Śniący [3]
[Liv]
Liv mogła zrzucić winę za swoje rozproszenie tylko na wczorajsze spotkanie w lesie – i zrobiła to – kiedy głupio nie udało jej się uniknąć swojej nemezis i została przyparta do muru za szkołą.
– Myślałaś, że znowu się wymkniesz, idiotko? – zadrwiła znacznie wyższa dziewczyna, Gina Foster. Jej wiecznie obecne kumpele, Bianca i Zoey, roześmiały się, przesuwając się na boki, by zablokować Liv drogę ucieczki.
Dziękując w myślach, że wystarczająco zdenerwowała swojego bliźniaka, żeby Ravi wyszedł przed nią, Liv przybrała buntowniczą minę, nawet jeśli przygotowując się psychicznie na zwyczajowe bicie. Jej bliźniak zwykle w takich sytuacjach albo dezorientował prześladowców Liv swoimi zawoalowanymi obelgami, albo bezczelnie od razu oznajmiał, że zamierza na nie donieść… a ostatnim razem dostał nie mniej niż ona. A to było trudniejsze do oglądania niż znoszenie samego bicia.
Ale nie mogli nic z tym zrobić, bo chociaż Gina i jej kumpele były w tylko w rok wyższej klasie, wszystkie trzy były prawie głowę wyższe od bliźniaków i, prawdopodobnie z powodu kibicowaniu szkolnej drużynie futbolowej, o wiele bardziej wysportowane.
Gina, szczególnie lubiła wyładowywać swoje frustracje na dziwnookiej, głupszej bliźniaczce. Blondynka o zielonych oczach teraz szeroko się uśmiechnęła, zaciskając pięść na przodzie koszuli Liv i zmuszając ją do uniesienia na palce.
– Nie myśl, że nie widziałyśmy, jak uciekłaś w piątek – syknęła Gina, zanim znów boleśnie pchnęła ją na ścianę, a Liv jęknęła, gdy powietrze zostało wypchnięte z jej płuc.
Odmawiając dania jej satysfakcji z okazania strachu, ruda dziewczyna wbiła w twarz drugiej nastolatki mordercze spojrzenie, zaciskając usta, by powstrzymać jakikolwiek dźwięk przed wydostaniem się z nich... i mrugnęła, gdy przez chwilę wydawało się, że oczy Giny powędrowały w stronę jej ust, a potem, pomimo opalenizny, jej całkiem ładna twarz pociemniała. Liv znała to krótkie spojrzenie w jej oczach, jeśli była przyzwyczajona do widzenia go tylko w snach i w bladych, pionowo przeciętych oczach...
O, szlag... Czy to dlatego Gina czepia się mnie z taką determinacją? Liv skrzywiła się mimowolnie, zarabiając kolejne bolesne pchnięcie w ścianę.
Być może dlatego, że znowu nie spała ostatniej nocy i była cholernie wyczerpana, samą myślą, że ta wariatka ją za coś takiego karze... Liv obnażyła zęby z oburzenia i beznadziejnie wcisnęła ręce w klatkę piersiową wyższej nastolatki.
– Odwal się ode mnie, idiotko! – syknęła, pchając, ale równie dobrze mogłaby spróbować przesunąć górę!
– Ojej… Robisz się harda, dziwolągu? – blondynka prychnęła, po czym podniosła wolną rękę i zacisnęła ją w pięść. – Chyba muszę ci przypomnieć o twoim miejscu, co?
Zbyt wkurzona, by przejmować się nadchodzącym uderzeniem, podczas gdy inne dziewczyny zaśmiały się, zbliżając się do nich, a ona walczyła, by uwolnić materiał swojej koszulki, wciąż zamarła nie mniej niż one na dźwięk głośnego, wręcz dzikiego warczenia.
– Naprawdę zostawiłbym ją w spokoju, gdybym był tobą – zimny głos jej bliźniaka, dochodzący z alejki prowadzącej na małe podwórko za szkołą, sprawił, że jej oprawczynie odwróciły się, by spojrzeć w jego stronę. Zbladły, gapiąc się na ogromną kocią bestię u boku Raviego. Najwyraźniej była ona gotowa do skoku, gdy pochyliła się na przednich łapach. Patrząc ze zdziwieniem zza wyższych dziewczyn, Liv utkwiła wzrok w rozwścieczonych (zbyt dobrze znanych) lodowato niebieskich oczach obecnych w kocim pysku. Wyglądała dokładnie jak bestia, którą spotkała wczoraj rano na granicy – najwyraźniej dorównując jej przerażającym rozmiarom – ale te oczy…
– Co to, kurwa, jest? – Gina jęknęła, wskazując drżącym palcem na kota, ale przynajmniej w końcu puściła koszulkę Liv.
– Zmiennokształtny – odpowiedział uprzejmie Ravi, po czym uśmiechnął się złośliwie i powiedział coś w nieznanym języku w stronę dużego kota. Jego blade oczy zwróciły się w jej stronę, a potem z powrotem na Ginę, zwężając się z namysłem. Liv nie była pewna, co się stało później – to było zbyt szybkie – ale w następnej chwili, kot się poruszył i nagle wysoka blondynka leżała na ziemi, przygwożdżona przez ogromne, czarne jak atrament łapy. Pozostałe dziewczyny krzyknęły i próbowały uciec wokół Raviego… i wpadły prosto na szeryfa Morrisa, który bez problemu złapał ich obie za kołnierze i zatrzymał. Nie żeby Liv to zauważyła, złapana w sidła bladych oczu, które zdawały się patrzeć na nią z oczekiwaniem. Czarna jak atrament paszcza rozchyliła się, odsłaniając rząd za rzędem niesamowicie ostrych kłów, a bestia zdawała się mówić coś, czego nie mogła zrozumieć. – Pyta, czy chcesz jej – mam na myśli Ginę – głowę, Liv – usłyszała swojego bliźniaka, a jej przerażony wzrok przesunął się w jego stronę, zanim powrócił do ogromnego kota, który nadal wpatrywał się w nią intensywnie.
…tymi bladymi, lodowatymi oczami…
– Ja… n–nie – zdołała wykrztusić, opierając się o ścianę i patrząc to na brata, to na bestię. – Jaki to język?
– Arabski – odpowiedział Ravi, a Liv niemal przewróciła oczami odruchowo na jego zadowolony ton. Jej bliźniak westchnął, po czym skrzyżował ramiona na piersi, marszcząc nos. – Ponieważ większość dostępnych informacji łączy ich ze starożytnym Egiptem, nauczyłem się trochę tego. Chociaż jego dialekt jest odrobinę… wyjątkowy, jak sądzę. Czasami trudno go zrozumieć, ale najwyraźniej nie zna angielskiego, ponieważ – jeśli dobrze zrozumiałem – nigdy wcześniej nie opuścił ich nory. A to arabski, którego tam używają do komunikacji. Jednak wymknął się, żeby cię znaleźć – błękitne oczy Raviego zwęziły się ku niej podejrzliwie. Mimo to Liv przełknęła ślinę i spojrzała z powrotem na zmiennokształtnego.
Ogromna bestia nadal miała blondynkę przygwożdżoną do betonu na podwórku i nawet jeśli wyglądało na to, że Gina zemdlała – Liv nie mogła jej za to winić! – masywny kot wpatrywał się w nią uważnie. Jego czarny ogon – bardzo znajomy – powoli machnął za nim, gdy Liv wzięła głęboki, uspokajający oddech i potrząsnęła głową. Ku jej zaskoczeniu kot wydawał się rozczarowany, gdy prychnął w stronę swojej ofiary i zszedł z blondynki. Bestia rzuciła jej kolejne spojrzenie, wdzięcznie skierowała się w stronę Raviego, podniosła coś z ziemi przy stopach jej bliźniaka i, trzymając to w paszczy, ruszyła w stronę Liv. Ona za to gapiła się na ogromnego kota, gdy ten upuścił paczkę przy jej stopach, po czym usiadł na tylnych łapach, wpatrując się w nią z oczekiwaniem. Liv spojrzała w stronę swojego bliźniaka i z powrotem, a następnie w stronę paczki owiniętej w czerwony papier.
Głowa bestii była na wysokości jej głowy – i najwyraźniej zauważając jej niepewność – kot spojrzał w stronę jej bliźniaka i powiedział coś tym głębokim głosem. Cokolwiek powiedział, sprawiło, że Ravi złapał oddech, a następnie uśmiechnął się szeroko, gdy Liv spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Co powiedział? – zapytała podejrzliwie, po czym spojrzała w stronę kota, gdy ten szturchnął czerwoną paczkę swoją dużą łapą w jej stronę, po czym spojrzał na jej bliźniaka z oczekiwaniem.
– Ach – Ravi odchrząknął, po czym przybrał zbyt niewinny wyraz twarzy dla kogoś, kto znał go i jego zwykłe poczucie humoru. – To dlatego cię szukał, Liv. Jeśli się nie mylę… – urwał i zapytał o coś – sądząc po jego tonie – kota, a on... wydawał się kiwać głową, odpowiadając, po czym te zbyt znajome blade oczy ponownie skupiły się na Liv. – Rozumiem. Najwyraźniej wczoraj cię wywąchał, a u oni mają zwyczaj ofiarowywania prezentu komuś, o kogo chcą się starać.
– Starać? – powtórzyła z zakłopotaniem, zastanawiając się, czy to jakiś zawiły żart, patrząc w swojego brata. Widząc to, Ravi przewrócił oczami i prychnął, zanim odpowiedział.
– On cię tak zasadniczo zaprasza na randkę. – Potem zaśmiał się z jej miny, gdy Liv głupio zamrugała. Zarumieniła się aż po linię włosów, gdy szeroko otwarte oczy powróciły do jasnoniebieskich, wciąż uważnie ją obserwujących i najwyraźniej czekających. – Przyjęcie prezentu oznacza, że obiecujesz rozważyć go jako partnera i nie umawiać się z nikim innym, dopóki on będzie się do ciebie zalecał… Jeszcze raz, jeśli dobrze to rozumiem.
– Ale… – przełknęła ślinę, szybko rzucając okiem na ogromnego kota, zanim spojrzała z powrotem na Raviego. Który parsknął śmiechem, a następnie powiedział coś w stronę bestii, co sprawiło, że pysk ogromnego kota przybrał nieco zawstydzony wyraz… i następną rzeczą, jaką zobaczyła, był chłopak z jej snów!
– Och, mój… – zagapiła się w szoku na wysokiego nastolatka, który nawiedzał jej wyobraźnię przez ponad rok – i ledwo dosłyszała podziw w głosie swojego bliźniaka. Liv nie winiła go, ponieważ czarnowłosy facet wyglądał dokładnie tak, jak w jej fantazjach – łącznie z faktem, że był nagi i najwyraźniej to go nie obchodziło! I tak samo wspaniały jak w każdym z jej snów. Długawe, czarne jak atrament włosy otaczały lekko trójkątną twarz, którą można było nazwać tylko piękną, a oprawa gęstych, czarnych jak smoła rzęs wokół tych bladoniebieskich oczu nadawała im uroku, który sprawił, że jej głupie serce potroiło swój rytm. Ponad głowę wyższy od niej (prawdopodobnie gdzieś powyżej sześciu stóp), nastolatek przypominający kota wyglądał tylko lekko starzej od niej, a jego ciało…
Liv starała się nie gapić zbyt oczywiście, ale… tak, dokładnie tak wyglądał w jej snach. Zwłaszcza, gdy nozdrza mężczyzny rozszerzyły się, i pochylił się ze swojej imponującej wysokości, zyskując oszołomiony wyraz w swoich bladych oczach, gdy słyszalnie wziął głębszy oddech… Wąchając ją? Ruch na krawędzi jej wzroku sprawił, że jej oczy poszybowały w stronę dużych dłoni zmiennokształtnego, widząc, że mocno zacisnął je w pięści przy swoich bokach. Jego długi, czarny ogon machnął szybko, gdy chłopak pochylił się nagle i podniósł paczkę, która wciąż leżała między nimi na ziemi. Z czarnymi, kocimi uszami mocno przyciśniętymi do głowy i z błagalnym odgłosem ponownie podał ją Liv.
Czując, że jej twarz płonie, Liv przełknęła ślinę i niepewnie ugryzła się w dolną wargę, krótko spoglądając w stronę niemal zbyt pięknej twarzy. Następnie drżąco uniosła rękę i zacisnęła palce na czerwonym papierze. A kiedy to zrobiła, koniuszki jej palców musnęły – i poczuły! – ciepło skóry zmiennokształtnego…
– O-okej… – wyszeptała, nie mogąc oderwać wzroku od lodowato–niebieskich oczu, gdy ich pionowe źrenice się rozszerzyły. Liv zadrżała, gdy samiec na nią warknął, i zarumieniła się jeszcze bardziej, zdając sobie sprawę, że jej palce nieświadomie (tak, pewnie!), przesunęły się po papierze i podążyły za promieniującym ciepłem bladej skóry do przedramienia faceta, zanim się połapała. Ale gdy opuściła wzrok na paczkę i cofnęła rękę… Wolna ręka kociego chłopaka uniosła się i, jak w ostatnim śnie o nim, czule przycisnęła się do jej policzka. Jednak tym razem Liv poczuła ciepło jego skóry i usłyszała głęboki, dudniący dźwięk mruczenia, gdy wspaniały samiec pochylił się mocniej, szepcząc coś, czego nie mogła zrozumieć, gdy czubek jego nosa musnął jej.
Ledwie łapiąc oddech od ogłupiającego gorąca, połknęła chciwy powiew słodkiego zapachu – czegoś bardzo, bardzo przypominającego jabłko, które z pewnością stanie się jej nowym ulubionym aromatem. Liv zadrżała bezradnie, gdy palce samca objęły jej brodę, lekko przechylając jej głowę. Szkliste, blade spojrzenie trzymało ją w niewoli, a gorący, szybki oddech poczuła na swoich wargach.
…a ja tak często zastanawiałam się, jaki smak miałyby te piękne usta… Jakby to było go poczuć…
Ktoś głośno odchrząknął za plecami kociego nastolatka, ale samiec nie wydawał się tym poruszony. Tylko te głębokie mruczenie zabrzmiało głośniej i Liv wiedziała, że powinna się tym przejmować… ale jej głowa zdawała się wypchana watą, a skóra niemożliwie napięta i gorąca. Prawie jęknęła z rozczarowania, gdy zmiennokształtny mrugnął tymi kocimi, wspaniałymi oczami i nagle się odsunął. Wyglądał niemal przepraszająco, gdy oblizał usta i spojrzał w stronę Raviego, mówiąc coś w tym gardłowym języku. A sądząc po głupim uśmiechu na twarzy jej bliźniaka…? Liv przywarła plecami do ściany za sobą, próbując złapać oddech, oczyścić głowę i nie błagać przystojnego mężczyzny, żeby ją pocałował...
– Mówi, że jest zachwycony, że zaakceptowałeś jego zaloty – powiedział jej brat zbyt niewinnie, wskazując na dłoń Liv, i dopiero wtedy naprawdę zauważyła, że jej palce wciąż były owinięte wokół czerwonego papieru. Zamrugała w jego stronę, czując, jak jej twarz robi się gorętsza, zanim odważyła się spojrzeć na tę piękną twarz. Ale chłopak patrzył na jej bliźniaka, mówiąc coś, co sprawiło, że Ravi zmarszczył nos, rozważając coś przed kontynuowaniem tłumaczenia. – Najwyraźniej musi iść, zanim jego rodzeństwo zauważy, że wyszedł. Ale chciałby cię zaprosić na spotkanie jutro o zmierzchu, tam, gdzie wczoraj spotkałaś jego siostrę – westchnął. – Mam nadzieję, że zrozumiałem to dobrze, ale jego dialekt jest naprawdę... dziwny.
– Ja... Ach... – urwała, znów złapany w sidła bladych oczu, rzucających mu to pełne intencji i nieco błagalne spojrzenie. Liv przełknęła ślinę i mimowolnie wzięła głębszy oddech tego słodkiego zapachu... i powoli skinęła głową, czując, że jej twarz płonie. Straciła oddech, a jej głupie serce zatrzepotało, gdy została nagrodzona oślepiającym, choć odrobinę uroczo głupkowatym uśmiechem. Wpatrując się w oszołomionym zachwycie, Liv nie mogła powstrzymać się od sapnięcia, gdy samiec szybko się zbliżył. Zrobił to ponownie: otarł czubkiem swojego nosa o jej, wydając głośne (szczęśliwe?) mruczenie. Zmiennokształtny cofnął się, zanim zdążyła się zorientować. Ten ogromny, czarny jak atrament kot zastąpił samca w mniej niż mgnieniu oka. Bestia, z ostatnim, tęsknym spojrzeniem bladych oczu w jej stronę i z podekscytowanym machnięciem ogona, wyskoczyła z zaułka, w którym wciąż stał jej bliźniak, mijając cholerny tłum mieszkańców miasta gapiących się ze zdumieniem za nim, gdy wielki kot zniknął za rogiem.
Czując, jak cała krew odpływa jej z twarzy na samą liczbę osób, których najwyraźniej nie zauważyła wcześniej przy wejściu do alejki, ledwo zauważyła, że jej bliźniak się do niej zbliżył.
– Więc co to jest? – zapytał Ravi, pstrykając palcami przed twarzą Liv. Kiedy mrugnęła w jego stronę, jej brat parsknął śmiechem, po czym wskazał na jej rękę. – Prezent, mam na myśli, głuptasie. Co to jest?
Liv przełknęła ślinę, po czym potraktowała to jako wymówkę, by nie patrzeć na zbyt wiele ciekawskich twarzy. Podniosła rękę z paczką i ignorując niecierpliwe syczenie swojego bliźniaka, powoli i ostrożnie rozłożyła czerwony papier, nie łamiąc go. Oboje zachłysnęli się, gapiąc się, gdy zobaczyli, co zawierał.
Cudowny rubin, dokładnie w odcieniu jej oczu i największy, jaki kiedykolwiek widziała… nie żeby widziała ich wiele, oczywiście, ale ten był z pewnością większy od jej pięści.
– Och, mój Boże… – wyszeptał Ravi, po czym zaśmiał się cicho, gdy Liv spojrzała na niego zszokowanym wzrokiem. – Nie jestem specjalistą od klejnotów, ale musi być warty fortunę. Kiedy się z nim spotkasz, zapytaj, czy któryś z jego rodzeństwa, o których wspomniał, jest dostępne?
Liv mogła tylko posłać mu beznamiętne spojrzenie, by ukryć, jak jej serce trzepocze szaleńczo, gdy z szacunkiem objęła czerwony kamień dłońmi.
*_*_*
[Senri]
– Gdzie byłeś, Sen? – Jego starsza siostra syknęła, gdy Senri wkradł się do legowiska, a on zamarł, przełykając ślinę na widok mieszanki zmartwienia i gniewu na jej pysku.
Przyłapany.
…ale i tak było warto!
– Na zewnątrz – powiedział wyzywająco, po czym ignorując jej zaskoczone drgnięcie, spróbował się przemknąć obok niej.
– Sen… – Ares zaczęła z oburzeniem, po czym zamarła i ruszyła do przodu, uważnie go obwąchując. – Co to jest?
– Co? – zawahał się, patrząc z obawą to na siebie, to na koniec korytarza prowadzącego głębiej do legowiska. Jeśli Kasto również zauważył, że go nie ma, to był skończony. Uwielbiał oboje swojego rodzeństwa, ale Ares zawsze była bardziej wyluzowany i uległy, jeśli chodziło o Senriego i jego pomysły. Przynajmniej wtedy, gdy żaden z członków klanu nie patrzył. Kasto był bardziej surowy, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że większość czasu spędził, robiąc wszystko, co mógł, by utrzymać go przy życiu, a Senri nigdy nie ośmieliłby się mu sprzeciwić w normalnych okolicznościach.
Tak, w normalnych okolicznościach… i nie wtedy, gdy odkrył, że niemożliwie słodka ruda, która nawiedzała jego sny przez ponad rok, była prawdziwa! I, chwała Bast, pachniała jak wcielony grzech! Jak pyszna mieszanka cynamonu i migdałów. Już był zaintrygowany tym zapachem, gdy ten wczoraj zaatakował jego wrażliwy nos z futra Ares, ale wiedząc, że pochodził od pięknej nastolatki, której tak cholernie długo chciał dotknąć…?
Jeśli to nie była wola Bastet, to nie wiedział, jak inaczej to nazwać! A jak ciepła była jej skóra pod jego dłonią? Cudowny rumieniec na twarzy rudowłosej i oszołomiony blask rubinowych oczu… I sposób, w jaki jej korzenny zapach niemal stężał, gdy Senri prawie uległ pokusie tych miękkich, ładnych ust.
Dość powiedziane: pragnął jej i to pragnął jej bardzo. Naprawdę, bardzo mocno… Ale mimo że jego samokontrola zawsze była do bani, chciał, aby te wspaniałe rubinowe oczy patrzyły na niego ze słodkim uczuciem, daleko, daleko od skupionych zapachów ludzi. I musiał móc jej powiedzieć, jaka była ładna… jak słodka. Jak przez cały ten czas, z każdym irytująco frustrującym snem, pragnął jej. Tak bardzo, że to bolało.
– Ten zapach na twoim futrze, braciszku – zdezorientowany głos Ares przywrócił go do rzeczywistości. Senri zmarszczył nos, siadając na tylnych łapach i mimowolnie się zaśmiał, gdy nos jego siostry podążył za nim, chowając się w futrze na jego szyi, intensywnie węsząc.
– Co…? – urwał, przypominając sobie, jak ten chłopak, życzliwie uśmiechnięty rudzielec, który wyglądał bardzo podobnie do jego wybranki – gdyby nie jego błękitne oczy i znacznie dłuższe włosy – kilka razy położył rękę na szyi Senriego, prowadząc go w stronę jego nagrody. – Ach… cytrus, masz na myśli? Zapach?
– Mhmm – jego siostra mruknęła z wyraźną przyjemnością, wciąż natarczywie go wąchając przez chwilę, zanim się odsunęła i również usiadła, ciekawie przechylając głowę. – Co to jest? I gdzie byłeś? Masz szczęście, że zauważyłam to przed Kasto, Sen. Wiesz, że się martwi, nawet jeśli naszego wuja dawno już tu nie ma.
– Wiem i nie chciałem martwić ani jego ani ciebie, Ares, ale…– zawahał się, westchnął i pokornie pochylił głowę przed nią, opadając płasko na brzuch. – Ale myślę… myślę, że Bast pobłogosławiła mnie bratnią duszą, siostro. I myślę, że dziewczyna, którą znalazłeś wczoraj… Że ona jest moja.
Zamknął oczy, żeby nie widzieć wyrazu jej pysku, ale usłyszał jej westchnienie.
– Senri… Ona jest człowiekiem – powiedziała cicho Ares, szturchając go łapą, żeby wstał, ale on się nie poruszył. – Wiem, że kochasz stare opowieści, ale… Awlbastów już dawno nie ma, bracie. A my nie możemy się parzyć z ludźmi. Nie tak naprawdę, w każdym razie. Uwierz mi, Sen, nie chcesz się parzyć z człowiekiem. Znam ciebie i twoją naturę, braciszku, i ta jednostronna więź złamałaby twoją duszę. A na to nie mogę pozwolić.
– Śniłem o niej – przyznał, nie otwierając oczu i usłyszał, jak jego siostra zaczerpnęła oddech. – Przez ponad rok, każdej nocy, Ares. A jej oczy… Awlbast mogli się parzyć z ludźmi, jak ty i Kasto mi powiedzieliście. Czy nie jest możliwe, że niektóre hybrydy przetrwały masakrę? Wymieszali się z ludźmi i przetrwali do dziś?
Kiedy w końcu odważył się spojrzeć w górę, zobaczył błękitne jak niebo oczy siostry wpatrzone w niego, zamyślone, gdy jej ogon powoli machał za nią.
– I… – dodał cicho. – Ona ma brata, którego zapach cię zainteresował, Ares. Jego oczy są błękitne, nie rubinowe, ale sądząc po podobieństwie, ośmieliłbym się powiedzieć, że muszą być bliźniakami. A jeśli jedno z nich wykazuje pochodzenie od Awlbastów… – urwał, ostrożnie podnosząc się na cztery łapy.
Nowe zainteresowanie rozkwitło na czarnym jak atrament pysku jego siostry, gdy wstała i spojrzała w stronę wejścia do nory.
– Jeśli taka jest wola Bastet – powiedział ostrożnie Senri, ruszając do przodu i pocierając głową o bark siostry. – Szansa na odzyskanie jej łaski, Ares? Po wszystkim co zrobiłaś dla naszego ludu, że są tutaj, tuż pod twoimi skrzydłami? Nie uważasz, że to znak? Może nasz Pani jest gotowa nam wybaczyć, co? Jeśli okażemy się tego godni.
– Dość – westchnęła jego siostra, muskając jej głowę o Senriego, po czym spojrzała w stronę wyjścia i poruszyła wąsami. – Więc poszedłeś ją wytropić, Sen? Wiem, że masz ostry węch, ale wczoraj padało…?
– Cóż, niezupełnie – przyznał nieśmiało, po czym usiadł obok Ares i oparł się o nią. – I nie wściekaj się, ale wszedłem do ludzkiej nory. Pomyślałem, że ją wywęszę.
– Ty…? – Ares urwała i zaśmiała się bezradnie, machając ogonem z rozbawieniem. – I nie przegonili cię?
– Ach, szczerze mówiąc, wyglądali na podekscytowanych – zmarszczył nos, po czym poruszył wąsami z irytacją. – Ale nie mogłem ich zrozumieć!
– Jasne... Oni mówią po angielsku, braciszku – Ares gładko przybrała humanoidalną postać, wstała, a następnie minęła Senriego i ruszyła głębiej do legowiska.
– Ach, możesz mnie nauczyć? – zapytał, posłusznie dołączając do niej. – Przynajmniej podstaw? I przed... jutrem?
– Och? – Jego siostra posłała mu podejrzliwe spojrzenie. – Co właściwie zrobiłeś, Sen?
– Ja, ach… – speszył się, gapiąc się pod swoje łapy. – Okazałem jej prezent w zalotach... a ona go przyjęła – przyznał i skrzywił się, gdy jego siostra zamarła, zostając z tyłu. – Ten chłopiec... Jej brat potrafi mówić naszym językiem... przynajmniej trochę... więc przetłumaczył i... Upewniłem się, że wie, na co się zgadza, przysięgam! – dodał pospiesznie, a Ares się rozluźniła, posyłając mu zwężone spojrzenie.
– I jutro znowu ją zobaczysz? – zapytała, dołączając do niego.
– Mam taką nadzieję… – wyszeptał mu pod nos. Nawet gdyby była w pełni człowiekiem, mogłaby się wycofać i nie pojawić! Senri mógł tylko marzyć, żeby tak nie było, ponieważ po poczuciu jej zapachu, nie był pewien, czy mógł się powstrzymać od ponownego wytropienia jej… i błagania.
– Chyba będę musiała cię nauczyć – westchnęła jego siostra, a potem jej głos stał się cichszy, gdy zbliżyli się do leż. – Ale nie wspominaj o tym – i swojej teorii – nikomu. A ja nauczę cię zapytać, czy jej brat z kimś się spotyka, okej?
– …z kimś się spotyka? – powtórzył z zakłopotaniem, patrząc na nią bez zrozumienia.
– To jest to, co ludzie nazywają zalotami, braciszku – Ares zaśmiała się, czule pocierając jego głowę. – Jeśli ich zwyczaje są trochę inne niż nasze. Chyba powiem ci, czego się spodziewać, co?
– Czy wcześniej spotykałaś się z jakimiś ludźmi? – Senri zapytał podejrzliwie. Wiedział, że jako przywódca ich Klanu – nie wspominając o jej roli w poinformowaniu ich sąsiadów o ich istnieniu – Ares dużo podróżowała, często zostawiając ich legowisko pod opieką Kasto na czas trwania tego. Ale nie sądził, żeby to kiedykolwiek trwało tak długo – najwyżej kilka dni. Przynajmniej tyle mógł sobie przypomnieć.
– Nie – jego siostra odpowiedziała radośnie, a Senri zmarszczył brwi, potrząsając wąsami. – Ale słyszałam mnóstwo historii.
Modląc się do Bast, żeby to nie był żart, Senri skinął głową na znak zgody. Chciał zrobić jak najlepsze wrażenie i być może, mając na myśli bliźniaka o błękitnych oczach, jego siostra nie narobi mu tyle wstydu, że jego potencjalna partnerka nie będzie chciała go więcej widzieć!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania