Tytuł roboczy III
Przestrzeń wokół Karola dopiero teraz zdawała się otwierać. Tłok polskiego blokowiska zelżał tutaj, ustępując miejsca, wielkiej, nieograniczonej przestrzeni - nie służącej do niczego, będącej dla samej siebie sensem i zagospodarowaniem. Kolejny gołąb odfrunął ze stropowej belki, zrobił pół okrążenia hali, zagruchotał, po czym wyleciał przez jedną z dziur po oknach. Gołębie tutaj zdawały się dumniejsze, nie przypominały tych z centrum - szarych i grubych, zepsutych ciągłą interakcją z ludźmi. Hukiem pierwszych kroków chłopiec nieśmiało, ogłosił swoje wejście, a fabryka, z najlepszymi manierami, odwzajemniła gest przywitania. Zaspokojenie, łączone z adrenaliną, zaczęło buzować po całym ciele. Z jednej strony, opanowywała Karola chęć, by padnąć w jakimś scenicznym miejscu, wtłoczyć w siebie zapach stęchłej wilgoci, i w tym stanie, trwać ku błogiemu nie-wiadomo-czemu, pozornie osiąść na laurach, ale może i właśnie drążyć znaczenie tego miejsca, wkraść się w jego metafizykę, aż spadnie na niego jakaś paraliżująca ducha forma snu. Z drugiej, marzenie odkrywania rwało jedenastolatka ku kolejnym pomieszczeniom, kazało przechodzić ciasnymi korytarzami, wychylać głowę przez puste futryny, wtykać swoje jestestwo w każdy możliwy zakątek, gdzie wydawałoby się, że może brakować Karola, albo każdy zakątek, którego w Karolu brakuje.
Dwudziesty pierwszy wiek naznaczył całe pokolenie znamieniem niezaspokojenia. Jak każdy ze swoich rówieśników, chłopiec czuł w głębi siebie żal, że urodził się za późno, że nigdy nie będzie mu dane odkryć nowego lądu lub miasta, wyspy, morza, cieśniny, pierwiastka, maszyny czy broni. Wszystko co nowe, zdawało się tak odległe, odkrycia fal grawitacyjnych, czy zdjęcia czarnych dziur, zdawały się dziać gdzieś tak daleko, że nikt nie mógł naprawdę poczuć się ich częścią, nadzieja w młodzieży umierała szybko, a konsumpcja zastępowała odnajdywanie. Niektórzy kolekcjonowali figurki, karty piłkarskie, lub dzieła sztuki, niektórzy obejrzane filmy lub przeczytane książki na wirtualnych biblioteczkach, nawet ci najbardziej cnotliwi, w praktyce gromadzili jedynie erudycję, składując ją gdzieś pod czaszką, nieszczelną jak źle zawekowany słoik, w którym nieuniknionym było zgnicie całej, skrupulatnie zebranej zawartości.
Można się więc domyślać, za jaki przywilej (albo efekt ciężkiej pracy) uważał Karol możliwość zabawy tym miejscem, nawet jeśli oznaczało to tylko zbieranie resztek spod stołu poprzednich pokoleń. Przełknięcie dumy było o tyle łatwiejsze, o ile wywyższało niskiego chłopczyka nad nie tylko wszystkich jego rówieśników, ale cały towarzyszący mu świat, teraz istniejący jedynie jako warkot samochodów na horyzoncie przestrzeni hali. Jak to było możliwe, żeby ci wszyscy ludzie, krążący gdzie tylko im się podoba, byli tak zniewoleni, a on, zamknięty, tak wolnym? Zagubiony w myślach chłopczyk stracił równowagę, a jego twarz padła pół kroku od leżącej na ziemi deski. Jeden z wystających gwoździ, zgięty w pół, wskazał wprost na jego czoło, a reszta, stojąc na baczność, zwiesiła głowy, z żalem musząc obejść się smakiem najczystszej, młodzieńczej krwi. Wypełniona okropnym patosem chłopięcego wieku, nie zeschłaby się na czarną maź, ale swoim czerwonym krzykiem zlała się z resztą rudej posadzki, wniknęła do stopnia, gdzie nie dałoby już się jej odróżnić od reszty ceglanego prochu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania