Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
WSKRZESZENIE HAITI II: W OBIE STRONY. (opowiadanie grozy/mystery)
WSKRZESZENIE HAITI II: W OBIE STRONY.
(opowiadanie grozy/mystery)
Najczęściej, śmierć jest rozumiana, jako stan bezpowrotnego wyruszenia w drogę, stanowiącą jednoznaczny kres. Zapewniam: tak jest zawsze. Jeżeli jednak okazuje się, że istnieje równoznaczna droga powrotna, może to znaczyć, iż zamknięte od zewnątrz drzwi Zaświatów, ktoś postanowił otworzyć, posiadając do nich klucz. A sama rzeczowość tego faktu, okazuje się nie tyle mistyczną, co przerażającą.
Ube nie musiał już jej widzieć. Od momentu, gdy poderżnął gardło czarnemu kogutowi, zalewając jego krwią, skromny ołtarzyk u swoich Śniadych stóp. Ułożył go na rzeźbionej w drewnie tacy, odnosząc z wdzięcznością, poza zasięg promieni światła świec z pszczelego wosku, stopionego ze smołą, niesioną płomieniem, co nadawało mu, nie mniej, od niego samego: Czarną barwę. Szeptał. Od kiedy poznał Rodzimy Język jego Przodków, odzywał się rzadko. Jak sam uznał: z Szacunku do każdego słowa, wypowiadanego w kreolskim haitańskim. Dlatego się modlił. Nie po francusku, lub polsku: do nakazanych batem świętych, których... nie dane mu było spotkać, a zabraniano w nich nie wierzyć. Modlił się do Loa. Pradawnych Zaświatów, którzy, jako jedyni: wskazywali w jego życiu prawdę. Nie przerywając modlitwy, dołożył kilka polan do ognia, stawiając na żeliwnej płycie opalanej drewnem, murowanej w glinianych cegłach, wykonanych przez niego własnoręcznie, kuchni: spory, sfatygowany, kuty w miedzianej blasze, rondel: napełniony do trzech czwartych objętości, wodą... będącą złotem Haiti, po które sięgając głębokim wykopem na wyschniętych mokradłach, pofatygował się dumny, iż każda jej kropla, to sekunda konania, będąc przyrzeganym bezlitościwym skwarem... mniej. Stawiając naczynie na rozżarzonej płycie, pieczołowicie zanurzył w nim jeszcze podrygującego w pośmiertnych konwulsjach, koguta. Zanim zwypióruje jego nagość, musi wrzeć. Tak uczyła go matka. Następnie: trzeba go wypatroszyć i gotować bez zmiany wody, aż mięso całkowicie odejdzie od kości, radując jego dusze, wyzbyciem się głodu. Nic ponadto, ponieważ: potrzebuje samych kości. Znał je doskonale. I to właśnie im, złożył dar, symbolizowany jasnoblond lokowanym puklem, kontrastującym z przypadkową kroplą koguciego szkarłatu. Łaskawie, zabrano od niego głód. To zatem dostateczna zapłata. Mimo wszystko, jego spojrzenie przybrało smutny wyraz. Doskonale wiedział, z jakiego powodu, przywołując w pamięci wydarzenia przedwczorajszego popołudnia...
Edyta, otwierając swoje przenikliwie błękitne oczy, niemal zawyła z bólu, niczym zwierze wybudzone z powodowanego upływem krwi letargu, przyjmując do świadomości, że odgryzło sobie łapę. Czuła się tak boleśnie odrętwiała, jakby rzucono ją w sztorm, zamkniętą w trumnie z wiadrem złomu, znalezionego w portowym warsztacie. Chciała zwilżyć językiem spierzchnięte wargi, gdy uznała to za mało realne, ponieważ... niemal przysechł do jej równanych chirurgią stomatologiczną, arktycznie białych ząbków. Najbardziej... bolała ją głowa, pulsując dotkliwie neurotycznymi ukłuciami, sporadycznie zmieniającymi długość odczuwania ich przez skołatany układ nerwowy. Wykonując miarowe wdechy, usiłowała wziąść się w garść, zwłaszcza, iż czuła się, jakby odebrano jej w życiu wszystko. Ponadto? Odczuwała jedynie pozbawioną emocjonalności uczuć: pustkę, co spowodowało, że bezwładnie przerzuciła smukłe ramię, z przepoconej pościeli, na swój usłany sporym, nieustępliwie kształtnym biustem, dekolt. Przeszedł ją dreszcz, gdy złapała się na tym, że... jest zimna. Zupełnie, jakby całą noc dryfowała w spokojnym oceanie... właściwie: faktycznie, była na plaży. Opalała się... iii... pamiętała jedynie, chwiejny powrót parabolą przypadkowo stawianych kroków, grzęznących w orzeźwiająco mokrym piasku plaży, jej stóp... Wszystko ponadto, spowijał w takim stopniu nieprzenikliwy mrok jej świadomości, iż uznała, że gdyby nie ten przenikliwy ból, zapewne... wtedy umarła. Co dziwne, owładnowszy zmęczonym wzrokiem wnętrze najmowanego przez nią domku, nie zauważyła kogokolwiek, a przecież... odnosiła nieprzeparte wrażenie, że, mimo wszystko: ktoś jej się przygląda. Nie myślała o tym długo, przeszyta niespodziewanym dreszczem nadzwyczajnego chłodu. Fuknąwszy z irytacją, zebrała wszystkie siły, aby przewalić swoje szczupłe ciało na brzuch, zbierając w sobie resztki energii, żeby udać się do toalety.
Najedzony Ube, dla okazania Szacunku, zasiadł wsparty na kolanach, przy ołtarzyku, rozpoczynając przenikliwie niskim, ochrypłym szeptem, kolejną z modlitw. Loa wskazując prawdę, otworzyli mu oczy, dlatego nie musiał podnieść powiek, wyciągając masywną dłoń, w którą bez problemu ujął nie tylko szytą w lnianym płótnie kukiełkę, jak i własnoręcznie wykutą igłę, nawleczoną przędzoną w bawełnie dratwą. Odłożył je bliżej siebie, składając słowa podzięki, wraz z prośbą, aby pozwolono mu wrócić. Kłaniając się żarliwie, sięgnął po zakrwawiony pukiel, a także ostrzony w przerdzewiałej, grubej blasze, niewielki nożyk, spiczasto zakończony, przeciwlegle do nawijanej krzyżowym oplotem konopnego sznura, rękojeści. Te przedmioty także odłożył bliżej siebie, pośród szeptanych słów, zmieniając ich kolejność. Obecnie, mógł już ująć w dłoń kukiełkę, drugą: rozcinając jej plecy rdzawym ostrzem, po odłożeniu którego, w jego grubych palcach, spoczął uroczy pukiel, wciśnięty pieczołowicie w dziurę na plecach kukiełki, następnie zaszytą igłą, nawleczoną ku temu jasnokremową dratwą. Pozostało mu tylko odłożyć całość na ołtarzyk, plecami w dół, nadając mu moc sprawczą, będącą Pradawnymi Modlitwami.
Miała dość. Uznała tak, ciężko zwieszając swe seksowne oblicze, nad przybrudzoną zaciekami jej własnej krwi, umywalką. Czuła się osłabiona, owszem... tylko dlatego nie zaczęła krzyczeć, na widok własnego odbicia w lustrze. Miała niezdrowo podkrążone oczy i blado ziemistą, pomimo opalenizny, cerę, odnosząc wrażenie, jakby jej ciało, z nieznanych jej przyczyn... wyschło: z całej wiodącej nim, chęci życia. Na domiar złego, po jej sinych, spękanych, niegdyś nieodparcie pocałunkowych wargach, płynął z jej niewielkiego noska, nadwyraz obfity krwotok, ściekając po jej drżącej bezsilnym szlochem uroczo liniowanej, dolnej szczęce, aż na przód jej szyi, co rozumiała, jako nieprzepartą aparycję, zupełnie... jakby stała, ledwo, jednak... o własnych siłach: z szeroko poderżniętym gardłem... zamknęła oczy na ten widok, zataczając się bezwolnie. Czując przedziwne uczucie w klatce piersiowej, przypadkiem rozmazała własną krew, na sytuowanym czarnym stanikiem bikinii, seksownie kulistym biuście. Spoglądając bezwiednie na własną, zakrwawioną dłoń, z wysiłkiem skierowała palce, w kierunku kurka zimnej wody...
Przykazano mu nic nie mówić, siedząc w ciemni. Przechylając czarną świecę nad klatką piersiową kukiełki, nakazał jej sprawowanie woli Zaświatów. Strugi czarnego wosku, krzepnąc, oddały ją Loa, żeby powracając, była nią. Drogą, obraną bezpowrotnie, a gdy dobiegnie kresu, Dzieci Barona wrócą, aby zabrać im należne. Nie od biednych. Dlatego wybrał właśnie ją, aby wiodła ich wszystkich. Gdy po raz kolejny wzniósł dłonie, bez słów składając podziękowania: każda z otaczających go, czarnych świec, jakby ku daniu świadectwa jego życia... zgasła, pozwalając nocy nieść słowa nieobecnych.
Postanowiła się ubrać, co zdawało jej się przekraczać najśmielsze oczekiwania. Zdumiało ją, w jak zaskakującym stopniu, pozostaje dla niej pozbawione zarówno sensu, jak i znaczenia, niczym moment przemyśleń nad życiem zaścielających pole bitwy, trupów. Szczerze? Nie obchodziła ją zawartość walizek, jak i one same. Właściwie... jaki dziś jest dzień?.. Udręczonym gestem dotykając opuszkami palców spowitej odrętwieniem twarzy, zamknęła oczy, usiłując sobie przypomnieć... gdzie, właściwie: odłożyła telefon? Ogarniając zmęczonym wzrokiem wnętrze najętego pomieszczenia, zrozumiała, iż spoczywa on na blacie szafki, stojącej przy jej łóżku: wygodnie ułożony na schludnie poskładanym, figlarnie pasiastym ręczniku. Nie pamiętała zupełnie, jak tego dokonała, nie mniej jednak, postanowiła ująć go w dłoń. Była sobota. Za około dwie godziny, skwar południa zaleje Haiti, pogrążając je w bieli swych objęć. Kilka godzin później... odlatuje jej samolot, co o dziwo: postanowiło ustąpić letargu jej świadomości. Leniwie zwlekając się z wygodnego oparcia jej seksownie krągłych bioder, zaczęła się pakować, postanawiając przy okazji, przebrać nasiąknięte krwią bikini. Uznając, iż nie zdoła zapiąć na plecach zamka błyskawicznego sukienki, odnalazła w walizce krwiście purpurową bluzkę, którą postanowiła zestawić z czarnymi spodenkami, posiadającymi elegancko podwinięte mankiety. Bielizna, szpilki... kolejne dwa kwadranse przygotowań, sprowadzające jej życie do niezbędnego minimum, powodującego, iż z posiadanego bagażu, postanowiła zabrać jedynie torebkę, wewnątrz której spczywały portfel, klucze do mieszkania w Dallas, powrotny bilet lotniczy, a także telefon... cokolwiek ponadto, zwyczajnie: uznała za zbędne, pozostawiając w twórczym nieładzie, pośród którego odnalazła jedynie skromny kluczyk z przywieszką w kształcie palmy, pasujący do zamka obecnie zamieszkiwanego przez nią, wakacyjnego lokum, żeby niedługo potem, stukliwy dźwięk wydawany wysokimi obcasami jej eleganckiego obuwia, skierował się w stronę drzwi.
Doskonale pamiętał własną intencję, wbijając długie, żelazne szpikulce, zakończone czarnymi kulkami, w klatkę piersiową i brzuch kukiełki. Pieczętując je woskiem, spajającym strugami modlitwy z tą intencją, był pewny, iż nie pozostaną obojętnymi. Pozostało mu już tylko jedno. Ująwszy w palce kawałek węgla drzewnego, powstałego z wypalania odłamu trumny, zdał sobie sprawę, iż modlitwa, ugrzęzła mu wpół słowa pośród oddechu, ściśniętego w jego płucach kościstym szponem przerażenia, niesionego przez Śmierć. Wiedział jednak doskonale, że jeżeli postąpi inaczej, niebawem... zagłodzi ją śmiertelnie, posyłając cały podjęty trud, w miano czczego dokonania. Musiała jeść, a jednocześnie: było to niemożliwym... dlatego poprosił Barona o łaskę: pozwalając jej żywić się Zaświatami. Dla zaakcentowania czego, narysował owym węglem na twarzy kukiełki grymas przerażającego uśmiechu, okazującego pary wilczych kłów, sterczące z każdej posiadanej przez nią szczęki.
Przeszła odprawę, z trudem odnajdując widniejące na bilecie miejsce. Obecnie, zmierzając ponad chmurami, usilnie chciała odczuć, że zostawia przeszłość za sobą. Nie była jednak w stanie wyzbyć się obecnego samopoczucia, czując się jednocześnie zmęczoną, osłabioną, jak i pozbawioną jakby własnej duszy, niczym osoba, odnaleziona po kilku dekadach życia w absolutnej dziczy, musząca zmierzyć się z komputeryzacją rzeczywistości, o czym... nie pozwalał jej zapomnieć przenikliwy głód, zmieniający się w obrzydzenie, na samą myśl o wertowaniu oferowanego przez linię lotniczą menu. Chciała przestać o tym myśleć, zwłaszcza łapiąc się na odczuciu, iż widok rozmawiających wokół Pasażerów... przepełnia ją nieprzeparcie narastającym apetytem, pomimo jej zasuszonego gardła. Spytana przez Stewardessę o samopoczucie, zwyczajnie skłamała, bagatelizując je. Z nieznanych sobie przyczyn, prosząc ją o wodę, oczekiwała nie tyle kary, co potępienia,czego: nie umiała sobie wyjaśnić, zwłaszcza niemal dostając ślintoku na widok zgrabnego nadgarstka, zdobionego cienką, złotą bransoletką, umieszczającego na stoliku przed nią plastikowy kubek. Wywarło to na niej iście hipnotyczne wrażenie, jakby spełniając najskrytsze pragnienia, co samo w sobie: przekraczało granice jej pojmowania. Za każdym razem, gdy usilnie chciała to wyjaśnić swojemu skołatanemu umysłowi, spowijał go mrok pustki, wzbudzając w niej coraz bardziej neurotyczne odczuwanie głodu. Nie mogła na to poradzić czegokolwiek, gdy sprawiało odczuwanie wrażenia bycia sensem jej życia. W takim stopniu, iż chcąc zaznać spełnienia, kulturalnym gestem poprosiła o moment uwagi, udzielającą informacji jednemu z Pasażerów, Stewardessę. Uśmiechnięta w elegancki sposób, zielonooka brunetka, skierowała w jej stronę wzrok, informując nie mniej od uprzedniego, kulturalnym gestem palcem, iż niebawem do niej podejdzie, przybierając rzeczowo przyjacielski wyraz twarzy, zdobiony miłym uśmiechem. Myślała tylko o tym, tak dotkliwie pogrążona w przemyśleniach nad walką z samą sobą, iż nawet nie spostrzegła momentu jej przybycia, niczym złudzenie optyczne, budzące konającego w rozpalonym piachu, pośród rześkiego chłodu śródpustynnej oazy. Głęboki wdech uniósł dekolt jej sporego biustu, skrytego pod purpurową bluzką, gdy w milczeniu, z kamiennym wyrazem twarzy, poprosiła Brunetkę o poświęcenie jej skrócenia dystansu, pozwalającego na zniżenie głosu do szeptu, stanowiącego moment dyskretnej prywatności. Zdziwienie malujące się w szmaragdowozielonych oczach, postanowiło nie ustępować profesjonalizmowi, zbliżającemu ucho do spierzchniętych warg, z wprawą pochyliwszy się nad zajmowanym przez nią fotelem. Poprzez odrętwienie, gniotące nieprzyjemnie jej twarz, czując korzenny zapach ubranego w służbowy uniform ciała, Edyta zdołała wyszeptać, urywanym szeptem, pośród grzęznący w jej plucach oddech:
- ... Pudré... de... - usiłowała zwilżyć językiem usta, co nadało im lubieżną aparycję - ... Muerte...
Co stwierdzając, objęła niespodziewanie Stewardessę, której nie dane było mieć czasu na reakcję, gdy rzędy śnieżnobiałych zębów, zacisnęły się na służbowym, schludnym makijażu jej policzka, tętniącym naciskiem wygryzając spory jego kęs, co zalało jej mundur krwią, przez bark, aż po klapy marynarki. Żując go, Edyta odczuwała ekstazę, możliwie jak najdłużej odwlekając moment jego przełknięcia, za symfonię restauracyjną obierając przesycone bólem jęki, klęczącej na samolotowej podłodze kobiety. Rzucając jej przelotne spojrzenie, zrozumiała, jak bardzo była głodna: odsłaniając jej szczękające cierpieniem zęby, eksponowane jękliwie w krwawiącej dziurze, nosząc jeszcze pulsujące życiem ślady jej zębów, podczas narastającej na pokładzie, histerycznej paniki. Zamykając oczy, czuła, iż świat wokół niej coraz bardziej traci znaczenie, pogrążając się w złowieszczo ogarniającym smugami jej umysł, mroku. Nie mogła zdawać sobie sprawy, jak bardzo są realne, unosząc się z jej ust, wykluczone uwagą tłumu, nawet wówczas, gdy krzykliwym jazgotem, gościły w ich własnych płucach... Gdyby wiedziała, że raport prosektoryjno koroneryjny, na jej nazwisko, wykaże, iż zanim wsiadła do samolotu, zmarła dwie doby uprzednio, zapewne: wyrwałoby ją to z objęcia śmierci: trwającym przerażeniem wrzaskiem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania