Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
UGRYZIONA PRZEZ LAS (PROLOG) (opowiadanie o zombi)
UGRYZIONA PRZEZ LAS
(opowiadanie o zombi)
Jak podają "wiarygodne, medialne źródła": na łamach internetu, tzw. "epidemia zombi" nie jest możliwa, a patogen ją wywołujący: zwyczajnie... nie istnieje.
Te same źródła podają także, iż: "Natura: rządzi się własnymi prawami".
PROLOG
Jak doskonale zdajesz sobie sprawę: "codzienność... to bywa przytłaczająca". Owszem. Tak właśnie jest. I tylko dlatego, obie dziękowały Najwyższemu, że pozwolił im się wzajemnie poznać: zupełną przypadkowością, rodzimie pracowniczej codzienności: przeciętnych, dyskontowych Kasjerek, które oprócz notorycznie powtarzalnej pikliwości kodów kreskowych, połączyła, jak się okazało: wspólna, życiowa pasja... niczym węzeł małżeński, potwierdzający istnienie miłości od pierwszego wejrzenia. Okazała się ona fotografią: polegającą na uwiecznianiu momentów żywota Matki Natury. A z tego powodu: są tutaj obecnie obie, z plecakami wypchanymi biwakowym ekwipunkiem, rozglądliwie przemierzające zwyczajnie turystyczny, śródleśny szlak: w takim stopniu czarny, jakby symbolizował śmierć dostatecznej ilości istnień, aby zabrakło chętnych, ku podjęciu z tego powodu żałoby...
Sam już nie wiedział, czy naprawdę istnieją: kołysząc sierścistym łebkiem, jakby każdy ruch łapkami, wymagał iście melomanicznej gestykulacji. Dlatego, zanim wykonał kolejny krok w ich stronę, kilkukrotnie podążył za rudzielczą puszystością swej własnej, majestatycznie ogonalnej kity, brnąc irracjonalnym bezwiedem okręgu, nie do końca mając świadomość, iż wyrżnąwszy zwinnym kłębem w ściółkę, usiłuje czmychnąć zwinnością, przebierając łapkami w powietrzu, podczas... leżenia na grzbiecie: zupełnie, jakby perspektywa jego lisiego świata, załamywała się tarzaniem w mieszanym z gałązkami, igliwiu. Pocierając łapką pyszczek, zupełnie jakby usiłował odpędzić natłok zła myśli: gnębiących go w ozdobie spuszczonych po karku, uszek: wygiął się w pałąk, niczym torturowany, wobec konieczności przyznania się do winy... a postanowił ją wyznać, wstrząsany konwulsjami: zupełnie ignorując nieznaną siłę, neurotycznym impulsem wypychającą sporadyczną sekwencją, każdą z jego tylnych łap, przekręcając się niespodziewanie do pozycji leżącej: od szczenięcia sprytnej czujnością oczekiwania zwierzyny, której agonalne piski, świadczyły o spędzeniu nocy, nie odczuwając głodu...
Kadrując ujęcie smutnego późną jesienią, mrocznie przeplecionego koszmaru drapliwych igielczo, konarów: nie mogła mieć świadomości, jak przenajszczersze zdziwienie, rozwiera ciemnoczekoladowość spojrzenia, utkwionego przez Nikonowski wizjer aparatu fotograficznego, napawającą zdumieniem, fascynacją: powodowaną zaparciem w krytej pod kurtką okazałości biustu, tchu: widokiem, kuźwa... no wyobraź sobie: lisa. Przesłodki zwierzaczek, leżał sobie przy jednym z korzenionym w żyzności ziemi, pni: przyglądając im się zaciekawieniem, powodującym, iż upuściła z przed uroczej twarzy aparat, niczym odsyłając do piekła fałszywego proroka, karmiącego umysł obłudą iluzji. Niby... to tylko zwyczajny, wszechspotykalny rudzielec, jednak... mimo wszystko, przez świadomość przemknęła myśl, iż... jakby "coś jest z nim nie tak".. sama nie wiedziała, z jakiego właściwie powodu, zaczęła tak uważać. Zwyczajnie: zwierzak... jest zupełnie dziki. Nie często spotyka ludzi, więc... chyba tylko z powodu bezpiecznej odległości, postanowił im się przyjrzeć... faktycznie: będąc lisem, przygląda się, jakby chcąc wykonać unik, przed ukąszeniem w twarz, dotkliwie bolesnym żądłem szerszenia?.. Zwłaszcza, jeżeli postronnie sprawia to wrażenie, jakby jednocześnie, zewsząd: atakował cały ich rój... Hmm... możliwe. Albo: wzrok przesłaniają mu źdźbła trawy, przeszkadzające w obserwacji, niczym autostradowy ruch, podczas przejścia na równoległy chodnik... Uspokojona tą myślą, powolnym konsternacją ruchem, ponownie uniosła aparat, na wysokość spojrzenia, starając się nie odrywać palca wskazującego od przycisku, wyzwalającego migawkę obiektywu. Gdy tylko utkwiła wzrok w optyce wizjera, widok planowanego nim kadru, spowodował, iż wbrem sobie, rozwarła seksownie wilgotne usta... szczerym zdziwieniem.
Puszyście rudy zwierzak, leżąc na brzuszku... przebierał łapkami w miejscu, ponadto: robił to w tak nienaturalny sposób, jakby w tylko sobie znanym celu: usiłował, kierując się w stronę wskazywaną przez obiektyw... przepłynąć stały ląd. Żabką. Nawet podnosił i opuszczał łepek, jakby chciał zaczerpnąć tchu, ponad lustrem wody. Zdecydowanie: cokolwiek innego, nie jest w stanie zobrazować lisich zamierzeń. Których obecność, powiodła pełne spekulacyjnych domysłów kroki, celem poznania ich niecodziennej przyczyny...
Zbliżywszy się parabolicznym obejściem potencjalnego niebezpieczeństwa sytuacji, utkwiły przeniknięte zdziwieniem spojrzenia, w desperacji rudofutrzastych dokonań, które, mimo zajadle szaleńczego tempa własnego zaistnienia, wyraźnie przynosiły sobą... zasadniczo mierny efekt, przesuwając sekwencją mijania kolejnych centymetrów, ułożony na ściółce, lisi bruszek. Chociaż, zdecydowanie niecodziennie dość bardzo dziwne, zwierzęce zachowanie, skłaniało do przemyśleń, nieustępliwie zaczęło wzbudzać... humorystyczne, okazane narastającym śmiechem, podejście: zwłaszcza wówczas, gdy "płynący po ziemi" lis, niespodziewanie zamarł, niczym klatka zatrzymana w chwili ujęcia oświetlającego fleszem, zwieszony wysiłkiem z pyszczka, język: obiektywu aparatu...po czym:.. wykonał salto. Lądując zgrabnym wykazaniem gracji, rozciągnął w ich stronę kark, wyraźnie ciągnąc nozdrzami, unikatowy zapach ludzkiego ciała... Odskakując o krok, po raz kolejny parsknęły śmiechem.
- Dobry jest, skurwiel! - wykrzyknęła Asia, poklepując zgrabną dłonią ramię Nikoli - zobacz, jaką słodką ma mordkę! - oznajmiła, tkwiąc w przyjaciółce udany rozczuleniem przejaw zakochania.
- Noo... tak. - westchnęła rezygnawczo Nikola, odgarniając z policzka falowany powiewem wiatru, niesforny kosmyk kruczoczarnych włosów - tylkoo... yyy... nie wiem: może jest wściekły, albo coś?.. - wiodła niepewną wypowiedź.
- A gdzie tam! Zobacz: nie pieni mu się pyszczek, nie jest agresywny, nie biega jak szalony... too:.. jak jest wściekły?!.
- Nie wiem. Jednak... - nie dane jej było skończyć.
Nim odnalazła w umyśle zobrazowanie słowami swoich własnych myśli, seksownie szczupła blondynka, przykucnąwszy: wyciągnęła dłoń w stronę spuszczonych po karku, lisich uszu, naprzemiennie pogwizdując i przemawiając do niego ckliwie przesłodzonym tonem: niczym knąbrna opiekunka, oczekująca premii za darzenie podopiecznego wzmożonym wachlarzem uczuć. W momencie, kiedy palce blondynki przeczesały miękkość futerka między uszkami, odniosła wrażenie, jakby "złego przeczucia", co spowodowało, że postanowiła zdecydowanym gestem, cofnąć napawającą się głaskaniem, smukłą dłoń...
- Widzisz? - oznajmiła Asia - jest niegroźny. Faktycznie, dziwny... jednak... - zamarła, z palcami spoczywającymi na lisiej głowie - Nikola. Co to, cholera: za dźwięk?!. - spytała, kierując konsternacje spojrzenia, za własne plecy.
Przeciągle sapliwe odgłosy pojękliwego rzężenia, docierały słuchu, jakby brzmiąc jednocześnie: zewsząd. Nie widząc przy tym źródła ich powodu, niemal jednocześnie zamarły wzrokiem w biało rudej maści, pyszczku... Niestety. To ten lis wydawał ów odgłos, nie spuszczając wzroku z punktu, zdającego się być postrzeganym dalece za ich plecami. Zdziwienie spowodowało, iż... obecnie wszyscy troje zdawali się postronnym wzrokiem, stracić dynamikę przemierzania codzienności. Zaintrygowana tym zjawiskiem, powagą precyzji ostrożności, cofała właśnie dłoń znad lisiej głowy... gdy niespodziewanie, szeregi ostrych ząbków, zacisnęły się na delikatności śródręcza, trwając monotonią bolesnego nacisku. Czuła, jak trą o kości, stanowiąc zimne, mokre uczucie: nie przejawiające ponadto jakiejkolwiek agresji. Żadnego szarpania, kolejnych, rozdzierających tkanki ugryzień... a jedynym, co mogła poradzić, było piskliwym poklepywaniem lisiego tułowia, oznajmiając, aby ją zostawił, puszczał... i cokolwiek innego, pozostającego zupełnie bez odzewu...
- Złap go za futro na karku! Trzymaj mocno i wstawaj! - rzuciła pospiesznie Nikola - podnieś go i uważaj na rękę!..
Usiłując przez panikę umysłu wykonać zleconą, prostą czynność, potrzebowała niespełna pół minuty, aby niespodziewanie przytakując głową, chwycić w prawą dłoń karb futra lisiego grzbietu, nie rozumiejąc czegokolwiek, jednak: jeżeli miało pomóc: zdecydowanie... postanowiła być ku temu skłonną, rozprostowując kolana, zechciała właśnie spytać o dalsze instrukcje... gdy potężny, jak na pięćdziesięciokilogramową brunetkę, kop: spoczął wzmocnionym blachą, trekkingowym butem, na lisim kręgosłupie, łupnąwszy w smukłość ubranych w sportowe legginsy, ud.
Pomimo miękkości lisiej skóry, poczuła, jak kilkukilogramowe ciało ogarnia bezwład, zdający się powodować przemijanie zimna mokrego uczucia bólu, zadawanego spoczywającymi w ciele, lisimi ząbkami. Sam szok spowodował, iż rozluźniła obie dłonie, pozwalając mu bezwładnie zwisać, nawet, gdyby własną masą, miał ciąć delikatność śródręcza, nieregularnością linii, zadanych ran: brnących w kierunku stonowanie głuchego odgłosu upadku truchła u stóp... oddychając głęboko, usiłowała odnaleźć ulgę pośród ustępującej wraz ze ściskiem lisich szczęk, paniki... odruchowo przyciskając ociekłą krwią dłoń, do własnych piersi, pozostawiając wsiąkłe w kurtkę, szelę plecaka, a także pasek aparatu, krzepnące purpurą, smugi...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania