Trzy linie, jeden rdzeń - Rozdział 4
Ogień był zbyt cichy. Jakby wstydził się tego, że jeszcze płonie.
Jonas siedział zgarbiony, dłonie zaciśnięte w pięści. Oparł się łokciami o kolana, wpatrując
się w żar.
Elan przestawiał punkty na mapie. Ta sama, co zawsze – poplamiona, poszarpana, z
zakreślonymi strefami. Ale tym razem nie było w niej żadnej nadziei. Tylko czarne obwódki,
czerwone krzyżyki i jedno wielkie pytanie.
— Nie wróciliśmy po nią — powiedział Jonas cicho.
Elan nie podniósł wzroku.
— Gdybyśmy to zrobili, nie wróciłby nikt.
— Może. — Jonas spojrzał. Oczy miał pociemniałe. — Ale ona by wróciła po nas.
Cisza. Tylko pękające drewno.
Rida siedziała z boku, jak cień. Nie wtrącała się jeszcze.
— Nie ty decydujesz, kto się poświęca — powiedział Jonas ostrzej. — Miała szansę. Przez
sekundę. I nikt nie ruszył.
Elan odłożył długopis.
— Miała misję. Ty byłeś jej częścią. Te dzieci, które śpią tam w
schronie — to twój powód. Mój też.
— A Kaia? Ona nie jest powodem?
Elan spojrzał mu w oczy. Po raz pierwszy tego wieczoru.
— Ona jest powodem, dla którego to wszystko jeszcze się trzyma. Ale nie uratujesz jej,
rzucając się na wroga z gołymi rękami.
Jonas wstał. Szybko, ostro.
— Ja wolę zginąć próbując, niż siedzieć tu i planować, jakbyśmy mieli czas. Jakby oni
czekali, aż się nam mapa spodoba.
Rida odchrząknęła.
— Obaj macie rację. I obaj jesteście wściekli nie na siebie, tylko na to, że ją straciliśmy. Ale
jeszcze nie przepadła.
Elan przymknął oczy.
— Rano wyruszymy na zwiad. Będziemy szukać śladów.
Jonas nie odpowiedział.
Ale nie odszedł.
***
Wiatr przesuwał popiół po ziemi, jakby szukał miejsc, w które mógłby się wcisnąć.
Ogień przygasł. Jonas siedział naprzeciwko, nieruchomy. Tylko dym drgał przy jego
kolanach.
Rida przysiadła się cicho obok Elana, który nadal przesuwał znaczki na mapie, choć nie
wprowadzał już żadnych zmian. Po prostu... dotykał papieru. Dłoń przesuwała się po powierzchni jak po bliznach.
— On jej nie wybaczy — rzuciła cicho Rida.
— Sobie też nie — odpowiedział Elan bez patrzenia.
— Myślisz, że ma rację?
— Tak. I nie. — Elan wypuścił powietrze. — Gdybyśmy się cofnęli, moglibyśmy wszyscy
skończyć w celi obok niej. Albo na stole. Wtedy nie byłoby ani dzieci, ani tej mapy. Ani
nadziei.
Rida przyjrzała się Jonasowi. Jego plecy drgały lekko – nie wiadomo, czy od chłodu, czy od
wewnętrznego napięcia.
— On chce działać. Ale nie umie czekać. Ty umiesz czekać. Ale czasem nie działasz.
— A ty? — zapytał Elan, odwracając głowę. — Co ty potrafisz?
Rida uniosła brew, ale nie było w tym złości.
— Potrafię dostrzec, kiedy dwóch facetów kocha jedną kobietę inaczej, ale z równą siłą.
Elan zamilkł. Odwrócił głowę wpatrując się na powrót w mapę przed sobą.
W końcu dodał:
— Zawsze myślałem, że ona wyciąga ludzi z ognia. Ale może... może ona sama była
ogniem, i tylko nieliczni umieli w nim wytrzymać.
Rida roześmiała się bezgłośnie.
— I ty jesteś jednym z nich?
Elan złożył mapę powoli, jakby zamykał starą ranę.
— Nie wiem. Ale jeśli nie, to przynajmniej mam wystarczająco poparzone ręce, żeby mieć
prawo próbować.
Ogień między nimi zamigotał. Jonas nie ruszał się ani o centymetr.
Ale po chwili uniósł głowę.
I spojrzał na nich.
Nie prosił o pozwolenie.
Ale w jego oczach tliła się decyzja.
***
Noc miała zapach kurzu i starego metalu.
Jonas siedział sam, w rozłożonym namiocie zwiadowczym, z laptopem opartym na kolanach
i odpiętym panelem transmisyjnym podpiętym do przekaźnika CB4. Na ekranie migały
niebieskie linie. Ciche, ale pulsujące.
Z boku leżały jego notatki – szkic lokalizacji, fragment zdjęcia satelitarnego, kilka zużytych
baterii.
I… wydrukowana mapa ruin Strefy 4C.
Jego palce zatrzymały się nad miejscem oznaczonym jako „Wschodni mur”.
Zamknął oczy. I to wszystko wróciło.
***
Wszystko wtedy drżało.
Alarm. Dym. Ogień. Okrzyki.
Jonas biegł za Kaią, z dzieckiem pod ramieniem. W ręce miał zdalny wyłącznik sensorów, który zgasł już 30 sekund temu.
Z tyłu – strzały. Dwóch żołnierzy z jednostki czystek wyłoniło się z korytarza. Musieli się schować za niewysokim murkiem, który na chwilę ich został ich tarczą. Jednak jedyna droga ucieczki była wzdłuż muru, gdzie nie było szansy się skryć.
Kaia krzyknęła:
— Wychodź, Jonas! Teraz! Osłaniam cię!
I ruszył biegiem ze swoim towarzyszem.
Kaia została. Strzelała jak zawodowiec. Każdy najmniejszy ruch był przez nią wykryty. Fala
żołnierzy została pokonana.
Rzuciła się do ucieczki.
Nagle padł strzał - kolejna grupa.
Nie było gdzie się schować. Roztoczyła wokół siebie małą tarczę pochłaniającą pociski. Ale
ta szybko opadła.
Była już wyczerpana po wcześniejszych walkach.
Nagle padł kolejny strzał i w jednej chwili upadła na ziemię.
Tuż przed murem, z krwawiącą nogą, rozciętym czołem od uderzenia o ziemię i pustym
spojrzeniem. Trwała tak chwilę.
Próbowała jeszcze się podnieść, ale ciało odmówiło posłuszeństwa.
Jeden z przeciwników celował dokładnie w jej klatkę piersiową.
Jonas ruszył. Elan złapał go w pół kroku.
Szarpnął się, ale nie zdążył.
Mur się zawalił.
Ciała zniknęły w pyle.
Padł strzał, a po nim głucha cisza.
Rida pociągnęła go siłą, jak worek.
Elan zabezpieczał wyjście.
— Nie masz wyboru, Jonas! — krzyknął. — Ona ci dała szansę!
Ale Jonas wtedy nie chciał mieć tej szansy. Jedyne, czego pragnął to wrócić po Kaię.
***
Teraz stał tu sam.
Między poszarpanym gruzem a resztkami farby ostrzegawczej na ścianie.
To miała być rutynowa akcja. Nie jedną już przeprowadzili. Co tym razem poszło nie tak?
Mur był nadal zrujnowany.
Ziemia przesiąknięta była pyłem, szkłem, krwią.
Jonas klęknął. Przesunął palcami po zimnym betonie.
— Kaia… — wyszeptał.
I wtedy to zobaczył.
W rysie betonu – wyryty paznokciem.
Prawie niewidoczny.
Trójząb.
Trzy linie. Jeden rdzeń.
Nie zostawiła znaku w trakcie ucieczki, ale zanim została wzięta.
Zanim wszystko się rozpadło.
Ona żyje.
Wstał powoli. Spojrzał na horyzont.
— Wrócę po ciebie. Nawet jeśli świat się temu sprzeciwi.
Wyjął nóż.
Obok tamtego symbolu wyciął drugi, identyczny.
Dla niej.
A potem ruszył z powrotem.
Po plan. Po wojnę.
***
Drzwi do bazy nie miały zawiasów – jedynie płachtę blachy i stary kod głosowy. Jonas
wypowiedział hasło. Głos miał zachrypnięty.
W środku panowała cisza. Dwa prowizoryczne materace, przekaźnik, ładowarka solarna i
złożony stół z mapami. W kącie, pod kocem – spało dziecko z poprzedniego transportu.
Rida była pierwsza, która wstała.
Elan dopiero sięgał po buty.
— Ty... — zaczęła Rida. — Ty byłeś... Tam?!
Jonas rzucił plecak na ziemię.
— Zostawiła znak. W miejscu, gdzie upadła. Przed tym, jak ją zabrali. Nie było ciała. Nie
było śladów krwi, która by świadczyła o śmierci. Ona żyje.
Elan zamarł w pół ruchu.
Rida nie powiedziała nic – przez długą chwilę.
— Poszedłeś sam. W nocy. Bez obstawy. — Jej głos był niski, napięty. — Wiesz, jak łatwo mogli cię znaleźć?
Jonas spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.
— Wiem. Ale to był mój dług. - mówił wyciągając zebrane dane z plecaka.
Elan wstał powoli. Podszedł bliżej.
— Jonas… masz serce większe niż my razem wzięci. Ale mózg mniejszy od jajka! Nie możesz działać, jakbyś był sam.
— A może właśnie to znaczy. Może ktoś w końcu musiał przestać czekać, aż będziemy mieli
„lepsze warunki”. Albo „pełny plan”.
Rida skrzyżowała ramiona.
— I co teraz? Masz zamiar wyruszyć z pistoletem i determinacją, licząc, że ich wzruszysz?
Jonas uśmiechnął się słabo.
— Nie. Teraz mam dowód. I mam was.
Elan spojrzał na kartki leżące pomiędzy nimi. Dłoń drgnęła, kiedy ich dotknął.
— To wystarczy. Na plan. Na próbę.
Rida przyklękła przy stole.
— Ale tym razem robimy to razem.
Jonas kiwnął głową.
— Razem.
***
Stół w środku bazy przypominał ołtarz.
Leżała na nim mapa – od nowa rozrysowana. Nie tylko teren. Przewidywane czasy zmian
wart, schematy dozoru, rozmieszczenie zasilania. Jonas złożył informacje ze zwiadu,
wcześniejszych danych i resztek logów przechwyconych z drona.
Wokół: Rida, Elan, jeszcze dwóch członków grupy – Mina i Tev. Milczeli. Każdy z
notatnikiem, każdy z cieniem napięcia w oczach.
Jonas mówił.
— Wiemy, że Kaię trzymają w sektorze D. Przesunięto ją z 4C po ostatnich testach.
Prawdopodobnie jest w „strefie zamkniętej” – najgłębszej części kompleksu.
Tev, szczupły chłopak, pokiwał głową:
— Sektor D ma tylko jedno główne wejście. Ale system wentylacyjny idzie od północy.
Zmieści się tam ktoś mały. Albo dron.
— A co z ruchem zasilania? — zapytała Mina.
— Zmieniają źródło co 3 godziny. Mamy małe okno, gdy system przełącza się między
źródłami. To wtedy wyłączają zewnętrzne sensory. 4 minuty bez monitoringu.
Rida wstała i podeszła do mapy. Zaznaczyła palcem trasę ewakuacyjną.
— Wejście od wschodu. Dzielimy się na dwa zespoły. A: Elan, Mina i ja – odciągamy uwagę.
Symulacja sabotażu na stacji transformatorowej.
B: Jonas i Tev – wchodzicie przez szyb wentylacyjny. Cicho.
Elan dodał:
— Gdy tylko ją znajdziecie, wysyłacie sygnał. My uruchamiamy zakłócenia, które powinny
potrwać 2–3 minuty. To wasze okno na wyjście. Jeśli nie zdążycie – nie będzie drugiego
podejścia.
Rida spojrzała twardo:
— Jeśli Kaia nie jest w stanie chodzić – Jonas, zabierasz ją. Tev – zabezpieczasz wyjście.
Nie improwizujemy. Nie walczymy. Bierzemy ją i znikamy.
Jonas skinął głową.
— Jeśli coś pójdzie nie tak?
Cisza.
Elan odpowiedział powoli:
— To… przynajmniej nie zginie w samotności.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania