Uniwersum Kasandry — Rozmowy na końcu świata - epizod 1/2

Przedmowa:

 

Hej! Dawno mnie tu nie było i wątpię, by ktokolwiek jeszcze mnie tu pamiętał.

Pozwolę sobie więc się przedstawić (lub re-przedstawić): jestem Arysto. Kiedyś byłem tu naczelnym bucem i myślałem, że pozjadałem wszystkie rozumy. Potem przyszła pokora. Teraz chcę po prostu być jeszcze jednym z Opowijczyków, który doda coś miłego do atmosfery forum; swoją twórczość.

 

Tekst, który umieszczam pochodzi z Uniwersum Kasandry, otwartego dla twórców projektu Michała Ochnika, o którym więcej tutaj: https://www.facebook.com/Uniwersum-Kasandry-105411897868565.

 

Oprócz tego tekst już w całości możecie znaleźć tutaj (w formie .pdfa, tekst jest łamany i z okładką graficzną oraz znakiem):

https://rozpisany.itch.io/

 

Jest to jednak jedynie opcja. Jeśli wolicie czytać na opowi, to też super i nie zwlekajmy tedy!

Drugą część wrzucę jutro (10.06). Zdecydowałem się podzielić tekst, ze względu na jego długość (28 stron maszynopisu).

 

__________________________________________________________________________________

 

Światologia

Uniwersum Kasandry (interpretacja Jakuba Chilimończyka).

Rozmowy na końcu świata

 

Rok 1

 

Mknął przez tapiserię światologicznych osobliwości — mgławic, pustek, uniwersów, końców i początków — do momentu, kiedy nagle wszystko stało się jedynie cieniem wpadającym do dziurki od klucza. Włącznie z nim samym.

Przecisnął się przez dziurkę od klucza i wylądował po drugiej stronie drzwi.

Tak właśnie działała światologia.

Rzeczywistość była drzwiami. A on wiedział, gdzie są dziurki na klucze.

Pierwsze rzeczy w nowym świecie zawsze były inne — do tego stopnia, że zdążył już sobie ukuć teorię, w której każdy światolog przy podróży ze świata do świata tak naprawdę umiera i rodzi się na nowo. Bo też takie miał wrażenie; nowo narodzonego, za każdym razem, kiedy wkraczał w nowe, nieznane uniwersa. Pierwszym odruchem zawsze był lekki wstrząs, jakby układ nerwowy próbował zsynchronizować się z nowym uniwersum. Pierwszy oddech smakował inaczej, jakby płuca dopiero się uformowały i były w stanie przyjąć to nowe, inne powietrze; pachniało trawą i heliosferą. Pierwsza myśl zawsze brzmiała obco i niezrozumiale, jakby umysł zdefragmentował się i poskładał na nowo, by wpasować się w zasady odkrytego świata.

Zand-i Wahman Yasn.

Nie rozumiał tych słów. Ale wiedział, że zrozumie.

Tak działał umysł światologa — dopasowywał się. Czasem trochę to trwało, ale ostatecznie to, co nowe i niezrozumiałe stanie się tym, co zaadaptowane i oczywiste. Oczywiście, do pewnego stopnia. W pełni zasymilować się ze światem mogli tylko niektórzy podróżnicy między światami, a on do tych niektórych nie należał. Dla niego świeże uniwersum stanie się po prostu kolejnym uniwersum.

Dlatego w tamtej chwili wciąż rozkoszował się zapachem nowości.

Postąpił kilka kroków, by przygotować się do kolejnego skoku i przy okazji rozejrzeć. Świat składał się z samotnej gwiazdy i orbitującej dookoła niej w kosmicznej pustce pojedynczej wysepki z ławką. Sądząc po kolorze gwiazdy, licznych protuberancjach oraz energetycznych tsunami, gwiazda umierała. Przy nagłym wyrzucie plazmy w przestrzeń światło zarysowało samotną sylwetkę siedzącą na ławce. Wyczuł w nieznajomej istocie towarzysza-światologa.

Zatrzymał się, ale nie dlatego że miał ochotę na rozmowę. Dla światologów miał wieści. W tych czasach każdy z nich był kurierem i posłańcem. Musiał przekazać wiadomość.

Podszedł do ławki i uchylił rąbka kapelusza.

— Czołem, partnerko — zagaił wesoło.

Kobieta spojrzała na niego w sposób, w jaki patrzy się na nieznajomych przerywających komuś wyjątkowo interesującą rozmowę — musiała poświęcić chwilę, by zwrócić na niego całość swej uwagi. Mrugnęła i przyjrzała mu się na nowo, ze szczególnym skupieniem oceniając jego strój.

— Rozróby szukasz? — parsknęła. — Z konia spadłeś?

Przygładził nerwowo zakurzony płaszcz. Fakt, odstawał od szeroko narzuconej mody towarzystwa światologów-akademików. W ich mniemaniu mundurem każdego światologa powinna być powłóczysta (nudna) szata, kostur (najlepiej taki z bezużytecznym, świetlistym kryształem), wielka księga pod pachą, wyraz twarzy jakby pozjadało się wszystkie rozumy i nieodzowne dwa kręgosłupy moralne, z czego jeden był zazwyczaj skodyfikowanym kijem w dupie opartym na tradycjach i dobrych obyczajach.

Te standardy sprawiały, że dosyć mocno wyróżniał się na tle innych światologów. Od małego upodobał sobie romantycznych zawadiaków, złodziejów w dobrej sprawie i szlachetnych łotrów. Więc kiedy tylko wylądował na świecie, gdzie taki styl był chlebem powszednim, spędził w nim rok, by się go nauczyć. Wyrobił sobie nawet sposób mówienia, który pasował do jego persony. Stał się światologiem-rewolwerowcem, chociaż z żadnego nigdy nie wystrzelił.

Przemoc nie była w jego stylu.

Po prostu cholernie lubił ten płaszcz i kapelusz.

Jak jednak widać, nie każdemu przypadł do gustu równie mocno, co jemu, ale zdecydował się nie podejmować tematu. Kiedyś się poznają na jego stylu. Póki co jednak postanowił porzucić kowbojską gadkę.

— Mam wieści — rzekł ponuro.

— A więc posłaniec. — Zmrużyła oczy podejrzliwie. Nie umknęło jego uwadze, że przesunęła dłoń delikatnie w stronę kostura. — Do mnie?

— Do wszystkich światologów.

Pokiwała głową wolno i westchnęła ciężko. Spojrzała na gwiazdę, jakby zastanawiała się, czy nie olać gościa i wrócić do wcześniejszego zajęcia, czymkolwiek ono było.

— Czyli to poważne.

Bardziej pytała niż stwierdzała.

— Tak, to poważne — rzekł z naciskiem. — Mogę? — Wskazał puste miejsce obok niej.

— A ja mogę? — Wskazała na niego palcem, a on zmarszczył brwi w niezrozumieniu. Wskazała na niego i na siebie kilka razy, zanim zrozumiał.

— Och. Jestem Viggo.

— Nie, nie jesteś.

— Słucham?

— Nie wyglądasz mi na Vigga.

— Ale to moje imię — zaperzył się. — Viggo.

— Nie, będę cię nazywała młody. Miło cię poznać, młody, jestem Ahura.

Spojrzał na nią z wyraźnym poirytowaniem i lekką groźbą, a było to spojrzenie, które długo ćwiczył przed lustrem w dalekiej przeszłości.

— Zatrważające — sarknęła. — Ale jeśli chodzi o aktorstwo, to już mamy tutaj jedną gwiazdę. — Wskazała na umierające słońce i uśmiechnęła się złośliwie.

— Skoro ja jestem młody, to ty będziesz stara — burknął.

— Jasne. — Wzruszyła ramionami. — To akurat do mnie pasuje najbardziej ze wszystkich określeń.

Przyjrzał się jej jeszcze raz. Wyglądała na całkiem młodą — może lekko starszą niż on — ale z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że w wielowersum ocenianie czyjegoś wieku poprzez pryzmat wyglądu jest czystą loterią. Widywał już wiecznie młode prastare istoty i organizmy, które starzały się w ciągu minut.

Usiadł obok i wpatrzył się w gwiazdę.

Nie mógł powstrzymać się do rozważań, czy Ahura jest starsza, czy też młodsza od niebieskawego słońca.

— To Stazzia — przedstawiła ciało niebieskie światolożka. — Jej z kolei twój płaszcz, kapelusz i rewolwery bardzo się podobają. Ale ona zawsze była niezbyt mądra — zarechotała.

Skinął tylko głową bez większego zainteresowania. Niewiele obchodziły go imiona rzeczy martwych.

— Światologia umiera — rzekł, starając się brzmieć informacyjnie.

— Czyli poważne — westchnęła ponownie. — W jaki sposób?

— Światy znikają. Jeden po drugim. Całe uniwersa zostały pożarte przez ciemność.

Próbowała ukryć zduszony chichot.

— Uważasz, że to zabawne, stara? — zapytał, patrząc na nią z mieszaniną zaskoczenia i ostentacyjnej oceny.

— Znikanie uniwersów? Nie. Nazywanie zagrożenia ciemnością, tak — odpowiedziała wciąż z rozbawioną miną. — To zawsze ciemność nadchodzi. Zawsze złe rzeczy biorą się z ciemności. Wiesz, co myślę, kiedy słyszę, że zagrożeniem jest ta wielka, straszna ciemność, młody? Że jesteście w ciemnej dupie i ciemność widzicie, bo nie wiecie, co próbujecie powstrzymać.

— Przynajmniej nie siedzę na dupie i nie marnuję czasu gapiąc się w umierającą gwiazdę.

— A w tej chwili co niby robisz? — warknęła nagle. Najwyraźniej poruszył czuły punkt. Odnotował to sobie.

— Przekazuję wieści. Światologia potrzebuje teraz wszystkich światologów. Również ciebie, stara.

— Więc siedzisz na dupie i marnujesz czas — odparła chłodno. — Ja nie zamierzam się stąd ruszać. Ciemność to nie mój problem, młody.

Otworzył usta, ale nic nie powiedział, więc je zamknął. Otwierał je i zamykał jeszcze kilka razy, próbując znaleźć jakiekolwiek słowa, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nie potrafił tego zrozumieć. Jak mogła tak zwyczajnie odrzucać tak wielką sprawę i wybierać… właściwie co wybierała w zamian?

Musiał ubrać to w najprostszą możliwą formę. Dla siebie.

— Więc nie pomożesz światologom powstrzymać zagrożenia, które może zniszczyć nas wszystkich, bo wolisz siedzieć tutaj i gapić się w gwiazdę?

— Sprecyzujmy coś, młody. Ja nie siedzę tutaj i nie gapię się w gwiazdę. Ja rozmawiam ze Stazzią.

Viggo zerknął w stronę rozpalonej powierzchni słońca, pewny, że umknęła mu jakaś istota, która być może żyła w koronie. Może to jakiś więzień w klatce energetycznej? Może jest niewidzialna? Może to byt, którego nie nauczył się jeszcze dostrzegać?

Po chwili jednak dotarło do niego: Stazzia to gwiazda, przecież Ahura przedstawiała ją wcześniej.

— Rozmawiasz z gwiazdą? — bąknął z niedowierzaniem, tonem, którego używał raczej w rozmowach ze świrami.

— Tak. To moja supermoc. Umiem rozmawiać z gwiazdami.

Jego mózg natrafił na wielką ścianę sprzeczności i niezrozumienia, więc odruchowo próbował sobie to poukładać.

— Słuchaj… Ahura — rzekł jej imię z naciskiem, sądząc, że to pomoże mu ją przekonać — jestem prostym facetem, który ceni sobie logikę i rozsądek…

— Więc jesteś tylko kolejnym facetem, który czegoś nie rozumie i próbuje sobie to przetłumaczyć na swoje.

— ...więc ujmę to logicznie i rozsądnie — kontynuował z zacięciem w głosie. — Miliardy tracą życie i ojczyste uniwersa, a ty masz zamiar siedzieć i rozmawiać z jedną gwiazdą.

— Ta gwiazda też umiera — zaprotestowała.

— Porównujesz wszechwersum do jednej, nieświadomej, nieżywej gwiazdy? — Oburzył się do tego stopnia, że musiał zdjąć kapelusz. — Jak w ogóle możesz to porównywać? To totalnie nielogiczne...

Obróciła się w jego kierunku, jej ciemne, niemal granatowe oczy emanowały czymś na kształt kontrolowanej złości.

— Powiem ci, gówniarzu, coś o tej twojej logice, którą tak sobie gębę wycierasz. — Dźgnęła go palcem w pierś. — Pierwsze: nie wszystko, co żywe i świadome musi wyleźć z waginy lub wykluć się z jajka. — Dźgnęła go jeszcze raz, mocniej. — Drugie: mam w dupie miliony, których nie znam. Ale nie mam w dupie Stazzi. Ona umiera i to mój obowiązek, by jej pomóc. I nie pieprz mi tutaj o większej sprawie, służbie w imię większego dobra. Mam pełną świadomość tego, jakiego dokonałam wyboru. Wybieram kogoś mi bliskiego wtedy, kiedy mnie potrzebuje niż ratowanie pieprzonych światów. I to jest dla mnie bardzo logiczne. Problem w tym, że dla ciebie nielogiczne jest wszystko, czego nie potrafisz zrozumieć, a z tego co mówisz wynika, że nie potrafisz zrozumieć prawie niczego. Więc spieprzaj stąd i wróć, kiedy zrozumiesz parę rzeczy. O ile nie skończysz jak reszta bohaterów. W grobie.

Spojrzał na nią z odrazą równie wielką, co jej zdenerwowanie. Pokręcił głową ze zrezygnowaniem, wstał i nałożył kapelusz posyłając jej długie, wymowne spojrzenie.

— Być może się jeszcze zobaczymy. W słuszniejszym miejscu — nie omieszkał dodać.

— Mam nadzieję, że to nie obietnica — warknęła i skupiła się z powrotem na gwieździe. — Och, zamknij się, Stazzia.

Uśmiechnął się półgębkiem.

Najwyraźniej Stazzia znów była po jego stronie.

Uciekł z tego świata z dziwnym poczuciem porażki… i rozczarowania.

O dziwo, najbardziej był rozczarowany sobą.

 

Rok 2

 

Z początku nie chciał tego robić.

Ale im bliżej tego uniwersum się znajdował, tym bardziej stawało się epicentrum jego myśli.

Ostatecznie doszedł do wniosku, że przecież nie zaszkodzi zajrzeć. Tak, przy okazji. Po sąsiedzku. A nuż zmieniła zdanie? Porządny zawadiaka przecież nie odrzuci żadnego sojusznika.

Tak, dokładnie po to tam się udał.

Szukać sojusznika.

Więc otworzył Światologię i, swoim, kompletnie niepotrzebnym zwyczajem, przełożył rozwartą dłoń do kart księgi niczym czarnoksiężnik z przeceny, skupiając się na tym, by skoczyć do tego świata.

Przecisnął się przez dziurkę od klucza.

I był po drugiej stronie.

Tym razem powietrze pachniało już znajomo. W umyśle odbiła się to samo echo, co za pierwszym razem; Zand-i Wahman Yasn. Znaczenie tego zdania było dla niego kompletnie obce — może to było przywitanie tego świata? — ale zapomniał o tych słowach kompletnie, kiedy rozpoznał sylwetkę siedzącą na ławce na tle samotnej gwiazdy. Stazzia, jeśli dobrze pamiętał.

Miał wrażenie, że ławka jest nieco dłuższa.

Podszedł nieśmiało, ściągając kapelusz i szybko spinając włosy w niedbały kucyk. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz je ścinał. Przydałaby się też wizyta u golibrody, bo poszarpany zarost przypominał już bardziej schowek na przekąski niż brodę.

— Hej — zagaił. — Ja, eee… wróciłem. Sprawdzić, co słychać. Czy zmieniłaś zdanie. I w ogóle.

Spojrzała na niego w ten sam sposób, jak wtedy — jak gdyby przerwał jej rozmowę. Tym razem jednak, kiedy mrugnęła i wróciła do rzeczywistości, jej oczy wypełniły się lekkim zainteresowaniem i zaskoczeniem.

Nie uszło jego uwadze, że nieco zmieniła styl. Powłóczystą szatę standardowego światologa zamieniła na kurtkę i podróżne spodnie, a kostur wymieniła na bardziej bojowy model, bez kryształków i zdobień, ale z skórzanymi rzemieniami po obu stronach.

Bał się, że mu nim przyłoży.

— Czyż to nie jest mój ulubiony wyznawca zdrowego rozsądku i logiki? — przywitała go siarczyście i złapała jego spojrzenie. — Tak, zmieniłam nieco wyjściówkę. Nie myśl jednak, że to twoja zasługa, młody.

Oczywiście, że przypisał sobie w całości to małe zwycięstwo.

— Wyznawca zdrowego rozsądku i logiki wita najbardziej samolubną istotę we wszechwersum — odgryzł się złośliwie.

— Ach, widzę, że twoja logika niezmiennie naprowadza się na błędne wnioski — nie pozostała mu dłużna. Miał wrażenie, że ta sprzeczka sprawia jej jakąś przyjemność. — Siadaj, pewnie jesteś zmęczony walką na froncie.

Nie ryzykował kolejnej riposty. Po prostu usiadł.

— Jak się miewa Stazzia? — zapytał, patrząc wprost w gwiazdę. Wydawała się świecić nieco słabiej niż poprzednim razem, a jej światło z niebieskiego przeszło w blady błękit.

— Dalej umiera — stwierdziła bezemocjonalnie. — Nieodzownie. W przeciwieństwie do światologii, nie ma na podorędziu armii wiernych wojowników — dodała zgorzkniale.

— Może jest coś, co możemy zrobić?

— Być przy niej. — Spojrzała na niego smutno. — Nie ma sposobu.

Jego mózg przez chwilę miał problem z wyjściem z trybu rozwiązywania problemów. Ostatecznie przyjął do wiadomości fakt, że najwyraźniej Stazzi nie da się uratować — Ahura z pewnością szukała sposobów… lub może szanowała wolę gwiazdy.

— Więc… jak się poznaliście? — zapytał, szczerze zainteresowany.

— To pierwsza gwiazda, która do mnie zagadała — uśmiechnęła się do wspomnienia — to dzięki niej… tak, tobie, Stazzia, odkryłam, że potrafię rozmawiać z gwiazdami. Wylądował tutaj, kiedy… — rozejrzała się, oczami wyobraźni odtwarzając krajobraz — ...kiedy orbitowało tutaj dookoła Stazzi znacznie więcej niż tylko ławka.

Pokiwał głową, próbując wyobrazić sobie, co też mogło znajdować się w takim świecie. Może jakiś wielki park?

— I o czym rozmawiacie?

— Och, wiesz, o chłopakach, zakupach, wyprzedażach, nowych sukienkach, modzie, biżuterii, makijażu…

Spojrzał na nią. Jej pokerowa twarz nie zdradzała absolutnie niczego.

— Kpisz sobie ze mnie — stwierdził z całą pewnością.

— No, proszę, jednak jesteś człowiekiem zdrowego rozsądku i logiki — zaśmiała się z udawanym podziwem. — Czegoś się nauczyłeś od ostatniego roku.

— Ten cały sarkazm doprowadził kiedykolwiek do czegokolwiek dobrego? — burknął, nieco naburmuszony.

— Tak, na światologiczne mistrzostwa sarkazmu.

— Serio?

— Nie.

Wywrócił oczami z zażenowania, a ona zarechotała jeszcze głośniej.

— Dobra, młody. Rozmawiamy o różnych rzeczach. Wymieniamy doświadczenia. Gwiazdy myślą inaczej.

— Podaj przykład.

— Nie.

— Nie?

— Nie. Nie streszczę ci tego, młody, w kilku zdaniach. To byłoby obraźliwe i niestosowne. To tak, jakbyś próbował ślepemu opisać kolor. Widzisz kolor. Wiesz, jaki jest. Znasz słowo go określające. Ale osoba, która go nigdy nie widziała, nigdy nie dowie się jaki to jest kolor. Niezależnie od tego, jakich słów użyjesz, to zawsze będzie tylko substytut. Ja urodziłam się z tym, że wiem, jak gwiazdy myślą. Dlatego mogę się z nimi komunikować.

— I może dlatego cała ta afera z ciemnością cię nie obchodzi?

— Teraz próbujesz usprawiedliwić moje decyzje zewnętrznym wpływem. Nie, młody. Ja podjęłam tę decyzję z mojej ludzkiej natury. Nie z tej gwiezdnej części.

Pokiwał głową nie patrząc na nią. Chciał ukryć rozczarowanie na twarzy.

Na moment zapadła cisza, przerywana tylko hukiem wyrzucanej w przestrzeń plazmy z korony słonecznej Stazzi.

— Jakie wieści z frontu? — zmieniła temat Ahura.

Wydarzenia z ostatniego roku wydawały mu się tylko zlepkiem kolejnych bezsensownych wydarzeń; wszystko zlewało się w nurt porażek jak mulista, śmierdząca rzeka.

— Nie najgorzej — rzekł w końcu. — Odkryliśmy, że światologia nie umiera w wyniku jakiegoś zjawiska naturalnego, implodowania światów czy entropii… Stoi za tym jakiś czarnoksiężnik. A przynajmniej on pchnął ten proces do przodu. Mocno do przodu.

— Ha — sapnęła z lekkim zaskoczeniem. — To chyba dobre wieści? Jestem w stanie wyobrazić sobie gorsze rzeczy. Czarnoksiężnika da się zabić.

— Zaatakował Rdzeń. Z zewnątrz.

— No teraz to ty sobie ze mnie kpisz.

— Nie. Widzisz tę twarz? — Przejechał palcem wzdłuż swojej facjaty. — Zero sarkazmu. Pełna powaga.

— Żałuję — mruknęła. — Co ze Rdzeniem?

— Przeżył. Jakiś światolog-samouk powstrzymał złodupca i wyruszył na poszukiwanie rozwiązania. Dante… albo Kant… Coś takiego.

— Pewnie jakiś heros od siedmiu boleści — podsumowała pogardliwie Ahura. — Z drużyną innych herosów.

— Pewnie tak.

— A ty? Co robiłeś? Też byłeś herosem?

— Udałem się do najbardziej zagrożonych światów i próbowałem je przesiedlić — podsumował w jednym zdaniu wszystkie swoje starania Viggo. Gdyby chciał, mógłby z tego wymodzić książkę lub nawet kilka tomów lekko podkolorowanej, przygodowej biografii… ale nie widział za bardzo sensu. Wolał zostawić pisanie tym, którzy potrafią pisać. — Kilka razy prawie dotknąłem tej… pustki. Ciemności. Chociaż teraz nie nazywamy już tego ciemnością.

— A jak?

— Horyzontem cienia.

— Wiesz co — skrzywiła się z wielką niechęcią — nie będę nazywała tego horyzontem cienia, to najbardziej dramatyczna i buńczuczna nazwa, jaką słyszałam.

— Hej, sam to wymyśliłem! — oburzył się. — Specjalnie po to, by nie nazywać tego ciemnością.

— Więc to ty nazywasz to horyzontem cienia, a nie wszyscy? — Zawyła szyderczo. — Poetycko, młody!

— No to dawaj — rzekł prowokująco. — Daj twoją nazwę.

— Odkurzacz — zażartowała. — Wsysa światy, nie?

— Serio, daj swoją nazwę.

— Coś się tak czepił? Nie ja tutaj muszę…

— No bo nie masz nic lepszego.

— Serio? Tak chcesz mnie sprowokować?

— Przecież widzę, że nie masz. — Wlepił w nią triumfalne spojrzenie. — Zero pomysłów.

Wyraz jej twarzy zdradzał aż nadto, że znów uderzył w czuły punkt. Viggo nie wiedział jeszcze, że absolutnie nikt nigdy w życiu każdego uniwersum nie powiedział Ahurze, że nie ma pomysłów.

To była jedna z tych rzeczy, których się zwyczajnie nie robiło. Jak odmawianie babci dokładki lub odbieranie dziecku kieszonkowego, które już się wręczyło.

— Światocień — rzuciła po chwili namysłu, a w jej głosie brzmiała ostrożność tak wielka, jakby stawała co najmniej naprzeciwko komisji egzaminacyjnej. — Światocień. To coś gasi światy. Sprawia, że znikają. Jest cieniem, który...

— To nawet nie jest słowo — wyśmiał ją z wyrazem złośliwej satysfakcji wymalowanym od ucha do ucha. — Nie, odpada.

— To jest słowo, tylko wymyślone tu i teraz, a nie setki lat temu przez jakiegoś domorosłego pisarza.

— Ale ty to zmyśliłaś…

— Każde słowo jest zmyślone, panie rozsądek i logika! — Zaperzyła się i zmarszczyła brwi, wyraźnie poirytowana. — Nawet twoje imię. Powiem ci nawet więcej, każde słowo to fikcja. To tylko wytwór czyjejś wyobraźni powstały po to, by opisać to, co widoczne. A czasem widoczne i niekoniecznie prawdziwe. A czasem niewidoczne i nieprawdziwe. Albo niewidoczne i prawdziwe.

— W jakiejś mądrej książce to przeczytałaś? — mruknął, niechętnie przyznając jej w duchu rację.

— Spróbuj kiedyś. Może czegoś się nauczysz — odcięła się i zmieniła temat. — I jak poszła ta ewakuacja światów?

Pamiętał ludzi znikających za ciemnością. Uparciuchów, którzy w ogóle mu nie uwierzyli dopóki nie było za późno. Tych, którzy poszli za nim jak za prorokiem. I tych, którzy na końcu próbowali go jeszcze zabić lub złożyć w ofierze. Tych, którzy byli przerażeni i tych, którzy byli na tyle odważni, by do samego końca zostać w swoim domu i umrzeć wraz z nim.

— Różnie. Część udało się uratować.

— Większą część czy mniejszą część?

Nad tym wolał się nie zastanawiać.

— Część — odparł, starając się brzmieć neutralnie. — Starałem się tylko ich wyrwać ze szponów tego… światocienia. Ale i tak patrzyłem, jak część znika za… nie wiem… granicą, by nie być poetyckim — rzucił lekko złośliwie.

— A ty próbowałeś ocalić ich przed ciemnością i poprowadzić w kierunku światła.

O dziwo, nie kpiła. Nie żartowała. Nie szydziła. Nie w tamtym momencie. W tamtych słowach było coś prawdziwego.

— Tylko nie załóż własnej religii przypadkiem — dodała szybko, kiedy poczuła, że zrobiło się zbyt poważnie. — Wiesz jak to jest, kiedy światolog pojawia się na niebie w jakimś prymitywnym świecie… Od razu wplatają go do panteonu. Nie chcę, byś gdzieś został bożkiem rozsądku i logiki, ten świat będzie zgubiony.

Zaśmiał się. Szczerze.

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz się zaśmiał.

— Musiałem ich użyć. — Poklepał ostrożnie broń. — Niezbyt przyjemny dźwięk.

— Domyślam się. Wybacz, że nie zapytam. Nie chcę za bardzo rozmawiać o śmierci. — Skinęła ruchem głowy w kierunku Stazzi. — Rozumiesz, młody.

— Przestaniesz mi mówić młody?

— Jak przestaniesz być młody — odparła z uśmiechem. — Zanosi się na to?

Nie odpowiedział. Czuł, że powinien już iść. Miał zadanie do wykonania.

Przypomniał sobie, że przecież wpadł tutaj po sojusznika.

— Nie zmieniłaś zdania, prawda? — zapytał niemal grobowym tonem. — Nie pomożesz?

— Nie — odparła bez zastanowienia. — Już ci to tłumaczyłam.

Westchnął i założył kapelusz.

Czuł, że czas na niego.

Ale z jakiegoś powodu został na ławce.

— Stara?

— No?

— Mogę posiedzieć tu jeszcze przez chwilę?

Spojrzeli po sobie. I w tym spontanicznym ułamku szczerości zobaczyli, że oboje są jednakowo przerażeni. Z innych powodów.

Odwróciła wzrok, a jej oczy zaszły czymś w rodzaju świetlistej mgły.

— Jasne. Ale będę teraz rozmawiać ze Stazzią.

— Będę cicho. Chcę po prostu posiedzieć.

Rozsiadł się wygodniej na ławce i spojrzał wprost w gwiazdę. Być może mu się zdawało — należał jednak do facetów o dosyć bogatej wyobraźni — ale zdawało mu się, że między nim a Stazzią strzeliła iskra zrozumienia. Nie potrafił nazwać tego uczucia ani nawet odnaleźć jego źródła, ale kiedy wpatrywał się w płonącą na tle pustki kulę, miał wrażenie, że ktoś go pojmuje.

Nawet jeśli tylko przez tę krótką chwilę.

— Dzięki, że wpadłeś, młody.

 

Rok 3

 

Wyobrażał sobie z nią już tyle rozmów, że miał wrażenie, jakby ją poznał na wskroś.

A jednocześnie nie znał jej prawie w ogóle.

Odegrał już w głowie setki scenariuszy, miał gotowe riposty na każdą jej wredotę i złośliwostkę, stworzył cały zestaw pytań, które szczerze go ciekawiły i miały podtrzymać rozmowę na nieco dłużej niż te kilkanaście minut.

Zdawał sobie jednak sprawę, że rozmawia tylko z własnym wyobrażeniem Ahury. Ale między poprzednim a następnym spotkaniem rzeczywistość nie miała do zaoferowania nic lepszego.

Tym razem jednak czuł się gotowy. Miał prowiant. I wino.

Przecisnął się przez dziurkę od klucza.

Zand-i Wahman Yasn.

Zignorował tę myśl.

Automatycznie spojrzał na miejsce, gdzie poprzednim razem dostrzegał sylwetkę siedzącej na ławce Ahury.

Ale tym razem ławka była pusta.

Obok niej stały uchylone drzwi. Zdawały się prowadzić donikąd, samotna framuga zawieszona w przestrzeni, ale snop światła ścielący się płasko na trawie zdradzał, że coś było po drugiej stronie.

Nawet jeśli druga strona nie znajdowała się w tym świecie.

Ruszył w ich kierunku, przy okazji dostrzegając, że coś dzieje się ze Stazzią — niebieskawa gwiazda zachowywała się bardziej jak dogorywająca żarówka, migając i zmieniając jasność. Wyrzucała z siebie łuki plazmy w przestrzeń, ale były zbyt słabe i małe, by sięgnęły samotnej wysepki z ławką i drzwiami. Poza tym miał wrażenie, że gwiazda nie uszkodziłaby w żaden sposób tego miejsca.

Choćby ze względu na Ahurę.

Dopadł do drzwi. Wpasowana we framugę wyrwa w materii tego świata prowadziła do schodów — długich, metalowych i niknących w ciemności.

Zawahał się przez moment, klepnął dla pewności rewolwery przy pasie, zostawił zestaw piknikowy i zaczął schodzić na dół.

Czuł się jakby przechodził przez wyjątkowo ciasną, nieprzyjemną i przeciągającą się dziurkę od klucza. Korytarz zacieśniał się na jego ramionach, metaliczny, prostokątny i techniczny do bólu — taki, którego nikt nigdy nie miał ujrzeć oprócz twórców tego uniwersum. Równie dobrze na drzwiach mogła wisieć tabliczka tylko dla personelu.

Schody zaprowadziły go do pomieszczenia, wielowymiarowej przestrzeni z dziwnymi komorami w których skrzyły się świetliste kule o nieznanym mu przeznaczeniu. Przysiągłby, że są to miniaturowe gwiazdy, ale nie ufał w tamtym momencie ani własnej intuicji, ani — tym bardziej — intelektowi.

Pośrodku tego wszystkiego stała Ahura, próbując swoim kosturem przepchnąć miniaturowy zbiornik z czymś, co przywodziło na myśl świetliki lub miniaturowe słońca; najwyraźniej utknął w mechanizmie wprowadzającym go do komory.

— Pomóż mi, młody — sapnęła ciężko, kiedy tylko go zobaczyła. Otarła pot z czoła. — Haruję tutaj już kilka dni, brakuje mi sił.

Skinął głową.

— Co mam zrobić? — zapytał, przyglądając się bliżej maszynerii.

— Po prostu to wepchnij — powiedziała słabo. — To ostatni element powstrzymujący Stazzię przed… — urwała na moment, sapnęła ciężko — ...no wiesz.

— Śmiercią?

Świat dookoła nich zatrząsł się w posadach i zagrzmiał, jakby coś zaczęło rozrywać go od wewnątrz.

— Eksplozją — wyjaśniła.

— To się lepiej pośpieszę.

Przyjrzał się pojemnikowi z miniaturowymi słońcami i, nie mając lepszego pomysłu, naparł z całej siły na niego.

Ani drgnął.

— Pomysłowo — sarknęła.

— Masz lepszy pomysł?

— Wygląda na to, że zaczepiło na dobre o ten dzyngs. — Stuknęła kosturem jeden z metalowych haków, który pewnie miał zwolnić. Nie umknęło jego uwadze, że ruchy Ahury były powolne i ostrożne, jakby bała się, że zaraz zemdleje. — Trzeba coś z nim zrobić.

Viggo przyjrzał się dzyngsowi.

I podjął jedyną decyzję, jaką mógł podjąć światolog-rewolwerowiec.

— Odsuń się — rzekł bardzo poważnym tonem, dobywając broni. — Muszę to przestrzelić.

— A śmiało.

Nie potrafił stwierdzić, czy było jej wszystko jedno, czy też była tak pewna wytrzymałości zbiornika.

Wycelował i nacisnął spust.

Bang.

Hak odskoczył, metalowe szczypce wygięły się pod dziwnym kątem i zawisnęły na kilku nitach.

Pojemnik wskoczył na swoje miejsce, maszyneria porwała go w swoją gardziel. Resztę jego losów mogli domyślić się tylko z dźwięków i szczęków, które rozległy się dookoła.

Ahura oparła się o niego.

— Co tam słychać u bożka logiki i rozsądku? — zażartowała. Spod warstwy sarkazmu przebijała wdzięczność. — Masz coś do żarcia? — dodała poważniej.

— Jak każdy rozsądny facet, tak, mam coś do żarcia — odparł z uśmiechem i przytrzymał ją. — Skończyliśmy tu? Stazzia ma się ok?

— Kupiliśmy jej trochę czasu — rzekła ze smutkiem. — Ale tak. Skończyliśmy tu.

Wskazał w stronę schodów. Skinęła tylko głową.

Krok po kroku pokonywała każdy stopień, jakby zdobywała za każdym razem jakiś szczyt. Jej ruchy zdradzały zmęczenie tak wielkie zmęczenie, że Viggo zdążył już po drodze wymyślić kilka wymówek, które pozwoliłyby mu szybko czmychnąć, zostawić jej jedzenie i wino, a także dać spokój na regenerację.

Opadła na ławkę ciężko jak worek kamieni i odchyliła głowę do tyłu.

— Myślałam, że to się nigdy nie skończy — mruknęła bardziej do siebie niż do niego.

Viggo odpakował prowiant z koszyka i podsunął jej pod nos. Spojrzała na qoichę — danie z pewnego egzotycznego świata, który słynął z intensywnych przypraw i niezwykłych ingrediencji do potraw — i uniosła brwi.

A ledwie sekundę później pochwyciła ją i zaczęła się napychać.

Sam ugryzł niemrawo kawałek i cieszył się w ciszy smakiem. Starał się ograniczyć swoją obecność do minimum, by mogła odpoczywać w spokoju.

— Dzięki, Viggo — mruknęła pod nosem. Jej wzrok przypadkowo spoczął na koszyku z innymi przekąskami i winem. Zaśmiała się lekko. — Ach, cholera, przepraszam, zepsułam randkę?

— Nie no, coś ty, stara — odpowiedział żartobliwym tonem. — I tak mnie wystawiła. Wiesz, to jedna z tych karierowiczek. Skupiona na sobie. Robi w konsultacjach solarnych. Podobno gada z gwiazdami.

— A to menda. Takiemu kawalerowi odmawiać? Czekaj, niech no ja ją dorwę...

— Nie wie, co straciła. — Wzniósł toast swoją qoichą. — Żarcie wprost ze świata Amaradynu!

— No cóż, postaram się ją godnie zastąpić — parsknęła i podniosła wino. — Nie znam się za bardzo. Dobre?

— Szczerze, to też nie wiem. Po prostu porwałem jakieś z droższej półki.

Zamilkła na moment. Spoglądała to na wino, to na koszyk, to na drzwi i Stazzię, by w końcu spojrzeć na Viggo z czymś niezidentyfikowanym w oczach.

— Dziękuję — powiedziała miękko. — Doceniam to. Naprawdę.

Zakłopotał się. Bardziej niż myślał. Nie pomagało to, że właśnie wziął duży kęs qoichy i nie mógł jej odpowiedzieć od razu bez opluwania jej sosem i kawałkami virro, więc ciamkał pośpiesznie, dając jej do zrozumienia, że lada moment coś sensownego z jego ust padnie.

— Wiesz — postanowiła sama rozładować powagę — gdybyś stosował takie techniki rekrutacyjne od naszego pierwszego spotkania, to może nawet bym rozważyła to całe ratowanie światologii.

Przełknął. Był dziwnie zirytowany tym, jak długo potrafi zajmować coś tak prozaicznego jak żucie. Stracił okazję na żart, ripostę i wykorzystanie tej krótkiej chwili, kiedy Ahura była w swojej najbardziej przyjaznej formie.

Przeklął w duchu na czym światologia stoi.

— Mówisz? — podjął wątek z braku lepszego pomysłu. — Alkohol i darmowe żarcie?

— Uwierz mi, Viggo, wiele istot we wszechświecie można przekupić darmowym żarciem i alkoholem. Zwłaszcza alkoholem.

— Mhm.

Siedzieli przez chwilę w ciszy, ciesząc się jedzeniem.

I, po raz pierwszy, swoim towarzystwem.

Nie mógł się powstrzymać od nerwowego zerkania w czeluść półotwartych drzwi. Miał wrażenie, że z ciemności zaraz coś wypełznie.

— Byłeś w sercu tego świata — wyjaśniła, widząc jego spojrzenie. — W sercu Stazzi.

— Pierwszy raz spotykam się z czymś takim. — Zmarszczył brwi, przeczesując swoje wspomnienia z licznych podróży. — Wiele światów coś takiego ma?

— Nie wiem. — Wzruszyła ramionami, chrupiąc kiszonego ogórka. Wyglądała w tamtym momencie jak mocno skacowana studentka akademii światologicznej zaraz po intersemestralnych kolosach. — Wiem, że ten ma. Coś na kształt mechanizmu, który można naprawić.

— Co było w tych pojemnikach?

— Paliwo.

— No dobrze — rzekł cierpliwie. — A skąd to paliwo?

— Z innych gwiazd.

Spojrzał na nią. Unikała jego wzroku.

— Wyjaśnij.

— Wolałabym nie.

— Skąd to paliwo?

Twarz Ahury przybrała wyraz wątpliwości i wyrzutów sumienia.

— Stąd.

— Pieprzenie — warknął ostrzegawczo. — Wiem, że nie siedzisz tu cały czas. Gdzieś zmieniasz ubrania i to nie jest tutaj. Gdzieś jesz. Gdzieś sypiasz. Gdzieś tam może masz nawet dom. Albo przynajmniej przystań. I mam przeczucie, że to paliwo nie jest stąd. Więc pytam: skąd jest to paliwo?

Odkorkowała wino i wypiła trochę.

Podała mu butelkę, potrząsnęła znaczącym gestem.

Przyjął.

Było słodkie i cierpkie.

Nie w jego stylu.

— Paliwo składa się z miniaturowych gwiazd.

Dreszcz zbiegł mu po plecach. Miał przeczucie, dokąd to zmierza.

— Ze światów takich jak ten — kontynuowała. — Pustych. W których żyją tylko gwiazdy. Z jedną lub dwoma kawałkami skały, po której można stąpać. Może z jakimś abstrakcyjnym miasteczkiem. Zazwyczaj opustoszałym.

Milczał. Wpatrywał się w Ahurę, a wątpliwości przeszły na jej twarzy w obojętność. Najwyraźniej pogodziła się z tym, co robi.

— Poświęciłam kilka pustych światów, by odżywić Stazzię — rzekła tak, jakby opowiadała co kupiła w spożywczaku. — Potrafię to robić. To moja… druga supermoc. Wyjątkowe hokus-pokus.

Spojrzała na niego.

Nie prosiła o wybaczenie, ani nawet o zrozumienie. Nie czuł nawet, jakby powierzała mu jakąś tajemnicę.

Po prostu… wykładała mu, co musiała zrobić.

A on, w całej konsternacji, najbardziej skonfudnowany był faktem, że… nie wiedział, co czuć. Jak zareagować. Być oburzonym? O co? O puste światy, kiedy w czasie ich rozmowy gdzieś tam nikną tysiące zamieszkałych? Ale czy fakt, że światocień pochłania całe uniwersa usprawiedliwia Ahurę?

To osobista sprawa.

Ale czym była osobista sprawa wobec sprawy całej światologii? Wobec wszystkich spraw?

Mętlik w głowie sprawił, że musiał odłożyć jedzenie do koszyka, by nie upadło na ziemię.

Musiał ubrać to w najprostszą możliwą formę

— Światy, które… zabiłaś — rzekł z rozmysłem — były puste?

— Tak.

— Pewna jesteś?

— Tak, młody. Wiem, co robię. Mam tego pełną świadomość.

— I rozmawiałaś… z tymi gwiazdami?

— Tak.

— I zgodziły się na to?

— Nie wszystkie. Przykro mi, młody.

— To były jakieś młode światy?

— Nie. Wybierałam te dogorywające.

— Takie jak ten.

— Tak — przyznała z trudem. — Takie jak ten. Jakie to ma znaczenie, Viggo? Skoro i tak, jak mówiłeś, po wszystko przyjdzie ciemność?

— Światocień — poprawił ją złośliwie. — I nie wiem, czy przyjdzie. Robimy, co możemy.

I faktycznie, od początkowego fatalizmu oddzielały go już mury nadziei i wykorzystanych w tej wojnie szans, które powoli przechylały szalę zwycięstwa na ich stronę.

Daleko jednak było do świętowania.

— Czyli zabiłaś gwiazdy i uśmierciłaś światy. Niczym światocień — podsumował sobie. — Czasem wbrew ich woli. By utrzymać przy życiu Stazzię.

— Tak, jestem jak światocień tylko na mniejszą skalę — przyznała bez emocji. — Powtarzaj to sobie, ile chcesz. To dalej będzie brzmiało to samo.

I faktycznie, nieważne ile razy przemielił tę informację w głowie, dalej nie potrafił jej ogarnąć. Może kiedyś, kiedy spojrzy na to wszystko z perspektywy czasu. Zdystansuje się. Może wtedy.

Ale nie dzisiaj.

— A co Stazzia na to? — Szukał kolejnych pytań, mając nadzieję, że któreś z nich rzuci odrobiny cieplejszego światła na tę sprawę. — Coś musi o tym przecież sądzić.

— Ta stetryczała starucha nie ma nic do gadania — ucięła sucho Ahura.

— Czyli jest przeciwna?

— Nie jest przychylna — odpowiedziała niechętnie.

Spojrzał na niebieskawą gwiazdę. Zastanawiał się, co by się wydarzyło, gdyby wyciągnął rewolwer i strzelił w jej stronę.

— Widzi, że jesteś wkurwiony — powiedziała Ahura. — Mówi, że masz rację.

— Nie wiem, stara — rzekł ciężko, poddając się w duchu.

Nie miał siły o tym myśleć.

Nie był wystarczająco mądry, by zrozumieć ani wystarczająco zarozumiały, by to ocenić.

W ogóle nie miał ochoty już tutaj być.

Czar prysnął jak bańka mydlana.

— Idź, jeśli musisz — powiedziała cicho Ahura. — Lub zostań, jeśli chcesz. Muszę się przespać… ale docenię też, jeśli po prostu chwilę ze mną posiedzisz. Aż zasnę.

— Zostanę — stwierdził po chwili wahania. — Spróbuj zasnąć.

Skuliła się na ławce. Podał jej kapelusz jako poduszkę.

Trudno. Znajdzie inny. Bardziej stylowy.

— Dzięki — mruknęła. — Jak na froncie? Jak idzie walka z końcem świata?

— Ten cały Dante, który uratował wcześniej rdzeń? Został wymazany z rzeczywistości przez lewiatana — zaczął opowiadać. — Paszczę Mobiusa. Potem wrócił, jakimś cudem… Popieprzona akcja. Ja w tym czasie próbowałem odnaleźć jakieś przydatne Myśli Wyblakłe… Wiesz, te, których nie możesz zapamiętać? Ale bez skutku. Natknąłem się tylko na jakieś dziwne kulty Merlina i teren działań Le Sistemo Kontrau… O, i brałem udział w bójce barowej! Takiej jak w tych wszystkich opowieściach przygodowych...

Opowiadał dalej, ale Ahura już go nie słuchała.

Zasnęła.

 

Koniec części 1

 

___________________________________________________________________________________

Jeśli tekst przypadł ci do gustu, rozważ wsparcie mnie na fp: https://www.facebook.com/rozpisanyjakubchilimonczyk

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (16)

  • Shogun 6 dni temu
    No proszę proszę, będzie co czytać :) Z racji tego, że tekst długi, wpadnę później, gdy dzień mi więcej czasu udostępni ;)
  • Arysto 6 dni temu
    Super, dzięki <3
  • Shogun 4 dni temu
    Arysto Tak jak powiedziałem tak też jestem :)

    Cóż, na sam początek muszę powiedzieć, że czyta się świetnie. Nawet nie wiem kiedy mi przeleciało te czternaście stron :)
    Co do błędów to żadnych nie zauważyłem, a nawet jeśli bym zauważył, gdyż nie mają znaczenia wobec takiej historii :)
    Bardzo ciekawie wykreowany świat, jak i sama fabuła. Bo niby prosta rozmowa na ławce, ale nie do końca. W prostocie jest to coś :)
    Cóż, osobiście sądzę, że podejście Ahury i sposób myślenia można jak najbardziej usprawiedliwić i zrozumieć. W końcu zazwyczaj cenimy bardziej to co znamy, poprzez wszelkiego rodzaju "połączenia" i pewnego rodzaju sentymentu, emocji czy nawet uczuć, od tego co nam nieznane. W końcu Ahura traktuję Stazzię jak przyjaciółkę i zapewne zna ją o wiele wiele dłużej niż się Viggo wydaje.
    Co do Viggo, to z początku był dość twardy i nieustępliwy w swoich przekonaniach, ale z biegiem czasu się zmienił, zaczął bardziej przejmować się losem Stazzi jak i samej Ahury. Kto wie, może dojdzie do takiego momentu, że sam będzie szukał sposobu na jej ratunek, pomimo, że to niby nie możliwe, ale w końcu, czy w takim świecie cokolwiek jest niemożliwe? No nie wydaje mi się ;)
    Bardzo intrygująca jest kwestia tych słów, które Viggo słyszy zawsze gdy przybywa do tego świata. Mam pewną teorię, a mianowicie, że to po prostu głos samego świata, lub po prostu głos samej Stazzi.
    Ciekaw jestem czy coś z tego o czym mówiłem okaże się prawdą :)
    Podsumowując, bardzo przyjemna lektura wywołująca przemyślenia i skłaniająca do refleksji nad samym tekstem, ale również i nad tym co jest dla człowieka priorytetem, ogół czy indywiduum i co powinno nim być.
    Pozdrawiam serdecznie :)
  • Arysto 2 dni temu
    Shogun Hej, dzięki, że zajrzałeś <3

    Całe opowiadanie było w naturze proste, więc cieszę się, że to wyszło. Po prostu inne spojrzenie na apo i post-almost-apo.

    Co do Zanda-i Wahman Yasn to wziąłem to jest to średniowieczny apokaliptyczny tekst zoroastryjski. Polecam :)

    Ja traktowałem to jako przepowiednie (tym bardziej, że rozwijał będę ten koncept potem w Uniwersum Kasandry), ale interpretacja jest dowolna. To właśnie zajebiste w tym projekcie, że nic nie jest kanonem i nic nie jest pewne.

    Cieszę się, że się podobało i miłego dnia!
  • Baba Szora 6 dni temu
    Bardzo dobrze się czyta.
    Wciągające.
  • Arysto 6 dni temu
    Dziękuję! :) jutro część druga, zapraszam ponownie ;D
  • Ellie Victoriano 6 dni temu
    Arysto! Ja cię pamiętam, ŚlepczeZMetra 🤣
    Obiecuję przeczytać i zostawić komentarz.
  • Arysto 6 dni temu
    Awww, ktoś mnie pamięta jeszcze ze starego nicku <3
    Dziękuję :D
  • Ellie Victoriano 5 dni temu
    "W ich mniemaniu mundurem każdego światologa powinna być powłóczysta (nudna) szata, kostur (najlepiej taki z bezużytecznym, świetlistym kryształem), wielka księga pod pachą, wyraz twarzy jakby pozjadało się wszystkie rozumy i nieodzowne dwa kręgosłupy moralne, z czego jeden był zazwyczaj skodyfikowanym kijem w dupie opartym na tradycjach i dobrych obyczajach." ~ Jak mi brakowało tego typu tekstów 🤣

    "— Ten cały sarkazm doprowadził kiedykolwiek do czegokolwiek dobrego? (...)
    — Tak, na światologiczne mistrzostwa sarkazmu.
    — Serio?
    — Nie." ~ Kocham XD

    "To tak, jakbyś próbował ślepemu opisać kolor. Widzisz kolor. Wiesz, jaki jest. Znasz słowo go określające. Ale osoba, która go nigdy nie widziała, nigdy nie dowie się jaki to jest kolor. Niezależnie od tego, jakich słów użyjesz, to zawsze będzie tylko substytut. Ja urodziłam się z tym, że wiem, jak gwiazdy myślą. Dlatego mogę się z nimi komunikować." ~ Aż mi się to skojarzyło ze "Smoczym księciem"...

    "— Czyli zabiłaś gwiazdy i uśmierciłaś światy. Niczym światocień — podsumował sobie. — Czasem wbrew ich woli. By utrzymać przy życiu Stazzię." ~ "Po śmierci będziemy oceniani poprzez nasze powody i chęci, a nie nasze czyny" ~ The 100

    Mnie się tam szybko czytało, trzeba więcej stron, by mnie wystraszyć 🤣 Bardzo przyjemne opowiadanie, momentami zabawne, momentami powiedziałabym nostalgiczne. Czynu Ahury nie powinniśmy oceniać, bo kto wie, co my byśmy zrobili w jej sytuacji? Pewnie większość z nas chciałaby ratować ukochaną osobę nawet wbrew jej woli.

    No i więzi pomiędzy Stazzią-Ahurą i Ahurą-Viggo wyczuwalne,mimo że Stazzia w sumie nie odzywa się ani jednym słowem.

    Czekam na nexta, by od razu zostawić kom na opowi.
  • Arysto 5 dni temu
    Ellie Victoriano Brakowało mi takich komentarzy :D

    Niestety, nie czytałem (albo oglądałem) "Smoczego księcia..." ani nie oglądałem The 100, ale mniemam, że są to pozytywne przytoczenia <3

    Wrzucam drugą część!
  • Ellie Victoriano 5 dni temu
    Arysto, tak, bardzo pozytywnie, szczególnie "Smoczy książę" będący w sumie bajką dla dzieci, z której powinni uczyć się dorośli. Oba seriale są na netflixie, gdyby cię zaciekawiły 😊
  • Angela 6 dni temu
    " Dawno mnie tu nie było i wątpię, by ktokolwiek jeszcze mnie tu pamiętał." - Serio? Demencja jeszcze nie tak
    zaawansowana, a nie wszyscy starzy zniknęli z opowi : )
    Tekst czyta się świetnie ( niczego innego się nie spodziewałam ), tylko faktycznie sporo jak na jeden raz, dlatego
    czytam na raty.
  • Arysto 5 dni temu
    Oj tam, chciałem się przedstawić raz jeszcze ;D Miło, że pamiętacie <3

    Dziękuję za komplementy (a za ten nawet podwójnie <3).
    Jasne, rozumiem - każdy czyta jak lubi, ważne, by chłonąć z przyjemnością :)
  • Nazareth 5 dni temu
    Bardzo przyjemny oniryczny wstęp. Później tylko lepiej. Takie przemieszanie Herberta, Lema i Adamsa. Kupuję SF w takim wydaniu - tajemnicze, pełne wątpliwości ontologicznych, ale zrozumiałe i niepozbawione współczesnej atrakcyjności. Ale żeby nie było tak słodko: dialogi mógłby być bardziej żywe, w kilku miejscach miałem wrażenie, że są zbyt celowe (względem ukazania charakteru postaci, albo pchnięcia fabuły) a za mało naturalne. Ale to do wyszlifowana.
    Miło było znowu przeczytać coś twojego, Ślepy.
  • Arysto 5 dni temu
    Ciebie miło tutaj widzieć, Naz :D

    Dzięki za krytykę -- zawsze dobrze wiedzieć, gdzie trzeba doprasować. No i cieszę się, że przywołałeś do mojego opowiadania tak wielkie nazwiska, zwłaszcza, że pisałem to, kiedy czytałem akurat Diunę i myślałem o Myślącej Planecie Lema. Wyobraźnia bez inspiracji to jak samochód bez paliwa, rajt?

    Miłego i do następnego!
  • Nazareth 5 dni temu
    Arysto RAJT! To widzisz, jeszcze nie straciłem do końca literackiego wyczucia ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania