Widzę – oneshot

Cesarska Akademia Magii, Rycerstwa i Nauki stała na wzniesieniu, spoglądając na pobliską stolicę. Piękna konstrukcja mieniła się bielą, błękitem i szkarłatem. Wysokie kolumny były przyozdobione podobiznami bogów i herosów, płaskorzeźby przedstawiały dawnych króli, magów i mężów stanu. Uporządkowany park, przypominał o idei harmonii, która była fundamentem całej instytucji. Piękno, prestiż, potęga i symbolizm – to dotykało umysł młodej księżniczki, spoglądając na miejsce, w którym miała wkrótce spędzić najbliższe lata swojego życia. Właśnie powróciła ze stolicy, by sprawdzić wyniki testu pisemnego, które zostały rozłożone na wysokiej na dwa metry tablicy. Dookoła nieprzebrana masa dzieci książąt, króli, lordów, baronów i wpływowych mężów stanów ze wszystkich stron kontynentu, kręciło się wokół tablicy, szukając swojego nazwiska. Valentia szybko znalazła swoje nazwisko w pierwszej dziesiątce. Była na czwartym miejscu. Miała nadzieję, być wyżej i szybko przyjrzała się czwórce osób, które przewyższyły ją na teście.

Na trzecim miejscu stał Robert van Dalal, syn jednego z dominujących rodów książęcych w cesarstwie. Szybko namierzyła go wzrokiem. Wysoki, blond włosy, o czarnych jak noc oczach chłopak uśmiechał się białymi zębami rekina. Czerwony mundur jaki nosi, kontrastował z białymi spodniami i jasną cerą chłopaka. Otoczony był małą grupką zafascynowanych dziewczyn, kiwał głową, dymny ze swojego wyniku.

Na drugim miejscu Valentia zobaczyła księcia Benedykta van Nasora. Następcę tronu cesarskiego. Go też szybko zobaczyła w tłumie. Wyróżniał go biały ubiór, przeszywany złotymi nićmi. Ten kontrastował z czarnymi włosami i czerwonymi oczami, charakterystycznymi dla jego rodu. Drapał się lekko po brodzie i przyglądał tablicy, kiedy jego twarz, wykrzywiał grymas niezadowolenia i zaintrygowania.

Valentia nie chciała się jednak zbytnio przejmować niezadowoleniem księcia. Drugie miejsce stawiało go w czołówce elity elit i nie spodziewała się niczego innego. Jej wzrok przeszedł na pierwsze miejsce na tablicy. Zamrugała z pełna godnością zaskoczeniem i przyjrzała się wynikowi ponownie. Idealny wynik. Ani jednego błędu jednak… imię i nazwisko było jej całkowicie nieznane. Z pewnością nie usłyszała go w czasie wyczytywania w czasie egzaminu, kiedy każdy zajmował swoje miejsca.

[Eric d’Arte]

Nie mogła nawet skojarzyć kim mógłby być. Jaki tytuł nosi jego ród. To z pewnością musiała być pomyłka. W jaki sposób, ktoś z całkowicie nieznanego rodu, mógłby osiągnąć taki wynik? Już miała zwrócić się do stojącego opodal rektora, kiedy usłyszała delikatny kobiecy głos.

– Zająłeś pierwsze miejsce, mój panie – Valentia momentalnie odwróciła się w kierunku głosu, odnajdując wysoką postać pokojówki. – Gratuluję. Mistrz będzie z pana dumy.

Odpowiedział jej lekko chropowaty, ale spokojny głos. Postać była niska, więc wpierw nie ujrzała jej w tłumie, ale z pewnością rozpoznała, cień smutku i rozbawienia w jego głosie.

– Nie kłam – powiedział cicho. – Me sukcesy, nie ważne jak wielkie, nie zadowolą ojca. Nie ważne co osiągnę, me sukcesy w jego oczach są nic nie warte – zachichotał. – I dobrze. Minął czas, kiedy oczekiwałem jego miłości, czy choćby szacunku.

Zobaczyła go i zmarszczyła czoło. Chłopak był niski, niższy nawet od niej. Swe ciało okrył zwiewną czarną szatą, bardziej przypominającą strój mnicha, niż szlachcica. Przedramiona i łydki, miał owinięte grubym i ciężkim łańcuchem, którego kajdany zamykały się na nadgarstkach. Łańcuchy nie były jednak do niczego połączone, nawet ze sobą, tak że zapięty w kajdany chłopak, mógł ruszać się bez przeszkód. Valentia nie rozpoznawała i nie rozumiała, symboliki tych kajdan, ale to nie one przykuły jej uwagę. Chłopak zasłonił górę twarzy czarną jak noc maską. Znając magię, Valentia była pewna, że nadal przez nią widzi, ale równocześnie, nie pozwalał by ktokolwiek mógł spojrzeć mu w oczy. Drgnęła lekko, pamiętając opowieści o królu Tareltu, który miał tak wielką paranoję, że ktoś rzuci na niego czar, patrząc mu prosto w oczy, że nosił podobną maskę bez przerwy, aż do grobowej deski.

Eric, przekręcił głowę w jej kierunku, potwierdzając przypuszczenia, że wszystko przez nią widzi. Szybko uciekła na bok wzrokiem. Miała nadzieję, że odwróci to od niej uwagę tajemniczej osoby, ten jednak podszedł do niej i skłonił się lekko.

– Valentia ve Roser, jak mniemam? – Zapytał przyglądając się przez czerń maski. – Elfia księżniczka, królestwa Erilandu?

Dziewczyna westchnęła w duszy i obróciła się w stronę rozmówcy. Roztaczał nienaturalną aurę. Z pewnością potrafił używać magii, jak każdy z szlachetną krwią, ale… było coś w nim innego.

– Z kim mam przyjemność? – Zapytała odwracając się do rozmówcy.

Ten skłonił się nisko i cichym, lecz wyraźnym głosem, się przedstawił.

– Eric d’Arte. Pierworodny, wydziedziczony syn, barona Alfonsa d’Arte z królestwa Beldrii.

Valentia zamrugała zbita z tropu. Beldria była wyspą na północ od kontynentu. Daleko od cesarstwa. Bardzo daleko. Balderczycy woleli trzymać się północy i tamtejszego archipelagu wysp, bardzo rzadko widywano ich tak głęboko na kontynencie. Ponadto… wydziedziczony pierworodny? Jaką zbrodnię musiał popełnić ten chłopak żeby zostać wydziedziczonym… nie zaraz. Gdyby jakąkolwiek zbrodnię popełnił, nie dostałby się do akademii, więc nie może być to poprawna odpowiedź. Może…

– Odpowiedzią na dręczące cię pytanie, księżniczko, jest me złamanie tradycji i odrzucenie sakramentu Smoczej Łzy – szepnął do jej długiego ucha. – Wymagany, jeśli ktoś miałby być zostać głową rodu.

Księżniczka zamrugała zaskoczona. Nie wiedziała co zobaczył spoglądając w jej oczy, ale bezbłędnie odgadnął o czym myślała. Faktycznie, cesarstwo propagowało tolerancję religijną, więc osoba mająca problemy z wiarą, z pewnością nie byłaby tutaj niemile widziana. Coś jednak nadal ją dręczyło.

– Nie widziałam cię w czasie egzaminu pisemnego – stwierdziła. – Coś się stało?

Eric uśmiechnął się delikatnie.

– Burza rozbiła mój statek w czasie podróży do stolicy. Przybyłem z kilkudniowym dniowym opóźnieniem, a rektor, akceptując, że me spóźnienie nie było z mej winy, pozwolił mi podejść do egzaminu tego samego dnia, którego przybyłem.

Valentia pokiwała głową ze zrozumieniem. Fakt, ostatnio centrum kontynentu dotknęło kilka zaskakujących burz. Jeśli d’Arte podróżował rzeką, była duża szansa, że jego statek się rozbił, a naprawy znacząco go opóźniły. Dzięki, zaskakującej otwartości rozmówcy, która była bardzo rzadka wśród wysoko urodzonych, czuła się coraz bardziej pewnie. Jej instynkt i wyuczenie na dworze, podpowiadało jej, żeby wykorzystać jego otwartość, na swoją własną korzyść… jednakże rozsądek podpowiadał inaczej. Chłopak mimo wszystko zdobył pierwsze miejsce na egzaminie. Nie ważne jak się zachowywał, z pewnością nie był głupcem. Jakby słysząc jej myśli, Eric zachichotał cicho i przyjrzał się jej uważnie.

– Jesteś bystrzejsza niż sama uważasz – oznajmił. – Fakt, że zdobyłem taki wynik, wcale nie oznacza, że nie jestem głupcem. Gdybyś naprawdę tego chciała, z pewnością byłabyś w stanie mnie przechytrzyć. Zamienić w swojego pionka i wykorzystać w swoich grach o władzę i wpływy.

– Ja nigdy… – Valentia zaczęła zbita z tropu, ale Eric uniósł uspokajająco dłoń.

– Proszę uznać to za małą podpowiedź, wasza wysokość. Proszę pamiętać, że każdy z nas, jest w mniejszym lub większym stopniu głupcem. Głupiec jest w każdym z nas. Ludzie dzielą się między tych, którzy sądzą że są mędrcami, a nimi nie są, a tymi którzy wiedzą, że są głupcami.

Valentia zamilkła na kilka dłużących się chwil. Przyglądała się rozmówcy, całkowicie zaintrygowana jego słowami.

– Którym z nich jesteś ty? – Zapytała dźwięcznie.

Rysy Erica złagodniały, po czym jego usta ułożyły się w delikatny, smutny uśmiech.

– Dawniej, byłem głupcem, uważającym się za mędrca. Teraz – wziął głęboki oddech. – … jestem tylko głupcem.

Czułe uszy Valentii wyłapały moment w którym zarówno Robert den Valal i Benedykt van Nasor zbliżyli się do rozmawiającej dwójki. Twarz hrabiego była naznaczona grymasem zaintrygowania i chęci rywalizacji. Twarz księcia, irytacji i braku ufności.

– Księżniczka Valentia ve Roser – Robert skłonił się godnie. – To zaszczyt móc cię poznać osobiście.

– Cała przyjemność po mojej stronie – Valentia pokłoniła się i spojrzała na zbliżającego się księcia. – To również wielki zaszczyt mieć zaszczyt osobiście poznać księcia cesarstwa.

Książę kiwnęła głową.

– Cieszy mnie twa obecność w naszej akademii księżniczko – tu zwrócił ostre spojrzenie na Erica, który na razie milczał, obserwując wszystko z delikatnym uśmiechem. – A Ty, musisz być Ericem d’Arte… gratuluję wyniku.

D’Adre skłonił się godnie, przed rozmówcą.

– Wasze słowa są niegodne mojej osoby.

Twarz księcia pociemniała.

– Faktycznie nie są – oznajmił zimnym głosem. – Jak udało ci się osiągnąć taki wynik? Minęło stulecie od ostatniego przypadku.

Eric wzruszył ramionami, jakby jego osiągnięcie nie było dla niego istotne.

– Poprawnie odpowiadałem na pytania – Eric odezwał się delikatnym głosem.

Valentia wyraźnie zauważyła rumieńce wściekłości na twarzy księcia.

– Czy właśnie ze mnie zakpiłeś?

Eric pokręcił głową.

– Nie. Zaledwie odpowiedziałem na wasze pytanie, książę – głos Erica był spokojny. – Jeśli macie wątpliwości co do poprawności mojego wyniku, zawsze możecie zwrócić się do rektora. Mimo wszystko osobiście był przy moich egzaminie.

Ta informacja zszokowała Valentię i wszystkich wokół, którzy usłyszeli tę informację. Rektor bardzo rzadko osobiście obserwował testy. Tym bardziej, pojedynczego ucznia. Jego prestiż, wpływy i moc, zapewniały, że nie da się go zwyczajnie oszukać. Benedykt zazgrzytał zębami, ale zaakceptował prawdę, nie ważne jak gorzka była.

– Niech będzie. Uznaję twoje umiejętności. Czy będziemy mieli okazję zobaczyć cię w czasie egzaminu praktycznego? – Zapytał. – W przeciwieństwie do twej nieobecności na egzaminie pisemnym?

Eric uśmiechnął się delikatnie.

– Ależ oczywiście, wasza wysokość. Nie mam wątpliwości, że będziesz miał możliwość ujrzenia moich umiejętności. Choć osobiście, wątpię bym mógł w stanie zaimponować waszej trójce.

Den Valal prychnął pysznie, unosząc brodę i spoglądając na rozmówcę z góry.

– Fakt. Wiedza jest niczym, jeśli nie jest podparta praktyczną siłą – oznajmił.

D’Arte pokiwał głową, nie zaprzeczając tym słowom.

– To prawda, szanowny panie. Mimo wszystko jednak, proponuję nie patrzeć zbyt wysoko – delikatny uśmiech zagościł na jego ustach. – Albowiem ci co spoglądają w niebo, mają w zwyczaju potykać się o własne nogi.

Młody lord zazgrzytał zębami i jego dotąd delikatna twarz wykrzywiła się w grymasie pogardy.

– Czyżbyś ponownie odpowiadał na słowa rozmówcy bez żadnej intencji?

Chłopak pokręcił głowo przecząco.

– Nie, szanowny panie. Tym razem zakpiłem.

Twarz młodzieńca wykrzywiła się w grymasie pogardy.

– Znaj swoje miejsce robaku – wysyczał. – Mój ród jest w stanie zniszczyć twój jednym kiwnięciem palca.

D’Arte zaśmiał się delikatnym jak powiew wiatru głosem.

– Ależ, panie den Valal. Nie jestem uznawany już za część mego rodu, przez mego własnego ojca – zachichotał. – Pańska zemsta byłaby więc źle wymierzona, gdybyś wymierzył ją w mój ród.

– Twoje słowa i zachowanie są wystarczające, by cię zabić – stwierdził – Podaj mi jeden powód, czemu nie miałbym tego zrobić, arogancki robaku?

Otoczenie zamilkło i ludzie odsunęli się o krok. Nawet Valentia, odsunęła się lekko, obawiając się rękoczynów. Fakt, d’Arte zachowywał się arogancko… ale robił to otwarcie, przy przyszłych władcach i autorytetach kontynentu. A patrząc na jego wynik, jej serce drżało, wiedząc że nie ma do czynienia z idiotą. Chłopak uśmiechnął się szerzej.

– Tak – chłopak pokiwał głową. – To prawda, że jestem arogancki – łańcuchy zabrzęczały kiedy uniósł dłonie i wzruszył ramionami. – Ale prawdą jest też, że nie stanowisz dla mnie realnego zagrożenia, malutki książę – biały uśmiech zalśnił na jego twarzy. – Sam powiedziałeś: „wiedza jest niczym, jeśli nie jest podparta praktyczną siłą”. Jednakże jest jeszcze druga prawda, ukryta w tych słowach – zachichotał. – Praktyczna siła jest niczym, bez wiedzy jak ją pokierować.

Robert stał przez chwilę, przeszywając rozmówcę wzrokiem, po czym prychnął i odwrócił się do niego plecami.

– Udowodnij swą tezę na arenie. Jeśli zawiedziesz moje oczekiwania… dopilnuję żebyś nie otworzył jutro oczu.

Z jakiegoś powodu Eric zaniósł się głośnym śmiechem na te słowa, zdobywając liczne ostre spojrzenia wśród otaczających go uczniów i ostre spojrzenie ze strony Roberta, który oddalił się w stronę areny. Ludzie zaczęli się rozchodzić, a raczej, różnymi trasami zmierzać na arenę. Książę cesarstwa również odwrócił się i odszedł, ewidentnie zdenerwowany słowami tajemniczego chłopaka, który nadal stał na swoim miejscu, nie drżąc w niekończącym się chichocie. Valentia nie odeszła, przynajmniej jeszcze nie. Chichocząca niska postać budziła w niej zarówno fascynację, jak i strach. Po chwili, tylko ona, wysoka pokojówka i d’Arte pozostali pod tablicami. Chłopak w końcu przestał się śmiać i spojrzał w stronę Valentii.

– Zastanawiasz się czy jestem szalony – bardziej stwierdził, niż zadał pytanie.

Valentia zmrużyła brwi.

– Nie. Zastanawiam się jedynie, kim jesteś… albo czym?

Eric milczał przez chwilę, jego twarz teraz nie okazywała emocji. Czysta i spokojna, niczym tafla jeziora po burzy. Westchnął.

– Podałem ci już odpowiedź księżniczko. Jestem jedynie prostym głupcem. Potężnym, ale tylko głupcem.

Po tych słowach ruszył w stronę areny, na której miał odbyć się test praktyczny.

 

[…]

 

Valentia wróciła na swoje miejsce. Test nie był żadnym wyzwaniem, szczególnie z jej umiejętnościami kontrolowania magii wiatru. Test był podzielony na 3 części. W pierwszej kandydat miał za zadanie zniszczyć, lub obalić stacjonarny obiekt. Nie było to dla niej żadne wyzwanie. Jedną myślą wezwała potężne tornado i posłała żałosną kukiełkę aż pod niebo, pozwalając jej spaść i rozbić się na kawałki o powierzchnie areny. W drugiej części, mieli zmierzyć się z magicznym golemem. Był to byt relatywnie głupi, jednak o dużej sile fizycznej i wytrzymałości. Nie był jednak wyzwaniem dla młodej księżniczki. Nie potrzebowała trzech minut, by za pomocą swojej włóczni o szerokim ostrzu pociąć konstrukt na kawałki. Ostatnim rywalem był jeden z byłych uczniów i początkujący członek Zakonu Rycerskiego. Ten okazał się dla niej największym wyzwaniem i mimo że osiągnęła zwycięstwo, cieszyła się, że magiczna bariera niwelowała obrażenia obu stron pojedynku.

– Piękny pokaz twoich umiejętności, wasza wysokość – Robert uśmiechnął się do niej zadziornie. – Jestem pod wielkim wrażeniem.

Valentia skinęła lekko głową. Była wdzięczna za te słowa… jednak nie mogła uznać ich za szczerych, kiedy on sam zdołał pokonać wszystkie trzy wyzwania szybciej niż ona, opierając się na mocy ziemi i swoim potężnym młocie. Z pewnością zauważyła, że brakuje mu finezji, ale potęga idąca za każdym ciosem, przerastała jej własną.

– Wasze słowa mnie radują – odpowiedziała i spojrzała na siedzącego obok księcia. – Muszę też pogratulować waszej wysokości. Nie spodziewałam się niczego innego, po przyszłym cesarzu.

Benedykt kiwnął głową godnie. Ten władał magią wody i jego pokaz był połączeniem jej własnej finezji i siły Roberta. Żeby dać mu jakiekolwiek wyzwanie, zamiast początkującego rycerza, trzeba było wystawić weterana, a nawet ten nie dał mu rady. Valentia była wdzięczna, że jej państwo stoi jako sojusznik cesarstwa.

– Teraz – książę westchnął. – Zobaczymy co ten arogancki chłopak ma do pokazania.

Robert prychnął.

– Oh, proszę! – Uniósł ręce w geście irytacji. – Co ten robak może nam pokazać? Jest nikim. Pochodzi znikąd. Gdy tylko ten egzamin się skończy poślę po gwardzistów, by go osądzić i skazać na śmierć – warknął. – Każdy powinien znać swoje miejsce w chierarchii.

Valentia usiadła obok dwójki, ale milczała. Nie podobało jej się jak młody van Valal, okazuje swój autorytet. Był potężny to prawda, ale i niebezpieczny. Nie była też przekonana, czy niedocenianie d’Arta jest właściwym podejściem. Jej zachowanie nie umknęło uwadze księcia.

– Wyglądasz jakbyś miała wątpliwości co do sądu, księżniczko – stwierdził.

– Tak – Valentia przytaknęła. – Mam dziwne przeczucia związane z tym… d’Artem.

– Jest szalony! – Robert odpowiedział pewnie. – Nic dziwnego, że czujesz się przy nim niepewnie.

Elfka pokręciła głową.

– Nie wydaje mi się żeby był szalony… a przynajmniej nie szalony w taki sposób jaki go osądzasz. Z zasady potrafię wyczuć, czy ktoś kłamie. Nie wyczułam ani jednego kłamstwa w słowach d’Arta.

Książę zmarszczył brwi.

– Sądzisz więc, że faktycznie jest na tyle potężny, by okazywać taką arogancję.

Valentia ponownie pokręciła głową.

– Nie wiem. Ma umiejętność opiera się na umyśle danej osoby. Odgadnę nie tyle co jest prawdą, ale co dana osoba uznaje za prawdę. D’Arte może równie dobrze fałszywie wierzyć w swoją potęgę, ale nawet wtedy, o ile jego wiara we własne umiejętności jest prawdziwa, nie zdołałabym odgadnąć czy faktycznie jest tak silny, na jakiego się podaje.

Książę przyglądał się jej uważnie, po czym zwrócił wzrok na postać Erica d’Arta, wchodzącego na arenę.

– Zobaczymy, czy faktycznie mówił prawdę.

Cała trójka skupiła swoją uwagę na arenie. Młodzieniec stanął na wyznaczonym miejscu i został poinstruowany, by wybranym przez siebie sposobem, obalić, lub zniszczyć cel stojący na środku areny. Valentia przyglądała się z zainteresowaniem, kiedy Eric kiwnął głową i uniósł dłonie do ust. Spodziewała się że zobaczy jakieś potężne zaklęcie, jednak zamiast tego, Eric dmuchnął i przywołał malutki płomyczek, ledwo utrzymujący się nad jego dłońmi. Robert prychnął.

– HA! Czyli jednak szczekał głośniej niż gryzł!

Książę westchnął, zawiedziony, ale Valentia nie spuszczała wzroku z młodzieńca. Ten wydawał się wyszeptać kilka słów do płomyka i wypuścił go, pozwalając powoli i spokojnie podlecieć do celu. Widownia chichotała i kpiła, obserwując żałosny ogienek zbliżający się do celu. Lecz kiedy do niego dotarł – zapadła martwa cisza.

Malutka kulka eksplodowała z przerażającą mocą, a powódź ognia zatrzymała na magicznej bańce, która otoczyła cel, wyraźnie przywołana przez Erica. Ludzie patrzyli zbici z tropu, kiedy we wnętrzu magicznej bariery tańczy może ognia… nie… to nie był prosty ogień. Valentia nie miała wątpliwości, że zobaczyła wyraźne kształty. Ogień układał się w łuski, szpony, twarze i paszcze wypełnione zębami. Wydawało się, że przyzwany ogień miał własną wolę i w swej furii, próbował wydostać się na zewnątrz, uderzając w otaczającą go barierę. Eric stał w milczeniu z wciąć uniesioną dłonią, pozwalając by ogień skonsumował wszystko, co było wewnątrz bańki. Ta natomiast zaczęła pękać. Widownia pisnęła, widząc pęknięcia, jakby we szkle, kiedy coraz to bardziej wyraźne kształty, próbowały się wydostać. W odpowiedzi dookoła pierwszej pański, pojawiła się druga, ucinając plany rozwścieczonych płomieni. Po kilku dłużących się w nieskończoność chwilach, Eric zacisnął dłoń, a bańki zmniejszyły się do wielkości zaciśniętej pięści, dusząc w sobie płomienie. Kiedy młodzieniec otworzył ponownie dłoń, na wyciętej przez magiczną barierę ziemi, wylądowała jarząca się czerwienią kulka. Kukiełka i ziemia na której stała, została spalona, roztopiona i pod wolą Erica d’Arta, przekuta w malutką kulkę.

Widownia milczała w szoku. Nawet Robert, który błyszczał pewnością siebie, patrzył na to co zostało z celu, zupełnie osłupiały.

– Niemożliwe – wyszeptał. – Co… co to było na litość niebios?

Valentia zacisnęła dłonie i odpowiedziała drżącym głosem.

– Dowód – oznajmiła. – Dowód na to, że nie kłamał.

Książę drżał.

– Taka potęga… – wyszeptał. – O czymś takim słyszy się tylko w legendach.

Valentia przytaknęła i skupiła wzrok na widowni. Ludzie szeptali między sobą. W każdym z głosów emanował strach. To nie była typowa magia ognia. Coś za nią się kryło… coś antycznego… coś nieludzkiego.

 

Chciałaby poświęcić na swoje przemyślenia więcej czasu, ale rozpoczęła się kolejna część egzaminu. Z drugiej strony areny, za pomocą rytuału, przywołano do życia golema. Ten był wykonany z żelaza. Valentia zazgrzytała zębami, mając świadomość jakim wyzwaniem był kamienny golem i obawiając się, że i tym razem, młody Eric oszołomi swoimi umiejętnościami całą widownię. Czekała aż ktoś poda mu jego broń, lecz z zaskoczeniem zobaczyła jak Eric odpina łańcuch na prawym przedramieniu. Złapał długi łańcuch w dłoni i zawirował nim niczym batem, dając znać, że jest to jego broń. Stojąc dumnie z łańcuchem u boku, dał znać, żeby rozpocząć drugą część wyzwania. Gdy tylko to zrobił, golem zawył, swoim nieludzkim głosem i ruszył biegiem na Erica. Ten wziął głęboki oddech i machnął ręką do przodu. Łańcuch odpowiedział na jego wezwanie, i ruszył po ziemi w kierunku celu, nabierając prędkości. Valentia zobaczyła jak gruby łańcuch zaczyna się jarzyć na czerwono, jakby został wrzucony do kuźnieckiego pieca, tuż przed zbliżeniem się do golema. W ostatniej chwili, końcówka łańcucha oderwała się od ziemi i z trzaskiem trafiła golema w głowę. Widownia wstrzymała oddech, widząc jak rozgrzany do czerwoności łańcuch dekapitacje magiczną istotę, roztapiając znaczną część jej ciała. W mgnieniu oka, Eric pociągnął rękę w dół, i łańcuch odpowiedział, teraz pędząc w dół z zabójczą prędkością. Golem, który nadal stał, jako że dekapitacja nie mogła zakończyć jego egzystencji, nie zdołał uniknąć drugiego ciosu, które rozcięło go na dwie części. A przynajmniej tak to wyglądało. Valentia dobrze wiedziała, że to rozgrzany łańcuch, zwyczajnie roztapiał żelaznego golema, pozwalając by jego ciało rozstąpiło się niczym morze, pod wolą swojego właściciela.

 

W całkowitej ciszy, łańcuch powrócił pod nogi Erica, który stał z delikatnym uśmiechem. Nie ruszywszy się nawet o jeden krok z miejsca, w którym rozpoczął egzamin.

 

– Szaleństwo – Valentia wyszeptała. – Dwa ciosy? Żelaznego golema? Toż to poziom weteranów!

– Nie – książę pokręcił głową. – To poziom prawdziwych elit – strach malował się na jego twarzy. – Coś takiego nie powinno być możliwe dla kogoś tak młodego.

– Może nie jest taki młody na jakiego wygląda – Robert zaproponował. – Może to jeden z nie-ludzi? Z mutantów? Może nawet demon w przebraniu? – Widać było, że jego umysł nie był w stanie zaakceptować rzeczywistości którą obserwował. – Musi być jakaś odpowiedź. Logiczna odpowiedź która nadałaby sens temu szaleństwu.

 

Valentia nie wiedziała, czy może być logiczna odpowiedź. Albo nawet czy ten kto ją zna, odważy się ją podać, zważając na groźbę furii Erica d’Arta. Mimo powszechnego strachu w widowni, egzamin był kontynuowany. Z wyznaczonego wejścia na arenę, wysunął się następny rywal Erica. Ludzie wstrzymali oddech, widząc postać paladyna. Wojownika w błogosławionym pancerzu o największych umiejętnościach. Trzymał dużą tarczę, a u pasa wisiał miecz. Paladyn spokojnie i bez strachu wszedł na arenę postawił tarczę na ziemi. Następnie zdjął hełm ukazując swoją twarz.

– Lord Rafael? – Książę Benedykt aż wstał ze swojego miejsca.

– Zaraz! To jest lord Rafael? – Robert zadrżał. – Jeden z czterech lordów zakonu?

– Ten sam – książę pokiwał głową. – Jest może najstarszy z czwórki, ale jest nadal, jednym z najpotężniejszych wojowników w całym cesarstwie.

Kiedy skończyli mówić, starszy mężczyzna o siwej brodzie odezwał się wyraźnie.

– Jestem Rafael Madok. Lord Zakonu Rycerskiego i Kat jego cesarskiej mości.

Eric uśmiechnął się i skłonił nisko.

– Nazywam się Eric d’Arte. Jestem prostym głupcem – odpowiedział uprzejmie. – To zaszczyt móc cię poznać, Lordzie Madok. Nawet w mej dalekiej ojczyźnie, słyszałem pieśni o twych osiągnięciach.

Paladyn kiwnął głową, ale zmarszczył brwi groźnie.

– Oto stoję przed tobą, podając swe imię i pokazując twarz, lecz ty oddajesz tylko połowę tego honoru – oznajmił wskazując na jego maskę. – Czemu?

Eric drgnął, widocznie zakłopotany.

– Mój Panie, proszę o wybaczenie, ale nie mogę jeszcze pokazać mej twarzy. Nie chodzi tu o brak szacunku, a jedynie o dyskomfort obserwujących. Albowiem pod tą maską… – tutaj zapukał w czarną zasłonę – nie kryje się nic pięknego – westchnął. – Jeśli, mi panie wybaczycie, zdejmę maskę po walce, by nie zajmować waszych myśli, zbędnymi szczegółami.

Lord milczał przez kilka dłużących się chwil, po czym kiwnął głową i założył hełm na głowę.

– Niech i tak będzie – wyciągnął miecz z pochwy. – Szykuj się, Ericu d’Arte. Nie będę się powstrzymywał.

Chłopak zachichotał, po czym metodycznie odpiął łańcuchy na drugim przedramieniu i obu łydkach. Teraz cztery, potencjalnie równie potężne co pierwszy, łańcuchy, leżały u jego stup.

– By okazać ci zasłużony szacunek, muszę więc uczynić to samo.

 

To co nastąpiło po tych słowach, miało wypalić się w umyśle Valentii aż do końca jej dni. Paladyn, błyszcząc złotą mocą, skoczył do przodu, szykując potężne uderzenie. Eric natomiast zawirował, a łańcuchy zatańczyły w rytm jego kroków. Łańcuchy uderzyły i odrzuciły paladyna w tył, jednak nawet ślad nie pozostał na błogosławionej tarczy. Dwa uderzenia Erica z góry, kiedy jego łańcuchy roztapiały przy kontakcie ziemię, zostały bez trudu uniknięte. Jednej łańcuch z prawej nogi, wyskoczył naprzód i powalił paladyna w połowie skoku. Szybkie cięcie i przewrót uwolniło jego nogi i pozwoliło uniknąć kolejnego ciosu. Następne kilka dłużących się sekund było pokazem iskier i ryku pędzącej broni. Paladyn krok po kroku zbliżał się do Erica, którego taniec wzywał łańcuchy do ruchu i niekończącego się ataku na przeciwnika. Valentia patrzyła, jak zahipnotyzowana, kiedy czerwone płomienie, odbijały się od złotego światła. Pojedynek był przepiękny. Cisza zapadłą na całej widowni i tylko śpiew pojedynku, odbijał się echem od ścian areny. Wydawało się, że pojedynek trwa bez końca. Zabójcze ciosy i uniki, padały jeden po drugim i nawet magiczna osłona, która miała zapewnić, że żadne prawdziwe rany nie spadną na obu walczących, migotała, nie mogąc utrzymać się pod siłą obu walczących.

 

W końcu, Paladyn zbliżył się wystarczająco blisko i potężnym uderzeniem, posłał Erica w tył, przy okazji niszcząc zasłaniającą jego twarz maskę.

Głośny okrzyk rektora, dał znać, że pojedynek został uznany za zakończony, jeszcze zanim, ciało Erica uderzyło w ziemię i przeturlało się po arenie, zatrzymując się ostatecznie, twarzą w dół.

 

Wszyscy milczeli. Szaloną ciszę przerwały dopiero krople deszczu, który niespodziewanie zagościł nad areną. Valentia przyglądała się dwóm przeciwnikom. Eric, jeszcze nie podniósł się z ziemi, kiedy Lord Rafalej schował miecz, zdjął hełm i łamiącym się głosem odezwał się cicho.

– Co ci się stało chłopcze?

Postać Erica uniosła się powoli z ziemi, a Valentia zasłoniła dłońmi usta. Widok jaki zobaczyła, wstrząsnął ją aż do szpiku kości. Albowiem, na twarzy Erica d’Arta, pod czarną maską, nie było oczu skrywających tajemnicy, a ziejącą czarną pustką oczodoły. Nawet z tej odległości, widziała dokładnie ślady na skórze, gdzie najpewniej spalona tkanka została zastąpiona nową, różowiutką, niezdrowo kontrastującą z ciemniejszym odcieniem skóry. Co więcej, kawałki rozbitej maski, otworzyły stare rany i wydawać się mogło, że z pustych dziur, płynął krwiste łzy. Te szybko zostały zastąpione łzami deszczu, który oczyszczał twarze obu wojowników. Serce Valentii drżało, kiedy pojęła, że młody Eric dokonał każdego ze swoich czynów będąc ślepym i czemu komentarz przyszłego lorda o „nie otworzeniu oczu”, wywołało u niego gromki śmiech. Mimo jej współczucia i niepokoju, sam Eric nie wydawał się zbyt przejęty. Uśmiechał się szczerze i szeroko, jakby nie widząc swej własnej ślepoty.

– Zostałem ukarany przez bogów – odpowiedział lekko.

Paladyn pokręcił głową.

– Za co bogowie ukaraliby cię takim losem?

Chłopak zachichotał i uniósł palec w górę.

– Widzisz, daleko na północy, był sobie raz młody szlachcic, co chciał być kapłanem. I mimo że o bogach wiedział niewiele, śpiewał, że mówi ich głosem. A jego pycha była tak wielka i pewność siebie tak silna, że głupcy co go otaczali, tegoż głupca, jako wieszcza zaczęli traktować. I głupiec ten, co zwał się mędrcem, uwierzył we własne kłamstwo co stworzył i w wiarę w swą nieomylność. I tak pewnego razu, powiedziano mu, że susza dusi ludzi dalekiej krainy. On, pewny swego, powiedział, że wezwie deszcz i uratuje wszystkich. Pojechał i stanął na wzgórzu i siedem dni i siedem nocy, bogów wzywał by odpowiedzieli na jego rozkazy, lecz bogowie nie słuchali. Krzyczał więc kolejne siedem dni i siedem nocy, a jego głos się rwał, a duch łamał, kiedy ludzie zaczęli nazywać go oszustem. Tak, więc krzyczał piętnastego dnia, błagając bogów o wybaczenie i uratowanie ludzi, którzy umierali w suszy i bogowie odpowiedzieli. Z bezchmurnego nieba, spadłą błyskawica, każąc jego głupotę, ale i oświecając jego prosty umysł – Eric rozłożył ręce i uniósł je do nieba. – I od tamtego momentu, ten głupiec, co wiedział już, że nic nie wie, wiernie służy bogom, a ci prowadzą go naprzód i strzegą jego drogi. Nie da się opisać, jak się ten głupiec cieszy, wiedząc, że jest nie tylko prostym sługą, ale i przyjacielem bogów, którzy go ukarali.

Valentia podbiegła do barierki areny i krzyknęła.

– Jak możesz mówić, że jesteś przyjacielem bogów, kiedy cię oślepili!? – Zakrzyknęła. – Skąd masz pewność, że bogowie okazali ci łaskę?

Eric obrócił się w ją stronę, a wyraz jego twarzy wyrażał prostą radość.

– Szanowna księżniczko, ma pewność opiera się na dwóch prawdach. Bogowie odebrali mi oczy, ale pozwolili mi widzieć na tyle innych sposobów. Zaprawdę, mając oczy byłem ślepcem, a będąc ślepcem w końcu WIDZĘ! – Zaśmiał się radośnie.

– Ale skąd pewność, że jesteś ich przyjacielem? – Zapytała ponownie.

Eric zmarszczył brwi, prychnął rozbawiony i wskazał zachmurzone niebo.

– Ponieważ, kiedy ten głupiec przywołuje smutne wspomnienia, zsyłają deszcz i pozwalają mi ronić łzy.

 

Valentia przyglądała się, całkowicie zbita z tropu, jak Eric unosi twarz do nieba, śmiejąc się prosto z serca, kiedy krople deszczu wypełniały jego puste oczodoły i pozwalały mu raz jeszcze – ronić łzy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Opowiadanie ciekawe (chociaż fabuła jest prosta). Wciągnąłeś mnie, mimo że nie przepadam za fantazy w stylu Tolkiena. Pióro znakomite - tworzysz niezwykle subtelne zdania. Trochę bym przyciął rozmowę w pierwszej części.
    "Me sukcesy, nie ważne jak wielkie, nie zadowolą ojca. Nie ważne co osiągnę, me sukcesy w jego oczach są nic nie warte – zachichotał". - powtórzenie.
    "Może to jeden z nie-ludzi? Z mutantów?" - Niepotrzebne nawiązanie do Sapkowskiego.
    Pozdrawiam 5
    Ps. Ocena nieco zawyżona, ale zasłużona.
  • Kapelusznik rok temu
    Dzięki
    Pisałem jakiś tydzień fragmentami - a zaczęło się od ostatniego zdania i sceny w mojej głowie.

    Pozdrawiam
  • Kapelusznik tak przy okazji - właśnie śledziłem sobie nasza archiwalną dyskusję o ateizmie https://www.opowi.pl/droga-do-wolnosci-czesc-55-wyzwolenie-a54798/ nie wiem czy ją pamiętasz? była bardzo ciekawa.
  • Kapelusznik rok temu
    Marek Adam Grabowski
    Ah...
    Tak
    Obok moich manifestów nienawiści do gatunku ludzkiego jedne z bardziej kontrowersyjnych dzieł jakie napisałem

    Nadal mi się podobają :)
  • Kapelusznik Tak bardzo kontrowersyjna to nie była; aczkolwiek mnie zaskoczyło, że można być oświeceniowym ateistą lecz nie w stylu Dawkinsa. Pozdrawiam
  • I kolejny wrócił na opowi! :D
    Ciekawy oneshot, choć fantasy to z pewnością nie moje klimaty. W żadnym wypadku nie umniejsza to jednak opowiadania w moich oczach. Bardzo podobają mi się opisy między dialogami. Dostarczasz w nich tyle informacji ile trzeba na dany temat. Nie ma takiej sytuacji, że czegoś jest za dużo lub za mało.
    Leci 5

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Kapelusznik rok temu
    Egzaminy i zaliczenia....
    Eh...
    Nie mam czasu pisać dla siebie :(
    Może coś się za niedługo pojawi - bo w końcu będzie przerwa w zapierniczu

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania