Poprzednie częściTytuł roboczy

Tytuł roboczy IV

Karol szybko, aby nie przedłużać już tego kontaktu wzrokowego, wstał i otrząsnął się z brudu, a słońce jego myśli zasłoniła pojedyncza, burzowa chmura. Oczywistym było, że fabryka chciała go zranić, lecz niedoświadczony chłopiec nie mógł stwierdzić, czy był to przejaw miłości, zawiści czy obojętności. Nigdy wcześniej nie przeszło mu przez myśl, że ona mogłaby go tutaj nie chcieć, lub jeszcze gorzej, chcieć mu tutaj tylko wyrządzić krzywdę. Ale przecież ten czar! Ten urok. Przyciąganie! Czy ona mogła się rozmyślić w połowie? Może takie opieranie się krzywdzie jest głupie? Naiwne?

Za wielkie idee trzeba płacić, a wolność niewywalczona ideami jest tylko lenistwem.

Mama i Tata też się kłócą, a nie oznacza to przecież, że się nie kochają. Gdziekolwiek by te myśli nie prowadziły, fabryka nadal ukazywała się przed chłopcem rzędem otwartych drzwi, swoją mową ciała wciąż zapraszała go do wzięcia kolejnego i kolejnego kęsa - tak nie wygląda zawiść. Budynek powoli się kurczył, im bardziej tracił na tajemnicy. Karol przyłapywał się na przechodzeniu po kilka razy przez te same korytarze, w poszukiwaniu następnego i następnego wrażenia. W pomieszczeniu, przypominającym jakby blat gigantycznej kuchenki (nad sufitem wisiała wielka, przypominająca okap maszyna), stały jedyne z napotkanych drzwi, które nadal wiernie broniły tego, co musiało stać po ich drugiej stronie. Zamknięte. Podłużna klamka wystawała jak licho wystawiona ręka, z paluszkami tak małymi, tak smukłymi, że aż proszącymi się o gwałt. Karol wiedział, że musi podjąć inicjatywę. Był jedyną siłą sprawczą w tym ceglanym organizmie, a przynajmniej tak mu się powinno wydawać. W pożądaniu fabryki, było to, aby chłopiec myślał o sobie jak o odkrywcy, Aleksandrze Macedońskim w prześmiewczym pomponiku (co się stało z pomponem? skończył, wraz z plecakiem, wciśnięty pod betonowe schody małej dobudówki). Stojąc na czele swej armii, Aleksander położył rękę na klamce, a ona, z zadziwiającą lekkością, praktycznie że bezszelestnie, ruszyła mechanizm zamka.

 

Głęboki zawód ogarnął oczy, które przygotowane na wejrzenie w dal kolejnego pomieszczenia, zatrzymały się na równoległej ścianie już po kilku przebytych metrach. Wzrok jednak gonił za przestrzenią, a mały schowek okazał się jednak otwierać, tym bardziej, im głębiej się w niego schodziło. Przed Karolem stanęły w kolejce schodki - małe, nieregularne i pokryte czarnym osadem wzbiły na nowo miksturę adrenaliny i podniecenia, której fusy zdawały się już powoli odkładać na dnie naczyń chłonnych chłopczyka. Karol nie mógł powiedzieć, że był na to zejście przygotowany, był jednak przygotowany na to, że stanie przed takim wyborem. Wymacał w wewnętrznej kieszeni kurtki zarys latarki, którą wykradł z narzędzi ojca, ciężkiej i grubej jak dojrzała cukinia. Musiał się on jeszcze chwilę zastanowić (to znaczy - skoncentrować w sobie całą determinację, pozbierać ją w jedną całość, a powstałą kulkę postawić gdzieś w gardle), zamknął więc z powrotem drzwi, cofnął się o parę kroków, i wyjrzał przez framugę okna na zewnętrzny świat, oddalony od niego parsekami nienazwanej przestrzeni. Zimny wiatr zdawał się jednak przemykać tutaj spomiędzy bloków, jakby ta granica pomiędzy wolnością a zniewoleniem nic dla niego nie znaczyła, jakby ten dech był jedynie wyziewem samej fabryki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania