Tom Młynarczyk

Wieści o wyprawie pojawiły się w samą porę.

Tom Młynarczyk z zadowoleniem zatarł dłonie. Nareszcie będzie mógł udowodnić Kasi z Młyna, że potrafi znacznie więcej, niż tylko worki z mąką nosić. Dziewczyna miała słabość do wojaków, do niego odnosiła się lekceważąco. Udział w wyprawie miał zmienić ten stan rzeczy.

Chłopak otrząsnął się i powędrował na strych chałupy. Pragnął odosobnienia, bo myśli mieliły go jak młyńskie koło.

Skąd wziąć uzbrojenie na wyprawę? Wszak musi wyglądać jak żołnierz, a nie pomocnik młynarza. Co prawda miał leszczynowy łuk i strzały, którymi co niedziela trenował uparcie strzelectwo, lecz pancerz był zbyt drogi jak na jego skromne zarobki. Młynarz był tak skąpy, że najchętniej płaciłby mysimi bobkami.

Tom westchnął głęboko. Nie ma wyjścia, trzeba wyruszyć tak, jak stoi. Najwyżej go przepędzą, najwyżej wróci tu i na zawsze stanie się niewidzialny dla ukochanej Kasi.

Wyprowadził ze stajni Pioruna, pociągowego konia, który najlepsze lata miał już za sobą. Wziął łuk, nałożył nań strzałę i naciągnął cięciwę. Wodził po gospodarskich zabudowaniach, spoglądając na nie poprzez grot, który był teraz jego trzecim okiem. Zwolnił cięciwę, a strzała pomknęła, szybsza od myśli, i wbiła się w środek wymalowanej na drzwiach stodoły tarczy. Widząc, jak zgrabnie umieścił ją w celu, pozbył się wszelkich wątpliwości. Wyruszy do Eastrock, dokona rzeczy wielkich i wróci w glorii chwały.

Do płóciennej torby wrzucił chleb, buraki i rzepę. Do Arrakin było kilka stajań. Droga wiodła przez las, który, tak jak i miasto, cieszył się złą sławą. Zbyt niebezpieczny dla podróżnych, był areną miejscowych porachunków.

Zielony gąszcz był także cmentarzem lub raczej wysypiskiem zwłok, traktowanych tu niczym ludzkie śmieci. Świeże groby znaczyła bujna trawa, a porastające je kwiaty, miast pachnieć, rozsiewały trupi odór. Tom czuł ich zapach, pomimo tego myśli miał jasne jak oczy Kasi. Dopiero gdy smród stał się nie do zniesienia, ocknął się z marzeń i spojrzał ku ziemi. Mogiła ruszała się jeszcze — widać zakopany w niej nieszczęśnik nadal żył. Młynarczyk zeskoczył z konia i zaczął kopać. Wystarczyło kilka ruchów kija, by dotrzeć do ciała.

Konający mężczyzna miał na sobie piękną kolczugę, a pod nią solidną przeszywanicę. Tom podziękował losowi i zaczął obdzierać ze zbroi niedoszłego trupa, bo choć zmasakrowany, to dychał jeszcze. Nie dbając o to, co się z nim stanie, młynarczyk przywdział na siebie wojenny łup — jak w myślach nazwał zdobycz. Wszak był już na wojennej ścieżce i jeśli dotąd tego nie wiedział, właśnie to sobie uświadomił. Dziwna to rzecz, jak strój zmienia człowieka.

Do hallu miejskiego ratusza wkroczył krokiem tak pewnym, że każdy wiarus mógłby go uznać za swojaka. Kolczuga leżała jak ulał, a łuk i kołczan dodawały mu wojowniczego wyglądu.

Rozejrzał się, szukając dla siebie miejsca. Skąd tu tyle kobiet? Czyżby źle trafił? Jedynie woj, popijający z bukłaka, wyglądał jak postać z bajki o najemniku, którą Tom sobie wymyślił. Toteż podszedł do niego i usiadł tuż obok. Nie mówił nic — gadanie zostawić lepiej babom. Wszak liczą się czyny, nie słowa!

 

Zawrotna suma pięćdziesięciu srebrników spowodowała, że starannie poukładany plan bohaterskich czynów i ożenku z córką młynarza runął w jednej chwili. Tom nigdy nie widział tylu pieniędzy na raz i poczuł przemożną chęć ucieczki. Kupi sobie gdzieś na obrzeżach świata małą chatę, a wraz z nią spokój od spraw doczesnych. Pięćdziesiąt srebrników! Wszak już za mniej zdradzano — historia zna przypadki, kiedy to tylko trzydzieści sztuk srebra starczało, by sprzeniewierzyć się nie tylko ludziom, lecz także bogom. Uciekać, uciekać jak najdalej!

Jak pijany wybiegł z miejskiego ratusza. Nogi prowadziły go same i kiedy ocknął się z letargu, siedział w gospodzie „Pod Rannym Najemnikiem”. Na stole stała butla gorzałki, a do boku tuliła się kurwa tak tania, jak jej miłosne zaklęcia.

W głowie miał pustkę. Kolejny dzień, ta noc jest wielką niewiadomą.

 

Kiedy wychylił kusztyczek gorzałki, przez ciało przebiegł dreszcz. Nigdy wcześniej nie pił alkoholu, bo w młynie pijano jeno mleko i wodę.

— Powitać tak znakomitego kawalera. — Po drugiej stronie stołu, nie wiadomo skąd się tam wziął, siedział jakiś obdartus. Uniżony i pełen szacunku spodobał się Tomowi tak mocno, że nawet nie zauważył, jak nowy kompan mruga do kobiety, a ta jeszcze mocniej obłapia Toma za szyję i zaczyna mu grzebać w okolicy rozporka.

— Od razu zwróciłem na szlachetnego rycerza uwagę, od kiedy tylko tu wasze wszedłeś. Widać, żeś łucznik znamienity — napełnił stojący przed młodzieńcem kielich, a ten, jak zahipnotyzowany, wychylił go jednym haustem — widać, żeś człowiekiem szlaku, a ja mam coś akurat dla ciebie. Uważaj, wielmożny — pokurcz pochylił się i ściszył głos — mam do sprzedania potężny artefakt, który każdemu dopomoże w wojennej przygodzie. Niestety muszę go sprzedać, bo dziatki w chałupie głodne, a żonie w tkalni dłoń ujęło i nie ma co do garnka włożyć. Imaginuj sobie, że posiadam zaklęty młot, którym Tartus, w bitwie o archipelag, rozbił księżyc. Tysiące odłamków runęło na wyspy, niszcząc niewiernych wrogów. Pójdź za mną do stajni, pokażę.

Wstał z miejsca, a Tom, nie myśląc, ruszył za nim. Wypity alkohol i wojenna gorączka spowodowały, że nie widział zbyt wiele. Podążał wąskim korytarzem wprost ku przeznaczeniu — przynajmniej starał się w to wierzyć. W jego oczach droga ku chwale była szeroka i jasna, a nie tak ciasna jak zaułki Arrakin, lub rozkopany grób w Lerven.

 

— Sto srebrników. — Zażądał przygodny handlarz artefaktów.

Stali w końskim boksie pełnym przegniłej słomy, spod której typ wyciągnął dopiero co ukradziony jakiemuś pijanemu krasnoludowi bojowy młot. Po krótkiej sprzeczce, w czasie której frant rwał włosy z głowy i zapewniał, że Tom wpędza go w biedę, młodzieniec stargował cenę na pięćdziesiąt sztuk srebra, czyli cały nowo nabyty majątek. Nie było mu żal. Wypita gorzałka cuda opowiadała o czynach, jakich dokona przy pomocy magicznej broni.

Gdy tylko znikło srebro, a wraz z nim handlarz, młynarczyk rozejrzał się za koniem. Pioruna nigdzie nie było! Gdzie podziała się przeklęta bestia? Trzeba stąd ruszać jak najprędzej — niebezpiecznie jest pozostawać w mieście z tak potężnym artefaktem.

Szedł brudnymi uliczkami. Pod nogami płynęły nieczystości miasta, a w górze widniało rozwieszone pomiędzy domami pranie. Długie sznury bielizny, niczym białe flagi, łopotały na wietrze. Piorun stał tam, gdzie go zostawił. Przywiązany do belki tuż obok ratusza grzecznie żuł trawę. Bydlę było tak stare i nędzne, że nawet miejscowi złodzieje się na nie nie połaszczyli. Pijany Tom padł tuż obok końskich kopyt i ocknął się dopiero o wschodzie słońca. O dziwo nikt go nie okradł — jak widać, szczęście sprzyja nie tylko koniom, lecz także jeźdźcom.

 

Szlak do Eastrock jawił się jako droga do piekła. Głowa łupała go beznadziejnie i pić się chciało. Oczywiście nie zabrał ze sobą wody, bo przecież miał zbroję, łuk i „zaklęty” młot. Czy rycerzowi trza czego więcej? Po kilku stajaniach dostrzegł kroczącego gościńcem krasnoluda.

— Hej tam, panie! — Patrzył na piechura z wysokości siodła, wyprostowany dumnie, z dłonią na młocie Tartusa.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • il cuore 4 godz. temu
    /Kolejny dzień, ta noc były wielką niewiadomą./ – niezgrabna budowa

    Fajnie napisane, widać że interesujesz się taką tematyką.
    Łucznik był bardzo wartościowym żołnierzem, oczywiście dopóki nie wymyślono broni palnej, szkolenie zajmowało kilka lat.
    cul8r
  • Beloniusz 3 godz. temu
    Rzeczywiście to niezbyt zgrabne, ale miało tyle uroku i tak w głowie miło brzęczało. Masz rację, mała zmiana się przyda - Kolejny dzień, ta noc jest wielką niewiadomą. Brzmi jak tekst piosenki, hehe.

    Większość wiedzy o łucznikach czerpię z książek o Robin Hoodzie. Najlepszą napisał Howard Pyle, a później Kraszewski. Lubię tematy fantasy i dawnych czasów. Są odskocznią od rzeczywistości.
    Wielkie dzięki za przeczytanie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania