Poprzednie częściStrażniczka nieumarłych / 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Strażniczka nieumarłych / 16

– Otworzę przejście – oznajmił Helint.

Mężczyźni stanęli obok siebie. Przepłynęło pomiędzy nimi mnóstwo wrogich emocji. Metrysa sięgnęła po broń.

– Weźcie od niej ten tobołek. Nie widzicie, że ledwie przebiera nogami? – Helint zwrócił uwagę nastroszonym kogutom.

Rewint spojrzał na brata spode łba i już po chwili wyręczał dziewkę – Werkmun ani drgnął.

– Bliżej nie podchodźcie, może was wessać, zanim wrota staną otworem.

Stali mniej więcej w połowie jaskini, a Helint bliżej ściany.

– Weern furrt zel lood – wyrecytował i wyciągnął przed siebie ręce.

Dłonie zaczęły iskrzyć, a błyski temu towarzyszące wczepiały się we wszystko, co stało na drodze przelotu. Temperatura gwałtownie spadła, zmuszając gapiów do objęcia ciał rękoma. Duszność ustąpiła miejsca wiatru, który hulał z ogromną mocą. Włosy dziewczyny fruwały w różnych kierunkach, miecz u pasa uderzał o udo, a pakunek, który Rewint postawił obok jej stóp, brzękał, oręż szczękała, stykając się ze sobą.

Wiry powietrza unosiły piach, ograniczając widoczność. Oderwane od łodyg liście fruwały i tańczyły nad ich głowami. Helint skoncentrował uwagę na rozbłyskach, kierując ich strumień w jedno miejsce. Gliniana ściana przyjmowała ciosy uderzających w nią wiązek światła, pyłu i mniejszych kamyków. Białe skry spadały na podłoże i wchodziły w twarde kamienie, naruszając zwartą strukturę.

– Oreed tew su saan – dodał i rozczapierzając palce, wypuścił z opuszek cienkie wstęgi błyskawic.

Huk był nie do opisania, kiedy stykały swoje początki z twardą przeszkodą. Trzask kruszejącego budulca, drgania i kumulacja wici w samym centrum, gdzie skały utworzyły szczeliny i zachęcały żywioł, aby wypełnił luki, nie pozwalając całości runąć.

Fiolet wypełnił pomieszczenie – przytłaczał, był ciężki i trudno było utrzymać oczy otwarte, bez wypuszczania łez. Ściana, na której Helint skupił całą wypuszczoną moc, przestała istnieć. Przed nią wyrósł niesymetryczny płynący kształt. Lewitował nisko nad powierzchnią i zionął mrocznym odmętem. Wewnątrz wszystko pulsowało, cienkie szpikulce napierały na wzburzoną taflę, tworząc ostre i groźnie wyglądające igły.

Nie wiadomo kiedy, wokół zgromadzonych powstały wiry, na tyle silne, że szczupła sylwetka Metrysy zaczęła podążać w stronę ziejącej chłodem otchłani. Na szczęście Rewint zainterweniował w porę i chwilę później, tkwiła w jego ramionach, a on trzymał kurczowo dłonią pochwycony w locie badyl.

Werkmun zacisnął szczękę i skulił dłonie w pięści. Stał twardo, wiatr go omijał, jakby tkwił w bańce.

– Assty gven wert! – ryknął bóg; wicher ustał, piach opadł, a tunel uspokoił wrzącą toń.

Rewint puścił dziewczynę i podszedł do brata. Jednak szybko tego pożałował. Kiedy od dziury dzieliły go góra dwa kroki, z wnętrza wyłoniła się smocza głowa, rycząc głośno.

Odskoczył i stanął za plecami Helinta.

– Znów pomyliłeś zaklęcia! – zawołał.

Mimochodem zerknął na dziewkę; była blada jak kreda i niepewnie stała na nogach. Werkmun zauważył spojrzenie i stanął obok. Objął dziewczynę ramieniem i wyszczerzył zęby. Metrysa nie zareagowała zbyt mocno się bała, aby odstąpić. Czuła go dosłownie wszędzie. Serce waliło jak oszalałe, a wypełnione trwogą oczy, napotkały jego spokojny wzrok. Był ciepły i błyszczący.

Werkmuna nie zdziwiła jej reakcja. Nie na co dzień można zobaczyć smoka na żywo, i to jeszcze z tak małej odległości. Był wniebowzięty, bo dzięki temu gadowi, mógł być jej tak blisko, jak pragnął. Przeszedł go dreszcz.

Czerwonołuski olbrzym obnażył zębiska, puścił parę i trzepiąc mocno łbem, przypuścił ogniowy atak. Płomienie tańczyły w powietrzu, osmalając winorośle. Werkmun przydusił dziewczynę do piersi, zrobił zwrot i powalił na ziemię, nakrywając własnym ciałem. Odpowiedzialny za całe zamieszanie Helint przyciągnął do siebie brata – osłona, która wokół niego krążyła, nie przepuszczała palącego żywiołu.

– Oher dees duuy tod! – Zrobił ręką kółko w powietrzu, bestia pokornie spuściła głowę i skryła wielkie ślepia i parę rogów we wnętrzu szczeliny. Zapanowała głusza. – Orren tyr – dopowiedział; do groty zaczął wlatywać lekki, puszysty śnieg.

– Jesteś pewien, że trafiłeś? – Werkmun oswobodził dziewczynę spod swojego ciężaru, wstał, podał pomocną dłoń, podźwignął, po czym niepewnym krokiem podeszli do boga.

Helint w niebiosach oraz na wszystkich innych płaszczyznach uchodził za osobnika niezwykle niebezpiecznego. Wszyscy, co go znali, nigdy nie mogli przewidzieć, co wyniknie po rzuceniu czaru. Nikt nie prosił go o pomoc, bo skutki po jego interwencji, najczęściej były opłakane i dalekie od oczekiwań. W dzieciństwie najstarszy z trójki braci – Werkmun – poprosił, aby go przeniósł do zamku potępionych – zamiast tego wylądował na zdradliwych piaskach, z trudem unikając śmierci z łapsk tamtejszego plemienia i ich krwiożerczych zwierząt.

– Tak – rzucił i spiorunował brata wzrokiem.

– Od kiedy smoki strzegą wrót? Myślałem, że wszystkie zostały zgładzone.

– Parę przetrwało i są bacznie strzeżone przez sługusów Ałtula. Od czasu, kiedy strącił brata do wnętrza ziemi, stał się nadzwyczaj ostrożny i przywiązuje szczególną wagę do gatunków, które można wykorzystać w walce.

– Nic mu to nie da, ale niech sobie kompletuje armię, z czego tylko chce – rzucił woj.

Zaciekawione spojrzenia lustrowały go od stóp po głowę. Tego, że współpracował z Wuternem nie wiedzieli. Wszystko, co z nim związane, było zamrożone.

– Wrzucaj manatki i właźcie do środka – zasugerował Helint. – Przejście niebawem zacznie się zasysać.

– Dziękuję za wszystko. – Rewint poklepał brata po ramieniu.

Zrobił zwrot na pięcie, pochwycił oburącz za ciężkie zawiniątko, napiął mocno mięśnie, rozhuśtał i umieścił balast w samym środku falującego otworu.

– Chodź. – Wyciągnął w stronę dziewki rękę; nie odmówiła.

Pochwyciła mocno, nie spuszczając niepewnego wzroku z mężczyzny. Rewint skinął bratu głową i przepuszczając niewiastę przodem, patrzył, jak jej szczupłe ciało obłapia mętna maź. Kiedy stracił ją z oczu, sam zaczął powoli znikać pośród płatków śniegu. Werkmun podążył tuż za nim.

***

 

– Gdzie ich wysłałeś?! – zagrzmiał głos, zaraz po tym, jak Werkmun zniknął z pola widzenia.

Echo poniosło ostry ton, a Helint zapomniał języka w buzi; widok ojca i jego świty wywołał chwilowy szok i zablokował mózg.

– Do Pustelni – przemówił po chwili.

– Do przejścia! Przyprowadzić!

Parę postaci w białych pelerynach przebiegło przez pomieszczenie i nie wiadomo kiedy, ich muskulatury zlały się z falującą taflą, która powoli zaczęła obkurczać ścianki. Były coraz mniejsze, aż zniknęły całkowicie, przywracając ciepło w pieczarze.

– Przeszukać tę zapchloną norę, a ty…! Od kiedy naginasz zasady?

Za dużo roboty nie mieli. Nie licząc paru głazów, pni i powrastanej w ściany winorośli, pieczara była opustoszała.

Przyprószony siwizną mężczyzna podszedł i uderzył syna w twarz. Był wściekły. Było to widać pomimo gęstego zarostu, który osłaniał mocno zaciśniętą szczękę.

– Mają cielesną powłokę, więc żadna reguła nie została naruszona – przyznał i zatopił opanowany wzrok w rozbieganych źrenicach ojca.

– Do Pustelni, mówisz. Więc dlaczego, kiedy wszedłem, powiało chłodem i skąd tutaj tyle białego puchu? Nigdy nie umiałeś kłamać. To twoja największa wada. – Przeciągnął palcami po białej szacie i obserwował, jak jego ludzie przetrzepują grotę. Odchrząknął, machnął ręką i pochwycił syna za gardło. Kostki zbielały, a zacisk przybierał na sile.

Helint pochwycił za rękę i oderwał od krtani. Trzymał ją chwilę przed nosem, po czym puścił. Ałtul nie ponowił ataku.

– Nie rób tego nigdy więcej – rzucił Ałtul oschle. – Nie zmuszaj mnie, abym postąpił wbrew sobie. Moja cierpliwość jest na wyczerpaniu. Nie wiem, jak długo zdołam się hamować, aby nie wysłać wszystkich przebywających tutaj nieumarłych w najokrutniejsze zakamarki nieba.

Helint zrozumiał przekaz. Zobaczył, co ojciec ma obecnie w głowie, odnośnie do jego osoby.

Leżał nieopodal gałęzi z przegryzioną tchawicą, rozrywaną piersią, a dusza wychodziła z niego po kawałku, zadając ból ciału, którego oczy jeszcze widziały, a serce czuło.

– Panie. – Jeden z poddanych podbiegł i rozłożył dłoń; rudy włos zwisał po obu stronach.

Przywódcą zatelepało. Pochwycił znalezisko, zacisnął pięści, zagryzł wargę i przełknął nadmiar śliny. Znał ten zapach. Poczuł go po raz pierwszy dwa cykle słońca temu. Widać było, że toczy wewnętrzną walkę z demonem, który próbuje przebić skórę na piersi i zacisnąć palce na szyi syna.

– Wyjść! – wrzasnął, dając chwilowy upust emocjom.

Zaprzestali dalszych poszukiwań i wolnym krokiem zaczęli opuszczać grotę. Trochę to trwało, bo przejście było wąskie, a oni wysocy i umięśnieni. Kiedy ostatni zniknął, Ałtul spytał:

– Wiecie, kim ona jest, prawda? – głos był zimny i gardłowy. – Synowie postradali zmysły, dotrzymując jej towarzystwa, czy założyli, że w ten sposób zyskają względy Wuterna?

– Nie wiem – rzucił na odczepnego. – A ty, skąd wiesz? Z tego, co pamiętam, dar czytania z krwi masz zablokowany?

– Nietrudno nie wyczuć specyficznego zapachu, jaki wydziela. Tylko jedna osoba we wszechświecie tak pachniała.

Marzył, aby móc jeszcze raz poczuć ten aromat. Kiedy tego doświadczył, nie umiał opisać szczęścia. Jednak szybko bezchmurne niebo zasłoniły chmury. Ta woń oznaczała, że dziecko, którego nigdy nie odnaleziono, żyło i było dla niego zagrożeniem.

Najstarszy z bogów panował nad całym wszechświatem. Sumiennie go przemierzał, pilnując porządku i sprawował pieczę nad powstawaniem nowych planet i im podobnych. Jednak nie był niezniszczalny.

Helint intensywnie obserwował ojca, który stwarzał pozory opanowanego albo naprawdę taki był. Miał kamienną twarz, jednak oczy zdradzały, że coś jest na rzeczy.

– Po co ci ta dziewka? – Usiadł na pniu. – Wyśmiewasz poczynania synów, a wcale nie jesteś lepszy. Któraś z przepowiedni jest z nią powiązana? Obawiasz się jej?

– Nie twoja sprawa! – zagrzmiał i zaczął krążyć, obserwując otoczenie.

– Właśnie, że moja! – Helint stanął na równe nogi. – Na górze wrze. Jest coraz gorzej, a ty nic z tym nie robisz. Jeden z króli uwięziony, potomek wilka umiera, wszyscy spiskują, a ty tylko krążysz pośród gwiazd i nakładasz kolejne piętna.

Nie poznawał sam siebie. Po raz pierwszy przemawiał do ojca takim tonem. Kiedy zobaczył, że bracia, pomimo konfliktu, próbują współpracować, coś w nim pękło i przestał przytrzymywać słowa na języku.

– Nie po raz pierwszy – odburknął. – Powinienem ci odciąć głowę. Dokonałeś przeniesienia za moimi plecami. Na szczęście masz kajdany na rękach, więc wracaj na chmurę i zastanów się parę razy, zanim znów z niej sfruniesz.

– Mam dość zakazów. Nie zmusisz mnie do patrzenia na wszystko przez palce.

– Ty… – Dłoń Ałtuli zastopowała tuż przed polikiem syna.

Kipiał ze złości, ale nie mógł, posunąć się dalej. Jego wytrzeszczone oczy i uchylone wargi sugerowały jednoznacznie, że coś go blokuje. Ręka wisiała w powietrzu, palce zaczęły się rozluźniać, a zdziwiona mina nawet Helinta wprawiła w osłupienie. Nie rzucił czaru, nieśmiałby. Więc co?

Kiedy dłoń Ałtula zachrobotała, a od paznokci zaczęły mknąć w głąb skóry ciemne pręgi, odstąpił, zagryzł wargę i zaczął uruchamiać szare komórki i rozmyślać nad powodem. Dłoń czarna jak smoła drżała, a ojciec nie mógł wykonać najmniejszego gestu, aby cokolwiek z tym zrobić.

– Co czynisz? – głos Ałtula był łamliwy, zachrypnięty.

– Nic.

Helint miał mieszane uczucia.

Z jednej strony, był zadowolony, że ojciec doświadcza tego, co czynił innym.

Z drugiej, cierpiał, widząc, co następuje.

Pomiędzy mężczyznami przepłynęło mnóstwo niewidzialnej energii. Obydwaj przybrali posępne miny i nie wyglądali na zadowolonych postępującym zjawiskiem. Zaczerniałe palce Ałtula zaczynały wysychać, uwidaczniając cienki kościec. Skóra zwisała, mięśnie zanikły, a okrycie z ręki powędrowało na wysokość łokcia. Jedna wielka czerń widniała na odsłoniętej powierzchni.

– Cofnij to! – huknął z goryczą, wyrywając nieobecnego myślami syna z zadumy.

Helint nic z tego nie rozumiał. Ojciec ewidentnie cierpiał, nawet kropelki wilgoci zagościły w kącikach oczu, co było zjawiskiem niebywałym. Przecież on nie posiadał w sobie wody, jedynie niszczącą, suchą energię i kłębowisko klątw.

– Wyrzuć to. – Wskazał palcem na zaciśniętą pięść; Ałtul nadal ściskał rudy włos.

– Nie mogę zwolnić zacisku. Coś mnie trzyma – wydukał.

Helint pochwycił za kościstą dłoń i już zaciskał palce, kiedy został brutalnie rzucony na pień – jęknął. Nawet nie próbował wstać, coś go przyduszało do ziemi. Przekręcił głowę w bok i spod przymkniętych powiek obserwował, jak wokół ojca wyrastają długie, czarne pale, obdarzone kolcami i zamykają prześwity czerwonymi wstęgami.

– Walcz i wywal ten piekielny włos! On cię zabije! – krzyczał, leżąc płasko na ziemi, brzuchem do dołu.

– Nie mogę.

Temperatura gwałtownie wzrosła, glina ściekała ze ścian, tworząc błoto. Do niedawna twardy grunt zaczął drgać, pękać, a przez powstałe szczeliny buchały kłęby syczącej pary.

Helint zamknął usta; para podrażniała drogi oddechowe. Miał odczucie, że topnieje, a jego ciało zlewa się z podszyciem.

– Już prawie… zawisł na paznokciu, nie mogę go strząsnąć – chrapliwy głos dolatywał spośród zaplecionej czerwieni, której było coraz więcej.

Helint już nie był w stanie dostrzec ojca, wici były za gęste, a pary zbyt dużo. Zakasłał, wybałuszył oczy i jedyne, co mógł robić, to czekać, aż ten, który nadchodzi, wyssie z niego życie.

– Spadł – poinformował Ałtul przez zaciśnięte gardło.

– Miejmy nadzieję, że to o włos chodziło – przyznał i zaczerpnął gorącego powietrza.

Kiedy je wypuszczał, kącik oka zawisnął na ociekającej gliną ścianie. Pomimo tego, że widniały tam teraz wielkie głazy, coś w niej nie dawało mu spokoju. Ziemia już nie drżała, a ona owszem. Ciasno wsparte na sobie kamienie, zlały się w jedność, formując gładką powierzchnię. Towarzyszyły temu delikatne drgania i falowanie, jakby powstała struktura żyła.

– Ojcze – szepnął i przełknął wielką gulę, która powstała w zaciśniętym gardle. – Ktoś tutaj jest.

– Szpieg Wuterna – burknął. – Dotknąłem ziemi, więc mnie namierzył. Na szczęście jest za słaby, aby mnie wysuszyć.

Ściana rzeczywiście ożyła, a dokładniej przejrzała na żółte rażące oczy – Rewint osłonił twarz. Płonące źrenice tkwiące w gładkiej tafli wodziły w różnych kierunkach, prześwietlając najmniejszy zakamarek przerywanymi, krótkimi impulsami. Kiedy jeden przeszedł przez ciało Helinta, rozdarł gardło i zawył z bólu. Ciekawość zawisła na gałkach, ale nie podniósł powiek.

Klatka, w której tkwił Ałtul, zaczęła się rozpadać. Wici krążyły blisko sklepienia, a kolczaste pale wchodziły na powrót w ziemię. Żółty poblask zgasł, gorąc zelżał, oddając tak potrzebne do życia rześkie powietrze. Wstęgi wpełzły w szpary, całość powróciła do równowagi, a mgła uleciała szczeliną na zewnątrz.

Ałtul siedział w pozycji rozkrocznej i oddychał szybko. Był blady, a po zaciętym wyrazie twarzy nie było śladu. Strach wychodził oczyma na zewnątrz, a drżące ciało, zamazało obraz walecznego wojownika.

Helint mógł nareszcie poderwać ciało z piachu – balast zniknął. Usiadł i patrzył na ojca spode łba.

– Zaprzestań ścigać dziewczynę, dopóki jeszcze możesz. To, co miało miejsce, to tylko ostrzeżenie. – Helint wsparł ciało na rękach, wstał i ruszył w stronę przesmyku.

Wyszedł, a na ustach Ałtula wykwitnął ironiczny uśmiech. Był uparty i wyglądało na to, że nic go nie powstrzyma przed osiągnięciem celu.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (12)

  • il cuore 4 miesiące temu
    /Czerwono łuski olbrzym obnażył zębiska,/ – na pewno nie tak; ja bym zapisał czerwonołuski, albo czerwono-łuski
    Twgl. szukałem i nul z tego wyszło
    /najczęściej były opłakane i jak dalekie od/ – jak/zbędne
    /Nigdy nie umiałaś kłamać. To twoja największa wada/ – nie umiałeś 😝
    /Wcześniejsze zmieszanie o wzmiance o stworzycielu/ – może/zamieszanie i wzmianka?
    /Woj kipiał ze złości, ale nie mógł, posunął się dalej./ – posunąć

    Jeśli piszesz to opko w czasie rzeczywistym, na bieżąco, to odwalasz kawał roboty
    cul8r
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    Dzięki za przeczytanie i wyłapanie baboli. Piszę na bieżąco i zanim opublikuję tutaj, muszę mieć jeden - czasami dwa - rozdziały do przodu. Klikam w klawisze niezbyt długo i nie mam tekstów, które zalegają w szufladzie. Pozdrawiam. :)
  • Alienator 4 miesiące temu
    Największym zarzutem względem Twoich tekstów jest struktura różnych elementów. Począwszy od składni zdań, poprzez zapis dialogów, aż do konstrukcji fabuły.
    Np.:
    Liście fruwały, oderwane od łodyg i tańczyły nad ich głowami.
    Oderwane od łodyg liście fruwały i tańczyły nad ich głowami.
    Na temat składni zdań wrzuciłem Ci już artykuł i polecałbym wziąć sobie rady do serca, ponieważ takich niezręczności w Twoich tekstach zdarza się wiele. Trudno powiedzieć, z czego to wynika, ale niezależnie od powodu powinnaś zwrócić na to uwagę. Natomiast wszechobecne niechlujstwo z całą pewnością wynika z pośpiechu. Błędy ortograficzne, literówki, końcówki fleksyjne i interpunkcja. Jest naprawdę słabo. Rozumiem, że piszesz tekst na bieżąco, ale to nie zwalnia Cię od zachowania pewnych norm. Rozumiem też, że samemu ciężko jest wyłapać wszystkie błędy, ale ich ilość wskazuje na niedostateczne sprawdzanie tekstu.

    Dialogi to kolejna para kaloszy, chociaż wynika bezpośrednio z konstrukcji tekstu. Jest tak nawalone atrybucjami, że nie dajesz czytelnikowi szansy, żeby mógł wczuć się w rozmowę. Wiele na tym tracisz, bo nie dajesz mu także szansy na uruchomienie wyobraźni, kiedy opisem generujesz obraz. To kwestia pracy mózgu. Za mówienie i obrazy odpowiadają inne półkule. Kiedy człowiek słucha rozmowy, automatycznie włącza się część analityczna. Dlatego m.in. dialogi są dobrym miejscem do wplatania fabularnych informacji. Tu, żeby nie było, że trzeba zrezygnować ze wszystkich takich atrybucji. Nie. Czasem jest to konieczne, ale trzeba to robić płynnie, one mają pomagać, a nie przeszkadzać w rozumieniu dialogu.
    Powyższe problemy można wyeliminować na poziomie redakcji. To kwestia skupienia się na samym operowaniu słowem i sposobie zapisu. Potrzeba do tego tylko czasu i cierpliwości.

    Natomiast fabuła jest trudniejszym problemem. Czytając jakiś Twój tekst, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, że zmierzamy dokładnie donikąd. Niby coś się dzieje, ktoś się przemieszcza, ktoś coś mówi, ale fabuła to raczej opis pewnych scen, a nie opowiadanie. Na pewnym poziomie może się wydawać, że to działa w taki sposób, ale rolą autora nie jest opisanie obrazów, które widzi we własnej głowie. Rolą autora jest stworzenie właściwego obrazu w głowie czytelnika. Wbrew pozorom, to spora różnica.

    Reasumując, gdybym nie był taki leniwy, mógłbym tak ględzić dłużej, ale myślę, że to na początek wystarczy. Jest tu pewien potencjał, ale przez niedostatki warsztatowe trudno jest go dostrzec, więc poleciłbym się skupić głównie na poziomie operowania językiem.

    Pozdrawiam.

    M.
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    Bardzo dziękuję za przedstawienie swoich spostrzeżeń, a najbardziej za to, że nakreśliłeś je łagodnie. :) Zdaję sobie sprawę, że to, co tworzę, jest niskich lotów i mówiłam o tym otwarcie w komentarzach. Po co wybielać coś, co widać gołym okiem i robić z siebie nie wiadomo kogo. Niemniej nie spodziewałam się, że jest aż tak tragicznie – teraz już wiem i nie żałuję, że ktoś postanowił mnie z tym uświadomić tak ostatecznie. Powiem ci szczerze, że raczej nie będę starała się robić czegoś na siłę, skoro pod wpływem wcześniejszych szczerych opinii, próby wprowadzenia zmian nie przynoszą znacznych rezultatów. Najprawdopodobniej już tak zostanie, bo błędne nawyki weszły w krew, a jak to mówią: „Nie da się przeskoczyć niemożliwego”. Wiem, że z taką postawą utknę w miejscu, jednak... może po głębszym przemyśleniu problemu, znajdę sobie inne hobby. Pisanie jest dla mnie odskocznią od rzeczywistości, lubię to robić, jednak trzeba zejść z chmur i stanąć twardo na podłożu. Jeszcze raz dzięki za otworzenie oczów do maksimum. Powieki już nie będą opadać do połowy z nadzieją, że coś z tego będzie. Na szczęcie jestem amatorem i nie muszę się martwić o konsekwencje. :) Pozdrawiam. 😊
  • Alienator 4 miesiące temu
    Joan Tiger E tam, to żadne problemy i jak napisałem wcześniej większość z nich można wyeliminować na poziomie redakcji. Wystarczy godzina pracy dziennie i po pół roku nie będzie po tym śladu. No i nie aż tak tragicznie, pamiętaj, że skupiłem się na negatywach, ale to nie oznacza, że teksty nie posiadają pozytywów. Po prostu uważam, że ważniejsze jest wskazywanie braków niż chwalenie za to, co robi się dobrze.
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    Alienator, spoko. Wrócę do czytania, aby wyłapać, o co tak naprawdę w tym chodzi - zwłaszcza dialogi. Pisownia, gramatyka, interpunkcja itp. - sprawdzam, ale jak widzisz, słabo to wypada. Fabuła - brak rąk i nóg; z tym może być gorzej. :)
  • Alienator 4 miesiące temu
    Joan Tiger Same kwestie językowe są stosunkowo łatwe do rozwiązania. Wystarczy poświęcić im trochę czasu i uwagi. Większość błędów językowych wynika z niecierpliwości i pośpiechu. Przykładowo literówki: Gdy się czyta tekst po raz setny, to właściwie równie dobrze można zamknąć edytor i niewiele to zmieni. To, zresztą jak wiele innych rzeczy, również ma swoją przyczynę w pracy mózgu. Przy wielokrotnym czytaniu tego samego aktywność mózgu przechodzi w rejony związane z pamięcią, a nie analizą. To dlatego wyłapanie literówek we własnych tekstach nastręcza problemy. Istnieje przynajmniej kilka sposobów poradzenia sobie z tą sytuacją, ale wszystkie sprowadzają się do odczekania, aż napisany tekst będzie można znów czytać, a nie odtwarzać z pamięci.

    Co do pisania dialogów, to dość łatwo można dojść do poziomu prawidłowego zapisu (co niestety jest dopiero wierzchołkiem góry lodowej). Ogólnie najłatwiej jest na początku zapisywać samą rozmowę, a atrybucje dodawać dopiero na ostatnim etapie. Wtedy dużo łatwiej sprawić, żeby pomagały, a nie przeszkadzały w rozumieniu rozmowy.

    Co do tworzenia fabuły, to znacznie szerszy problem i rozwiązanie go może zająć wiele lat. Z drugiej strony w pisaniu właśnie o to chodzi, żeby każdego dnia uczyć się czegoś nowego. Nie ma co się zrażać jednym, czy drugim krytycznym komentarzem. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, i nikt nie mówił, że obejdzie się bez pracy. Wydaję mi się, że pisarzami zostają ci, którzy mają w sobie wystarczająco dużo determinacji, żeby pokonać problemy. Czego i Tobie życzę.
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    Wstrzymam się przed tworzeniem dalszych części i zacznę pisanie od początku - spróbuję to przedstawić inaczej. Nie mam słomianego zapału, więc na pewno nie odpuszczę, bo tworzenie za bardzo wciąga i jestem uparta. Zacznę od artykułu, który zaproponowałeś i podstawię pod nos parę książek, aby mieć punkt zaczepienia. :)
  • ZielonoMi 4 miesiące temu
    Wesołego Alleluja, smacznego jajka i kiełbachy, Tygrysico.🐣🐣🐣🐣🐣🐣🐣
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    Zielonka, tobie również. Niech jajka z chrzanikiem zjedzone i kiełbachą zagryzione, otworzą czakry, które masz obecnie uśpione. 😘 Alleluja i do przodu. :)
  • droga_we_mgle 3 tygodnie temu
    A więc to jest ta słynna niezdarność Helinta...😅

    "Duszność ustąpiła miejsca wiatru" - wiatrowi
    "kącik oka zawisnął na ociekającej gliną ścianie" - sposób napisania tego zdania + ilość gore w tej historii każe sobie to wyobrażać dosłownie, a raczej chodziło o to, że H. kątem oka zerknął na ścianę? Poprawiłabym to zdanie.
  • Joan Tiger 3 tygodnie temu
    Coś mu tam wychodzi, jak zaklęć nie pomyli. :) Dzięki za komentarz i przeczytanie. Pomyślę nad tym zdaniem. Od jakiegoś czasu mam tryb - wizualizacja namacalna. ;) Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania