Trzech, którzy pamiętają jutro

Z pociągu wysiada trzynastoletni Maciek, trzymając futerał ze skrzypcami tak mocno, jakby w środku było coś żywego. Dworzec oddycha ciężko: stal, pot, kroki, głosy. Miasto nie mówi — ono szumi.

– Nie podoba mi się tutaj. – Mruży oczy. – Głowa mnie boli.

Matka poprawia mu kołnierz, jakby to mogło uporządkować świat.

– Pomyśl, po co tu przyjechałeś. W liceum muzycznym wszystko masz w jednym miejscu. Nauczysz się żyć.

Maciek kiwa głową, choć nie rozumie jeszcze, co to znaczy. Kiedy otwiera futerał, by sprawdzić, czy skrzypce są całe, wydaje mu się przez chwilę, że jedna ze strun drga sama — jakby odpowiadała na hałas miasta.

Zamyka szybko.

 

Ze Wzgórza przy Wilczej schodzi staruszek, którego prawie nikt już nie pamięta z imienia. Niektórzy mówią na niego Edward, ale on sam rzadko go używa.

Zbiera wodę z rzeki do metalowego kubka. Woda jest mętna, jakby niosła w sobie wspomnienie czegoś, co nie chce opaść na dno.

– Jeszcze nie teraz – mruczy. – Ale niedługo.

Od czasu powodzi w dziewięćdziesiątym siódmym wszystko widzi inaczej. Pamięta, jak woda stała po pas na ulicach, jak niosła drzwi, psy, lodówki i ludzi, którzy wierzyli, że zdążą. W nocy słyszy, jak ziemia oddycha pod tym, co zostało.

Czasem ma wrażenie, że wzgórze rośnie — powoli, cierpliwie, jak coś, co chce sięgnąć nieba.

– Noe też nie wiedział, kiedy to się zacznie – mówi do psa, który zawsze pojawia się obok, choć nikt nie widział, skąd przychodzi.

Edward nie boi się końca świata. Czeka na niego tak, jak inni czekają na list.

 

Henry McGovern podpisuje dokumenty bez patrzenia przez okno.

Pałac Hollendrów stoi niedaleko Wzgórza przy Wilczej — wystarczająco blisko, żeby widzieć jego linię nad drzewami, i wystarczająco daleko, żeby udawać, że to nie to samo miejsce. Jest dokładnie taki, jak powinien być: wystarczająco stary, żeby robić wrażenie, i wystarczająco odnowiony, żeby nie przypominać o przeszłości.

– Gratuluję – mówi notariusz.

Henry skinieniem głowy przyjmuje słowa jak coś oczywistego.

Zatrzymuje się dopiero w pustej sali. Echo wraca szybciej niż powinno. Przez moment ma wrażenie, że ktoś stoi za nim — ktoś, kto znał to miejsce wcześniej, zanim ściany wyschły po wielkiej wodzie.

Odwraca się. Nikogo nie ma.

Na podłodze, przy listwie, zostaje cienka, ciemniejsza linia. Prawie niewidoczna. Jak ślad po wodzie, której już tu nie ma.

Henry przykłada do niej czubek buta. Jakby sprawdzał, czy to naprawdę tylko brud.

Przez chwilę widzi coś innego: kuchenny stół, za niski jak na jego wzrost. Metalowy kubek. Kobietę, która mówi, żeby nie wchodził do wody, a on i tak wchodzi, bo chce zobaczyć, jak daleko sięga.

Mruga. Sala wraca.

– Akustyka – mówi ciszej niż wcześniej.

Nie uczy się polskiego. Nie potrzebuje słów, żeby być rozumianym. Siła, prestiż — to wystarcza.

Ale kiedy wychodzi z pałacu, nie patrzy już tylko przed siebie.

 

Maciek ma czterdzieści trzy lata, kiedy pierwszy raz pojawia się w okolicach Wilczej. Nowe miejsce. To miasto zawsze zaskakuje.

Grał w wielu miejscach: salach, które błyszczały jak szkło, i takich, gdzie publiczność słuchała z zamkniętymi oczami, jakby chciała coś sobie przypomnieć. Nigdy nie przestał się bać przed wyjściem na scenę — i właśnie dlatego wiedział, że musi grać dalej.

Na wzgórze wchodzi bez pośpiechu.

Jest stromo, ale każdy krok brzmi znajomo. Jakby już tu kiedyś był — nie jako on, tylko jako dźwięk.

Na szczycie pies zaczyna szczekać. Nie lubi obcych – tych z innego świata.

– Spokojnie – mówi ktoś, kto mógłby być prorokiem.

Maciek widzi starca stojącego przy ogrodzeniu. Wszystko wokół wygląda na zadbane, ale nie w sposób zwyczajny — raczej tak, jakby miejsce samo o siebie dbało.

– Gdzie ja jestem? – pyta.

– Blisko – odpowiada Edward. – Zawsze jesteś bliżej niż myślisz. To święte miejsce.

Maciek się uśmiecha.

– Czego tu potrzeba?

Starzec patrzy na niego długo, jakby sprawdzał, czy pytanie jest poważne.

– Herbaty miętowej. Nic więcej.

– To mało.

– To wystarczy.

Przez chwilę stoją w ciszy. Wiatr prześluzguje się przez wzgórze jak ręka po gryfie — i Maciek słyszy melodię, której nigdy wcześniej nie grał, a jednak zna ją na pamięć.

Tym razem nie zamyka futerału.

– Spotkamy się jeszcze? – pyta.

– Już się spotkaliśmy – odpowiada Edward. – Reszta to tylko powtórzenia.

Po chwili dodaje ciszej:

– Koniec świata nie przychodzi. On się przypomina.

 

Na kładce nad Oławą spotykają się trzej mężczyźni, którzy kiedyś związali swe losy z tym miastem.

Nie ma w tym nic niezwykłego — poza tym, że każdy z nich przyszedł z innego czasu.

Rzeka płynie wolno, ale jej powierzchnia odbija niebo takim, jakie będzie jutro.

Henry stoi jako pierwszy od strony wzgórza.

Przez moment patrzy na wodę uważniej niż wcześniej. Jakby próbował zobaczyć, gdzie kończy się jej poziom.

– Jak rozwiązać problem głodu? – pyta w końcu. – Ograniczyć liczbę ludzi?

Maciek opiera się o barierkę.

– Jedzenia jest dość – mówi spokojnie. – Tylko nie wszyscy jedzą. Bo niektórzy nie mogą się nachapać.

Henry nie odpowiada od razu.

– A jeśli ktoś naprawdę nie ma? – pyta. – Nie dlatego, że ktoś mu zabrał. Po prostu nie ma.

Maciek patrzy na niego.

– To wtedy ktoś inny ma za dużo.

Cisza nie jest już taka sama jak wcześniej.

Edward zamyka oczy.

– Jutro to się skończy.

Obaj patrzą na niego.

– Jutro? – pyta Maciek.

Starzec kiwa głową.

– Jutro wszystko będzie na swoim miejscu. Każdy dostanie tyle, ile się należy.

– Czyli ile? – pyta Henry.

Edward otwiera oczy.

– Tyle, ile umie unieść.

Rzeka na chwilę się cofa — ledwie o centymetr, ale wystarczy, żeby odsłonić linię brudu na betonie. Ten sam poziom. Ta sama wysokość.

Henry cofa stopę od krawędzi.

Maciek podnosi skrzypce. Nie pamięta, kiedy wyjął je z futerału.

Gra jeden dźwięk.

Czysty. Prosty. Taki, który nie należy do niego.

Echo nie wraca.

Henry pierwszy raz od dawna nie wie, co powiedzieć.

Patrzy na linię na betonie i przez krótką chwilę rozumie, że to nie woda się cofnęła.

Maciek opuszcza skrzypce. Dłoń mu nie drży.

Przez moment w powietrzu zostaje jeszcze jeden dźwięk — choć nikt go nie słyszy.

Edward patrzy gdzieś ponad nimi, jakby widział dalszy ciąg rzeki.

– Szczęśliwi ludzie… – mówi, lecz nie kończy.

Rzeka rusza dalej.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • il cuore godzinę temu
    Chyba jedyne miasto w Polandii postawione na tak wielu ciekach wodnych...
    Pięknie napisane – bo trzeba nie tylko strunami 💥
  • il cuore godzinę temu
    E! ten tytuł to w pierwszej chwili tak mnie jak: , Trzech panów w łódce...🛵
  • maciekzolnowski godzinę temu
    Hej, fajnie, że jesteście; dziękuję. Miasto - oczywiście Wrocław. Tytuł - mógłby być inny, np. "Koniec świata". Kilka ciekawostek:
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Pa%C5%82ac_Hollender%C3%B3w_we_Wroc%C5%82awiu
    Obecnie właścicielem Pałacu jest Henry McGovern, były prezes AmRest Holdings.
    www.youtube.com/watch?v=5-FFVcHlT9k - dokument o panu Edwardzie
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Wzg%C3%B3rze_przy_ulicy_Wilczej
  • maciekzolnowski godzinę temu
    To jest spotkanie niemożliwe. Gdybadologia. Ci ludzie (pan Edward i Henry), te archetypy nigdy się nie spotkają, choć dzieli ich zaledwie 10 minut drogi (pieszo). Opisałem niemożliwe.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania