Uniwersum Kasandry — Rozmowy na końcu świata - epizod 2/2

epizod 1: https://www.opowi.pl/uniwersum-kasandry-rozmowy-na-koncu-a69325/

 

________________________________________________________________________________

 

Rok 4

 

Był zmęczony.

Wszystko zdawało się nieważne.

Nieważne, jak walczył z końcem światologii — każdą wygraną okupował dwoma porażkami na innych frontach. Nieważne, jak próbował ocalić ludzi, nigdy nie mógł ocalić ich wystarczająco. Nieważne, co zrobił, wszystko wydawało się mieć jakikolwiek wpływ tak krótko, że ostatecznie zdawało się, że nie zrobił nic.

Dziurki od klucza w cały wszechwersum zamykały się.

Po drugiej stronie była tylko ciemność.

Światy gasły.

Jak gwiazdy, która Ahura zamordowała, by podtrzymać przy życiu Stazzię.

Coś się jednak zmieniło.

Rok temu czuł, że mógł ją ocenić. Skrytykować. Zganić. Być sędzią jej decyzji, nawet jeśli ona sama miała jego opinie za nic. A przynajmniej miała ważniejsze priorytety niż czyjeś zdanie.

Obecnie nie czuł się lepszy.

Zauważył to — nie potrafił zmieniać torów wydarzeń, ale wydarzenia zmieniały jego. A kiedy spojrzał na zeszły rok, czuł jedynie wyrzuty sumienia. Stał się zdesperowany, tak zdesperowany, jak ludzie, którzy próbowali uciec przed ciemnością. Sięgał po rewolwery znacznie częściej niż powinien. Do tego stopnia, że to zaczęło być bardziej w jego stylu niż niedobywanie ich nawet w trudnych sytuacjach. Kiedyś pamiętał istoty, które musiał zabić. Z różnych powodów. Teraz nie potrafił już sobie przypomnieć twarzy, które stanęły mu na drodze. W pewnym momencie zorientował się, że palec na spuście nie był już sztywny i oporny. Stał się giętki i chętny.

W jaki sposób był lepszy od Ahury, jeśli zabijał tych, których miał ocalić?

Ale co miał zrobić? Spowalniali go. Byli przeciwni jego decyzjom. Nie zgadzali się, by uciekać przed światocieniem.

Walczył z nim od trzech lat. Kim byli, by mu się sprzeciwiać?

Zganił się w duchu za tę myśl.

Zmienił się. Na gorsze. I był tym zmęczony.

Wisiał w ciemnej przestrzeni pomiędzy światami. Dziurka od klucza czekała na niego. Ale nie miał ochoty jeszcze przez nią przechodzić.

Wrócił tylko po kapelusz, prawda?

Rozejrzał się. Otaczała go ciemność; dryfował w niemal idealnej czerni, otulony jej kocem, miękkim i dziwnie bezpiecznym. Skoro tak miało wyglądać wszechwersum… to czemu by się nie przyzwyczaić?

Rozpostarł ramiona i zamknął oczy.

Wszystko było nieważne.

Pozwolił, by ciemność oplotła go i porwała na moment. W tamtym momencie nie bał się światocienia. Witał go.

Był tratwą na mrocznym morzu. Nie miał wpływu na morze — morze słuchało jedynie siebie, przemawiało falami, a słowa morza niosły w nieznane i niezrozumiałe. Mroczne morze się nie tłumaczy i nie znosi oporu. Zabiera. Porywa. Niesie.

Viggo był na morzu i czuł się bezpiecznie, bo wiedział, że kiedy otworzy oczy, dalej na nim będzie. A więc nie musiał ich w ogóle otwierać.

Zaakceptował fakt, że nie miał na nic wpływu. Wpływ ma tylko morze.

Płynie tam, dokąd morze go zabierze.

I ta myśl sprawiła, że po raz pierwszy od dawna poczuł się spokojny.

Nie wiedział, ile tak dryfował.

Sztorm ostatecznie nadszedł.

— Młody?

Otworzył oczy. Morze zniknęło. Wróciła niepewność i zmęczenie.

Skierował spojrzenie na głos.

Ahura dryfowała obok niego. Wydawała się tak jasnym punktem na tle mroku, że odruchowo zmrużył oczy.

Ona też się zmieniła. Na twarzy dostrzegł kilka świeżych blizn, większość wyglądających tak, jakby zadano je rodzajem broni. Zmieniła również odzienie; strój nabrał bardziej praktycznego charakteru i nosił ślady walki oraz podróży — kurzu i błota, kilka przepalonych fragmentów tkaniny, coś, co wyglądało jak dziura po kuli i sporo mniejszych lub większych plam po krwi — jej lub innych istot.

Domyślił się, że była na froncie.

— Byłam pomagać — wyjaśniła, widząc jego spojrzenie. — Wiesz. Z końcem świata. W okolicy — rzuciła tak zdawkowo, że musiała kilka razy mrugnąć, by strzepnąć z powiek zakłopotanie.

— Pokutujesz za zabite gwiazdy? — prychnął.

Wzruszyła ramionami. Nie zastanawiała się nad tym. Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

— I tak i nie. — Zdecydowała się na najmniej jednostronną odpowiedź. — Fakt, dało mi to do myślenia. Nie chcę być jak… jak ciemność. Ale nie, nie czuję wyrzutów sumienia, że zabiłam gwiazdy.

— Światocień — poprawił ją z mściwą satysfakcją. — Światocień. Nie ciemność.

— Wiem, wiem — żachnęła się. — Czemu ma to dla ciebie znaczenie, że zabiłam gwiazdy? Przecież ty z nimi nie rozmawiasz. Dla ciebie to po prostu… element kosmosu. Światologii. Ciało niebieskie. To ja muszę z nimi rozmawiać. To ja odczuwam horror, które one przechodzą. To ja czuję ich strach i przerażenie. Przeżywam z nimi tragedię.

Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

Wzruszył ramionami.

Nie miał dobrej odpowiedzi poza tym, że wydawało mu się to tak złe, jak czarnoksiężnik niszczący światologię. A nie chciał, by Ahura była jak ten czarnoksiężnik.

Wiedział jednak też, że to gówniarska odpowiedź.

Więc nie odpowiedział.

— Wchodzimy? — Ahura wskazała w kierunku dziurki od klucza.

Zastanawiał się, czy ona również ją widzi jako właśnie dziurkę… czy też inaczej.

— Jak widzisz światologię?

— Słucham?

— Ja widzę jako dziurkę od klucza — zaczął wyjaśniać, czując, że lepiej będzie, jeśli posłuży się przykładem. — Przeciskam się… przez dziurki od klucza. Zaglądam do świata. Trochę jak intruz. Trochę jak włamywacz.

Zerknął na nią i z ulgą dostrzegł, że to, co mówi, ma dla niej sens.

Po reakcji dostrzegł również, że widzi to inaczej.

— Prześcieradła — odparła w końcu. Twarz Ahury wyrażała coś na kształt szczerego zaskoczenia, kiedy uświadamiała sobie, że nigdy przenigdy wcześniej o tym nie pomyślała i traktowała to jako coś pewnego i oczywistego. — Jak powiewające prześcieradła. Widzę urywki. Odsłonięte fragmenty, kiedy tkaninę porwie wiatr… A potem, cholera, nie wiem, przenikam? Czuję ten dotyk na twarzy, dłoniach, włosach i oto jestem. — Dotknęła się bezwiednie, podążając za własnym opisem. — Za prześcieradłem. I przed sobą widzę krajobraz, który wcześniej widziałam tylko w częściach.

Westchnął przeciągle.

Chociaż bardziej jęknął.

— Co? — zapytała. Jej czoło zmarszczyło się, kiedy oczekiwała; przytyku lub podziwu. — No co?

— Nic — bąknął pod nosem. — Oczywiście, że musisz mieć lepszy opis ode mnie.

— No i co z tego, młody? — Wywróciła oczami. Zniecierpliwienie objawiało się w nerwowości ruchów. — Tak już mam, że pomysły do mnie przychodzą.

— Ta. — Viggo wcale nie miał ochoty na poprawę humoru. Świadczyły o tym jego zmarszczone brwi i buńczucznie wydęte usta. Miał ochotę być wredny i nieprzyjemny. — Do mnie przychodzą same kłopoty. — Zerknął na nią z wyrzutem.

— Wiesz, że jesteś tutaj tylko dlatego, że chcesz tutaj być? — warknęła z pretensją. Pretensja brzmiała po jaką cholerę tu się zjawiasz, jeśli masz ochotę tylko mi nawrzucać? — Radziłam sobie świetnie sama.

— Pewnie — sarknął. — Mordując gwiazdy dla jakiejś sprawy osobistej — zacytował ją ironicznie. — Może jesteś po jednej wodzie z tym czarnoksiężnikiem, który zaatakował Rdzeń?

— Spieprzaj, Viggo.

W jej postawie dostrzegł ostrzeżenie.

Zignorował je z premedytacją.

— Uważaj ile razy mówisz moje imię. — Żałował już, kiedy wypowiadał te słowa. Ale nie mógł się powstrzymać. Porwało go coś innego. Jakaś złość. Jakiś gniew. Coś kotłowało się na wysokości piersi i wypluwało z siebie te zdania. — Palce jednej ręki mi się kończą.

— To spierdalaj, Viggo — odrzekła spokojnie. — Widzę, że ta wojna źle na ciebie wpłynęła, więc spierdalaj, zgrywaj bohatera, udawaj, że wiesz co robisz, strzelaj i ratuj. Ale nie przychodź potem do mojego świata się poużalać i wyrzucić z siebie całe gówno, które nagromadziło się w tobie od ostatniego razu. Nie jestem dla ciebie. I nie traktuj mnie jak wroga. Ani, co jest kurwa nieskończenie gorsze, dzieciaku, jak kogoś, na kogo możesz w ogóle patrzeć z góry. I daruj sobie ten protekcjonalny wyraz twarzy. Ja dalej doskonale rozumiem, że wybieram Stazzię nad los całego wszechwersum. Chcesz wskazówkę? — Odwróciła się do niego w pełni, prezentując się mu w całości, ze szczerością promieniującą z wykrzywionych gniewem rys jej twarzy. Tylko skupioną siłą woli nie odwrócił wzroku. — To trzymaj: świat się zawsze kończy. Każda historia to historia końca świata. Cała światologia to dla nas, światologów, uniwersum końców. Szczęśliwi ci, którzy odnaleźli w którymś z nich wystarczającą wartość, by zakończyło się to osobistą tragedią.

— Teraz nazywasz to szczęściem? — Próbował się bronić, chwycił się pierwszej lepszej nieścisłości w jej wypowiedzi; lub przynajmniej sądził, że nieścisłości. Być może była to jeszcze z jedna wielu rzeczy, których jego rozsądek i logika nie potrafiły ogarnąć. — Tragedię nazywasz szczęściem?

— Viggo — westchnęła, zrezygnowana. — My wszyscy jesteśmy tutaj tylko wielkimi eskapistami. Cała światologia to jeden wielki eskapizm przed apokalipsą. Bo dla każdej istoty najtrudniejszą częścią jest pogodzić się, że koniec przyjdzie akurat za ich życia.

— Ale…

— Ale pomyśl o tym, bożku rozsądku i logiki — przerwała mu, a jej ton złagodniał. Posmutniała, zapadła się nieco w sobie, skurczyła się na tle bezbrzeżnej ciemności. — Ile z tych światów, które uratowałeś miało dla ciebie jakiekolwiek znaczenie? Ile uniwersów, których nie dałeś rady ocalić było sprawą osobistą? Ty nie działasz, Viggo. Jedynie reagujesz.

Jak tratwa płynąca na oślep, porwana przez fale, których nie rozumie.

— Zawsze jest jakaś ciemność, Viggo — niemal szeptała, a jej ton przybrał barwy pożegnalne. — Zawsze jest jakaś apokalipsa. Każdy świat ma wpisany w swoje istnienie koniec. Szczęśliwi ci, których to naprawdę dotyczy, bowiem oni mają tragedię do przeżycia. A bohaterowie? Znikają jak iskry w mrokach. Fałszywe światła.

Przyglądała się mu przez chwilą z nadzieją w oczach, licząc, że zrozumie jej punkt widzenia. Ale nie rozumiał. Błądził wzrokiem po jej twarzy, szukając wskazówek i czując, że wpada w kolejne głębie egzystencji, do których jeszcze nie dotarł.

— Pomyśl o tym — westchnęła, rozczarowana. — Wyobraź sobie, że jesteś gwiazdą. Myśl jak gwiazdy. — Posłała mu długie, spokojne spojrzenie. Analizowała i zastanawiała się. Milczeli, dopóki nie pojawił się w jej oczach błysk decyzji. — Wróć do mnie, kiedy zrozumiesz. Obiecujesz?

Skinął głową, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, na co się zgodził.

Zniknęła za prześcieradłem.

Lub, jak kto woli, dziurką od klucza.

Nie podążył za nią.

Zand-i Wahman Yasn.

Myśl rozbrzmiała w jego głowie mimowolnie.

Ostatecznie, wrócił bez kapelusza.

 

Rok 8

 

Myślał o tym.

Długo i intensywnie.

Myślał o tym, kiedy coraz częściej musiał uciekać z życiem przed wściekłym tłumem, który rozjuszył wieściami o końcu ich świata.

Myślał o tym, kiedy uspokajał płaczące dzieci i ich matki.

Myślał o tym, kiedy rozmawiał ze starcami pogodzonymi ze swoim losem.

Myślał o tym, kiedy wpatrywał się w rozwijającą się serpentynami ciemność. Prawie zawsze pojawiała się tak samo; punkt na niebie, który rozkwitał w mroczną czeluść i ostatecznie zmieniał się w potwora wyciągającego swoje lepkie, ciemne macki w stronę wszystkiego, co żywe… lub po prostu istniejące.

Myślał o tym.

I nie potrafił zrozumieć.

Jaki jest sens w poddaniu się apokalipsie? Jedyna tragedia, jaką w tym widział, to przygnębiający nihilizm. Nie było w tym nic szlachetnego ani heroicznego. Była tylko świadomość, że lada moment wszystko zniknie — i wszystko przestanie mieć znaczenie w pustce, która zostanie.

Co w tym osobistego?

Próbował odnaleźć to w spojrzeniu tych, którzy zdali sobie sprawę, że nigdy nie spełnią swoich marzeń. W kurczowo trzymających się rutyny istotach, kiedy wiedziały, że nadchodzi koniec. I w tych, którzy porzucili wszystko, co znajome i codzienne, by spędzić ostatnie dni po swojemu.

W tych, którzy wybrali śmierć w ciemności.

I tych, którzy wybrali przed nią ucieczkę.

Chociaż część z eskapizmem załapał. Tutaj, po latach, zgodził się z Ahurą; wszyscy uciekali.

Wszystko uciekało. We wszystkie strony.

Uśmiechnął się, zadowolony z siebie, a endorfiny chętnie wykorzystały nową przestrzeń w jego poszerzonych horyzontach światopoglądowych.

— No w końcu uśmiech — zachmrukał człekoształtny prosiaczek po drugiej stronie barowej lady. Chrumianin. — Siedzisz tu już, panie światologu, kilka godzin, inni świętują, a wyście tacy skwaśniali. Już myślałem, że wam nie w smak, że to wszystko się szczęśliwie skończyło.

Był dzień po tym, jak odwołali apokalipsę. Bar huczał od świętujących.

A on dalej myślał o tym.

— No ale… ja może zrozumiem — kontynuował prosiaczek. — Coś trapi pana, prawda? Jak już nie ma tej ciemności…

— Światocienia — poprawił go Viggo odruchowo.

— Ach, jakże wdzięczna nazwa. Światocienia. Nie ma go już! Nie ma końca świata, trzeba świętować, prawda, mości światologu? Czy to może drink nie smakuje? — zafrasował się nagle prosiaczek. — To mój specjał, definicja szczęścia. Zawsze smakował…

Zawsze jest jakiś koniec świata.

Stazzia dalej umierała. Jej świat dalej się kończył.

Coś kliknęło w jego umyśle, nowa, nieznana mu wcześniej szufladka otworzyła się i ukazała swoje wnętrze.

Sam nie chciał się przed sobą do tego przyznać.

— Jest pyszny — zapewnił Chruminina.

Smakował znajomo. Jak trawa i heliosfera.

Zand-i Wahman Yasn.

Nie mógł wygonić tego zdania z głowy.

— Znacie może, barmanie, te słowa? — zapytał prosiaczka i wyrecytował: — Zand-i Wahman Yasn.

— Brzmi jak przepowiednia — odrzekł po chwili namysłu chrumianin. — Nooo, jak przepowiednia. Ale nie wiem, co oznacza. To was trapi, mości światologu?

— Nie. — Viggo zakręcił drinkiem, dopił go i wstał. — Ale wiem, kogo zapytać. Powinienem to zrobić już dawno temu.

— Ach, kolejna wyprawa! — zachrumkał podekscytowany prosiaczek. — To ja może kanapki uszykuję?

— Nie, dziękuję. — Założył kapelusz na głowę, poprawił rewolwery.

— A dokąd to bohatera niesie, radym byłby wiedzieć?

Światolog-rewolwerowiec przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Coś przemykało cieniem przez topografie jego myśli i wwiercało się dziwną świadomością w fundamenty. Coś wewnątrz niego się właśnie burzyło, a on nie mógł nic na to poradzić.

Coś się skończyło wraz z końcem końca świata.

— Tam, gdzie wszyscy bohaterowie — odrzekł z ponurym uśmiechem. — Zniknąć w ciemnościach.

Chrumianin zafrasował się po raz wtóry.

Nie rozumiał. I odprowadził niezrozumiałym spojrzeniem do drzwi światologa-rewolwerowca.

Nigdy więcej go nie widział.

 

Ciemność przestała wydawać się straszna.

Przyzwyczaił się.

Dryfował w morzu mroków. Dalej był tratwą. Ale tym razem przyniósł ze sobą ster.

Przecisnął się przez dziurkę od klucza.

Zand-i Wahman Yasn.

Rzut oka wystarczył, by wiedział, że przybył na finał. Stazzia spuchła i nadęła się, wielki balon wypełniony resztkami syntezy wodorowej i elektronami. Spomiędzy błękitnej korony wyzierały szkarłatne przebłyski rdzenia.

Krwawiła.

Samotna wysepka dryfująca dookoła umierającej gwiazdy była mniejsza niż zazwyczaj. Również ławka uległa skurczeniu, a samotna latarnia dryfowała w kosmicznej pustce kilka dobrych metrów od trawiastego, urwanego klifu.

Na ławce siedziała stara znajoma. Na głowie miała jego kapelusz.

Podszedł do niej i usiadł obok.

— Witam na końcu świata — powitała go ponuro Ahura. — Zdążyłeś na fajerwerki.

— Jak się czuje?

— Jak widać, głupku. Umiera.

— Pożegnałaś się z nią?

— Jeszcze nie.

— To na co czekasz?

— Na ciebie.

Przyłożyła dłoń do jego twarzy. W pierwszej chwili myślał, że był to jakiś wyraz czułości lub może nawet przywiązania; coś na granicy bliskości. Po chwili jednak ujrzał, że jej oczy zaszły znajomą mgłą.

Chciała, by usłyszała Stazzię.

Mrugnął.

Jednocześnie był na ławce i gdzieś indziej. Siedział i dryfował, a poczucie ogarniającej go przestrzeni pochodziło z jakiejś niezbadanej głębi w nim samym.

W tej głębi poczuł czyjąś obecność.

Wielką, starą i wypełniający każde wolne miejsce w jego umyśle.

— Zand-i Wahman Yasn.

— Co to znaczy? — zapytał, choć nie poruszył ustami.

Odczuł rozbawienie obecności. Domyślił się, że to była Stazzia.

— To prawda-przepowiednia gwiazdy. — Głos Ahury brzmiał echem przez wszystkie warstwy i wymiary, ale nie potrafił jej nigdzie dostrzec. — Każda gwiazda zawiera jedną prawdę o wszechwersum. To jest prawda Stazzi.

— Ale co przepowiada?

— Porozmawiamy na końcu świata — rozbrzmiała Stazzia, a jej przebrzmiały eonami głos przyprawił go z miejsca o ból głowy.

— Nie rozumiem.

— Jeszcze nie rozumiesz — rzekła wyrozumiale Ahura. — To myśl gwiazdy. Nie oczekuj, że od razu je pojmiesz.

— Ale to przepowiednia, tak? Czyli ma się spełnić?

— Viggo, młody — westchnęła Ahura. — Już o tym rozmawialiśmy. Koniec świata jest wpisany w życie każdego świata.

— Ale w takim razie po co żyć z myślą, że wszystko się kiedyś skończy i nie będzie miało żadnego znaczenia?

— Nie żyję dla końca. Żyję pomimo końca — zagrzmiała Stazzia, przypalając jego neurony boleśnie.

— Tak — zgodziła się Ahura.

Viggo miał mętlik w głowie. Czuł, jak gwiazda grzebie mu pomiędzy umysłowymi szufladkami, próbując zrobić tam nieco porządku, ale bezskutecznie.

— Zrozumie. Już czas, dziecko.

Światologa zalał dziwna fala; oślepł i otworzył oczy jednocześnie, na ułamek sekundy stopił się ze świadomością gwiazdy. Patrzył na wszechwersum przez pryzmat Stazzi, złączonej z najbardziej intymną tapiserią wszechświata, a jednocześnie samotną i opuszczoną w niewielkim świecie, który zamieszkała. Obserwował jej oczami jak dookoła niej przemijają światy i istoty, odczuwał z nią smutek przemijania i radość ze zrozumienia cyklu życia, przeżywał z nią wiele końców i apokalips, współczuł jej strach, kiedy zdała sobie sprawę, ile od niej zależy, samotnego źródła światła w kompletnych mrokach kosmicznej pustki.

I przygnębiająca wiedza, że ostatecznie zostanie tylko ciemność.

Ujrzał pojawienie się Ahury i dziwną falę matczynej czułości skierowanej w jej stronę.

— Nie tak miał się tego dowiedzieć — mruknęał z wyraźnym niezadowoleniem Ahura gdzieś z tyłu jego głowy.

— Czego? — zapytał.

Stazzia, miał wrażenie, śmiała się. Ale nie mógł tego usłyszeć.

A potem ujrzał przyszłość, ale przelewała się przez jego umysł niczym woda przez otwarte dłonie. Żadnego obrazu nie mógł zatrzymać, żadna wiadomość nie została w pamięci, nic nie utrwaliło się na mapie wspomnień.

Zostały tylko świadomości i przeczucia.

Proroctwa, o których nie wiedział.

— Żegnaj, Viggo.

Wszystko zniknęło.

Ale nie w ciemnościach.

W blasku, który odbił mroki w czeluść, z której przyszły.

 

Stali na krawędzi wysepki.

W głowie miał jeden wielki syf, którego nie był w stanie ogarnąć, choćby był tak stary, jak Stazzia.

Mrużył oczy, wpatrując się w olśniewająco jasną mgławicę, która została po gwieździe. Wiedział, że, jak wszystko, ostatecznie rozproszy się i zniknie, a ciemność wstąpi na jej miejsce i połknie wszystko.

Ale w tamtym momencie po prostu cieszył się widokiem i chwilą.

To wszystko, co się liczyło.

Ten moment. On. Ahura. I pogrzeb Stazzi.

To było osobiste.

— Trochę rozumiem — powiedział. — Czemu to było osobiste. Ja też raczej nie mógłbym zostawić własnej matki, niezależnie od tego, ile matek we wszechświecie by umierało.

— No patrz, co Stazzia zrobiła w ostatnim, pożegnalnym geście — sarknęła Ahura. — Bożek logiki i rozsądku przeczy logice i rozsądkowi.

— A, spadaj, stara.

Zarechotała.

— Na pewno chcesz je zostawić?

Wskazała dłonią na dwa rewolwery unoszące się w kosmicznej pustce. Skrzyły się na tęczowo, odbijając cząstki światła w mgławicy.

— Tak — odpowiedział po chwili wahania. — Nie potrzebuję ich. Nie ma już końca świata. Nie ma sensu być bohaterem. Czas zniknąć.

— Zawsze jest jakiś koniec świata.

— Ale nie taki, w który chcę się pakować.

Prychnęła udawanie.

— Mam wrażenie, że zamieniliśmy się miejscami. Jesteś mną osiem lat temu. Ja jestem tobą… Nie, w sumie nie — urwała złośliwie. — Jestem znacznie mądrzejsza niż ty kiedykolwiek będziesz.

— Czapki z głów — parsknął pod nosem.

I dosłownie chwycił kapelusz i cisnął go w stronę rewolwerów.

Ahura dołączyła do niego.

Przez moment obserwowali, jak kapelusze obijają się o siebie i tańczą w swojej małej grawitacji, krążąc dookoła siebie nawzajem. Małe świadectwo, że kiedyś ten świat połączył dwoje ludzi.

Że kiedyś coś tutaj było.

Wysepka, na której stali, zaczęła się rozpadać.

Koniec świata nadchodził nieubłaganie.

— Musimy iść — powiedziała Ahura smutno.

Ale Viggo ani drgnął. Wpatrywał się uparcie świetlistą mgławicę.

Krążyły w niej miliardy miniaturowych słońc.

— Ahura?

— No?

— Boję się ciemności.

— Wiem, Viggo. — Chwyciła go za dłoń i pociągnęła w stronę dziurki od klucza. Lub, jak kto woli, prześcieradeł. — Wszyscy boimy się ciemności. Ale…

— ...ale tylko przez nią prowadzi droga do gwiazd. Wiem.

Odeszli.

I to był koniec tego świata.

 

__________________________________________________________________________________

 

Posłowie

 

Dziękuję za obecność w tej wieloletniej konwersacji!

Mam nadzieję, że opowiadanie było przyjemne lub że przynajmniej została po nim z tobą/wami jakaś myśl. Jeśli Uniwersum Kasandry jest dla ciebie/was na tyle ciekawe, że chcesz_cie się w nie zagłębić… to mam dobre wieści. ;)

 

Dołącz_cie do Uniwersum Kasandry:

https://www.facebook.com/Uniwersum-Kasandry-105411897868565

 

Zajrzyj_cie na mojego fanpage’a:

https://www.facebook.com/rozpisanyjakubchilimonczyk

 

Poznaj_cie innych twórców z Uniwersum Kasandry:

Michał Ochnik (założyciel) -> https://misty-pop.itch.io/

Ginny Nawrocka -> https://ginny-n.itch.io/

Artur Nowrot -> https://www.facebook.com/nowrot.art

 

Audiostories:

Przepływ równoległy:

https://www.youtube.com/watch?v=yzBQQa2ks8s&t=1s&ab_channel=UniwersumKasandryUniwersumKasandry

 

Jej świt:

https://www.youtube.com/watch?v=7Ug0nKXYty4&ab_channel=UniwersumKasandryUniwersumKasandry

 

Lewiatany:

https://www.youtube.com/watch?

v=MmPakvdwD8A&t=1s&ab_channel=UniwersumKasandryUniwersumKasandry

 

YT:

Uniwersum Kasandry:

https://www.youtube.com/channel/UCl4MGODagzoJtysJJpnmIWw

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (16)

  • Arysto 5 dni temu
    Jeśli ktoś jest zainteresowany linkami, to nie mam pojęcia, jak je wstawić, by były hiperlinkami -> jeśli ktoś zna odpowiedź na mój problem, to chętnie się dowiem. może starczy coś na zasadzie [link] https://www.youtube.com/watch?
    v=MmPakvdwD8A&t=1s&ab_channel=UniwersumKasandry [/link]?
  • Baba Szora 5 dni temu
    Błyskotliwe i wciągające. Jestem pod wrażeniem.
    Z chęcią się zagłębie, gdy znajdę chwilę, choc powiem szczerze - wole czytać na opowi. Dla mnie wygodniej.
  • Arysto 5 dni temu
    Będę wrzucał tutaj jeszcze inne opowiadania i epizodycznie Erę Rzeźb, bez obaw ;)

    Dziękuję za uwagę i za obecność w czasie poznawania się Ahury i Viggo :) Mam nadzieję, że do zobaczenia pod kolejnym opowiadaniem/opowieścią!
  • Baba Szora 5 dni temu
    Dziwię się tylko, czemu to pod Milosne wrzucone - jak dla mnie cudownie fantastyczna fantastyka to przecie 🙂
  • Arysto 5 dni temu
    Racja, zmieniłem ;)
  • Ellie Victoriano 5 dni temu
    "do których jeszcz nie dotarł." ~ jeszcze
    "Ostatecznie, wrócił bez kapelusza." ~ jak dla mnie można spokojnie wywalić przecinek, taki trochę niepotrzebny. Ale zakończenie "roku" wywołało prychnięcie z rozbawienia XD
    "— Nie tak miał się tego dowiedzieć — mruknął z wyraźnym niezadowoleniem Ahura gdzieś z tyłu jego głowy." ~ mruknęła?
    "nie została jego w pamięci" ~ w jego pamięci?

    A jak dla mnie pasuje pod miłosne, bo miłosne nie powinno ograniczać się jedynie do romansów. Tutaj mamy pokazaną wzajemną miłość gwiazdy i kobiety, a jeśli to nie wystarcza, to można tak odbierać relacje na linii Viggo-Ahura. A otoczkę sf odbieram tylko jako tło dla rozważań. Równie dobrze akcja mogłaby dziać się na ziemi, gdzie końcem świata mogłoby być np. zniszczenie wyspy. Jest to koniec świata dla ludzi, którzy na niej żyli, ale nie dla ludzi żyjących gdzie indziej, przynajmniej dopóki zniszczenie nie przyjdzie też po nich.
    I znowu skojarzenie z "the 100", również pozytywne. Trudność pogodzenia się z tym, że czeka nas koniec, a co za tym idzie, nigdy już nie spróbujemy spełnić marzeń ani nie spędzimy czasu z kochaną osobą. Ale to, co przeżyliśmy, najszczęśliwsze chwile, powinny być tego warte. Szkoda marnować czas na nienawiść, skoro nie wiemy, kiedy czeka nas koniec.
    Ale nawet po śmierci Stazzi, pojawiła się mgławica, a to może zapowiada początek czegoś nowego?
    W sumie nie wiem jak zakończyć wywód, więc no... Pozdrawiam autora XD
  • Arysto 5 dni temu
    1. Miej gotowe, zredagowane opowiadanie
    2. Skopiuj na opowi.pl z pliku draftowego
    3. Skapnij się dopiero po Twoim komentarzu
    4. Gratulacje, Kubuś, jesteś nieogarem xD

    Poprawiłem, dzięki :D

    Co do gatunku - mi tam rybka, grunt, że się dobrze czyta i historia (z tego co widzę) się podoba.
    Mi się twój wywód nader podoba, bo widać, że jakaś myśl z tobą została i refleksja wywołana została, więc ten teges... pozdrawiam komentującą <3

    Viggo i Ahura kiedyś wrócą.
    Kiedyś.
  • Baba Szora 5 dni temu
    Ha ha to zupelnie na odwrot niz ja Ellie - dla mnie najwazniejsze byly rozwazania czy warto ratowac to, co ginie, co warto poswiecic i jak sie zmieniamy, jak zmienia sie nasze pojecie swiata itd Milosc jest tylko dodatkiem do walki, pustki i niezrozumienia/niepogodzenia z losem. Ginace swiaty tlem do rozwazan tak, ale na pewno nie milosnych - jak nic fantastyka 😃 😉
  • Ellie Victoriano 5 dni temu
    Ale do tych, co w imię miłości jesteśmy w stanie poświęcić - już tak.
    Co człowiek to interpretacja i przemyślania, a to jest piękne!

    "Viggo i Ahura kiedyś wrócą.
    Kiedyś."

    W takim razie...
    May we meet again.
  • Baba Szora 5 dni temu
    Ellie Victoriano 🙂
  • laura123 5 dni temu
    Przeczytałam pierwszą i drugą część. Nie wiem dlaczego, ale odbieram to wszystko w odniesieniu do nas, do naszych czasów. Jest w nich do cholery ciemności, lęku, miłości też, ale przede wszystkim coś się rozgrywa na naszych oczach, niby walczymy, jednocześnie jest w nas tak dużo bezradności. Czy wygramy, czy ten świat nie zniknie, przecież tak naprawdę tak dużo już zniknęło z tego, co wydawało się trwałe, pewne, prawie niezniszczalne...

    Podoba mi się, jak zawsze Twoje pióro, super że wróciłeś.
    Pozdrawiam i zostawiam piąteczki.
  • Arysto 2 dni temu
    Heja,

    super, interpretacje i przenoszenie na współczesne czasy jest super - żaden pisarz tak naprawdę nie ucieknie czasom, w których obecnie żyje, więc jest to nawet bardzo precyzyjne podejście :D

    Fajnie, że wywołałem myśl z lasu innych i jeszcze bardziej, że cieszysz się, że wróciłem <3
    Pozdrawiam i miłego! :D
  • Angela 5 dni temu
    Tym razem udało się przeczytać od jednego razu. Jak dla mnie pasuje i do romansu i do fantastyki.
    Czytało się świetnie. Uwag brak.
    Brakowało nam tu na opowi takich tekstów. Nie to, że inni piszą źle, ale Twoje opowiadania mają specyficzny klimat.
    Pozdrowienia dla Autora : )
  • Arysto 2 dni temu
    Uwag brak? Czuję satysfakcję <3

    Dzięki, że zajrzałaś i cieszę się, że klimat u mnie nie zginął. I bardzo mi serce rośnie, jak widzę, że mnie brakowało. To naprawdę spora motywacja do popełniania tekstów <3

    Miłego dnia i pozdrowienia!
  • Trzy Cztery 5 dni temu
    Opowieść poetycka, romantyczna i... z kapelusikiem:))
    Przez dziurkę od klucza, która była w prześcieradle, które było "drzwiami" na pewno znów trafili do tapiserii, i pod tym prześcieradłem mknęli już dalej razem, w światłocieniu, trzymając się za ręce.
    Tapiseria! To przecież kraina łóżkowa:)
    Podobało mi się, jak nakreśliłeś już na początku charakter Ahury, W ogóle - ciekawie ją przedstawiasz, pokazując jej obraz w zaciekawionych oczach coraz bardziej zaintrygowanego (i nie tylko) bohatera.

    Stworzyłeś ciekawy świat.
  • Arysto 2 dni temu
    Hej ;)

    Fajnie, że udało mi się takie skojarzenia wywołać. Cieszę się, że zaintrygowałem i wywołałem miłe emocje <3
    Doceniam komentarz i do następnego!

    Miłego dzionka :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania