersytet. Jeśli miałby być szczery, świadomość, że kosmici istnieją, a co więcej: są przyjaźni – nadal nie do końca mieściła mu się w głowie. Co więcej z jakiegoś zrządzenia losu, ze wszystkich ludzi w układzie słonecznym, liczącym dobre dwanaście miliardów, należał do jednej z czterech osób, wysłanych na tę szaloną wyprawę. Prawdopodobieństwo, że będzie jedną z tych czterech osób, było tak niskie, że Alexander był święcie przekonany, że o ile istnieje bóg: ma paskudne poczucie humoru. Oto on: Alexander – ambitny młody chłopak, który rozpoczął studia i miał przed sobą wizję kariery w inżynierii, robotyce, albo informatyce: właśnie zapierdalał z prędkością przekraczającą prędkość światła, by uczyć się na jakimś galaktycznym uniwersytecie w towarzystwie kosmitów.

Jedyną pociechą jaką miał było to, że pozostałe trzy osoby – które siedziały w pozostałych trzech szklanych pomieszczeniach, przeznaczonych do kwarantanny – wyglądały na równie zakłopotane.

Kiedy goście w czarnych frakach przyszli do jego uniwersytetu i oznajmili, że dostał się do elitarnego programu, nie spodziewał się trzy godzinnej prezentacji wyjaśniającej, że „Incydent z kometą św. Piotra” nie był faktycznie incydentem z kometą, a operacją ratunkową by naprawić uszkodzony statek obcych i że władze wszystkich kosmicznych kolonii i cała reprezentacja USN (United Solar Nations) trzymała wszystko w tajemnicy, by nie wywołać paniki, do momentu, kiedy sami nie ogarną co się właściwie odpierdoliło. Dwie godziny później, był na stacji kosmicznej na orbicie Ziemi. Następnie został przedstawiony „doktorowi” Q’atrs z rasy Le’txe’t – faktycznemu kosmicie. Alexander nie mógł powiedzieć, że widok pierwszej obcej istoty go zawiódł. Wydłużona głowa, dwie pary oczu, same nozdrza bez wyraźnego nosa, szczęka co otwierała się jak u węża, dwie pary rąk, z czego każda miała po DWA łokcie, z jakiegoś powodu i na dokładkę cholernik poruszał się na trzech nogach, jak Tripod z „Wojny Światów”. Na domiar wszystkiego, bydlak miał dobre dwa metry wzrostu z hakiem… tylko jakoś chudo wyglądał.

Został poinformowany, że Galaktyczna Społeczność i Uniwersytet Iskry przyjmie ich w gościnę. Wpierw jednak, musiał przejść testy i dostać zatwierdzone przez USN implanty medyczne, mające na celu pomóc mu w dostosowaniu się do życia w niskiej grawitacji, oddychaniem delikatnie różniącą się atmosferą i – co najważniejsze (jak zaznaczył kosmita) – stworzyć system obronny względem bakterii i mikrobów. Czy ten system obronny miał bronić jego?

NIE

System ten miał bronić innych kosmitów, przed mikrobami jakie siedziały w jego organizmie. Wytłumaczenie było szybkie i nie do końca je pojął, ale wychodzi na to, że ludzki organizm, a bardziej: system immunologiczny oraz bakterie żyjące w symbiozie w naszym organizmie – mogą okazać się śmiertelne dla większości kosmitów.

Z tego właśnie powodu, po szybkiej i krótkiej operacji, gdzie nie trzeba było nawet znieczulenia – siedział w kwarantannie, spoglądając przez szklane ściany, na pozostałą trójkę szczęściarzy, którzy zostali wysłani w kosmos.

Po jego prawej siedziała jakaś czarnoskóra dziewczyna o bardzo ładnej figurze i pięknie zakręconych włosach. Rozglądała się ciekawie, całkowicie pochłonięta wchłanianiem każdego skrawka nowej rzeczywistości. Dokładnie naprzeciwko, siedziała druga dziewczyna, ewidentnie azjatyckiego pochodzenia i patrząc po lekko różniącej się budowie – żyjąca większość swojego życia na jakiejś stacji kosmicznej, słuchała jakiejś piosenki jednym uchem. Patrząc po ruchu głowy: metal. A przyglądając się bliżej, była ewidentnie podenerwowana i muzyką odganiała zmartwienia. Ostatni z czwórki, siedział, a raczej leżał na skos od jego pozycji. Czytał jakieś parszywie grube tomisko, oddychając powoli.

Nie znał ich imion: nie mieli czasu się zapoznać przed wyprawą. Nie mieli też jak. Z tego co usłyszał pochodzili z innych regionów układu słonecznego. Po budowie, poprawnie odgadł, że siedząca po jego prawej była tak jak on: Ziemianką. Ta naprzeciwko, ewidentnie pochodziła ze stacji kosmicznej, a drugi chłopak był Marsjaninem. Rozpoznał to po delikatnych różnicach w budowie ciała, wywołanymi doświadczaniem innej siły grawitacji.

Na razie cała czwórka milczała: widocznie zbyt podenerwowana by przełamać pierwsze lody. Chłopak zastanowił się przez moment, jak rozpocząć znajomość między czterema osobami, które będą jedynymi przedstawicielami jego własnego gatunku, z którymi będzie miał bezpośredni kontakt, przez następne kilka miesięcy – jeśli nie lat.

Alexander odchrząknął, zwracając ich uwagę. Wszystkie oczy zwróciły się na niego. Zaintrygowania, ciekawości i… irytacji – idąc kolejno.

– Tak więc… – Alexander zaczął. – Ziemianin, Marsjanin i Stacjonowiec wchodzą do baru…

Wszyscy, równocześnie spojrzeli na niego jak na idiotę. Marsjanin jęknął.

– Serio? – Mruknął odkładając książkę. – Zaczynasz konwersację z pozostałą trójką osób, którzy zostali wysłani jako szczurami laboratoryjne, w próżnię kosmosu… i zaczynasz dowcipem?!

Dziewczyna po jego prawej zmarszczyła brwi i unosząc lewą brew przyjrzała się drugiemu chłopakowi.

– Ktoś jest pesymistą… – stwierdziła z lekkim uśmiechem.

– Realistą jeśli już – chłopak odpowiedział, niemalże urażonym głosem.

Dziewczyna siedząca naprzeciwko, zignorowała ich wymianę zdań i spojrzała na Alexandra. Jej wypowiedź skutecznie ucinając, jakikolwiek subtelnie agresywny dialog, jaki mógł się rozwinąć.

– Masz zamiar dokończyć ten dowcip? „Ziemianin, Marsjanin i Stacjonowiec wchodzą do baru” i co?

Alexander zarumienił się lekko.

– Jeśli mam być całkowicie szczery, oczekiwałem pytania: „i co?”. By następnie odpowiedzieć: „Nie wiem, jeszcze nie poszedłem z wami do baru” i dopiero wtedy się przedstawić.

Alexander wiedział, że nie ma najlepszego poczucia humoru, ale dziewczyna siedząca dokładnie przed nim, wykonała najbardziej imponujący przewrót oczami jaki miał okazję doświadczyć. Z tyłu głowy zauważył, że dziewczyna ma: bardzo ładne oczy, lśniły głębokim piwnym odcieniem. Mógłby zanurzyć się w myślach o atrakcyjności towarzyszki – ale wypowiedź drugiego chłopaka wyrwała go z tej miłej ścieżki myśli.

– Jasny gwint. Naprawdę jesteś słaby w przywitaniach. Nie mówiąc, o kiepskim poczuciu humoru – pokręcił głową krytycznie. – Tyle jeśli chodzi o pierwsze dobre wrażenie.

Alexander wzruszył ramionami. Jego uwagi spłynęły po nim jak woda po kaczce.

– Eh. Przynajmniej robię moje pierwsze wrażenie to nie leżenia na łóżku i określanie pozostałych: „szczurami laboratoryjnymi” – odparował.

Dziewczyna po jego prawej zachichotała i spojrzała na niego świecącymi się oczami. Jasna cholera. Ta również była naprawdę ładna. Jeśli istniał Bóg, miał przynajmniej tyle porządności, że mimo wysłania go na szaloną misję, jak na razie, dwie trzecie jego towarzystwa wydawało się fajne.

– Nad dowcipem trzeba jeszcze popracować, ale riposty masz dobre.

Chłopak uśmiechnął się od ucha do ucha i kiwnął głową.

– Dzięki. Jestem Alexander Turner. Ziemianin. USA. Cambridge. Podałbym dłoń na przywitanie, ale – wskazał na szklane ściany. – Nie mam za bardzo okazji.

Dziewczyna po jego prawej uśmiechnęła się delikatnie.

– Maria Jackson. Też z Ziemi. RPA. Oxford.

Oczy zwróciły się na drugą dziewczynę, która z zakłopotaniem odchrząknęła.

– Hitomi Sato. Stacjanka z Venus. Stacja „Afrodyta”. Uniwersytet „Olimp”.

Chłopak, który jeszcze się nie przedstawił mruknął.

– Wewnętrzniacy mają tyle subtelności co ceglany mur. – Stwierdził bez wątpienia komentując nazewnictwo, po czym westchnął zrezygnowany. – Augustyn Vergara. Marsjanin. Habitat „Ciekawość”. Uniwersytet „Przyszłość”.

Hitomi wywróciła oczami, słysząc nazwy jakim użył Augustyn, w kontraście do jego wcześniejszej wypowiedzi.

– Przyganiał kocioł garnkowi – syknęła delikatnie.

Augustyn uniósł krytycznie brwi w jej kierunku.

– Przynajmniej pochodzenie nazw jest oparte na czymś innym niż na greckiej i rzymskiej mitologii – odpowiedział po czym spojrzał po wszystkich. – Dobra. Czyli ogólnie już się znamy…

– To kto stawia drinki? – Maria wtrąciła się, zanim Augustyn mógł dokończyć zdanie.

Alexander i Hitomi parsknęli śmiechem, kiedy Augustyn tylko przewrócił oczami. Marsjanin pokręcił głową, po czym spojrzał na Marię.

– Jesteś irracjonalnie optymistyczna, mimo sytuacji w której się znaleźliśmy.

Maria wykrzywiła twarz w wyrazie frustracji.

– A czemu ty, jesteś taki pesymistyczny? Czy to nie fascynujące? Lecimy właśnie szybciej od światła, na kosmiczny uniwersytet, jako pierwsi z naszego gatunku!

Augustyn westchnął cierpko.

– A czy zastanawiałaś się „dlaczego” tam lecimy? – Spojrzał po wszystkim. – Nie wiem jak wy, ale mimo bycia na szczycie klasy, nie byłem najbardziej imponującą osobą, ani osobą z największymi kontaktami rodzinnymi. Osobiście, ojciec może jest dyrektorem jednej z firm górniczych na Marsie, ale daleko nam do największych i najbardziej wpływowych.

Hitomi przytaknęła.

– Byłam trzecia na liście jeśli chodzi o wyniki. Mój ojciec jest wiceadmirałem, ale daleko mu od pozycji głównodowodzącego.

– Ja byłam piąta na Oxfordzie – dodała Maria. – U mnie managerowie w firmach rozrywkowych, więc też nie za dużo wpływów.

Alexander zastanowił się.

– Cóż… u mnie ojciec jest szefem V-teku. Nie jest to może największa firma, ale trzyma się nieźle. Na uniwerku… ech. Byłem w pierwszej dziesiątce – odpowiedział.

Augustyn przytaknął, zadowolony z treści usłyszanych odpowiedzi.

– Czyli moja teoria jest potwierdzona. USN nie wysłało dzieciaków zbyt ważnych ludzi. Są ostrożni. Przed nimi otworzyły się bramy do reszty galaktyki, a my jesteśmy szczurami laboratoryjnymi, które mają sprawdzić czy coś nas tam nie zje – chłopak przełknął ślinę. – Co jest prawdopodobne.

Alexander zmrużył brwi.

– Czy aby kosmita nie wspominał, że większość obcych to pacyfiści i roślinożercy? – Zapytał.

Augustyn prychnął, choć w dźwięku daleko było do rozbawienia.

– Jestem zbyt dużym cynikiem i sceptykiem by w to uwierzyć. Konflikt jest najlepszym napędem postępu. Kosmici mogą mówić, że są pokojowi, ale nie oznacza to, że mówią prawdę.

Hitomii rozejrzała się po pomieszczeniu ostrożnie.

– Masz świadomość, że mogą nas słyszeć?

Augustyn uśmiechnął się złowieszczo.

– O. Mam nadzieję, że nas słyszą. Nie jestem agentem, ani szpiegiem. Nie byłbym w stanie ukryć moich wątpliwości, nawet gdybym próbował. Nie pracuję też dla USN. Trzymam swój własny interes na szczycie listy priorytetów. Niech wiedzą, że nie kupuję ich kolorowych słówek. Nie pozwolę, by prosta naiwność, zaćmiła mój wzrok – warknął rozglądając się, ewidentnie szukając jakiejś wyraźnej kamery, ale nie znalazł żadnej. – Trzeba czegoś więcej niż wycieczki z prędkością nad świetlną, by kupić moje zaufanie.

Alexander spojrzał na rozmówcę krytycznie.

– Czy nie jesteś dla nich zbyt ostry? Nie wykonali, żadnych agresywnych ruchów wobec ludzkości.

– Jak na razie – Augustyn odpowiedział twardo. – Kiedy Kolumb przybył do Ameryki, nie zaczął mordować Indian od tak, a mimo wszystko później pojawili się konkwistadorzy… i dobrze wiemy jak to skończyło się dla Indian – oznajmił ciszej spoglądając na własne ręce. – Tak, czy inaczej. Proponuję wam zejść trochę z tego optymistycznego tonu. Lecimy w nieznane. Brak ostrożności może okazać się tragiczny w skutkach.

Alexander ograniczył swoją odpowiedź do niewielkiego kiwnięcia głową. Co miałby dodać? Marsjanin nie powiedział nic, co byłoby sprzeczne z logiką. Można nawet powiedzieć, że Augustyn przebudził go z głębokiego snu. Widocznie szok i doza optymizmu faktycznie zaćmiła mu wzrok, bo nie patrzył na całą sprawę zbyt krytycznie do tego momentu. Stwierdzenie, że zostali rzuceni na łaskę losu, mogłoby być nieadekwatne do sytuacji, ale ich pozycja mogła nie być tak dobra, jak mógłby marzyć. Hitomii również przytaknęła, choć jej twarz wygiął grymas irytacji. Widocznie nie chciała przyznać Augustynowi racji, ale rozsądek zmusił ją by zaakceptować słowa chłopaka.

Jedyną osobą, która nie przyznała mu racji, była Maria, która wyglądała na równie poirytowaną uwagami Augustyna, jak on był jej optymizmem.

– Wyolbrzymiasz – oznajmiła, pewna siebie. – Ludzkość uratowała ich statek badawczy. Znamy się już pół roku. Obie strony są ostrożne, to prawda, ale nie wykonano żadnych agresywnych ruchów. Gdyby chcieli coś zrobić, jużby to zrobili – odpowiedziała pewnie.

– Po pierwsze: czas jest względny – Marsjanin odparował pewnie. – Po drugie: nie wiemy jaki mają system komunikacji. Możliwe, że z ich perspektywy sześć miesięcy to długo, możliwe że to dla nich bardzo krótki okres. W zależności od obrotu planety wokół własnej osi, nie mówiąc o długości życia danej istoty, sześć miesięcy może być bardzo długim, albo bardzo krótkim okresem czasu – widząc jej niezadowolenie, kontynuował z zimną satysfakcją. – Nie patrz na mnie, jakbym proponował „kseno-bójstwo” czy wojnę. Podkreślam jedynie jak bardzo ważna jest ostrożność w takiej sytuacji i mienie się na baczności.

Maria, widocznie pokonana celnymi uwagami Augustyna pokręciła głową z irytacją.

– I masz zamiar utrzymywać taki poziom ostrożności przez cały pobyt? – Zapytała. – Czy nie masz w głowie, jakiegoś argumentu: przeciw, twojej własnej postawie?

Augustyn uniósł brwi – widocznie zaskoczony, że Maria nie chciała kontynuować dyskusji, po czym zamyślił się na kilka dłużących się chwil. Uśmiechnął się lekko: spojrzał każdemu z osoba w oczy – i z subtelnością worka cegieł rzuconego na głowę przypadkowego przechodnia – odpowiedział:

– Jeśli poznam humanoidalną seksowną kosmitkę, która zaprosi mnie na noc, lub dwie… zmienię zdanie. – Nie czekając na reakcję reszty, doda: – Gdyby miała fioletową skórę i duże piersi, tyle lepiej.

Szok, jest zbyt delikatnym określeniem odnoszącym się do uczucia jakie właśnie wypełniło każdy cal egzystencji Alexandra. Było to raczej połączenie: szoku, zaskoczenia, seksualnej frustracji, seksualnych fantazji, libido, strachu i niedowierzania. Po reakcji reszty, nie musiał domyślać się, że mieli podobne uczucia.

Hitomi patrzyła na marsjanina, oczami jak talerze. Jej azjatyckie cechy, naraz znikające, pod skalą szoku.

Maria zaczerwieniła się po czubki uszów i otworzyła usta jak ryba, wyrzucona na brzeg. Nie mogąc znaleźć słów by wyrazić to czego właśnie doświadczyła.

Alexander zdobył się na delikatny rumieniec, dreszcz i pytanie:

– Co?

Augustyn spojrzał po wszystkich z delikatnym, drapieżnym uśmieszkiem i uniesioną w górę prawą brwią.

– Och, już nie udawajcie – zarechotał, zrzucając maskę pesymisty. – Nie mogę być jedyną osobą, której ta myśl przeszła przez głowę – Zatrzymał swój wzrok na Marii i zachichotał. – Och. Ewidentnie nie jestem.

– Wypraszam sobie! – Maria syknęła, w końcu odzyskując głos.

– Jasne że nie wiesz – Augustyn odpowiedział sceptycznie. – To nie tak że „Rule34” jest powszechnie znaną stroną, a dziewczyny w twoim wieku nie mają: żadnych seksualnych fantazji. – Augustyn przeniósł wzrok na Alexandra i prychnął. – Ciebie to nawet nie trzeba pytać… – przeniósł wzrok na Hitomii. – A ty pochodzisz ze stacji o dumnej nazwie: „Afrodyta”. Więc też wiesz o czym mówię.

Pozostała dwójka spojrzała po sobie. Alexander nie mógł skłamać: zarumieniona Hitomii wyglądała słodko. Choć z drugiej strony sam czerwienił się, jak pomidorek. W końcu odchrząknął i spojrzał na Augustyna, który patrzył na wszystkich, nie kryjąc satysfakcji. Trudno się mu dziwić. Było trzech przeciw jednemu, i nie dość, że zmusił większość do przyznania mu racji, to teraz stał nad nimi, jak jakiś zwycięzca.

– Czyli… seks jest dla ciebie wystarczającym powodem by komuś zaufać?

Augustyn kiwnął głową, ze nieznikającym uśmieszkiem.

– Oczywiście. Jak już mam się z kimś ruchać, muszę im ufać, że będą wiedzieli jak się mną zająć. Przestrzeń kosmosu daje dużo nowych możliwości.

Maria machnęła ręką całkowicie zbita z tropu.

– Dobry Boże! Przestań! Jesteś paskudny!

Augustyn spojrzał na nią krytycznie.

– „Paskudny”? Mówiłem, że jeśli już chcę zabawić się z humanoidalną, fioletową kosmitką. Nie z mackami, czy futrem, czy z czymkolwiek o czym teraz myślisz.

Alexander nie wiedział, czy Maria może wyglądać na bardziej zbitą z tropu i pokonaną w prostej konwersacji… był w błędzie.

 

Kiedy dziewczyna rozpoczęła mizerną obronę swojej godności, a Augustyn bezdusznie chwytał ją za słówka dla własnej przyjemności, Alexander pomyślał sobie… że z takim towarzystwem, wycieczka będzie daleka od nudnych.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Vespera 4 miesiące temu
    Dowcip o wyjściu do baru jak z ostatniego sezonu "The Expanse".
  • Kapelusznik 4 miesiące temu
    Nie oglądałem ostatniego sezonu Expanse
    Poprzedni był takim clusterfuckiem że porzuciłem

    Serio - jak jebnęli kosmitów itd. to już była przesada
  • Vespera 4 miesiące temu
    Kapelusznik Ja tam lubię Expanse, i książki, i serial. W ostatnim sezonie znów było dużo polityki, a to w tej historii lubię najbardziej.
  • TheRebelliousOne 4 miesiące temu
    Mam nadzieję, że wrócisz na dłużej tym razem! :D
    Dobrze opisani bohaterowie, jak zwykle. Początek trochę przypomniał mi film "Red Dawn" z tym Uniwersytetem. Przez chwilkę myślałem, że obcy zaczną lądować i zabijać wszystko i wszystkich, ale to byłoby za proste, huh? No i rozbawiła mnie wzmianka o zasadzie numer 34... Widzę, że nie tylko mi nie jest ona obca... XD Daję 5 i czekam na więcej. Zapowiada się niezła akcja jak na razie.

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Pontàrú 4 miesiące temu
    Fajny tekst. Zastanawia mnie tylko kwestia języka obcych. Wydaje mi się że niegdzie tego nie wytłumaczyłeś ale jak w zasadzie obcy rozmawiają z ludźmi? Nauczyli się angielskiego? Co z ludźmi na kosmicznym uniwersytecie? Zastanawia mnie po prostu ppdejście. Czy idziesz bardziej w sci-fi czyli jakieś yranslatory, czy bardziej space fantasy i wszyscy magicznie mówią po angielsku?
    Za ten odcinek wpada 5

    PS. Fajne przedstawienie postaci. Szczególnie dobrze zarysowany Augustyn
  • Kapelusznik 4 miesiące temu
    Translatory

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania