Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Trzy linie, jeden rdzeń - Rozdział 2
Nie było już bólu.
Nie takiego, jak wcześniej. Ten był inny – głębszy, bardziej rozlany, cichy, ale wszechobecny. Jakby coś w środku jej ciała po prostu... zgniło od środka.
Kaia ocknęła się znowu w tej samej celi. A może w innej, ale równie martwej. Beton pod jej ciałem był zimny jak za pierwszym razem, może tylko bardziej szorstki. Kiedy spróbowała się poruszyć, poczuła ciągnięcie skóry na brzuchu. Za każdym razem, na koniec eksperymentów jej rana była zszywana, a następnie od nowa otwierana.
W jej ustach zaschło tak bardzo, że język przykleił się do podniebienia.
Przekręciła głowę na bok. Tylko tyle mogła zrobić. Ale wystarczyło.
Na ścianie, zaledwie kilkanaście centymetrów od jej twarzy, widniał znak – trzy pionowe linie łączące się na dole w jedno. Cienkie i zadrapane w tynku. Palcem. Paznokciem.
Zostawiła go zaraz po pierwszym przeniesieniu. Znak, że to wciąż ona. Że jeszcze jest. Że nie zapomniała, kim była.
I wtedy – po raz kolejny – spróbowała sięgnąć myślą dalej.
Wyobraziła sobie nici. Cienkie jak pajęczyny. Wychodzące z jej skroni, z klatki piersiowej, z palców. Każda z nich biegła gdzieś dalej – w głąb świata. Do Ridy. Do Elana. Do Jonasa.
„Jeśli mnie słyszycie... jeśli choć jedno z was..."
Puls.
Cisza.
I wtedy świat eksplodował.
Kaia nie zdążyła nawet krzyknąć – ciało wygięło się jak struna, mięśnie napięły w spazmatycznym skurczu. Wewnątrz niej coś zaczęło wrzeć – nie w przenośni, dosłownie. Żyły zapiekły się od środka, serce zabiło nierówno i brutalnie. Oczy rozbłysły białym światłem, ale niczego nie widziały.
Chemiczna blokada nadal działała. I być może nawet wzmocniono ją, kiedy zaczęli podejrzewać, że Kaia potrafi kontaktować się telepatycznie.
Leżała tak przez długi czas. Trzy kreski na ścianie wydawały się coraz mniej wyraźne.
A potem – pojawiły się kroki.
Ciche. Zdecydowane. Ktoś zatrzymał się przed celą.
Zamrugało czerwone światło nad drzwiami.
Głos z zewnątrz nie miał ciepła ani cienia emocji:
– Subiekt gotowy do dalszych badań. Protokół: trauma sekwencyjna.
Kliknięcie zamka.
I znów nastała ciemność.
***
To nie była walka.
To był dzień, który pachniał ogniskiem.
Tamto wspomnienie zawsze przychodziło do Kai w najbardziej nieoczekiwanych momentach — kiedy ciało odmawiało posłuszeństwa, a umysł rwał się między teraźniejszością a ciemnością. To nie było wyobrażenie. To był rdzeń. Jej osobisty azymut.
Była wtedy młoda. Miała ledwie dziesięć lat, może jedenaście. Obdarzeni nie mieli jeszcze struktur ani komórek. Tylko ogniska — ukryte punkty, do których trafiali ci, którzy nie pasowali już do zewnętrznego świata.
Jedno z takich miejsc znajdowało się w głębi starych kamieniołomów, porośniętych sosnami i mchem. To tam Kaia spotkała Erin.
Erin była starsza. O wiele starsza — przynajmniej tak się wtedy wydawało. Miała twarz pooraną przez czas i życie, oczy jak stalowe noże i włosy w kolorze siwego popiołu, splecione w grubą linę. Utykała na lewą nogę, ale nie było w niej cienia słabości. Była z tych, których się nie podważało. Albo się słuchało — albo próbowało dorównać.
Tamtego dnia siedziały nad ogniem. Dookoła pełzły cienie innych — uciekających, przemykających przez granice, za młodych, by zrozumieć, i za starych, by jeszcze ufać. Kaia nie mogła zasnąć. Miała za sobą pierwszy pokaz mocy — niekontrolowaną eksplozję, po której jedna z wiosek została ewakuowana.
Erin nie zadawała pytań.
Podała jej kawałek tkaniny — ciemny, wyszyty symbolem trzech poziomych linii.
– Wiesz, co to znaczy? – zapytała, spokojnie dmuchając w herbatę.
Kaia pokręciła głową.
– To symbol rdzenia. Nie w sensie biologii. W sensie... ducha. Duszy. Tego, co zostaje, gdy zabiorą ci wszystko inne. Pamięć. Moc. Ciało. Imię.
– Dlaczego trzy linie?
Erin spojrzała na nią uważnie.
– Bo zawsze są trzy. Przeszłość. Więź. I płomień.
– Płomień?
– Płomień to to, co nie daje ci umrzeć nawet wtedy, gdy jesteś przekonana, że już cię nie ma.
Kaia wbiła wzrok w materiał.
– Ty już byłaś tam, gdzie zabierają takich jak my, prawda?
Erin nic nie odpowiedziała przez dłuższą chwilę. A potem powiedziała tylko:
– Tak. I właśnie dlatego tu jestem.
Ogień zatrzeszczał. Nad głową przemknęła sowa. Gdzieś w oddali zaszczekał pies. Noc była chłodna, ale Kaia po raz pierwszy od dawna poczuła, że nie jest sama. Niewielka grupa zebrała się wokół niej i Erin – młodzi, cisi, brudni, ale skupieni. Kobieta rozpoczęła swoją opowieść, którą obiecała wszystkim.
Słowa niosły się szeptem, jakby każda sylaba była zakazana.
— Vira, Sael i Ner. - Dzieci nie z ciała. Z pioruna. Z rozdarcia nieba. Ludzie nazywali ich duchami, potem cudami. A potem potworami.
Przerwała na chwilę opowiadanie. Patrzyła na dzieci dookoła niej, szukając oznak strachu. Widziała jedynie charakterystyczny błysk w oczach - fascynację.
— Vira patrzyła przez skórę. Słyszała myśli i lęki. Sael umiał prowadzić burzę, a Ner zmieniał się, by przetrwać. Ale ludzie bali się cudów. Więc zamknęli je, spalili, wymazali. I teraz są tylko w nas - w śladach, w cieniach.
Erin pochyliła się bliżej ognia. Jej oczy były jak popiół.
— Kiedyś powrócą. I nie poproszą o pozwolenie.
Ogień trzepotał się w oczach Kai jak skrzydła. Wtedy nie wiedziała, co znaczy tamto ostatnie zdanie.
Dzisiaj już wie.
Komentarze (1)
W każdym razie, interesujące. Końcówka zachęca do czytania dalszych części.
Pozdrawiam
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania