W kotłowni

Widziałem blask, jeszcze zanim pojąłem, że potrafię widzieć. Potem czułem ciepło, na długo nim moje myśli powiedziały, uświadomiły mnie, co to znaczy. Gdzieś w oddali, poza zrozumieniem ludzkiego umysłu głos jakby złożony z tryliardów innych mówił do mnie tonem surowym. Spadałem, płonąłem i wiedziałem, że więcej tam nie wrócę. Opuszczałem raj.

***

Nawet ktoś tak przesiąknięty niebiańską łaską, jak ja poczuł ból. Promieniujący na wszystkie możliwe strony, łaknący kolejnych porcji energii, z jakiej byłem stworzony przez krótką chwilę już po upadku. Potem straciłem wszystko, dostając w zamian wór kości, mięcha i płynów ustrojowych, a wszystko zlepione w odrażającą, śmiertelną masę – ciało człowieka.

***

Kiedyś byłem kimś, jak wy to mówicie. Miałem ciepłą posadę i szereg istot pod sobą. A każda z nich była na jedno moje słowo. Awansowano mnie na Komandosa – jedną z nielicznych, naprawdę godnych rang w anielskich zastępach. Początkowo wszystko układało się dobrze, jak gdyby miłosierdzie mego ojca spływało na czyny, których byłem sprawcą nieustannie. W końcu jednak przyszła kolejna bitwa, kolejne decyzje i klęska, która pogrążyła mnie i skazała na wieczną tułaczkę po waszej zacofanej, stoczonej przez grzeszne robactwo planetce.

***

Wiecie, jak my aniołowie mówimy na waszą planetę? Oczywiście, że nie wiecie. Jesteście słabi i głupi, prości do granic możliwości i tak krusi, że moja anielska postać mogłaby zastępy waszych żołdaków rozgnieć jednym ruchem. Mówimy na nią kotłownia. Znacie to miejsce. Wielu naszych było na Ziemi, opowiadało o pomieszczeniach brudnych, zagraconych, gdzie stało coś, co niczym miłosierdzie mego ojca dawało ciepło. Mówili na to kotłownia. Trafiłem tu właśnie. Odziany w ledwie prochowiec i jakieś stare spodnie. Na ludzkich nogach mam buty, zimne i dziurawe. Proszę ojca o wybaczenie, ale on nie może mi darować. Nie po tym co zrobiłem.

***

Wokoło pałęta się wielu ludzi. Jedni wyglądają, jakby byli panami tego świata, inni to prości, skromni rezydenci przedsionku domu ojca. Z walizami idą przed siebie. Mijam też żebraków, nie gorszych aparycja ode mnie. Chudzi, brudni. Mają biedne, zagubione dusze. Nie wiedzą, w co i czy warto wierzyć. Nie mają nawet pewności, czy to, co przeżywają, jest realne. Co mam robi? Stać? Iść, jak i inni idą?

***

Przedziwne są pojazdy, w których tłoczą się ludzie. Zazwyczaj ci skromni. Pakują się tam chmarami, płacą za to. A potem pojazd rusza i znika w gąszczu innych, które podążają szlakiem obok miejsca, w którym się znajduję. Nic z tego nie rozumiem, a nawet jeśli – bardzo niewiele. Może właśnie tego chcę. Nie wiedzieć nic, nie chcieć poznać niczego.

***

Idę w stronę jednego z tych dziwacznych pojazdów. Nagle nie wiadomo skąd wyrasta przede mną człowiek. Wygląda czysto i schludnie, nie to, co ja. Jest też wyższy i bardziej umięśniony. Na głowie ma dziwną aureolę w kolorze niebieskim z dziwnymi symbolami, których nie znam. Pyta się mnie czy mam jakiś problem. Odpowiadam, że nie. Nie wiem, jak rozmawia się z ludźmi. Nie chcę go zabić, wiem, że za to jest na Ziemi kara wymierzana przez innych z waszej rasy. Odchodzę, ale człowiek idzie za mną. Łapie za ramię i ciągnie mocno. Upadam. Inni patrzą na to wszystko ze spokojem, jakby dzień, który przeżywają był równie monotonny, co wiele poprzednich i zapewne wszystkie następne. Idą dalej, spuszczają wzrok, odjeżdżają. Człowiek, dokładniej mężczyzna, ponawia pytanie. Ja odpowiadam również tak jak wcześniej. Potem nie widzę już niczego innego poza ciemnością. Jakby pustak ogarnęła mą duszę i wtrąciła do swych lochów. Nicość, niebyt. Po przebudzeniu czuję ponownie ból. Jest wszędzie. Leżę tam, gdzie spotkałem tego człowieka. Jego już nie ma, za to są inni, patrzą się na mnie oczami pełnymi zaciekawienia, zainteresowania albo pogardy. Nie ma w nich ani grama litości. Zastanawiam się, czy to naprawdę ci ulubieńcy mego ojca?

***

Usiadłem na ławce, z daleka od gapiów, którzy potem rozeszli się do swoich zajęć. Spoglądałem w niebo, stamtąd spadłem, choć tak naprawdę nie, ale to nieważne. Tu w kotłowni było brudne jak wszystko wokoło. Najbardziej zgniłe były ludzkie dusze. Czułem fetor rozkładającej się energii, która zmienia się powoli w nieznośną mgławicę fetoru przejmującą miejsce, gdzie kiedyś istniał sens człowieka. Paradoksem jest obserwacja, jakiej dokonałem. Ludzie bez dusz wydają się bardziej szczęśliwi, jakby była ona niepotrzebnym dla nich dodatkiem, balastem, który każe, zmusza do określonych czynów, a innych zabrania. Szukałem właściwego określenia i znalazłem – ludziom sprzyja lenistwo.

***

Co mam począć? Na razie stoję przed czymś, co się zwie chyba automat z przekąskami i próbuję zrozumieć, jak działa. Mam trochę pieniędzy. Dostałem od jednego z ludzi bogatych. Otrzymałem też słowa pociechy i zapewnienie, że życie jeszcze nie jest stracone. Jakże łatwo mówić tak, gdy jest się po drugiej stronie. Fałszywa dobroć – gorsza od najczystszego zła. Spędzę wieki przed tym automatem, a tak naprawdę spędzę tam tyle czasu ile wytrzyma to ciało bez wody i pożywienia. Zapewne potem dostanę kolejne, a potem jeszcze jedno i tak aż do końca świata.

***

Stoję przed traktem, po którym zmierzają pojazdy, rycząc wściekle. W dłoni trzymam płyn niezbędny, abym przeżył. Nazywa się cola i smakuje zaskakująco dobrze. Mam dylemat. Dopić ów napój, czy może wejść na trakt i sprawdzić jak wytrzymałe jest ludzkie ciało. Zawsze mnie to interesowało. No, może nie zawsze. Właściwie to zaczęło dopiero, gdy trafiłem do kotłowni. Komandos zastępu w ciele żebraka. Biedny, głodny, odziany w szmaty, od których ludzie stronią jak od ognia żywego. Czeka mnie długa tułaczka i próba rozumienia tego świata. Mam obawy, że nie podołam. Ludzki umysł ogranicza moją zdolność pojmowania. Nie mogę wykraczać poza jego maleńkie pokłady możliwości. Stoję więc i czekam, aż olśnienie przyjdzie samo, choć wiem, że prędzej zobaczę pobratymca spadającego z raju za przewinienia podobne do moich.

Średnia ocena: 2.6  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Sucre godzinę temu
    Chyba podobne musiały być myśli Adama wygnanego z raju. I dobrze, że wtedy jeszcze nie wynaleźli butelkomatów, bo Bóg pewnie zrobiłby z niego śmieciarza. Świetne. Mój komentarz nieco ad marginem.
  • infelia godzinę temu
    Strach to czytać.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania