Poprzednie częściWładca

Władca

Słońce świeciło nisko nad ziemią i rzucało długie cienie na zieloną trawę. Na zwykłej, cichej łące płynął mały, ledwo słyszalny strumyk. Ta woda nie była zwyczajna. Ten strumyk był sam w sobie żywym bytem — to był Władca Czasu we własnej osobie.

​Z trawy wyszedł młody chłopak. Miał na sobie podarte buty, brudne szare dresy i podziurawioną bluzę. Wyglądał na zmęczonego. Miał duży nos, małe uszy i brakowało mu trzech zębów z boku. Podszedł do samego brzegu i spojrzał w toń.

​Wtedy woda szumem wydała z siebie głos. Władca Czasu odezwał się z wnętrza strumienia:

​— Z czym do mnie przychodzisz? Zakłóciłeś mój spokój! Musisz mieć do mnie poważną sprawę.

​— Szukam Władcy Czasu — odpowiedział Jack i rozejrzał się niepewnie wokół.

​— Stoisz przed nim właśnie.

​— Spodziewałem się czegoś innego. Niemałego strumyka na łące.

​Nurt zafalował łagodnie, a głos wody poniósł się po trawie:

​— Woda jest symbolem czasu. Wszystko jest uzależnione od ludzi. Kiedy czasy są burzliwe, to ten mały strumyk zamienia się w rwącą rzekę. Jak czasy są spokojne, wtedy jestem taki jak teraz. Lepiej powiedz mi, co sprowadza cię do mnie.

​Jack zacisnął dłonie w pięści i popatrzył w wodę.

​— Cofnąć w czasie się chcę.

​— Co? To niemożliwe!

​— Zrobię wszystko! — zawołał Jack.

​Strumyk wzburzył się lekko, jakby woda przyglądała mu się z bliska.

​— Wyglądasz mi na ubogiego człowieka. Masz na sobie podarte buty, brudne szare spodnie dresowe i podziurawioną bluzę. Drażni mnie twój olbrzymi nos i małe uszy. Nie masz trzech zębów z boku. Kim jesteś? Masz coś dla mnie w prezencie?

​— Nie mam nic, nie mam nic — powiedział Jack i zaczął szukać po kieszeniach. Wyciągnął mały łańcuszek i pochylił się nad wodą. — Mogę podarować ci jedynie mój medalionik, który dostałem na pierwszą komunię.

​Woda zaszumiała z lekceważeniem:

​— W świecie ludzi jest takie powiedzenie: „Czas to pieniądz”. Jak nic nie masz dla mnie, to odejdź. Szkoda mej wody dla ciebie.

​— Ale...

​— Nie ma żadnego „ale”. Odejdź!

​— Dobrze — szepnął Jack. Z oczu poleciały mu łzy i spadły prosto w nurt strumienia. Odwrócił się i chciał odejść.

​Gdy łzy pomieszały się z wodą, Władca Czasu odezwał się znowu:

​— Stój! Przestań płakać. Odwróć się do mnie przodem. Twoje łzy stały się w jakimś stopniu zapłatą. Poświęcę ci chwilę, ale wątpię, czy pozwolę ci cofnąć się w czasie. W całej historii świata było niewielu ludzi, którym pozwoliłem podróżować przez moją wodę.

​Jack spojrzał w strumyk z nadzieją.

​— Jeden tydzień. Błagam, jeden tydzień.

​— Doprawdy... tylko jeden tydzień?

​— Chcę uratować moich przyjaciół. Tydzień temu wypłynęli statkiem w rejs. Zastał ich olbrzymi sztorm. Bałwan morski zakrył statek i ściągnął go na dno. Wszyscy zginęli, wszyscy. Chcę ich ostrzec, aby nie wsiadali do tego statku.

​— Jak masz na imię?

​— Jack. Mam na imię Jack Snow.

​Woda zawirowała powoli.

​— Jack, przeznaczenia nie oszukasz. Jak nie zginą na morzu, to natura dobierze się do nich w inny sposób. Twoje starania są bez sensu.

​Jack nie wytrzymał i nagle ruszył pędem, wskakując w sam środek żywej wody.

​— Co ty robisz? Nie przybliżaj się do mnie! Nie biegnij, głupi człowieku! Nie!

​Chłopak wpadł w strumyk. Woda natychmiast mocno zahuczała, opłynęła go ze wszystkich stron i postarzyła go w jednej chwili, zabierając go ze sobą.

​— Przebiegł przez mój strumień. Głupek! Przeniósł się do przyszłości! Dwadzieścia lat do przodu... — zaszumiała woda na odchodnym.

​Wiatr zaczął mocno dąć. Mały dotąd strumyk w jednej chwili zamienił się w ogromną, wzburzoną i rwącą rzekę. To wciąż był ten sam Władca Czasu, ale w innej, groźniejszej postaci.

​Jack otworzył oczy i wyczołgał się na brzeg. Jego ciało było ciężkie, dłonie pomarszczone, a włosy siwe.

​Wielka rzeka zahuczała głębokim głosem:

​— Witam ciebie, Jack. Spałeś prawie dwadzieścia lat.

​— Jak to? — spytał Jack zmienionym, starym głosem.

​— Przeszedłeś przez mój strumień. Chciałeś się cofnąć w czasie. Nikt, nikt bez mojego pozwolenia nie będzie podróżował! Przez dwadzieścia lat siedziałeś nieruchomo przy mnie. Nic się nie ruszałeś. Upływający czas zadziałał na ciebie.

​Jack popatrzył na swoje stare ręce i na wzburzoną toń.

​— Dlaczego twój strumień zmienił się w rwącą rzekę?

​— Mamy do czynienia z burzliwymi czasami. Mówiłem ci, że mój stan jest uzależniony od was, od ludzkości. Razem jakoś współdziałamy ze sobą. Słyszałeś kiedyś o wielkiej powodzi? To mój strumień kiedyś wylał. Zalał cały świat. Mniejsza z tym. Zostaniesz ukarany, Jack! Chciałeś oszukać Władcę Czasu i nielegalnie cofnąć się w czasie. Mogłem zmienić cię w pył, ale tego nie zrobiłem. Mówiłeś, że chcesz uratować znajomych, chcesz im pomóc. Teraz musisz ratować samego siebie. Cofnę cię w czasie. Chciałeś ich w końcu uratować. Będziesz marynarzem na statku. Do dzieła, Jack, do dzieła!

​Woda w rzece utworzyła duży wir i zaczęła go siłą wciągać do środka.

​— Ale ja nie... Czemu mnie jakaś siła przyciąga do twej rzeki? Wciąga mnie! Ratunku!

​— Powodzenia, Jack... Powodzenia, sprytny człowieku. Żegnam! Ha, ha, ha, ha! — zaśmiał się szum wody, a rzeka wciągnęła postarzonego Jacka pod powierzchnię, odsyłając go w przeszłość.

​Po chwili Jack stał już na drewnianym pokładzie statku. Słońce świeciło, a wokół była tylko morska woda. Miał na sobie ubranie marynarza i trzymał tacę. Podszedł do niego kapitan.

​— Marynarzu, proszę zanieść naszym gościom wino i owoce.

​— Gdzie mogę ich znaleźć?

​— Na dole, pokój numer 12. Co za urwisy przeklęte, mam już ich dość! Niewychowane bachory. Z szacunkiem, marynarzu, ale nie pamiętam ciebie. Czy to twój pierwszy rejs?

​— Tak.

​— Rozumiem, proszę o wyrozumiałość dla mnie. Starość nie radość, a tej młodzieży mam dość!

​— Myślę, że nie będzie z nimi problemu — powiedział Jack i zszedł po schodach pod pokład.

​Jack wszedł do pokoju numer 12 z tacą w rękach. W środku siedzieli jego znajomi z młodzieńczych lat: Dino, Diko i Mara. Pili i głośno się śmiali. Żadne z nich go nie poznało, bo wyglądał jak stary człowiek.

​Dino popatrzył na niego i położył nogi na stół.

​— Wejść! Co nam przyniosłeś, dziadku? Wino i owoce? A gdzie rum? Pytam się, gdzie rum?!

​Diko machnął ręką:

​— Zostaw tego starucha w spokoju! Przestań go szarpać za fraki, bo się ubrudzisz, ha, ha!

​Mara przyjrzała się Jackowi:

​— Ma takie same uszy jak Jack i wielki nos. Może to jego tata?

​— Nie zdziwiłbym się. Ten wygląda na idiotę i tamten też jest idiotą — powiedział Diko.

​Dino dodał:

​— Jack to przychlast. Można się nim dobrze wyręczać.

​Jackowi zrobiło się bardzo przykro. Poświęcił wszystko, a oni tak o nim mówili.

​— Ja nie jestem dziadkiem! Wypraszam sobie.

​— Patrz, debilowi zrobiło się przykro! — zawołała Mara i wzięła kielich.

​— Mara, nie rzucaj w niego kielichami! — powiedział Dino, ale Mara rzuciła w niego naczyniem.

​Kielich odbił się o ścianę tuż obok Jacka. On odwrócił się i od razu wyszedł.

​— Poszedł sobie. Pijmy dalej. Na zdrowie! — krzyknął Diko.

​Wieczorem pogoda całkowicie się zepsuła. Zaczął padać deszcz i zerwał się duży wiatr. Jack pobiegł na górę do kapitana.

​— Panie kapitanie, musimy zawracać! Na tych wodach będzie sztorm!

​Kapitan odpowiedział:

​— Pływam od dwudziestu lat. Zdążyłem się już zorientować jakieś pięć godzin temu, że pogoda będzie nieprzychylna. Nie mówiłem tym młodym z dołu. Zawracamy ku najbliższemu portowi położonemu o trzydzieści mil morskich.

​Nagle nadszedł ogromny sztorm. Wielkie fale uderzyły w statek, morska woda zaczęła wlewać się do środka, a ludzie spadali do morza.

​— Jack, szykuj tratwę ratunkową i uciekaj! Już jest po nas! — krzyczał kapitan.

​— Panie kapitanie! Uciekaj ze mną!

​Dino wybiegł z pokoju i rzucił się do tratwy.

​— O, ten jeden, Dino, rzucił się na tratwę! — powiedział kapitan.

​Wielka fala nakryła pokład.

​— Fala go zabrała! — zawołał Jack.

​— Koniec, toniemy. Jest po nas!

​Jack popatrzył na wzburzoną wodę.

​— Żegnaj, życie, żegnaj.

​Pocałował swój medalik z pierwszej komunii i wpadł do morza. Zatonął i opadł na samo dno. Po trzech minutach morskie prądy zacząły go pchać z powrotem do góry.

​Jack otworzył oczy. Znowu leżał na trawie przy małym, spokojnym strumyku na tej samej łące. Strumyk znowu płynął cicho.

​Głos Władcy Czasu wydobył się łagodnie z wody:

​— Witaj, Jack. Jak było? Widziałeś swych znajomych?

​— Tak!

​— Głowa do góry. Zawiodłeś się? Zawiodłeś się na znajomych?

​— Tak!

​— Ja nie mam dobrego serca — odpowiedziała woda.

​— Wiem!

​— Dla ciebie zrobię wyjątek. Wrócę cię z powrotem do czasu, kiedy do mnie przyszedłeś. Życie już tobie darowałem. Jesteś wolny. Wiesz, dlaczego tak uczyniłem?

​— Nie.

​Strumyk zaszumiał cicho:

​— Bo poświęciłeś się dla kogoś. To mi się spodobało. Wiesz, dlaczego nie pozwalam ludziom podróżować w czasie?

​— Zachwieje to teraźniejszością?

​— Nie! Bo to jest bez sensu. To jest bez sensu. A teraz odejdź.

​Zadzwonił budzik.

​Jack podniósł się z łóżka w swoim pokoju. Był rano. Popatrzył na swoje młode ręce, wyłączył budzik i zrozumiał, że dostawszy drugą szansę, może w końcu zacząć żyć po swojemu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • maga godzinę temu

    Serdecznie dziękuje za przeczytanie mojego tekstu i za wystawienie pozytywnej oceny.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania