Wszystko poza jej dłońmi
czasem myślę
że to nie była miłość
tylko jakaś choroba
która wyglądała jak czułość
z daleka.
jej głos zostawał mi w klatce piersiowej
na długo po tym, jak wychodziła.
jakby mówiła:
„nie licz na nic, idioto,
ale spróbuj sobie z tym poradzić”.
miała śmiech, który rozcinał mnie
na pół.
i uśmiech,
którym mogła zabijać dusze.
a ja
drżałem przy niej jak pies
zamarzający przy cudzych drzwiach.
chciałem tylko
jej dłoń
na moim karku
raz.
jeden pieprzony raz.
ale nawet jej cień
był dla mnie
za drogi.
napisałem tysiąc wierszy
których nigdy nie przeczyta.
kupiłem kwiaty,
które zgniły
na parapecie.
i nocami
śniła mi się taka
jaką nigdy nie była.
tak się kończą wojny,
których nikt nie ogłasza.
tak się kocha
kogoś,
kto nawet nie zauważył,
że właśnie zrujnował ci
wszystko.
Komentarze (2)
ale ta jednotematyczność zaczyna nudzić.
:)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania