Śniadanie, szkielety i teatr, czyli Mgła w Deutschlandzie - 1/3
Wybierając się na krótki wakacyjny wypad miałam dwa bardzo konkretne cele. Pierwszy: zwiedzić Plastinarium. Drugi: sprawdzić i poćwiczyć mój niemiecki.
Mój niemiecki na poziomie A2.
Tak. To skomplikowane. Mam kontakt z tym językiem od zerówki, kiedy to tata napisał na kartkach rzeczy typu zaimki osobowe i nazwy miesięcy i kazał mi je codziennie powtarzać (przez to mam mieszane uczucia przy pewnej scenie z Dnia Świra), ale nigdy się go NAPRAWDĘ nie nauczyłam, a „prawdziwą rozmowę” miałam… jedną. Obecnie przechodzę przez kolejne etapy kursu i robię dużo innych rzeczy, bo z pewnych powodów zależy mi na opanowaniu go przynajmniej na poziomie B1 do końca licencjatu (czyli mam jeszcze rok). Takie remedium na kryzys egzystencjalny.
Ale kiedy chciałam np. skorzystać z jakiejś aplikacji, która pozwala faktycznie porozmawiać z obcokrajowcem czy ogólnie zrobić cokolwiek w tym kierunku… to tchórzyłam. Nie, mój niemiecki jest jeszcze za słaby, zostańmy przy kursie i czatbotach…
Tak więc jako remedium na mojego cykora wyjechałam sama na trzy dni do miejsca, gdzie musiałam mówić po niemiecku.
Być może po wspomnieniu o Plastinarium ktoś już odkrył, gdzie się wybrałam. Do Guben.
Gubin/Guben to miejscowość leżąca częściowo w Polsce, częściowo w Niemczech. Granicę wyznacza rzeka – Nysa Łużycka. Plastinarium jest w Niemczech, a poza tym celowo zarezerwowałam nocleg po niemieckiej stronie i zamierzałam spędzać tam jak najwięcej czasu. Nie robiłam szczegółowych planów. Wiedziałam, gdzie będę spać, kiedy wracam i co jest główną atrakcją, a resztę zamierzałam ogarnąć na miejscu. Do historii zatem!
*
Zakwaterowanie
Pensjonat znajdował się rzut beretem od przejścia granicznego, praktycznie zaraz przy rzece, i następny rzut beretem od Plastinarium. Dotarłam tam zmęczona – siedziałam na podłodze przez kilka godzin w pociągu, potem przesiadka, potem kawałek piechotą – na krótko przed końcem terminu zameldowania. Starsza pani wyglądała na zaskoczoną moim przybyciem, ale zaraz wyszukała moją rezerwację (zrobioną dzień wcześniej, to wszystko działo się trochę szybko). Mówiła tylko po niemiecku, w angielskim najwyżej kilka słów, o czym przekonałam się pytając ją czy muszę informować kiedy wychodzę z budynku (nie wiem czemu mi to przyszło do głowy) i dostałam zakłopotane Ich verstehe nicht.* Po chwili udało mi się powiedzieć to po niemiecku z paroma błędami gramatycznymi, ale zrozumiałyśmy się.
Wkrótce miałam się przekonać, że to wzór, nie wyjątek. Szczerze, bałam się jadąc tam, że ludzie nie będą chcieli ze mną gadać po niemiecku i jak tylko się zorientują (czyli szybko), że nie jestem native speakerem, będą chcieli przejść na angielski. Okazało się, że prawie nikt tu nie zna więcej niż paru słów po angielsku czy po polsku, więc komunikacja „pozaniemiecka” wylatuje przez okno (śmiech). Oczywiście nie mam o to pretensji. Zresztą, dla mojego celu lepiej być nie mogło!
Ludzie
To będzie się przebijać przez całą moją relację, więc zaznaczam tylko teraz: ludzie byli bardzo mili. Serio, nie spotkałam się z ani jedną negatywną reakcją na mój limitowany niemiecki, nawet w tych paru przypadkach kiedy mój mózg włączał „niebieski ekran” i nie umiałam przez chwilę wydusić niczego. Zawsze starali się dojść ze mną do porozumienia, nawet wtedy, kiedy nie musieli. (Patrz pani w sklepie gdzie kupowałam pamiątki dla siebie i rodziny proponująca mi rabat – nie zrozumiałam w pierwszej chwili, więc powtórzyła, aż załapałam.) To było coś więcej niż tolerowanie, czułam się… uwzględniona? Mile widziana? To chyba właściwe słowa (śmiech).
-ciąg dalszy nastąpi-
*Nie rozumiem.
Komentarze (1)
No ładnie, podróż do Niemca i to nie na szparagi. Ja z niemieckiego noga jestem, bo akurat nie mam potrzeby być lepszy. Ale miło poczytać, że na osławionym zachodzie mają wyrozumiałość dla początkujących;)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania