Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA: POWRÓT ZMARŁYCH. (całe opowiadanie gore)

ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA:

POWRÓT ZMARŁYCH.

(całe opowiadanie gore)

 

PROLOG

Nie każdy jest oczekiwanym. Dotyczy to przecież ich wszystkich, ponieważ: są tylko sobą, istniejąc jednoznacznie: będąc znanymi jako powroty. Zarówno kolejne, jak i w pierwszej linii, powinny przecież cieszyć. Kiedy jednak staje się to bezpodstawnym: jak powyżej... wcale nie musi dotyczyć przerażenia.

Tomek ich nienawidził. Nie dlatego, że bezpodstawnie odwracając jego uwagę, skupiały ją na rzeczywistości: niemo tkwiącej wokół niego, jakby oczekując, iż zostanie zauważona, aby ją docenić. Było tak dlatego, iż życie zwyczajnych oprychów, sprawiało wrażenie otwarcia wrót piekieł, dając im ku temu sposobność, aby pałętać się po jego rewirze, siejąc wokół nikczemność ich własnych postępowań. Dlatego uznał, że jest zwyczajnie wkurwiony. Nie tyle widokiem równo ułożonej zawartości kartonowej teczki, co znaczącą ją treścią. Opatrzona w przesiąknięty stęchlizną zapach kartonu, wydawała mu się bardziej przesiąknięta papierosowym dymem, niż papier w jej wnętrzu atramentem. Niezbyt opasła, pożółkła, Policyjna teka: zawierająca zaledwie kilkanaście kartek. Nic ponadto. A mimo wszystko, sam Komendant wręczył mu ją z takim entuzjazmem, jakby w ten sposób chciał odcisnąć rewers jego odznaki, przez klatkę piersiową, na plecach: uznając to za priorytetowo ważne. W myślach dziękując Najwyższemu, że z powodu jego niewygasłego pracoholizmu, jego służbowa broń, jak na ironię: raczyła samoistnie nie wypalić, postanowił przyjąć dyspozycję, stanowczym spojrzeniem oddelegowującą go w stronę drzwi gabinetu. Nie pozostało mu nic więcej, jak tylko słuchać niosącego się po obszernym holu kroków, niosących go do miejsca, stanowiącego epicentrum jego działania. Było nim jego służbowe, zadbane jak własne, biurko.

Krystaliczna czerń, gościła w oknach gabinetu, pomimo starczego blasku sfatygowanej jak całe wyposażenie, lampki. Bezwiednie siorbiąc obrzydliwie zimną, zasadniczo dostatecznie mocną, aby wprawić w taneczny krok zwłoki na prosektoryjnym stole, kawę. Robił to już machinalnie. Czytał, obracał, odkładał, brał następną. Co więcej? Chciał właściwie ustalić, zaczytany w dokumentacji. Pięć zaginięć, ta sama data, miejscowość, możliwy czas nastąpienia... niby, to jakoś " dziwne ", jednak: kiedy jest się zwyczajnym Policjantem, takim zwykłym Śledczym Wydziału Kryminalnego, to, co Człowieka szokuje, innych: napawa zdumieniem. Widniało ono w zeznaniach świadków, potwierdzających powrót jednej z zaginionych do domu: o poranku, następnego dnia, jakby cała misterna tajemniczość całego zajścia, postanowiła się na nią obrazić, zbywając swoją obecnością. Uznał ją za szablonową, podnosząc zmrożony przemijaniem jego dobrowolnych nadgodzin, kubek. Przełykając kolejny łyk parszywego trunku, uznał, że wzrok odmawia mu posłuszeństwa, niczym piasek zapomnianej plaży, zmywany kolejnymi falami. Stuk fajansowego kubka o drewno blatu biurka, zdawał się anonsować niniejszy akapit, który jak obszerny, stanowił coś, czemu każdy gliniarz nie pozostaje obojętny: uzyskując punkt zaczepienia, dający mu możliwość prowadzenia sprawy, niczym niesienia blasku naftowej lampy, pośród labiryntu błędnej ciemności. Tego właśnie chciał dokonać, usiłując go zrozumieć.

Okłamała wszystkich. Rodziców, jak zwykle robiących z niej ofiarę podłej codzienności. Lekarzy, wiedzących lepiej od niej, że nie jest możliwym, jakby dlatego, że pokazują kurczowo na podświetlony tablicową lampą negatyw. Policję tylko dlatego, że sami ją spytali. Zwyczajnie: czegokolwiek nie wie, a jak to się stało?: poprostu także. Nie musiała. Dlatego, sumienie nakazało jej wyznanie prawdy, w którą i tak mogli nie wierzyć. Zwłaszcza słysząc, że kiedy wróciła do domu: już dokładnie tak było. Co ponadto?.. Zasadniczo: mogli znaleźć wiele ciekawych eksponatów, drwiących oczywistością. Którykolwiek ze zwierzaków, nie gustuje przecież w wyjadaniu metalowych rupieci, z ogniskowego popiołu. Co ją zatem z tym łączy?: zeznała, że nic. Doskonale wiedząc, że nie mogą operować jej ręki, uznanej przez lekarzy za sprawną, pomimo, jak widnieje w szpitalnym wypisie: " operowanej w sposób prymitywny ", celem pozyskania materiału porównawczego. Leżąc obecnie w ciemnościach, chciała jedynie, aby mrok pozwolił wszystkim o tym zapomnieć, jak o niej samej: stającej się nieprzeniknioną czernią, wykraczającą poza granice pojmowania ich świadomości.

Chcieliby chyba, aby dźwięk dzwonka, odwiecznie tkwiącego na ścianie wokół drzwi wejściowych, pozwolił im zaznać spokoju. Jako trzy, zupełnie nie związane ze sobą rodziny, mieli przecież do tego zupełne prawo. A jedynym, co im przeczyło, uzasadnione niewiedzą, było brutalne widnienie realizmu, spowijające fakt, iż każda z ich córek: kiedykolwiek już nie wróci. Może, tak jest dla nich lepiej, ponieważ: gdyby o tym wiedzieli, zapewne, nie miałby kto ich oczekiwać...

 

ROZDZIAŁ I

Niekiedy, nawet oczywistość, pozwala zapomnieć o swoim istnieniu, kulturalnie ustępując miejsca czemukolwiek ją przerastającemu. Gdyby uznała w ten sposób obecnie, zaoszczędziłaby jej nocy wypełnionej bezsennymi przemyśleniami. Wszystko, wydając się banalnie podanym na planowej tacy, pozostało dlatego, jedynie: mało możliwym dokonaniem. Niby: to tylko ubieganie się o własność, należną na długo przed odlaniem przez człowieka stopu metali, ograniczającego dostęp światła życia doczesnego, zarówno jej samej, jak i reszcie Zaświatów. Niestety: kolej rzeczy była nieubłaganą, jako spisana na długo przed rozumieniem w piśmie istot, uznających je za oczywiste. Od wówczas: byli przecież tylko śmiertelnikami. Dlatego ich potrzebowała, skoro posiadali coś, należnego nie tyle jej samej, co miejscu, skąd przyszła. Nie jednak po to, aby marnować na nich czas. Z tego powodu: zajmie się nimi później, a przynajmniej tymi, którzy swą wrodzoną, śmiertelną naiwnością: sami nie zechcą inaczej, jakby troska o ich własne dusze, stanowiła dla nich nieodpłatny, dlatego zupełnie zbyteczny im, aspekt codzienności, niczym żarliwe skomlenie ukundlonej psiny pod wystawnymi drzwiami ich posiadłości, w obawie przed dotkliwym pobiciem z powodu zanieczyszczenia perskiego dywanu, spoczywającego na przedpokoju: równoznacznie z tymi, którzy, mimo wszystko: darzą ich uczuciami.

Sylwia usiadła na łóżku, z gracją teatralnej marionetki, kunsztownie dźwigniętej na scenie, skomplikowaną paletą ożywiających ją sznurów. Nie ustępowało temu odgarnięcie pukla rudych włosów z jej policzka, nie tylko dlatego, że salomonowy mosiądz wrośnięty w jej kości, nie pozwalał dotknąć gorejącej grzechem czeluści. Matowym, bezźrenicznym spojrzeniem swych błękitnych oczu, dotykała otaczającej ją ciemności, czując, iż jest jej najbliższą. Tyle jej wystarczyło, aby sięgnąć po jedną z szpilek, na wysokim, cienkim obcasie, potulnie oczekującą przy jej zabytkowym, rzeźbionym w dębie, łożu. Szykownie eleganckie obuwie, utwierdzone eleganckimi szarfami wokół jej kostek, nie pozostawiało jej wyboru, poza niezbędną koniecznością. Pozornie: nie ma w tym nic trudnego, ponieważ: musi zaledwie odzyskać część samej siebie. Nic więcej.

Komisariat uznał za wymarły. Co najmniej: jako pozbawiony jakichkolwiek przejawów życia. Cisza. Gdzie rytmiczny stukot maszyn do pisania? Głuchy puk kubków o blaty niezliczonych biurek, pozbawionych samotności wybiórczymi trzaśnięciami drzwi gabinetów. Jakiekolwiek głosy. Możliwe, że zniknęły, jakby w obawie przed echem jego zmęczonych kroków o dwustuletnią boazerię, odbitym w oświetloną sodowymi lampami otchłań, ustępującą przed nim, jak i każdym zwyrodnialcem: wolnością. Dlatego uznał, że może zaznać jej nie odrazu, jak zresztą: oni wszyscy, czym jego Koledzy: zdawali się zupełnie nie przejmować, gdy jako ostatni w tym wymarłym dworku, zmierzał na odprawę, ku Ambonie Wyjściowej. Skręcając w klatkę schodową, zawiniętą kutą w żelazie balustradą z drewnianym wezgłowiem, ujmując je w dłoń, poczuł, że pomimo, iż każdy oprych w tym miasteczku może mu, zasadniczo: " skoczyć ":. coś jest bardzo zajebiście nie w porządku. Uśmiechnął się na tą myśl, ujrzawszy nie innego, jak " zmarłego za blatem " Ryszarda. Sędziwy, bardziej od fundamentów jak stały od dawna, spowity siwizną, kategorycznie rzeczowy Policjant: uprzywilejowany zaledwie tak znacznie, że nosił mundur jeszcze chyba z czasów zaborów, mogąc siarczystymi przekleństwami, normować służbę tych " rozbestwionych szczyli z aspiracją na nie mienie pusto w pagonach ": przez co rozumiał zarówno kolegów po fachu, jak i nie widnienie na pagonach stopnia admirała. Jego zmęczone, jednak, co dziwiło każdego: pozbawione braku życia spojrzenie, nadając mu przezwisko " Zmarły ": odprowadziło go ku ciężkim, skrzypiącym masywnymi zawiasami drewnie wejściowych wrót. Przytaknął jedynie, usiłując z całych sił wprawić to toporne cholerstwo w stanięcie otworem. Niemal sięgnął do kabury, gdy ze zwiększającej się mozolnie szczeliny, czmychnęła w jego kierunku przygarbiona, drobna postać. Gdyby nie mruknęła w jego stronę przelotnych słów powitania, złapał się na tym, że mógłby chcieć ją zastrzelić, a przecież: okazała się zwyczajną Posterunkową, nie nawykłą ku stawianiu się na Służbie inaczej, jak na ostatnią minutę. Nie chcąc dla niej źle, zwyczajnie: zostawił ją w spokoju. Skoro dzisiaj zaczęła:.. niechybnie pozna przecież Zmarłego, co uznawszy za najdotkliwszą z kar, opuścił doczesne miejsce dziwnego spokoju, pozwalając, aby grot światła za jego plecami, zaostrzył się w całun pozbawionego radości półmroku.

Jak zwykle: aniołowie postanowili opłakać świat, wyrażając swój gniew jęzorami elektryczności, gnącymi się w czerni ziejącego wiatrem nieba. Stanowszy na granitowym ganku, pozwoliła, aby wysokie obcasy jej butów, równo stuknęły przed zmokłym drewnem, wydając chlupotliwy pogłos. Trzykrotnie uderzyła kostkami zaciśniętej pięści, z wzrokiem tkwiącym w zaślepionym sęczastą materią, kwadratowym otworze. Nic. Jakby echo niosące łomotanie jej dłoni o konsekwentnie zamknięte drzwi, stanowiło zwyczajną obojętność. Spojrzała na to krzywo, mając świadomość, iż zupełnie jak kamera monitoringu, przytwierdzona stanowczo do elewacji, ponad jej głową. Ponadto nic. Chcąc zatem wyłomotać ponownie uznanie jej obecności, niemal uderzyła w twarz uśmiech, pojawiający się w masywnej ramie przeciągłym, głębokim szurnięciem, wspomaganym tkwieniem w pustce.

- Kurwamać!... co Pani. - zasyczała nieznana jej postać, uskakując w dal, za dzielącym je obie drewnem - to znaczy!, ten, no!.. - rozpoczęła zbliżając się ponownie, aby móc się jej przyjrzeć - w czym mogę Pani pomóc?.. a właściwie: " Posterunkowa Ewelina Sz... ".. - a zamiast dokończyć: zamilkła w pół słowa, głosem, zdającym się znikać w oddali.

- Ktoś chciał mnie zgwałcić. - stwierdziła beznamiętnie rudowłosa postać, w przemokniętej garsonce, której długość spódnicy, jeżeli wobec Policjantki: musiałaby stanowić pas mocujący ekwipunek na jej biodrach.

Ewelina, rzuciwszy na nią spojrzenie, zwyczajnie stwierdziła, że może gdyby te koronkowe pończochy miała pod spodniami, możliwe, iż... poprostu: nie miałoby to miejsca, jednak: postanowiła jej o tym nie informować, zwłaszcza widząc szczupłą, drobną kobietę, wnioskując z garderoby: agentkę nieruchomości? Przedstawicielkę handlową?.. Uznała to za mało ważne, wciskając podświetlonego elektrycznym blaskiem żarówki " komucha ": aby brzmieniem gongowego dzwonka wobec Ambony Wejściowej, zaanonsować rozpoczęcie mocowania się z topornym, stalowo zimnym ryglem, dzielących ją od petentki, masywnym całokształtem, zamarłym w tkwiącej murem nie innej futrynie. Przeklinając mamrotliwie, Posterunkowa stanowczo trzasnęła okienkiem rewizyjnym, uświadamiając sobie szurem jego trzasku, iż... mogła o tym uprzednio: miło i uprzejmię poinformować. Wzdrygnęła się mimowolnie, zdając sobie sprawę, że nie zrobiła tego tylko dlatego, gdy zauważyła, że ciemność wokół postaci po drugiej stronie, zdaje się być jakby obojętną blaskowi mocnej, sodowej lampy, tulącemu jasnożółtym światłem smagany deszczem ganek, co nie dotyczyło jej samej. Mimo wszystko, była zobowiązana wpuścić ją do środka, z całych sił manipulując zamarłymi w wiekach świetności wrotami.

- Jak się Pani nazywa?.. - spytała ją bezwiednie Ewelina.

- Sylwia. Posterunkowa. - co oznajmiwszy, utkwiła pozbawione emocji spojrzenie w brązowych oczach czarnowłosej Policjantki, mijając ją w akompaniamencie stuku szpilek o gres posadzki holu Komisariatu.

Ewelina wzdrygnęła się po raz kolejny, czując zarówno powiew przenikliwego chłodu, jakby spowiła ją gorycz śmierci każdego ze zmarłych na łamach dziejów świata doczesnego, jak i nieprzeparte uczucie, że z tą elegancką osobą, zagościło coś o wiele bardziej złowrogiego, niż była w stanie zrozumieć, dlatego zamiast sobie to złudnie wmawiać, spojrzała z gorliwą rezygnacją w sklepienie ponad sobą, kierując się za brnącą ku zdobnej rzeźbieniami ambonie wejściowej, postaci.

 

ROZDZIAŁ II

Zmęczenie, zabrało go w całkowitą otchłań nieświadomości. Pozostając na kanapie, tulony tańczącym kolorowym blaskiem ekranu kineskopowego telewizora, nie zdążył nawet ściągnąć marynarki. Nie śnił o czymkolwiek, wsparty bezwładnie na skórzanym wezgłowiu. Chyba tylko dlatego otworzył oczy, słysząc stanowczy łomot w drzwi jego mieszkania, zdający się kpić zakłócaniem ciszy nocnego odpoczynku, na równi z nią samą. Zauważając, iż wbrew sobie, zupełnie go nie wyśnił, Tomek w konsternacji sięgnął do kabury, mocowanej szelkami na jego klatce piersiowej, z wyczuciem dobywając służbowy rewolwer, którego dźwignię iglicy odciągnął kciukiem w tak skupionej konsternacji, iż wydała ku temu jedynie ciche, sekwencyjnie metaliczne kliknięcie. Wstając z wygodnego siedziska, wiedziony nikłym, migotliwym światłem, skierował się ku oknu, trzymając oburącz broń na wysokości twarzy, co nie przeszkodziło mu wyjrzeć przez szczelinę między firanką, a futryną okiennicy, na spowitą mrokiem nocy ulicę. Dokonał tego w tak metodyczny sposób, iż nie zdziwił go widok odzianej w garnitur postaci, sprawiającej nieprzeparte wrażenie pilnowania wzrokiem jedynie okien jego mieszkania, a jak na potwierdzenie, gdy tylko jego cień zamajaczył w nim, skryty nie tylko za szybą, postać owa dotknęła moknących w ulewnym deszczu połów swojej czarnej marynarki, zbliżając ku nim twarz. Zanim zdążył opuścić broń, usłyszał zza własnych drzwi wejściowych rozmowę, zaanonsowaną stukliwym syknięciem radiowej fali, dochodzącej z już mu znanego źródła. Dlatego był pewny, co obecnie nastąpi. Hałaśliwe łomotanie w drzwi powtórzyło się ponownie. Cicho stawiając kroki na klepkach podłogi, skierował się ku nim, nie musząc powiedzieć ani słowa.

- Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Proszę natychmiast otworzyć drzwi. - stanowczy ton dobiegł jego uszu, chociaż tłumiony materią ich samych, pozostający, mimo to, nieustępliwym, co spowodowało nieregularnie wybrzmiewające odgłosy zwalniania sztab zamków, z przeciwległej do niego strony.

Rozbudzony już dostatecznie, aby być oślepionym nawet nikłym blaskiem korytarzowej żarówki, Tomek wyłonił się zza malowanego niegdyś białą, obecnie odpadającą płatami emalią, wahadłowego, drewnianego tworu, celując lufę rewolweru w dwóch, odzianych jakby w odbite z tego na ulicy garnituru, ich własne, schludnie spasowane, mężczyzn. Podejmując próbę podania swojej tożsamości, uznał ją za daremną, słysząc lakoniczne:

- Pójdzie Pan z Nami. - podkreślone pozbawionym emocji wskazaniem mu przez jednego z nich dłonią kierunku.

Wioząc go czarnym, terenowym BMW, nie mówili czegokolwiek. Nawet wówczas, gdy po dotknięciu legitymacją czytnika, zamocowanego na ceglanej ścianie mrocznie antycznego gmachu, dostojnie przejechało ono przez tylną bramę wjazdową Komendy Miejskiej, gdzie zatrzymawszy się na brukowanym granitową kostką parkingu, otworzono przed nim drzwi, wskazawszy pedantycznie zawodowym gestem dłoni kierunek, stanowiący potwierdzenie, iż jakikolwiek sprzeciw, spowoduje bolesne dla niego skutki. Gdy zsunął się niepewnie z tylnej kanapy, uderzył go przenikliwy chłód, smagając jego twarz lodowatymi, ciężkimi kroplami, stawiając przed szeregiem kolejnych procedur, pośród labiryntu korytarzy, pozwalających mu, jakby będąc oczekiwanym, zasiąść przed przykręconym do podłogi biurkiem, gdzie oczekiwało go kolejnych dwóch, nie mniej tajemniczych Funkcjonariuszy. Bardziej tęgi z nich, łysy, z rozpiętą marynarką, wskazał mu znajomym gestem puste miejsce, na dzielącym ich blacie.

- Jak Pan wie... - rozpoczął ozięble - Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. AŻ! - zaakcentował podnosząc głos - Komisarzu. Jak wszyscy wiemy:. dlatego się Panu nie przedstawię. - co oznajmiwszy, zasiadł naprzeciw skonsternowanego Tomasza, racząc go nieprzerwanym spojrzeniem, wyrażającym bezsłownie, że w każdej chwili, może rozerwać go na strzępy, uznając to zarówno za przejaw ryzyka zawodowego, jak i zwyczajny wypadek.

- Do... dobrze... - odparł mu niepewnym głosem Policjant - tylko... w jakiej właściwie sprawie? - spytał, rozsądnie uważając na dobierane słowa.

- Wczorajszej. - skwitował rozmawiający z nim, tęgi Agent, z przeciągłym jękiem mechanizmu, otwierając szufladę biurka po jego stronie.

Odnalezienie obiektu zawodowego metodyzmu, zajęło mu aż niespełna pół minuty, po upływie czego, kolejnymi tyknięciami naściennego zegara, przed Tomaszem, na wskazanym przez Agenta miejscu, wylądowała, jakby powodowana ku temu objawieniem magii, kolorowa fotografia, przedstawiająca zarówno portret, jak i profil boczny, wizerunku twarzy młodej, brązowookiej, z włosami upiętymi w miły kucyk, czarnymi jak bezmiar przestrzeni kosmosu, kobiety. Tomasz skupił zarówno wzrok, jak i myśli w układzie barw na papierze, zupełnie nie mogąc go odnaleźć w swojej świadomości.

- Znasz ją Pan.? - bardziej oznajmił, niż spytał go Agent.

- No. Nie... - rozpoczął Tomasz, nie odrywając wzroku od fotografii - Zupełnie... nie. - oznajmił, podnosząc wzrok na pulchną, usianą kroplami twarz, kurczowo utrzymaną masywnym karkiem przed nim.

- Panie... - westchnął Agent, zwieszając z rezygnacją głowę, po czym podniósł ją, z impetem, jednocześnie, kładąc ogromną dłoń na fotografii, co spowodowało, że Tomasz mimowolnie wzdrygnął się w krześle, niczym rażony służbowym paralizatorem - skończ Pan, Komisarzu:.. mi baśnie pierdolić. - co zaakcentował stanowczym wskazaniem palcem w kierunku jego nosa - wczoraj zaczęła pracę. I wie Pan, kto ją wpuścił, żeby była jebaną posterunkową na waszym zatęchłym komisariacie?! - rozpoczął z gniewnym wyrazem twarzy - Pan, kurwa. Stała pod drzwiami kwadrans, nie będąc w stanie ich otworzyć, bo na waszą dziurę, szkoda funduszy działu technicznego... japierdolę... - twarz Agenta, w oczach Tomasza, zdradzała już tylko szczerą nienawiść, co jednak nie powodowało zaniku jego ordynarności, wraz z wypowiedzią, co jakby na zawołanie, podsumował w mgnieniu oka dobytym z niezamkniętej szuflady, użyciem pilota, który skierował na podwieszony na ścianie za plecami Tomasza, telewizor. - Paczpan. - nakazał, z głuchym łupnięciem rzucając go na dzielącą ich powierzchnię.

Ta scena, mimo zaniku w jego umyśle, utkwiła mu w pamięci. Doskonale pamiętał, jak zza otwartych przez niego wrót, niespodziewanie czmychnęła ku niemu przygarbiona, drobna postać, pospiesznie kierując się ku Ambonie Wejściowej, co obecnie: odtwarzał we własnej pamięci, jako dobrej jakości obraz kamery monitoringu wewnętrznego, uwieczniającej ponad nim, jego ówcześnie doczesny żywot. Jako zaledwie kilka klatek, zamarł, jakby w tęsknocie za jego opuszczającą Komisariat osobą. Spodziewając się zakucia w kajdanki, skierował z powrotem oderwany od ekranu telewizora wzrok, w twarz Agenta, usiłując wyjaśnić:

- A... tak. To pamiętam... - rozpoczął, usiłując brzmieć wiarygodnie. - jednak, Pan rozumie, Agencie... - Tomasz utkwił w nim najbardziej spokojne, na jakie był w stanie się zdobyć spojrzenie - too... zupełnie normalne... dlategoo... nie zwróciłem uwagi...

- Panie. No japierdolę!.. - ponownie zganił go Agent, z frustracją zrywając się z krzesła, jednocześnie chwytając pilot w masywną dłoń - a czy to, jest, kurwa: dla pana normalne?! - krzyknął oskarżycielsko, gorączkowo naciskając grubymi palcami przyciski na plastikowym urządzeniu, wymierzonym w telewizor.

Tomasz doskonale wiedział, że będąc Policjantem, jest zobowiązany stawiać na szali własne życie, w obronie innych. Jak na ironię, kierując niepewny wzrok w stronę ekranu za swoimi plecami, zasadniczo się o nie obawiał, mimo wszystko, udając na tyle pewnego siebie, iż nawet w obecnych okolicznościach, jest w stanie myśleć. Zwłaszcza wówczas, gdy zdał sobie sprawę, iż wyświetlony obraz, zdaje się głoszoną nim kpiną, podważać jego zdrowie psychiczne, dobitnie podkreślając to płynącą z nim ścieżką dźwiękową, stanowiącą zwyczajne nagranie rozmowy Policjantki, podczas dokonywania rutynowej, Służbowej, proceduralnej Czynności. Doskonale znał jej przebieg, rozpoznając wszelkie detale, zwłaszcza " komucha ", który, jak głoszono szeptem: " jest starszy od Komendanta, dlatego boi się kazać go wyjebać z Komisariatu, jakby zdygany, że... za nim pójdzie... ", co zawsze powodowało sarkastyczne parsknięcia ukrywanego w dłoniach śmiechu. Owszem, procedura była rodzimie codzienną, z tą różnicą, że owa Policjantka, jak uwierzył własnym oczom tkwiącym w nagraniu:.. dokonywała jej, jedynie we własnym towarzystwie, ponieważ oprócz dziwnie nienaturalnego cienia, zbliżonego do ludzkiego wzrostu, oprócz niej samej... kamera nie uwieczniła kogokolwiek więcej. Zszokowany tym zajściem Tomasz, odwrócił się przez ramię w stronę Agenta, wskazując na telewizor:

- Agencie... po pierwsze: z kim ona rozmawia?.. właściwie: z jakiego powodu?! A ponadto... pozwoli Pan, że spytam... z wyrazami najwyższego Szacunku:... bo owszem, to... poprostu dziwne, jednak:.. czemu tak bardzo, że prowadzi to ABW?.. przy czym, po drugie... - dodał mozolnie - czyy... ma to znaczyć, żee... wie Pan: Ona... była chora?.. a teraz chcecie wiedzieć, czyy... tylko Ona?..

Napawając go zdumieniem nie mniej od nagrania, Agent jedynie zaprzeczył skinieniem głową, a pomimo profesjonalnie zawodowego, nieprzenikliwie kamiennego wyrazu jego twarzy, sprawiał wrażenie wewnętrznej potrzeby wyzbycia się go, po raz kolejny maniplując przyciskami odtwarzaniem obrazu, którego ujrzenie, nakazał z premedytacją pozbawionym emocji spojrzeniem, co Tomasz uznał niemym potwierdzeniem, po raz kolejny skupiając wzrok na obrazie za jego plecami. Przedstawiał on tą samą Policjantkę, zarejestrowaną z perspektywy innej kamery, zdającej się być przekonaną, iż... nie jest tam sama, chociaż... zupełnie tak nie było. Zwłaszcza do momentu, gdy niespodziewanie, jakby rzucona nieznaną jej siłą, runęła na gres posadzki holu Komisariatu. Co więcej, owa siła postanowiła na tym nie poprzestać, tłukąc nią o podłogę, aż zaczęła sprawiać wrażenie bezwładnej, gdy jej ciało, wleczone po niej niewiadomą przyczyną, sporadycznie rzucane na obie, przeciwległe ściany korytarza, zostawiało znaczące krwawymi śladami, znamię pochodu czegoś, zdającego kierować się ku archiwum, pełniącego zarazem funkcję magazynu zabezpieczonego materiału dowodowego, stanowiąc jedyne pomieszczenie się tam znajdujące. Za pancernymi drzwiami ze stalowej płyty, często spowite zapomnieniem kolejnych dekad obecności, spoczywały najczęściej insygnia miejsc zbrodni. Na malowanym szarą farbą metalu, metodycznie, kolejnymi bezwładnymi uderzeniami, ciało w Służbowym Mundurze, zaczęło zamieniać się w usianą odłamkami przebijających je, złamanych kości, w coraz bardziej makabryczny, groteskowo workowaty twór. Gdy kamera zarejestrowała, że jej wnętrzności chlusnęły na zdobny zabytkową pamięcią gres, a to, co zostało z jej ciała, plusnęło bezwładnie, ciśnięte na przeciwległy koniec holu, wzbijając w powietrze rozbryzg krwi, same pancerne drzwi, nie mniej nią zalane, z głośnym, metalicznym odgłosem zwalniania blokującego je mechanizmu, zaczęły się samowolnie otwierać, by po krótkiej chwili, ponownie zatrzasnąć się z łomotem, odbitym echem zabytkowego wnętrza Komisariatu.

Tomasza, przeraziło to w takim stopniu, iż czuł, że wypełnia jego kości, jak i każdy zakątek jego umysłu. Jakby nie mając tego na uwadze, kamera bezlitośnie uwieczniła obraz, który spowodował, iż mimowolnie zacisnął dłoń na własnej piersi, chcąc utrzymać rytm skołatanego serca, gdy ścieżka dźwiękowa nagrania, nie rejestrując kogokolwiek więcej, oprócz zmasakrowanych zwłok, uwieczniła oddalające się holem kroki, które stąpając po zakrwawionej posadzce, zostawiały na nich odciski, jakby kobiecego obuwia, na cienkim, wysokim obcasie, znikając w trzasku wejściowych wrót. Cokolwiek więcej, nie raczyło wiązać ich z człowieczeństwem.

Agent, przestał napawać się widokiem przerażonej, bladej twarzy Tomasza, już kilka minut temu, uznając potliwość jego skóry, za potwierdzenie autentyczności zapisu, na jego szczęście, stanowiącego już tylko czymkolwiek niewzruszony, jednostajny obraz. Uznając to za wystarczające, jedynie skwitował, lakonicznym stwierdzeniem:

- Dlatego, Panie. - po czym gestem dłoni nakazał drugiemu z obecnych Agentów, dźwignąć usiane mimowolnym bezwładem przerażenia ciało Tomasza z krzesła, celem zatrzymania go w areszcie, na czas wyjaśnienia jego udziału w sprawie, wobec całokształtu zajścia, czemu jego rozdarta psychika, postanowiła nie zwać powodem, do wyrażenia protestu sprzeciwem.

 

ROZDZIAŁ III

Tomek, usiłując zasnąć, skulony na pryczy w pokoju tymczasowych zatrzymań, wmawiał sobie, że głuchy łomot o stalową powierzchnię, tłumiony mięsistym klaskiem coraz bardziej masakrowanych nim, ludzkich zwłok, wcale nie dochodzi jego świadomości realnie, stanowiąc jedynie iluzję, postępującą z jego umysłem nie inaczej, jak dane mu było ujrzeć. Chociaż nie pokładał tym jakichkolwiek złudnych nadziei, miał świadomość, że jeżeli dane mu jest się mylić: wcale nie widział piekła, kpiącego z żyjących poza jego czeluścią, której echo, odbite echem wewnątrz zapomnianego archiwum, postanowiło zostać mu bliskim, jakby zechciało stanowić rytm jego skołatanego serca. Był zmuszony uznać, że z czasem przestanie tak być, a skoro oczekiwanie doprowadzało go do obłędu, miał mu za złe, iż dobiegnie końca w tylko sobie znanym momencie, dlatego: zupełnie nie teraz. Co więcej: usiłował zrozumieć nie tyle je same, co powód jego trwania. Świadomość ta, niestety: pozostawała jedynie mrocznym kształtem w jego umyśle, niczym zarejestrowany służbowym monitoringiem. Cała sprawa, majacząc w jego myślach, zdała mu się bardziej kadrem z filmu grozy, niż pracowniczą sceną jego codzienności. Nie mniej jednak, nie miał innego wyboru, poza jej akceptacją. Starając się nie zwracać uwagi na przemykające w głowie makabryczne sceny, owijając się szczelniej kocem, zaczął zapadać w niespokojny sen, dający wytchnienie jego nadszargniętej brutalnym postępowaniem psychice.

Cisza miasteczka, pozwoliła jej cieszyć się rześkością spokoju, rytmicznie wybijanego stukaniem szpilek o zlaną rzęsistym deszczem powierzchnię asfaltowanego chodnika, biegnącego wzdłuż rzędu odrapanych, liczonych wiekami na fundamentach, ceglanych kubatur pogrążonych w śnie kamienic. Niknący w jej obliczu jasno pomarańczowy blask sodowych lamp, ponad jej fryzurą w figlarnym odcieniu patynującej miedzi, koił w jej sercu miejsce, które wyzbywszy się uprzednio uczuć, dawało mu tym niekrytą możliwość: będąc dla niej zupełnie pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia. Kołysanie zgrabnych bioder, uwodzicielsko unosząc mankiet jej krótkiej, czarnej spódnicy ponad rant podwiązek koronkowych pończoch, dawało możliwość ukrycia go wobec wzroku postronnych osób, gdy rozmywając się w postać mrocznej mgły, pozwoliła sobie oddać się ciemności.

Zagościła we własnym łóżku, niczym ponowiona odtworzeniem w odwrotnym kierunku klatka taśmy filmowej, sięgając dłonią w kierunku eleganckiej szarfy, pozwalającej szpilce zsunąć się z jej kostki. Ustawiła ją z wdzięczną gracją przy nodze mebla, sięgając do wewnętrznej kieszeni noszonej przez nią obecnie garsonki. Walcowaty przedmiot, znaczony seledynem wiekowej patyny, dumnie spoczywając w jej dłoni, napawał ją niekrytą dumą. Uznała, że nawet woreczek wypełniony oczadzoną, srebrną biżuterią, skąpaną w czarnym, tłustym oleiście nalocie, nie jest dla niej tak ważnym. Nie mniej jednak, wysypała jego zawartość na przednią stronę swojej spódnicy, kolejno delektując się dotykiem, nabierającym matowego połysku w jej palcach, przedmiotów. Umieszczając je kolejno we właściwych miejscach, spojrzała przelotnie w krystaliczny mrok, odbity w tafli gotyckiego lustra, wystawnego majestatycznie rzeźbioną w czarnym hebanie ramą. Eksponując w jego powierzchni srebrny kolczyk z uroczym odłamkiem bursztynu, od kiedy sięgała pamięcią, pierwszy raz rozjaśniła swoim własnym, sprawiającym wrażenie słodkiego, uśmiechem. Nie dlatego, że była szczęśliwa własnym sukcesem. Przypomniała sobie właśnie, że przecież... ktoś na nią czeka.

Przerażenie otworzyło brązowe oczy Eweliny, oznajmiając galopującym w jej płucach impetem szaleńczych zaczerpnięć powietrza, iż cała sytuacja, to nie tyle coś bardzo złego, jak samo zło, pragnące pozbawić ją życia w najbardziej brutalny sposób, jakim zdoła tego dokonać. Jedynym, o czym pomyślała, było natychmiastowe sięgnięcie do kabury na jej biodrze, wyrywające z jej drżących ust zrezygnowany szloch strachu, gdy zdała sobie sprawę, że oprócz munduru na jej szczupłej sylwetce, ze służbowego wyposażenia, nie posiada czegokolwiek więcej. Ponadto, stojąc obecnie w tunelu, ułożonym z przesypanych półsuchą zaprawą, ciosanych w kamieniu bloków, spełniających rolę stanowiących go cegieł. Miotając się w panice własnej niewiedzy, zauważyła, iż spowijający ją, wszechobecny mrok, rozprasza jedynie migotliwy blask lampy naftowej, nad którą druciany kabłąk, spoczywał kurczowo zaciśnięty w jej drobnej dłoni, czego, jakkolwiek usiłując: nie była w stanie zmienić. Głaskana uspokajająco po policzkach przez opuszczające jej oczy łzy, postanowiła czekać na dalszy rozwój wydarzeń, ufając, iż odzyska przytomność na podłodze holu Komisariatu, w którym właśnie rozpoczęła pracę. Tuląc na swoim drżącym przerażeniem ciele mundur, nie mogła widzieć szponiastych dłoni, sięgających ponad jej barkmi, w kierunku upiętego z tyłu jej głowy kucyka kruczoczarnych włosów, którego niespodziewane szarpnięcie, własnym impetem, wygięło jej ciało w parabolę, posyłającą jej plecy tak boleśnie w dół, iż zakrztusiła się tąpnięciem łamanych w jej klatce piersiowej żeber, wydając przy tym pozbawiony cielesności, sykliwy skowyt przenikliwego bólu, przebitych ostro łamanymi kośćmi, płuc. Zanim upadła, to samo spotkało jej twarz, gruchocząc kości policzkowe, w akompaniamencie wyrywania w obie strony jej delikatnej szczęki, przy czym nie myślała, aby rozróżniać spływające metalicznym smakiem krwi w głąb gardła jej własne zęby, od kruszonych uderzeniami jej twarzą o zimną, bolesną materię: odłamków kamieni. Kolejne fale katuszy, rozlewające się po jej ciele, nie pozwalały wyzbyć jej się świadomości ich dotyku, zanim szponiaste dłonie, rozrywając mokrym szarpnięciem jej płaski brzuch, opróźniły go ze skrywanych skarbów, posyłając ich pozbawioną życia właścicielkę w mrok, zupełnie, jakby była najbardziej niekochaną zabawką mroku, po jaką kiedykolwiek sięgnęły, zanim dane jej było umrzeć z tą świadomością.

Gdy powieki Sylwi utkwiły mętny wzrok w zimnej płaszczyźnie tafli, pośród spowijających ją leniwie smug chłodu zaświatów: pękła. Stanowczy brzęk życia znaczącej ją rysy, zamilkł... w przeciwieństwie do wrzasku duszy Eweliny, rzuconej w ich odmęty. Uśmiechając się podle, otworzyła usłaną bliznami dłoń, wewnątrz której spoczywał kolczyk, będący bliźniaczym zdobiącego jej oblicze. Pocierając go palcami, uznała, iż obecnie... może już zacząć realizować się zupełnie, a na dowód tego, wszystkie żarówki w domu jej rodziców, jednocześnie eksplodowały.

 

ROZDZIAŁ IV

Czym właściwie jest piekło? Nie musiała zechcieć mieć pewności. Znała je doskonale, od momentu, gdy powierzając swoją skazaną na wieczne potępienie dusze, słupowi ognia, pozwalającemu jej zaznać wiru doczesnych zdarzeń, przynajmniej, nie musiała już zjadać żywcem nowo przybyłych zesłańców, aby zaznając agonii, odrodzić się na łamach wieczności, jako jedna z nich. Jak zauważyła, piekło istniejąc docześnie, mogło zupełnie nie różnić się codziennością. Jak twierdzono, ona, jak i pozostali, zasadniczo je stanowią, jakby bez ich obecności, nie mogło istnieć wcale. Czym jest zatem bezmiar jego czeluści? Uznała za konieczne uzmysłowić każdemu śmiertelnikowi, który stanie na jej drodze. Nie mogła przestać napawać się tą myślą, a żeby zaistniała, potrzebowała zaledwie już bardzo niewiele. Spowita tańczącymi wokół niej jęzorami mroku zaświatów, przywołała w swoim umyśle obraz płomiennej kolumny, akumulującej potępionych na łamach doczesnych, aby słowami klech: " wrócili na świat, by sądzić żywych ". Szyderczy grymas podłego uśmiechu, rozgościł go uprzejmie na jędrnych ustach, które lubieżnie oblizała, jakby chcąc zatrzymać dla siebie ociekającą groteskową rzezią słodycz. Należała do niej, jak świadomość, że każdy z potępionych, po opuszczeniu słupa ognia, potrzebuje cielesnej powłoki, co naturą rzeczy, zwane jest powszechnie: zwyczajnym " opętaniem ", co śmieszyło ją najbardziej, ponieważ: gdyby którykolwiek z to twierdzących, spędziłby chociaż sekundę wieczności w piekle: nieśmiałby zwać demonem całego zła jego doczesnego świata, a co dopiero jedną z cierpiących dusz, usiłującą się w nim odnaleźć, zanim czeluść zła, zdąży się o nią upomnieć. Cóż. Panika, jest przecież rzeczą ludzką, a żeby zaznać jej kresu, nie trzeba nawet oczekiwać trafienia piorunem, by mając odrobinę szczęścia: zaznać ludzkiej słabości. To tylko knąbrna, ludzka natura: parająca się oczywistością. Przyczyna, działanie, skutek... czym piekło: wykpiewa ich wszystkich, oczekując wrzasku ich dusz, szamoczących się w oczekiwaniu zaznania wieczności nieśmiertelnych katuszy. Jak uznawano: nie można opuszczać go wiecznie, dlatego jedna cząstka wieczności, ubiegająca uwadze śmiertelnych, wystarczy, by pochłonął ich mrok. Nic ponadto. Dając piekłu doczesną wieczność, odpieczętowaną z metalu salomona poza Gehenną, chciała zbawić Dis: Stolicę Czarciego Żywota, będącą najbrutalniejszą z jego zasad. Wtulając w swój pokaźny biust szorstką, cylindryczną metrykę jej samej, jako części Alei Skór, przywołała w myślach Cmentarzysko Nadziei, gdzie upadły kler, czcił swego ojca, najbrutalniejszymi bluźnierczymi praktykami, jakie Wieża Babel, świątynia Najwyższego, była w stanie zaszczepić poczynaniami realizowanymi przez ich pobożne umysły. Doskonale pamiętała, że gwałt podczas pożerania żywcem przez zdziczałych, aż do postaci wilków, księży, w codzienności piekła: był dla niej zupełnie miłym doznaniem. Jak bardzo? Postanowiła pozwolić przekonać się każdemu, kto z wyłamanymi w stawach nogami, zacznie błagać o nagrodę, w postaci ogromnego, zwierzęcego fiuta, pieprzącego jego gardło z taką zawziętością, aż zacznie dźgać go w serce. Tyle kwestii pobłażliwości. Ponadto: czeka ich tylko agonia, skazująca ich dusze, na trwanie w nieskończoności. To i tak taryfa ulgowa, ponieważ sama wieczność, zbywa ją swoim własnym bezmiarem. Myśląc o tym, zaczęła odczuwać namiętność, której dała ulgę, zaciskając palce na powierzchni seledynowej śniedzi, pieszczącej zmysły, wyrywając z jej ust mimowolne jęki rozkoszy. Akcentując je, skręciła dłonie na cylindrycznym tworze, którego zgrzyt, poniósł się echem wrzasku agonii każdej z dusz, zesłanych do piekła, brzmiąc w jej umyśle, nieprzerwanym kanonem lamentu zawodzeń wszystkiego, czym szczycą się diabli. Wysypując zawartość cylindra na swoją klatkę piersiową, odrzuciła obie jego części w mrok, rozproszony jego obecnością, jakby żył w lęku przed nim. Zbyła to parsknięciem, kreśląc w czerni, dłońmi, okrąg. Kiedy zaczął jaśnieć gorejącym ogniem, czekała, aż pochłonie ją zupełnie. A kiedy to nastąpiło, z jego granic, zmarli zaczęli wracać.

Widmowe postacie, złowieszczym pędem empiryzowały się, wpadając na ściany pokoju Sylwi, aby odnaleźć się w umysłach wolnych, oczekujących ich śmiertelników, czemu słabe, lękliwe dusze je zamieszkujące, nie mogły być przeciwnymi. Dalej: przestał istnieć świt.

 

EPILOG

Kiedy noc, zechciała nie zaznać światła, poza widmem płomieni, nie dających światła, pogrążony we śnie świat, pośród nieświadomości, oddawał jej hołd, milknąc życiem, któremu nie dane było się obudzić. Najpierw pojedyńczo, następnie falami: przetaczającego się w świecie zła, gdzie mrok, zagościł obecnością potępionych, a żywi... mogli jedynie usiłować przed nimi uciec...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania