Syn swego ojca

Kiedyś to były autobusy, pomyślał wsiadając do nowiuśkiego Solarisa Urbino 18. Nie musiałeś już wspinać się po stopniach, wystarczył jeden krok i znajdowałeś się w przestrzeni nieskalanej zębem czasu i uryny. Dochodziła pierwsza w nocy. Na niebie rozpościerała się jaśniejąca łuna. Mężczyzna kupił bilet dobowy i zapłacił kartą. Kasownik zjadł, a potem wypluł świstek.

Kierowca spojrzał przez lusterko na przestrzeń pasażerską. Na samym końcu w rzędzie siedzeń rozpostarł się jakiś bezdomny. Smacznie chrapał od samiuśkiego Centralnego. Padł niczym zabity zaraz po przekroczeniu progu autobusu.

Autobus ruszył gwałtownie. Noc była cicha i zimna. W październiku już nie drżała przed dniem. Połykała kolejne minuty w ciemność.

Usiadł mniej więcej w połowie autobusu, po lewej stronie. Wetknął wzrok w świat mijany za oknem. W blasku latarń dostrzegał małe ludzkie dylematy – problemy z dogodnym usadowieniem się do snu na ławce przystankowej, jakaś szarpanina niedaleko monopolowego, kapeć w prawym kole corsy. Były niczym w porównaniu z tym, z czym on się zmagał od niemal trzydziestu lat.

***

Zaczęło się w osiemdziesiątym ósmym. To były dobre czasy. Ciepła partyjna posadka, duży fiat, żona i dziecko w drodze. Rok wcześniej dostał duże mieszkanie na Mokotowie. Od razu pojechał do ojca z wianuszkiem dziękczynnym. Lokum było idealne. Przestronne pokoje, kuchnia z oknem wychodzącym na panoramę osiedla, balkon wystarczająco duży, aby pomieścić czterech dorosłych chłopa. Wydawało się, że to początek wiecznej sielanki. Bańka prysła bardzo szybko.

Ojciec zachorował nagle. Do końca utrzymywał wysokie stanowisko, które kształtowało w większości poziom życia całej rodziny. Zrezygnował dwa tygodnie przed śmiercią. Zasłabł w domu i nie było już ratunku. Karetka przyjechała, ale stwierdzenie zgonu było formalnością.

Pamiętał słowa ratownika: Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Wiedział? Pewnie, że tak. Nie był ślepy. Ojciec nienawidził domów wolnostojących. Podobno przez nie wracały wspomnienia, jak musiał jeździć za młodych lat na wieś do wujostwa, pomagać w polu. Do końca życia mieszkał w mieszkaniu w kamienicy, urządzonym w stylu późnych lat sześćdziesiątych. Synowi odpowiadały dziwne fanaberie ojca, tłumaczył sobie, że darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, a staruszek był ich kartą przetargową do dostatniego życia. Szkoda, że w osiemdziesiątym ósmym straciła ona ważność.

Później miało być jeszcze gorzej.

***

Cztery przystanki dalej autobus zjechał na pobocze. Pierwszymi drzwiami do środka wsiadła młoda, wypindrzona lalunia. Pamiętał takie z wczesnych lat dwutysięcznych. Często proponowały herbatkę, a potem pytały ile Kazimierzy Wielkich, nie licząc tego w spodniach, ma w portfelu.

Usiadła przed nim. Czuł intensywny zapach perfum. Musiała wylać je na siebie wiadrem, bo drażniły nozdrza bardziej niż cynamon. Ten z końca poruszył się niespokojnie. Zaczął coś bredzić, a potem ponownie zasnął.

Gdzie tamte lata, kiedy potrafiłeś, ba, miałeś nieskalane prawo przywłaszczyć sobie ich ciała na jedną noc? Ona nawet na ciebie nie spojrzy. Dobrze, że się umyłeś, bo pewnie inaczej nie usiadłaby przed tobą.

***

Szefostwo nie pozbyło się niechcianego synalka truposza. Uznali, że może jeszcze się przydać. Stary miał trochę kontaktów w SB. Może przeczuwał, że żywy z tego draństwa nie wyjdzie i zdążył zadzwonić do odpowiednich osób.

Pomogło na kilka kolejnych miesięcy, ale rok osiemdziesiąty dziewiąty przyniósł załamanie na szczeblu krajowym. Komuna jawnie upadła. Socjalizm skruszył się jak żwir z domieszką cementu. Zaczęła się masowa rzeź stanowisk. Ten, co mu ojciec kipnął w zeszłym roku, stawił się u szefostwa.

– Idźcie towarzyszu na panienki. Zabawcie się i zapijcie żale. Polski Ludowej nie ma, kapitalizm urżnął wam etatowy łeb. Tyle ode mnie – usłyszał i wyszedł z gabinetu blady jak surowe ciasto.

W domu wybuchła wielka awantura. Kobieta, z którą zamierzał spędzić resztę życia, uznała, że bez pieniędzy nie jest wart jej ani ich dziecka.

– Co mi po tobie, nieudaczniku. Gdzie moje pieniądze? Gdzie moje marzenia?

Odeszła tak szybko, jak tylko mogła. Zostawiła większość ciuchów. Wróciła po nie, gdy nie było go w mieszkaniu. O dziecku nie było mowy. Żadnych widzeń, żadnych telefonów – zero. Nie było już jego. Chciał walczyć, ale zaradna (była) żona znalazła sobie dobrze sytuowanego kapitalistę. Ten przedstawił sprawę jasno, za pomocą pięści i kilku mocnych papierów z jakiś magicznych teczek, które urodziły się nagle.

Koniec był bliski. Tamtego jesiennego wieczoru, roku pańskiego dziewięćdziesiątego, zaraz po eksmisji z mieszkania, stał w lesie przed wiekowym grabem, na którego gałęzi wisiała pętla. Pod nią stał taboret. Przymierzył, czy wysokość jest odpowiednia. Była idealna. Stanął na jednym z elementów prezentu od teściowej, przełożył głowę przez pętlę i…

***

Kolejny przystanek. Do mety było już niedaleko. Tym razem w autobusie pojawił się młody chłopak. Miał na uszach duże słuchawki, od których kabel biegł po bluzie i krył się w kieszeni. Nastolatek wyglądał, jakby myślami przebywał w innym świecie. Usiadł niezdarnie w ostatniej chwili, łapiąc się rurki, na której umocowany był kasownik.

Pamiętasz siebie z tamtych lat?

Ojciec wtedy nie był jeszcze tak poważany. Uchodził już za rasowego socjalistę, ale nadal musiał walczyć o swoje, ciągle przekonywać górę, że można mu ufać, o ile to słowo w kręgach gdzie się otaczał, miało jakąś wartość. Swemu pierworodnemu zapewniał wszystko, co tylko mógł. Starał się go nie rozpieszczać przy tym zbyt mocno i gdy dowiedział się raz, że jedynak szlaja się po nocach z dziewczynami lekkich obyczajów, pierwszy raz użył siły.

To dopiero był ból, prawda? Podwójny. Fizyczny i psychiczny. Ojciec umiał uderzyć, a ty wiedziałeś do tego, że zawiodłeś. Bałeś się, że nie będzie cię wspierał, że, o zgrozo, w dorosłym życiu będziesz musiał radzić sobie sam, tak jak inni, ci szarzy, smutni, stojący w kolejkach, strajkujący na ulicach. To przeraziło cię wtedy najbardziej.

***

Ach, lata dziewięćdziesiąte. Potem mówili o nich – szalone, i coś w tym było. Pamiętał je jak przez mgłę. Płynęły denaturatem, tanimi winami i czymś mocniejszym w proszku, gdy akurat znalazł jakiś przyczółek na czarno i trochę grosza wpadło do kieszeni. Pamiętał dobrze jeden wieczór. Siedział w jakiejś melinie z innymi przegranymi upadłego świata socjalizmu, gdy do środka wszedł kolejny, tym razem o wiele lepiej ubrany. Powiedział, że będzie demobilizacja. Kilka sekund później zreflektował się.

– Denominacja, panowie. Nie będziemy zarabiać już w milionach! Nie będzie milionów, koniec, basta.

Wszyscy jak jeden mąż zaczęli gorzko szlochać łzami pełnymi wódy i denaturatu. Dwóch umarło na zawał jakby gówno, którym się szprycowali, było tylko przystawką.

***

– Ma pan szluga? – zapytała dziewczyna. Z bliska jej twarz wyglądała, jakby była zrobiona z taniego plastiku, takiego, z jakiego robią zabawki, które potem ludziska kupują po wywindowanych cenach na odpustach parafialnych.

– Nie palę – odrzekł posępnie.

Oj tak. Nie palił już dziesięć lat. Szło na to zbyt dużo forsy. Picie, fajki, dziwki, opłata za lokum. Miał już wtedy stałą robotę od przeszło dwóch lat, ale mimo wszystko musiał ciąć koszty. Trafiło na papierosy.

– Wszyscy, kurwa, święte Józefy. Damy nie uraczy, a sam zjara na kwadracie całą paczkę.

– Nie palę, nie słyszałaś?

– Bo ci uwierzę, menelu.

Zapomniał, że nadal ubiera się jak żebrak, że mamy dwudziesty pierwszy wiek, w tym całym Internecie Urban to wielkouchy klaun, a socjalizm kojarzy się młodym ze sprawdzianami z historii i opowieściami dziadków, o co sobotnich imprezach w remizach OSP.

***

Nowy wiek. Czy łudził się, że go doczeka? Może w czasach papy? Może w tamtych latach beztroski i oglądania wiecznie młodego ciała swojej żony każdego ranka? Potem przyszło załamanie i powódź wątpliwości. Wały w umyśle chroniące przed tym najgorszym sypały się jak domki z kart. W końcu woda zaczęła się przelewać, ale dziwnym trafem wiek dwudziesty pierwszy ukazał mu się w całej swej okazałości.

To był chyba 2002, prawda? Na pewno. Znalazłeś wtedy cztery trupy w swojej melinie i postanowiłeś, że miarka się przebrała. Kostucha dała ci jasny sygnał. Daruje życie, ale zabiera cztery inne i oczekuje ogarnięcia dupy.

Na budowie był facetem od wszystkiego. Przynieś, podaj, chodź, bo muszę się na kimś wyżyć. Płacili… po prostu płacili. Znalazł jakąś norę za uczciwą cenę, względnie czystą, o współczynniku występowania robactwa wszelakiego na poziomie tylko trochę gorszym od tego najniższego w mieszkaniach z prawdziwego zdarzenia. Ciągle patrzył w przeszłość, ale przynajmniej miał za co wypić i pociupać. To już jakieś plusy. Okna szczelne, w zimę nie zamarznie, a po kilku latach zdołał nawet odłożyć na używanego Samsunga. Dwadzieścia cali, rocznik jakoś koło ’98. Ale miał telewizor. Pierwszy raz od tamtego pierdolonego roku osiem dziewięć.

***

Osiedle Kabaty. Ostatni przystanek. Jego przystanek. Dziunia wysiadła o jeden wcześniej, a menel z końca dalej chrapał. Kierowca poszedł go obudzić. Noc była… dziwna. Wszystko wokoło jakby niedopracowane. Budynki wyglądały, jakby ktoś stworzył tylko ich front. Reszta należała do ciemności i odchodziła wraz z nią o świcie. Usiadł na przystanku. Zawsze to robił. Powietrze pachniało nowym, upojnym wiekiem. Zawsze wspominał tu ojca – tę niby-wieczną kartę przetargową do lepszego świata. Był w nim, zaznał go, ale nie zdążył się nacieszyć. Nie wydymał żony wystarczająco dużo razy w sypialnym łożu. Nie wypił wystarczająco dużo kawy w przestronnej kuchni i nie obejrzał wystarczająco dużo filmów, siedząc na kanapie w salonie. Nie zrobił nic na tyle, aby przyznać, że już wystarczy. Wiedział też jeszcze coś. Nadal nie zapłacił za tę namiastkę luksusu wystarczająco.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania