Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Trzy linie, jeden rdzeń - Rozdział 3

Wejście zatrzasnęło się za nimi z ciężkim jękiem, odcinając hałas miasta. Wewnątrz

panował półmrok, pachniało metalem i kurzem.

Na stole – rozłożona mapa. Złączona w kilku miejscach taśmą, pozaznaczana węglem i

czerwonym flamastrem. Symbol trójzębu był narysowany gdzieś przy północnym narożniku

– ledwo widoczny.

Kaia opierała się o skrzynię, ramię owinięte bandażem. Milczała.

Elan mówił. Jak zwykle pierwszy.

— Obiekt ma dwa poziomy, ale tylko jeden operacyjny. Górna część to przykrywka –

szkolna placówka techniczna. Dół – Strefa 3C. Pojemność do czterdziestu osób.

Jonas parsknął.

— Czyli legalna szkoła i nielegalne więzienie. To już klasyka.

Rida przewróciła oczami, odwijając dłoń z materiałowego opatrunku.

— Klasyka? Jonas, ty jesteś z nami od trzech tygodni.

— Ale znam teorię. — Uśmiechnął się.

— W teorii też można zginąć — mruknęła Kaia.

Wszyscy zamilkli.

Elan kontynuował:

— Kamera przy wejściu północnym. Druga przy panelu dostępu. Zasilanie idzie ze stacji

wewnętrznej – Jonas, zrobisz zdalne zwarcie przez dron. Masz pięćdziesiąt sekund.

— Da się. Ale muszę wiedzieć, kiedy.

Kaia podniosła wzrok.

— Kiedy ja rozbiję mur.

Wszyscy spojrzeli. Nie musiała tłumaczyć.

Telekineza Kai była jedną z najsilniejszych, jakie znali. Ale każdy „duży ruch” odbierał jej siły.

Po ataku będzie bezużyteczna przez co najmniej kilka minut.

— Wchodzę pierwsza — powiedziała. — Otwieram przejście. Rida, osłaniasz. Elan

– zabezpieczasz wyjście. Jonas – łapiesz dzieciaki. Zabierasz ich. Nawet jak cały plan runie.

Jonas zamarł.

— A ty?

— Dopilnuję, żeby nam nie przeszkodzono.

Chwila ciszy.

— Ale przecież będziesz bezsilna, jak chcesz to zrobić? — spytał cicho.

Kaia spojrzała na niego z czymś w rodzaju wdzięczności za zainteresowanie się jej życiem.

— Nie pierwszy raz będę walczyć z żołnierzami, mam swoje sztuczki. — zarzuciła włosami,

a zza niej wyłonił się demonstracyjnie ogon śnieżnej pantery.

Jonas spuścił wzrok.

Rida włączyła się w dyskusję.

— Tylko bez żadnych popisów. Wchodzimy razem, wychodzimy razem. Mówiłaś tak,

pamiętasz?

— A ty mówiłaś, że nigdy więcej nie wejdziesz do strefy. Więc złamiemy po jednej zasadzie

na głowę.

Elan uderzył palcem w mapę.

— Zachód. Ulica Główna. Tam zrobimy zamieszanie. Będziecie mieli sześć minut, zanim

pojawi się patrol. Może mniej.

Kaia skinęła głową.

Zaczęło się.

***

Ulica Główna tonęła w pomarańczowym świetle lamp sodowych. Beton był suchy, powietrze

nieruchome. Jakby cała dzielnica wstrzymała oddech.

Cztery sylwetki skuliły się za murkiem magazynu. Obiekt 3C znajdował się sto pięćdziesiąt

metrów dalej – za podwójnym ogrodzeniem, między „technikum mechanizacji i energetyki” a

opuszczoną pralnią przemysłową.

Rida kucała przy ścianie, sprawdzając ostatni raz pęknięcia w ogrodzeniu.

— Zachodnia siatka zabezpieczona tylko sygnałem kontaktowym. Jonas, masz okno na

zwarcie?

Jonas spojrzał na swoje urządzenie – starego, rozebranego drona przekształconego w

impulsor.

— Gdy padnie pierwsze zasilanie – dajcie mi 40 sekund. Potem wszystko siądzie.

Elan spojrzał na Kaię.

— Gotowa?

Kaia skinęła głową. Palce zacisnęły się na uchwycie pasa.

— Gdy ruszę, nie zatrzymuję się. Macie mnie tylko asekurować. Jonas, zostaniesz przy

dzieciach, Rida – ty osłaniasz korytarz, Elan – straż tylną.

Elan uśmiechnął się smutno.

— Jak za starych czasów.

— Też masz wrażenie, że to się skończy inaczej niż zakładaliśmy?

Kaia spojrzała na budynek.

— Pewnie. Ale nie dzisiaj.

Ruch Kai był jak błysk.

Wyskoczyła zza muru w swojej zwierzęcej postaci. Biegła nisko i

równo – z całym napięciem zebranym w jednej myśli. Mur.

W odległości pięciu metrów od ogrodzenia wyskoczyła w górę, zmieniła postać i w trakcie

opadania wyciągnęła prawą rękę. Wysłała impuls.

Powietrze zadrżało. Betonowa ściana przy bocznym wejściu wygięła się i pękła z hukiem –

jakby sam świat otworzył przejście.

Jonas już odpalał zwarcie. Rida wyskoczyła zaraz za Kaią, zasłaniając wejście i otwierając

ogień w kierunku automatycznych sensorów.

Dzieci były w piwnicach. Pięcioro – przywiązanych. Jedno – w szklanej kapsule, którą Elan

rozwalił łomem.

Krzyki. Alarm. Zawodzenie światła.

Kaia upadła na kolano przed dziećmi – z nosa sączyła się krew, w żyłach pulsowała

adrenalina. Kolejno przecinała więzy nożem i podawała Ridzie każdego malucha.

— Zabieraj ich. Ja dołączę.

Elan wszedł z tyłu, zabezpieczając korytarz.

Jonas podbiegł do Ridy i chwycił dwoje dzieci za ręce.

— Czas!

— A Kaia?

— Idzie za nami.

Kłamstwo. Ale takie, które trzeba powiedzieć.

Zanim wyszli, Kaia zostawiła znak na ścianie. Krwią, błyskawicznie, w biegu – trójząb.

Na tylnej ścianie, obok wyjścia, zrobiła ostatni – jak kod. Jak modlitwa. Jak most. I rzuciła

ogień do zbiornika chemicznego znajdującego się zaraz obok. Nie tak, by zabić, ale

wystarczająco, by uniemożliwić natychmiastowy pościg.

Wyszli.

Pierwszy raz uratowali kogoś naprawdę.

***

Na zboczu zalesionego pagórka, 12 km od miasta, przy ognisku siedzieli w ciszy.

Dzieci spały, niektóre przytulone do Elana.

Rida czyściła broń.

Jonas patrzył w ogień.

Kaia siedziała z boku, wpatrując się w miasto w oddali. W jej oczach było coś, czego nie

widzieli nigdy wcześniej: zadrgało coś między wiarą a strachem.

Wiedziała, że ich teraz zauważą.

Wiedziała, że to nie był koniec – tylko początek.

W jej głowie pojawiła się myśl, że po raz pierwszy zrobili coś więcej niż przetrwali.

***

Zapach ognia jeszcze nie zniknął z jej skóry, choć nie było tu ognia.

Był tylko beton. Pot, rdza. I cisza. Taka, która drżała pod czaszką.

Kaia leżała bez ruchu. Twarz przy ścianie. Oddech urywany.

„Pierwszy skok...”

Tam, wtedy – była silna.

Tam dzieci patrzyły na nią jak na światło.

Tam – wiedziała, po co się urodziła.

Teraz… była tylko cieniem.

Cieniem we własnej historii.

Zamkniętym w celi bez drzwi.

Myśli wracały do tamtej nocy.

Jak podawała dzieci Ridzie.

Jak krew kapała z palców, gdy rysowała ostatni znak.

Jak Jonas obrócił się na sekundę, patrząc na nią przez dym, upewniając się, że biegnie za

nimi.

„Dlaczego nie potrafię już w to wierzyć?”

Jej ciało nie miało siły.

Jej umysł – dusił się we własnej klatce.

Poczuła, że coś ścieka jej po twarzy. Nie łza. Krew. Z ucha.

Złamana. Nie całkiem. Ale prawie.

Otworzyła oczy po to, by spojrzeć znów na ścianę.

„Rida. Jonas. Elan. Czy wiecie, że żyję?”

Nie było odpowiedzi.

Nie było impulsu.

Była tylko ciemność.

Ale w tej ciemności — jeden kształt.

Znak, który zostawiła paznokciem.

Trójząb.

Trzy linie. Jeden rdzeń.

„Jeśli przyjdzie wasza godzina, dzieci, zostawcie go. Nawet jeśli nikt nie zobaczy. To

wystarczy, że on patrzy.”

Słowa Erin, sprzed lat. Cień głosu w głowie Kai. Półprzytomna, z ustami suchymi jak piasek,

wyszeptała:

— Jeszcze nie koniec… Jeszcze nie…

I wtedy, gdzieś daleko, usłyszała trzask.

Nie we śnie. Nie w wyobraźni.

Coś – jakby drzwi. Jakby sygnał.

Jakby echo, które nie miało prawa powrócić.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania