Stryczek Margot Frezzy cz.1

Tylko weź nie czytaj między wierszami. Czasami tam słońce nie zagląda nigdy. Panna Margot musiała za to oddyndać swoje. Takie wesolutkie kółka kręciła, kiedy wiatr zawiewał mocniej. Komiczne. Każdy, kto przechodził obok rodził na twarzy uśmiech, choćby niewielki. Trwało to tydzień, może dwa dni dłużej. Zniknęła w nocy, nad ranem został tylko przerwany sznur. Nie zarządzili poszukiwań. Sprzątnięto całą wystawę i posiano na tym miejscu zieloniutką trawę. Pachniała jak zupełnie nowa trawa. Ludzie przychodzili tam dla samego zapachu. Panna Margot została wyparta z pamięci przez nowiutki trawnik. Ale jej wszystko jedno i tak była martwa, co nie?

***

Taksówka podjechała z dziesięciominutowym opóźnieniem. Była żółta, choć sto metrów wcześniej wydawała się czerwona. Krótki, przerdzewiały bagażnik skrywał zapewne tajemnice straszniejsze niż przedszkole, do którego zmierzała całkiem nowiutka nauczycielka. Kusząco spojrzała na podrapaną klapę, ale głos kierowcy wyrwał ją z narastającego transu. Wsiadła posłusznie na tylną kanapę. Miała silne geny, nie umiała zbytnio protestować z siłą głosu taksówkarzy. To nie był lęk, raczej racjonalny nawyk ratujący zdrowie, może nawet życie. Facet za kierownicą był z kategorii weteranów jakiejś krwawej masakry. Możliwe, że ciskał śledzionami swoich zabitych oprawców i twarzami żywych oprawców. Nie miał lewego przedramienia i lewego oka i chyba zauważył, że ją to bardzo zainteresowało.

— Dzieci to piekło tego świata — oznajmił, ocierając ślinę z ust.

— Raczej nie. Zresztą, pan chyba nie miał do czynienia z nimi.

— I tu się, złotko, mylisz. Każdy się myli. Myślą, że włożyłem łapę do kwasu, albo bawiłem się z rekinami na wakacjach. Bachory, kiedy są głodne gryzą i to mocno.

Zakreślił kikutem okrąg w powietrzu. Łagodny uśmiech pojawił się na zarośniętej twarzy.

— Nazywał się Thomas albo Tennys. Nie pamiętam dokładnie.

Zrobiła lekko maślane oczy, na co facet zbliżył się do niej jeszcze bardziej. Poczuła jego oddech na twarzy. Pachniał, o dziwo, miętą i pomarańczą.

— To pański syn? — spytała nieśmiało. Ostatnią sylabę zaakcentowała jakby dostała nagłych ataków konwulsji. A może to tylko czkawka?

— Jakbyś zgadła. Każdemu o tym mówię, przestrzegam. Taka moja rola. Dzieci to najgorsze zło.

— Nie mniejsze niż półślepy, jednoręki taksówkarz.

Facet nie poczuł się jakoś specjalnie dotknięty, widać każdy przypominał mu o tym kilka razy dziennie. Nie mniej nerwowo chwycił kierownicę i ruszył z szarpnięciem, jakby w tylny zderzak uderzyło inne auto. Gruchot potoczył się po asfalcie jak na przerdzewiałego klasyka z prędkością w przedziale jednocyfrowym, po czym taksówkarz wrzucił dwójkę i z uśmiechem dodał gazu.

Miasteczko nie było aż tak obskurne jak pisało w anty-broszurze rozdawanej przez mieszkańców z konkurencyjnego miasteczka Valley Middle. Ratusz prezentował się bardzo klasycznie i okazale, a większość sklepików cieszyła oko barwnymi szyldami. Nawet zakłady pogrzebowe prezentowały się jak przytulne kawiarnie. W powietrzu czuć było zapach róż i pierników. Przedszkole Fiffy Mizzly znajdowało się niedaleko szpitala i zakładu pogrzebowego L.M. Grosberry. Właściwie to oddzielała je jedynie pusta, niezabudowana działka w postaci długiego, chodź wąskiego pasa pożółkłej trawy. Budynek przedszkola nie zwracał na siebie uwagi, utrzymany w kolorystyce równie barwnej co całe Barbry Coll.

— Oto one. Wylęgarnia nieprzebytego plugastwa. Ma pani odwagę się tam zapuszczać — syknął taksówkarz. — Te… Tom… mój syn też tu chodził, nauczył się nieźle gryźć. — Machnął kikutem w geście odpędzającym komary z twarzy.

— To chyba moje powołanie. Od zawsze chciałam…

— Nie bredź! Każda tak mówi. Kobieto, wsiadłaś do taksówki gościa bez oka i ramienia. Nawet nie wiesz, czy mam prawko. Opowiadam ci historię, po której większość albo krzyczy, albo ucieka, albo jedno i drugie. Kurwa. Zaczynam łapać zadyszkę jak narrator tej porąbanej opowiastki. Tak czy siak, wyhodowałaś sobie jaja z betonu i to jedyny słuszny fakt. Powodzenia.

— Ile płacę?

— Nie chcę forsy. Dają mi jebitnie wysoki socjal i dowożą żarcie punkt dwunasta. Klopsiki — oblizał ostentacyjnie usta. — Zachowaj sobie kieszonkowe na własną trumnę.

Odjechał jeszcze bardziej nieporadnie. Koła potoczyły się mozolnie, jakby były przyklejone do jedni. Margot pomyślała, że facet na bank ruszył z dwójki.

****

[PRZESŁUCHANIE]

 

Lampa zawieszona na prymitywnym haczyku zwisała posępnie spod sufitu. Kiedy Margot weszła do środka powiew wiatru wprawił stary, ciemnozielony blaszany kapelusz w ruch wahadłowy. Zawiasy drzwi zaskrzypiały. DRŻYJCIE!

Margot nie zadrżała ani trochę. Pomieszczenie przypominało jej niezachowane w dobrym stanie wspomnienia z lat dziecięcych, jednak oprócz skojarzenia z obskurną komórką i uwieszoną jak wisielec lampą, nie pamiętała nic. Czasami miała wrażenie, że którejś paskudnej jesiennej nocy ktoś wyssał z jej umysłu większość obrazów, dobrych i złych chwil, a zostawił jedynie zgliszcza, niepasujące od siebie urywki. W dodatku wszystko pokryte mgiełką zapomnienia. Kobiecy głos kazał spocząć na twardym, drewnianym krześle ze śladową obszywką na oparciu przypominającą pozszywane ścierki kuchenne. Z półmroku wyłonił się nos. Zwyczajny, lekko zakrzywiony chodź niezbyt długi. Potem broda, rumiane policzki, aż w końcu Margot ujrzała przed sobą twarz dyrektorki Franfiel Soodred. Kobieta nie uśmiechała się. Pozostawała anonimową, kompletnie niewymuszoną emocją.

—Masz tupet — zaczęła, szukając czegoś w szufladzie biurka. — Nie licząc panny Doody, większość twoich poprzedniczek decydowała się na tę rozmowę dużo później.

— Panna Doody nie?

— Elisa Doody udławiła się przecierem pomidorowym w dniu przesłuchania. To był czwartek, paskudny dzień. Jej syn powiesił się wieczorem nie wiedząc, że matka od kilku godzin jest martwa. Cholernie fascynujące, czyż nie?

Margot przytaknęła niechętnie. Jeszcze więcej wysiłku kosztował ją wymuszony uśmiech. Dyrektorka przyjęła go w swoim chłodnym, bezemocjonalnym stylu. Na blacie biurka położyła jakiś świstek formatu A4 z kilkoma pieczątkami.

— Standardowa umowa z okresem próbnym. U nas funkcjonuje żelazna dwutygodniowa musztra rekrutacyjna. Jako świeżynka nie będzie pani mogła przebywać w bufecie nauczycieli ani pobierać darmowych obiadów i napojów. Tylko własny prowiant. Do tego zakaz korzystania z toalety dla personelu nauczycielskiego.

— To znaczy, że…

— Będzie pani korzystać z toalety dla pomywaczek. Znajduje się obok składziku na miotły. — Zniżyła głos i zmarszczyła brwi. Margot umiejętnie spuściła wzrok. — To standardowa umowa w naszej placówce. Jeśli panią nie zadowala…

— Ależ skąd. Jestem zdecydowana.

— Nie wątpię. Pani fatyga mówi sama za siebie. A więc proszę jeszcze raz przybliżyć swój życiorys.

— Nazywam się Margot Frezzy, mam prawdopodobnie dwadzieścia siedem lat i obecnie mieszkam na Voltare Street. Rok temu zdiagnozowano u mnie gwałtowną i nieodwracalną amnezję cząstkową.

Dyrektorka Soodred jeszcze nigdy wcześniej nie wyglądała na bardziej zainteresowaną żadną historią. Pozwoliła sobie nawet na uchylenie rąbka emocji spod bezpłciowej maski nijakości.

— Nie wie pani, ile ma lat?

— Nie znam dokładnej daty urodzenia. Powiedziano mi, że akta prawdopodobnie zaginęły w wyniku głupiego niedopatrzenia i zaniedbania. Amnezja nie pomagała. Oprócz imienia i nazwiska nie pamiętałam nic.

— Nasze przedszkole jest stworzone dla pani. Przyjmujemy tylko osoby wyjątkowo, nacechowane oryginalnością i przesiąknięte kompletną innością.

— Tyle pani wystarcza? — zapytała nieśmiało.

— W zupełności. Nawet jeśli niektóre fakty zupełnie do siebie nie pasują. Szukamy ludzi takich jak pani, witamy w naszych szerokich progach.

Margot uśmiechnęła się, tym razem szczerze. Złożyła swój podpis i zniknęła za drzwiami. Korytarz nadal był pusty i dawał swą aurą do zrozumienia, że owo miejsce to nic innego jak przełyk do koszmarnych trzewi.

 

*****

[W NIEZNANYCH TRZEWIACH]

 

Dyrektorka przesiedziała samotnie w swoim gabinecie jakieś piętnaście minut. Margot nie miała potrzeby wnikania, co zajęło jej przełożonej tyle czasu. Ta pojawiła się na korytarzu z lekkim, burzącym bezpłciową harmonię braku emocji uśmiechem. Zmierzyła wzrokiem Margot i ruszyła przed siebie, uprzednio prosząc o to samo swoją nową podwładną.

— Od teraz jest pani prawie jedną z nas. Tylko że to prawie robi tu ogromną różnicę. Sala po prawej, tam się pani uda i… dalej wszystko potoczy się swoimi torami. Powodzenia.

Stanęły przed wejściem do klasy numer osiem, gdzie dyrektorka Soodred zostawiła Margot odchodząc w półmrok korytarza, jak tułająca się po pustostanie zjawa. Przez chwilę słychać było jeszcze jej głośny oddech. Nowy nabytek przedszkola miał pewne obiekcje co do pociągnięcia za klamkę. Dłoń zawisła na moment w powietrzu, oddech przyśpieszył, serce zaczęło mocniej bić. Gdzieś niedaleko zabzyczała mucha, może chciała jej coś powiedzieć, ostrzec. Na to było już za późno, drzwi otworzyły się lekko, bezgłośnie. Margot stanęła w progu i tylko lekko skinęła głową na znak, że jako tako odnajduje się w sytuacji. Bachory siedziały na różowym dywanie, zajadając się bananami w czekoladzie i popijając je słodkimi napojami. Przeważały męskie osobniki. Dwójka z nich przyglądała się Margot dokładniej niż pozostali. Obaj wstali w tym samym momencie i wolnym krokiem podeszli do biurka. Blat był zasłany papierzyskami i kolorowymi karteczkami, oczywiście przylepnymi.

— Jestem Doner Kovalsky, a to mój wspólnik Filemon Kovalsky — zaczął jeden z nich. Jak na bachora miał wysoki poziom własnej wartości i solidne podstawy fizjologiczne na młodocianego mordercę. Jego kompan odstawał od niego tylko posturą i wyrazem twarzy nędznego dziecięcego aktora.

— A ja jestem waszą nową opiekunką. Dzisiaj mój pierwszy dzień w pracy.

— Nie dostałem takiej informacji, ale to nie problem. Musisz tylko być grzeczna, bo to moja dzielnica, mój dywan i moje banany w czekoladzie. A Filemon ma siedem procent z zysków na podatkach śniadaniowych.

— Jesteście braćmi? — zapytała, próbując, chwilowo przynajmniej, nie odpływać od razu w wyjaśnienia wszystkiego poprzez głupi żart na pierwszy dzień roboty.

— Nie inaczej. A ty wiesz, jak to jest mieć brata?

— Nie, raczej nie miałam rodzeństw, albo o czymś nie wiem — rzuciła beznamiętnie.

— A ja wiem. Jest przedwykurwiście. Filemon robi tu niezły profit. — Klepnął brata po plecach. Ten zachwiał się niezręcznie i zakasłał. Na twarzy pojawił się niezdrowy uśmiech.

Margot spojrzała na resztę. Nie wyróżniali się. Nadal zajadali banany w czekoladzie i nie zwracali uwagi na to, co działo się obok.

— A ty co tutaj robisz?

— Pytasz o brata?

— Nie… pytam o ciebie. Wydajesz się nieco za stary jak na przedszkolaka. — Przez chwilę pomyślała, że zaszła za daleko, a popis odwagi to najdurniejsze co mogła zrobić.

— Heh, porządek tu robię. Ja i mój brat. Inni już dawno dali się strawić. Zresztą widzisz, są jak wygłodniałe robale zajęte tylko zdobyciem kolejnego kęsa żarcia. Z tobą może być podobnie, chyba że wcześniej udławisz się przecierem pomidorowym — uśmiechnął się złowieszczo, demonstrując przy tym przemaglowaną klawiaturę zębów. Jego oczy rozbłysły jak dwa ogniki. Za placami stał jeszcze Filemon, ale on wydawał się bardziej zainteresowany pozostawionym samotnie na dywanie bananem w czekoladzie.

Następne częściStryczek Margot Frezzy cz.2

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • fanthomas 4 miesiące temu
    Wygląda mi to na czarną komedię
  • marok 4 miesiące temu
    Nie ma takiej kategorii, niestety ;)
  • fanthomas 4 miesiące temu
    marok a szkoda, w śmieszne można dać ;)
  • marok 4 miesiące temu
    aż tak śmiesznie nie będzie ;)
  • fanthomas 4 miesiące temu
    marok no cóż...
  • fanthomas 4 miesiące temu
    Dobra, koniec nabijania komentów
  • marok 4 miesiące temu
    fanthomas no koniec, ale odpowiedzieć muszę, bo kultura tego wymaga ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania