Straszny Makaron#2 - Co kroczy w ciemności

Zaczęło się od zwykłego złapania gumy. Mężczyzna zatrzymał auto na poboczu, wysiadł i podrapał się po łysinie zaczesanej ze wszystkich stron ścianami włosów niczym arena Koloseum. Był grudzień i dochodziła piętnasta. Dzień tracił swoje i tak wyblakłe barwy, wiatr zacinał ostrymi susami, mierził policzki. Auto zatrzymało się na skraju wsi. Zwarta zabudowa zaczynała się jakieś dwieście metrów dalej. Bliżej znajdowała się samotnie dusząca ze starości chałupa z bala, pokryta powiewem nowoczesności – eternitem. Mężczyzna z sercem na ramieniu skierował się w jej stronę, mając nadzieję, że znajdzie tam telefon stacjonarny. Jego komórka padła kilka kilometrów wcześniej, jakby zapowiadając fatalny w skutkach ciąg zdarzeń.

 

Ostrożnie złapał za skleconą z patyków furtkę, przestawił ją, przekroczył wejście i ustawił w pozycji wyjściowej. Potem, masując obolały z zimna nos, podszedł do drewnianych, niskich drzwi i mocno zapukał. W jednym z okien widział żarzący się płomyk świecy, mgliście rozpraszany przez kremowe zasłony. Po chwili oczekiwania usłyszał delikatny, ale rytmiczny tupot, następnie dźwięk zwolnienia zamka.

 

W progu stanęła niewielka kobieta, staruszka w liliowej chuście, o powabnej, ale zasmuconej twarzy. Głęboko osadzone oczy tylko dodawały frasunku.

 

– Dzień dobry, przepraszam, że panią nachodzę…

 

Staruszka przerwała wywód, zanim na dobre się rozpoczął. Zaprosiła nieznajomego do środka. W izbie kuchennej zaparzyła herbaty, podała mężczyźnie koc, aby się ogrzał. Po chwili lustrowania jego osoby zaczęła rozmawiać więcej i żwawiej. Wyglądała na uradowaną tymi niespodziewanymi odwiedzinami. Wytłumaczyła, że cierpi na samotność, jako wdowa i bezdzietna staruszka, a wśród sąsiadów uchodzi za wariatkę, ze względu na plotki dotyczące jej przeszłego życia.

 

– Każde ich spojrzenie boli tak samo mocno, przez tyle lat – wyznała, podając zaparzoną herbatę w dużym emaliowym kubku.

 

Mężczyzna podziękował, ale nie miał odwagi zapytać, o co dokładnie chodzi ludziom z wioski. Nie musiał.

 

– Jeśli pan pozwoli, podzielę się moją historią, tą jedną, najważniejszą. Nie miałam okazji z nikim rozmawiać tak długo jak dzisiaj. Wiele lat przeżyłam samotnie, w ciszy. Ale może pan mnie rozumie.

 

Przytaknął, nie wiedząc, jak odpowiedzieć. Zupełnie zapomniał o tym, co naprawdę przywiodło go do chałupy staruszki. Teraz wydawało się to mało istotne.

 

                                                                      ***

 

Chłopak biegł ile sił w chudych nogach. Lipcowa noc stroiła jego rytm cykaniem świerszczy i pohukiwaniem sowy. Nie mógł spojrzeć za siebie. Strach sparaliżował szyję. Mógł jedynie patrzeć przed siebie i biec, coraz silniej, coraz boleśniej.

 

Do wioski miał jeszcze kawałek. Młyn znajdował się w polach, daleko od zabudowań. Młynarz dojeżdżał do roboty na rowerze, miał pierwszy we wsi.

 

Ten chłopiec miał na imię Eustachy. Pamiętam go, jakby stał przede mną, o tam, przy piecu. Niski, chudy, przerzedzone blond włosy i zapadnięte policzki. Wiecznie przymierał głodem jak i cała jego familia. Ojciec nierób potrafił tylko przesiadywać po gospodach i przepijać ostatnie pieniądze. Bracia Eustachego albo pomarli na choroby, albo poszli w świat. Sióstr nie miał, a matka ledwo zmogła trud obrządku przy zwierzynie. Umierała na stojąco, chodząc, gotując, rozmawiając z sąsiadką przy płocie. Dziwna to była śmierć i długa.

 

Tamtego lata ojciec wysłał Eustachego na dorobek do młynarza. Widywałam go często, o bladym świcie jak na bosaka z pakunkiem jedzenia na kijku szedł ze spuszczoną głową w stronę młyna. Czasami szedł, czasami zataczał się, jakby był chory albo przemęczony. U nas we wsi nikomu się nie przelewało, ale jakośmy żyli ze sobą i urobek był znośny, ale u Eustachego bieda mieszkała jak niechciana ciotka.

 

Nastał w końcu ten dzień, kiedy wszystko było inne. Eustachy szedł jak zawsze bladym świtem do młyna, ale nie miał spuszczonej głowy, nie zataczał się. Na twarzy promieniował uśmiech, serdeczny i szczery, jakby całe zło od tego dzieciaka odeszło w jedną noc. Pomachał mi, pierwszy raz, a ja odmachałam. Byliśmy jakoś w równym wieku bez mała, ale mama surowo mi zakazywała z nim rozmawiać, ze względu na jego ojca. Mój tata był szanowany we wsi, bo wiedział coś niecoś o krowach, pomagał przy cieleniach. Potrafił też czytać i pisać.

 

Czekałam na Eustachego wieczorem. Siedziałam na ławeczce przy płocie i zajadałam maliny. Ale Eustachy nie pojawił się. Było mi smutno, trochę się martwiłam, nie wiedzieć czemu. Nie znałam go bardziej niż o jednym machnięciu dłoni. W końcu mama zawołała mnie do chałupy, ale nawet w łóżku, słuchając przez otwarte okno cykania świerszczy, ujadania psów i szelestu liści w ogrodzie, nie mogłam przestać myśleć o Eustachym. Dopiero zwykłe zmęczenie i sen zabrały ode mnie te wątpliwości. Ale one same dopomniały się o swoje.

 

To było jak ryk. Potworny, przeszywający duszę. Nigdy w życiu wcześniej, a tym bardziej później nie słyszałem czegoś bardziej przerażającego. Wydawało mi się, że cała nasza chałupa zaczyna drżeć, szyby w oknach zaraz skruszą się na kawałki, dach zapadnie w sobie, strop wyląduje na mojej głowie. Intuicyjnie wślizgnęłam się pod łóżko. Dzieliłam niewielką izbę z moją starszą siostrą, ale tamtej nocy ona spała u dziadków. Nie wiedziałam, czy rodzicie słyszeli to samo. Byłam bliska płaczu, pamiętam ten moment. Zbyt przerażona, by uciekać do mamy i za bardzo wystraszona, aby leżeć sama pod łóżkiem. Został tylko bezsilny płacz.

 

Ale nie płakałam. Nie zdążyłam, bo usłyszałam jego głos. To był Eustachy. Zebrałam się w sobie i wyskoczyłam przez okno do ogrodu. Dalej przeskoczyłam płot i wylądowałam na drodze przebiegającej przez wioskę. Na wschodzie pierwsze płomienie dnia wychylały się zza horyzontu. Letnie noce były jasne, ciepłe, pełne życia.

 

Chciałam go zatrzymać, pytałam, co się stało, ale on biegł, biegł, ile miał sił w nogach. Widziałam jego twarz, bladą, przerażoną do szpiku kości. Sama poczułam, jak skóra mi cierpnie. Instynktownie spojrzałam w kierunku młyna. Nie mogłam uwierzyć. Upadłam na ziemię, niefortunnie, bo skręciłam sobie nadgarstek. Wtedy już nie dałam rady, zaczęłam płakać i wołać mamy. Przybiegła niedługo.

 

                                                                    ***

 

Mężczyzna dopił herbatę i spojrzał za okno. Robiło się coraz ciemniej.

 

– Przepraszam, czy ma pani telefon?

 

– Przykro mi, ale nie. Nie mam potrzeby. Samotni ludzie łączą się tylko sami ze sobą.

 

– No tak, złapałem gumę w oponie i pomyślałem…

 

– Proszę mi dać dokończyć, to dla mnie bardzo ważne.

 

– Tak, oczywiście, tylkotylko że robi się coraz ciemniej i…

 

– Błagam pana.

 

Mężczyzna zobaczył, jak dłonie staruszki zaczynają się lekko trząść. Zgodził się.

 

– Wie pan, to stało się naprawdę. Nie wymyśliłam tego. Ale nikt nie chciał mi wierzyć. Wszyscy wołali za mną wariatka albo szeptucha. Straciłam nadzieję, kiedy nawet moja mama prosiła, abym nie przynosiła wstydu naszej rodzinie. A ja po prostu nie mogłam pozbyć się tych wspomnień. Wracały we snach. Stałam na tej samej drodze, widziałam Eustachego, ale potem… wszystko działo się szybciej, nie zdołał już uciec. Coś wielkiego i złego obejmowało go od stóp do głów i zabierało do siebie, do góry. A on krzyczał, wołał o pomoc i ja też krzyczałam. A kiedy się budziłam, widziałam przy łóżku ojca, z twarzą, która dawno się mnie wyrzekła.

 

– Co się stało z tym chłopcem?

 

– Utopił się, ze strachu. Wpadł do rzeki płynącej nieopodal wioski. Chciał uciekać dalej i dalej, ale nie dał rady. Kiedy mogła chodzić więcej, odwiedzałam jego marny grób na cmentarzysku.

 

– To bardzo…

 

– Proszę nie kończyć. Już późno, ma pan rację. Sąsiedzi mają telefony, pomogą panu. Dziękuję… po prostu dziękuję.

 

Mężczyzna wstał i podszedł do wyjścia. Zatrzymał się jednak w pół kroku.

 

– Nie powiedziała pani, co tak panią przeraziło wtedy, kiedy spojrzała w stronę młyna.

 

– To już nieważne. Dziękuję za wszystko.

 

Naciągnął na głowę kaptur i wyszedł z chałupy. Uliczne latarnie kilkaset metrów dalej rozbłysły pomarańczowymi łunami. Spojrzał w stronę wioski. Do kolejnego domu miał spory kawałek. Idąc poboczem, czuł się jakoś dziwnie. Miał wrażenie, jakby na jego głową unosiła się jakaś wyimaginowana, olbrzymich rozmiarów dłoń, gotowa złapać go w każdym momencie. Poczuł dreszcze biegnące po plecach. Zbliżając się do sąsiednich zabudowań, już prawie truchtał. Złapał za klamkę furtki – zamknięta. Zadzwonił dzwonkiem i czekał. Kiedy spojrzał na zachód, już był pewny. W głuchej ciszy, nie mając złudzeń, że ktoś otworzy, widział, co kroczyło w jego stronę.

Średnia ocena: 3.2  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (13)

  • sunburst ponad rok temu
    Straszne nudy, nie przeczytałem nawet połowy... Czym chciałeś zaintersować odbiorcę w tym tekście?
  • Bettina ponad rok temu
    Ja akurat w jakis sposób.
  • Bettina ponad rok temu
    Wiesz co? Musialabym ci dac 3, albo nawet 1. Przypomina mi sie ocena 1 z matematyki, kiedy juz niezyjaca nauczycielka matematyki, najlepsza jaka spotkalam, w malej wsi, daje mi jedynke , argumentując....
  • Bettina ponad rok temu
    Czyli jest tu Ukryte twierdzenie matematyczne. Tyle
  • Aleks99 ponad rok temu
    Czy ty rozumiesz po polsku, czy jesteś kompletnie niepoczytalna? Jak masz problem z rozumowaniem, to na terapię się wybierz i przestań mi zaśmiecać pod tekstami
  • Bettina ponad rok temu
    Aleks99
    ONIYOME. ..............
  • Bettina ponad rok temu
    https://youtube.com/shorts/cUU6HSZ6L4Q?si=onQj6-zGpFZZ6y4M
  • droga_we_mgle ponad rok temu
    "Zaczęło się od zwykłego złapania gumy." - jak to często w horrorach... a nie, drugie miejsce, pierwsze należy do pustego baku.
    "Jego komórka padła kilka kilometrów wcześniej" - odhaczamy kolejne punkty... ciekawe ile się uzbiera?
    creepy starsza pani. punkt nr trzy

    "Umierała na stojąco, chodząc, gotując, rozmawiając z sąsiadką przy płocie. Dziwna to była śmierć i długa." - o, a to jest dobre. W sensie dobry opis, bo treść smutna

    "samotnie dusząca ze starości chałupa" - yyy, literówka? ale zabawna wizja, przyznaję
    "cierpi na samotność" - cierpieć to można na chorobę, albo z samotności, ale nie NA samotność
    "biec, coraz silniej" - znowu niefortunne określenie. Szybciej? Bardziej desperacko? Z coraz większym trudem?

    No, punktów za klisze uzbierało się trzy. Wiem że brzmi jakbym się nabijała (no, może troszeczkę), ale na serio nie mam nic przeciwko kliszom - jeśli stosuje się je świadomie i w przemyślany sposób. Można mieć z nimi (jako autor i jako wyłapujący czytelnik) niezłą zabawę :) zresztą tytuł "straszny makaron" sugeruje, że te opowiadania są odrobinkę parodią :))

    Podsumowując, treściowo dobre, ale przez wpadki techniczne dałam trzy. W takich przypadkach odejmowałabym pół gwiazdki, gdyby się dało :(

    Pozdrawiam (⊙_◎)
  • droga_we_mgle ponad rok temu
    o, zapomniałam

    W sumie nieznane są intencje tej staruszki. Może jest tak, jak na to wygląda - zdesperowana za towarzystwem i chcąca "zrzucić balast". A może... celowo go przytrzymała... potwór domaga się ofiary za zostawienie jej w spokoju?

    Lubię tworzyć teorie :)
  • droga_we_mgle ponad rok temu
    a propos klisz - polecam stronę tvtropes - tam to tego a tego, jak ktoś lubi, to raj :D

    dobra, już kończę z tym spamem
  • Aleks99 ponad rok temu
    Tragedia, nabrudzilem, mówiąc delikatnie. Poprawę obiecuje
  • Aleks99 ponad rok temu
    droga_we_mgle dobry spam nie jest zły;)
  • Bettina ponad rok temu
    A potem byla druga sytuacja. Stalam przy tablicy (nawiasem mówiąc nauczycielka byla dziwna, my w tej wiejskiej szkole realizowalismy jej program, nie wszyscy, ale czẹść z nas) ...moja kolezanka z lawki przy jednej a ja drugiej. Na tej pierwszej tablicy pojawialy sie coraz szybciej wzory, ktore byly rownane, kreslone, wyprowadxane z nawiasów. Stalam przy drugiej. Pustej. W końcu kiedy moja vs zbilzala sie do końca rónolegle napisalam Jedno dxialanie. Nastala cisza. Ktos z klasy zauważyl, ale ...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania