Poprzednie częściŻach cz. I

Żach cz. II

Napad złości skończył się tak samo szybko i niespodziewanie, jak się zaczął. Podniesione w gniewie ręce babci błyskawicznie opadły, nogi zatrzymały świętokradzki taniec, ramiona znowu się zgarbiły. Po paru sekundach nie zostało ani śladu po szatańskim ogniu w jej głęboko posadzonych oczach. Zachwiała się i oparła o ścianę jedną ręką, podczas gdy drugą przesłoniła usta, rozwarte w przerażonym zdziwieniu. Przesunęła dłonią po twarzy, jakby próbowała zdjąć niewidzialną pajęczynę.

Zsunęła się po ścianie, coś niezrozumiale szepcząc i wbijając w przestrzeń puste spojrzenie. Rozalka siedziała na taborecie, sparaliżowana strachem. Słyszała tylko bębnienie krwi w skroniach i swój płytki, przyspieszony oddech. Piękna lalka leżała na podłodze, rzucona i zapomniana. To był pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz, gdy dowiedziała się, co robi z człowiekiem atak paniki.

Dziecko nie powinno tego wiedzieć. Nie powinno.

Przez huk własnego serca Rozalka usłyszała nieskończenie daleki dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Następnie do jej uszu dotarł stuk kroków, które nagle się zatrzymały parę metrów od dziewczynki. Potem gniewny krzyk i gruchot ciężkich butów. Przed rozkojarzonym spojrzeniem Rozalki przeleciał duży człowiekopodobny kształt i rzucił się do siedzącej na podłodze babci.

Rozalka niezbyt dobrze pamiętała, co działo się dalej. W jej pamięci został tylko pełny złości i o dziwo, strachu, krzyk dziadka, jakaś szarpanina, moment, w którym dziadek, nie zważając na jej ból, ciągnął ją za rękę po schodach i wpychał do pokoju, w którym stało jej łóżko, oraz prawie nowa lalka, zgnieciona ciężkim butem, która leżała na podłodze, bezradnie rozrzuciwszy ręce. Jednak dobrze pamiętała, że Kasia na ten moment, gdy jej siostra wpadła do pokoju, już spokojnie spała.

Śpij, Kasiu i niech ziemia będzie ci puchem… Teraz już się nie obudzisz od biegnących po twarzy promieni słońca ani od świergotu ptaszków, budujących gniazda pod dachem. Obudzą się tylko trąby na Sąd Ostateczny. A teraz, dopóki świat mieni się kalejdoskopem lat, śpij spokojnie, jak tego wieczoru, gdy twoja siostra po raz pierwszy zobaczyła prawdziwe zło.

Wtedy mała Rozalka nie mogła zrozumieć, kogo boi się bardziej: babci, dziadka czy Żacha, ale dobrze rozumiała, że jej świat już nigdy nie będzie taki sam.

Rozalia wybudziła się ze swoich myśli. Wokół niej potężną ścianą wznosił się czarny, mokry las. Runo leśne wydzielały ciężki, odurzający zapach opadłych liści, zmieszanych z igłami sosen i wilgotną ziemią. Ścieżka czasem znikała w gąszczu kłujących krzaków i brunatnych paproci. Gdyby nie kapiąca z gałęzi woda i szum wiatru w koronach drzew, w puszczy panowałaby martwa cisza. Żaden ptak czy zwierzę nie naruszało groźnego spokoju, roztaczającego się pod surowymi sylwetkami konarów, przesłaniających ciemno-szare niebo.

Za jakiś czas drzewa stały się rzadsze i cieńsze. W prześwitach między nimi ukazały się długie strugi czarnego dymu, unoszące się w oddali. Potem dołączył ostry zapach palącego się torfu. Rozalia uśmiechnęła się krzywo. Chyba w tej wiosce na końcu świata nikt nigdy nie słyszał o ekologii. Szła dalej, dopóki las nie rozstąpił się, z niechęcią wypuszczając swoją potencjalną ofiarę na dużą polanę na skraju puszczy, na której stały rzędy pochylonych i wrośniętych w ziemię chat.

Dziewczyna nagle stanęła w miejscu. Na chwilę zaparło jej dech w piersiach, gdy spojrzała na tę dziką, porzuconą przez świat i cywilizację wieś, która zupełnie się nie zmieniła nawet po upływie czternastu lat. Czas wydawał się zatrzymać tu, gdzie nie docierało nic ze świata, który tak dynamicznie kroczył naprzód, depcząc po drodze wszystko, co trafiało pod jego owinięte kablami wysokiego napięcia nogi. Ta wioska jednak ze spokojnym, pogrążonym we śnie stoicyzmem stawiała czoła wszelkim przejawom postępu. Rozalia była pewna, że czterdzieści czy nawet sześćdziesiąt lat temu oczom przypadkowego przechodnia czy wędrowcy ukazywał się ten sam obraz, co jej teraz. Pewnie za sto lat, nawet gdyby cały świat miał się zawalić, spalić w ogniu wojen czy upaść pod naciskiem mściwej przyrody, ta wieś na skraju puszczy nadal stałaby tu, pogrążona w sennym spokoju dalekiej przeszłości. Tu ludzie żyli wspomnieniami, w pewnym momencie dołączając do ich gromady i ich bliscy, siedząc wieczorami na ganku, rozmyślali o nich, próbując zobaczyć ich błysk w gwiazdach, prawie zawsze przesłoniętych przez chmury.

Rozalia szła główną ulicą wsi, ostrożnie rozglądając się na boki. Kiedy spotykała się wzrokiem z pustym, mętnym spojrzeniem któregoś ze starych mieszkańców, szybko odwracała głowę, udając, że nie czuję ich spowolnionej uwagi, która ciężkim gniotem leżała na jej plecach, gdy przemierzała wieś, szukając kogoś, kto mógłby pomóc jej odnaleźć drogę na cmentarz. Dziewczyna widziała tylko nieruchomych starców, którzy wyglądali na zupełnie głuchych i ślepych, parę kur, biegających po ulicy bez nadzoru i wydziobujących zapomniane ziarna z zastojałego błota, kilka starych leniwych psów na zardzewiałych łańcuchach, z niechęcią pobarkujących na idącą ulicą nieznajomą, oraz skrzywione, rozpadające się domki, ogrodzone niskimi płotami z brakującymi deskami, które z pewnością nie zatrzymałyby żadnego złodzieja. Ale nikt w tej wiosce nie dopuściłby się kradzieży - pewnie nawet nie byłby na tyle sprawny fizycznie.

Nagle coś dotknęło ramienia Rozalii. Dziewczyna podskoczyła w miejscu i z impetem się obróciła, w strachu rozglądając się za zakłócicielem spokoju. Tuż za nią stała wysoka, wychudzona starsza kobieta o wydłużonej, ostrej twarzy. Przez jej pokryte głębokimi zmarszczkami czoło biegła długa biała blizna, ściągająca napiętą skórę twarzy. Jej pożółkłe, siwe włosy nie były ukryte pod chustą, która swobodnie spadała na jej kanciaste, chude ramiona. W całej jej twarzy było coś ptasiego, a jej czarne, błyszczące oczy wbijały się w Rozalię, pożerając ją z dziką, mroczną ciekawością. Jej ruchy były szarpane, niepewne, ale wszystkie wykonywane z nadmiarem wrzącej wewnętrznej energii, która tryskała jej z oczu, częściowo przesłoniętych przez kataraktę.

Kontrast, który stanowiła z tym cichym miejscem, pełnym wciągającego w głąb, niczym bagno, spokoju, na moment odebrał dziewczynie mowę. Kobieta wykonała w jej stronę kolejny nagły, nienaturalny ruch, jakby ktoś szybko pociągnął za nitki, przyczepione do jej kończyn, rzucając ją naprzód.

- No dzień dobry, panienko, witamy z powrotem w naszym skromnym miejscu! Przecież ja panienkę kojarzę. Wnuczka baby Alesi, co tam przy samej puszczy mieszkała - jej głos brzmiał dziwnie, ale zarazem znajomo. Miała trudno wychwytywany akcent, zwyczajny w tym regionie.

Jej stwierdzenie zszokowało dziewczynę. Gdy ostatnim razem opuściła tę wieś, miała zaledwie dziewięć lat i od tego momentu jej twarz zmieniła się niemal całkowicie: jej rysy się wyostrzyły, uwydatniły się kości policzkowe, a jej oczy utraciły cały dziecięcy blask i niewinność, którą zastąpił głuchy, stłumiony lęk. Kobieta jak gdyby przeczytała myśli Rozalii i ze złowieszczym uśmieszkiem kontynuowała:

- Ten sam zapach. Zapach strachu.

Na jej twarzy namalowało się zadowolenie, gdy dziewczyna mocno się wzdrygnęła.

- Nie wiem, kogo się teraz panienka tak boi. Wtedy to tak, babcia, dziadek, to rozumiem, ale teraz? Sumienie panienkę gryzie? Coś chyba nie było tak prosto z tą sprawą, co? Przecież Leszek by nic takiego w życiu nie zrobił! Policja uwierzyła, bo im tak łatwiej było, ale my to naiwni nie jesteśmy!

Zamilkła i spojrzała na Rozalię z iskierkami w oczach.

- A panienka przecież wie, jak to było. Prze panienka tam sama była, widziała, jak to mówią, na własne oczy. Czemu panienka nic w policji nie powiedziała?

Nozdrza Rozalii nagle się rozszerzyły w porywie gniewu.

- Zamilcz! - krzyknęła dziewczyna z histerycznymi nutami w głosie, - Nie twoja sprawa! Odczepcie się wszyscy ode mnie!

Martwa cisza, która zapadła po jej wybuchu, dzwoniła w uszach. Nawet apatyczny stary pies z ciekawością podniósł głowę, oderwawszy się od swojego ulubionego zajęcia - leżenia pod budą, położywszy łapy na łańcuch. Starsza kobieta odskoczyła od Rozalii, jakby ta uderzyła ją w twarz. Przybrała wygląd jadowitej żmii, którą ktoś potrącił gałęzią, i teraz, rozeźlona jeszcze bardziej, jest gotowa zrobić cokolwiek, żeby tylko jak najmocniej użądlić napastnika. Uśmiechnęła się krzywo i z udawanym współczuciem wyszeptała:

- Biedna dziewczynka… Taka sama jak babcia. Też chyba sprzedałaś duszę diabłu, co?

Rozalia pamiętała tylko, jak coś pociemniało jej w oczach, ale nie spadła, lecz pobiegła przed siebie, dalej i dalej, tylko żeby uciec z tego miejsca. W głowie było dziwnie pusto. Został tylko instynkt, który gnał ją naprzód, nie zważając na kłujący ból w boku. Mgła ścieliła się jej przed oczami, rozjaśniana niebieskimi błyskami, wirującymi i zmieniającymi się jak w kalejdoskopie.

Nagle Rozalia się zatrzymała. Przez niejasną powłokę zobaczyła skrzywione, pochylone ogrodzenie cmentarza, za którym ponurymi, nierównymi rzędami tłoczyły się popękane granitowe nagrobki, wymieszane z prostymi, pociemniałymi przez wilgoć krzyżami. Z ich ostrych, chwiejnych poprzeczek raz na jakiś czas zrywały się krople wody, i dźwięk ich kapania tonął w szumie otaczającej cmentarz puszczy.

Rozalia, próbując uspokoić rozszalałe serce i ciężko dysząc, niepewnie otworzyła niską furtkę, i duszna atmosfera śmierci otoczyła ją ze wszystkich stron. Szła ostrożnie, powoli, próbując nie nastąpić na jakiś zarośnięty mchem i trawą nagrobek, czający się pod kupami opadłych liści. Rozglądała się za mogiłą babci. Pewnie była w stosunkowo dobrym stanie, być może nawet posprzątana i uładzona - niedawno był dzień Wszystkich Świętych. Przed wzrokiem dziewczyny rozpościerała się dość duża przestrzeń, prawie cała wypełniona mogiłami, które, starzejąc się, stawały się jeszcze lepszym świadectwem tego, że każdego z nas czeka ten sam koniec.

Zauważyła zgarbioną, niewysoką postać, powoli, szurając nogami, idącą przez cmentarz w jej kierunku. Kiedy się zbliżyła, Rozalia zobaczyła pomarszczonego starca o rzadkich białych włosach, zmrużonych, prawie niewidzących oczach i dziwnie długich rękach, który szedł, lekko otworzywszy usta, przez co widoczne były braki w zębach. Gdy podszedł na odległość kilku kroków, odezwał się głośno, ale bardzo niewyraźnie:

- Witam panią! Pani to z miasta, bo ja pani nie kojarzę? Co tu panią do naszych głuchych miejsc sprowadza?

Rozalia ucieszyła się, że w końcu znalazła kogoś, kto może być w stanie jej pomóc.

- Dzień dobry panu! Ja szukam grobu baby Alesi… Nie wiem, jakie miała nazwisko - nagle dziewczynę uderzyła świadomość, jak mało wie o własnej babci, -We wsi, tu niedaleko, mieszkała. Zmarła około trzech lat temu. Może pan wie, gdzie to jest?

Starzec nagle się wzdrygnął i przeżegnał.

- Niepotrzebne to pani. Pani jeszcze młoda, panią sprawy starych nie powinny zajmować. Zło jest w tej ziemi… - powiódł wzrokiem po szarym, mrocznym cmentarzu, - i nie trzeba je budzić, jak śpi…

Rozalia mimowolnie zadrżała, tyle nieukrytego przerażenia było w napiętym, ściszonym głosie. Potrząsnęła głową, przeganiając duszącą, lepką i pełną strachu atmosferę, która nagle skrawkami pachnącej spalonym torfem mgły popłynęła nad cmentarzem, podnosząc krótkie włosy na głowie staruszka. Rzekła trochę ciszej, lecz z większą nawet niż poprzednio upartością:

- Ale ja muszę wiedzieć! Może mi pan pomóc, czy mam szukać sama? - w brzmieniu jej głosu już wyraźnie dało się wyróżnić nutki podenerwowania.

Starszy pan znowu obejrzał się za siebie. Jego niewytłumaczalne zachowanie zaczynało irytować dziewczynę, która z każdą sekundą coraz bardziej żałowała tego, że uległa dziwnemu sentymentowi, który pchał ją do tej wsi. Gdzieś w głębi serca zawsze wiedziała, że nie powinna była tego robić.

- Pani kochana, pani to chyba nie wie, kogo pani chce szukać… Za młoda pewnie pani jest, żeby tę sprawę pamiętać. To przecież z piętnaście roczków temu było, ja pani powiem. Straszne rzeczy… Nie powinna się pani w te sprawy mieszać… Ale ja już pani opowiem, jak to było, bo ja widzę, że pani to uparta jest.

Rozalia poczuła szpony mrozu, wkradające się do jej ciała od środka. Stała tak, nieruchomo patrząc w wyblakłe oczy starca, który mówił, mówił i mówił, zdradzając jej najbardziej skryte sekrety, których obrona pochłonęła jej całe dzieciństwo.

- To dawno już było… Pamięć u mnie już nie taka, jak wcześniej, ale takich rzeczy to, proszę pani, się nie zapomina. Baba Alesia, co tam przy lesie mieszkała, córkę miała, co od niej do miasta uciekła. I ja się jej nie dziwię. Wiedziała dziewka, co robiła, ale swoje córeczki urodziwszy, chyba żal i skruchę poczuła, że tak się z własną matką obchodzi. No i Alesia, jak to każda baba, umiała się ot tak pożalić, że człowiekowi od razu się ją pocieszyć chce. No i innym winę ich pokazywać też umiała. Dużo listów pisała do swojej Ewki, nie wiem jak jej adres znajdywała, bo ta nigdy nie odpowiadała, ale musiały siłę mieć te jej listy… Ech, Aleśka, Aleśka! Ładna kobita swego czasu była! Wszyscy u nas we wsi wpatrzeni w Alesię byli. Chłopcy za nią biegali, a nawet żonaci, grzech mówić, za nią się oglądali. No ale taka to już, proszę pani, natura człowieka. No a Aleśka lubiła taką uwagę, ale uczciwie się zachowywała i potem wierna swojemu Leszkowi była, jak za niego wyszła. Tylko już i wtedy dziwaczna czasem była. Ja wtedy młody byłem, głupi, ale i ja zauważałem, że czegoś się nasza Aleśka boi. Czasem ot tak zastygała i się w kąt patrzyła, jakby tam coś było, czego inni nie widzą. I gadała do siebie. Myślała chyba, że do tego z kąta gada, ale przecież nikogo tam nie było. Biedactwo! Ciężkie życie miała, może dlatego i od Boga się odwróciła. Ojca jej milicja zabrała, kiedy malutka była. Zesłali na Sybir, do obozu, a stamtąd mało kto wraca. No i on nie wrócił.

Rozalii nagle zakręciło się w głowie. Przed oczami stanął jej obraz babci, która cichym szeptem mówiła, siedząc przy łóżku Rozalki sierpniowego wieczoru, gdy deszcz z płaczem pukał w szyby:

- Ja go po raz pierwszy zobaczyłam po tym, jak po ojca mojego przyszli, - wzdrygnęła się, a jej twarz skamieniała, - Wtedy wieczór był, wrzesień, też deszcz strasznie padał. Milicjant do nas do chaty wszedł, matkę odepchnął, ojca na ziemię powalił i nogami… nogami go po brzuchu, po głowie bił, kopał, aż mu krew z ust lecieć zaczęła… Potem go za kołnierz podniósł, na wóz swój zaciągnął i odjechał, matkę i mnie po twarzach zdzieliwszy, gdy go bronić chciałyśmy. Nie widziałam już ojca nigdy. A za co? Za nic! Przecież on i winny niczego nie był! Ja przecież własnego ojca lepiej od tej milicji znałam! Nie był on- tak, nie był, a jak i był, w co nie wierzę, to go zmusili, zmusili! - babcia przeszła prawie na krzyk, zagryzła wargę i otarła z policzka nieproszoną łzę, - I wtedy on się zjawił. Zauważyłam go w kącie, kiedy matka leżała tam na podłodze, na wpół już martwa z bezradności, a ja ją podnieść próbowałam. Potem często się pojawiał, a to kiedy siostra zachorowała ciężko i zmarła, a to kiedy brata do wojska zabrali, a to kiedy matka się powiesiła… Ona, biedna, nie wytrzymała takiego życia - sama z czterema dziećmi, po dwie godziny sypiała, w polu pracowała, żeby tylko nas wykarmić. Potem, jak za mąż wyszłam, prawie się nie zjawiał. Ale jak Ewcię, matkę twoją, urodziłam, to co wieczór prawie koło jej kołyski stał. Dużo Ewci o nim mówiłam, no i dlatego chyba uciekła od nas. Obudziłam się po prostu pewnego dnia, a jej nigdzie nie ma, tylko liścik na stole. Serce mi, starej, pękło prawie przez nią. Ja przecież dla mojej matki to bym umarła, a ona… Przecież jak ja o nią dbałam, jak pieściłam… Chciałam ją tylko ochronić… Nigdy mnie nie rozumiała. Ale ty mnie rozumiesz, mój aniołeczku - babcia lekko, smutno się uśmiechnęła i pogłaskała Rozalkę po włosach.

Nie, to nie ręka babci, to wiatr bawił się lokami Rozalii, plącząc je w swoim dzikim tańcu. Staruszek mówił dalej, błyskając oczami, a jego głos tonął w zbitej ciszy cmentarza:

- Mówili, że podczas wojny ten jej ojciec w Wermachcie służył. Ja nie wiem, czy tak było, ale tak ludzie we wsi gadali. A nie ma, proszę pani, dymu bez ognia. On to zawsze był ponury, milczał tylko, a jak kto o Niemcach wspominał, w sobie się zamykał albo i wychodził won z chaty. No i jak go zabrali, to matka Aleśki zupełnie oszalała z żałoby po nim. Chodziła jak obłąkana, wzrok pusty, nawet dzieci własne ledwo poznawała przez pierwsze kilka tygodni. Potem wzięła się w garść, na polu znowu pracować zaczęła, tylko już nigdy taka sama nie była, jak i Aleśka zresztą. Potem dużo lat minęło, matka jej już wydawała się trochę przywyknąć do tego, że nawet mogiłki Wani nie będzie miała na pocieszenie, a potem nagle taki koszmar! Powiesiła się w stodole, a Aleśka sama, bez obojga rodziców została, musiała się rodzeństwem opiekować. Potem za mąż wyszła za Leszka, z którym ja kiedyś, gdyśmy małolaty jeszcze byli, na ryby razem chodziłem. Przyjaciel mój był najlepszy, Karasiem go zwaliśmy, bo oczy takie miał na wierzchu. O, jakie czasy wtedy były cudowne! O czym ja?... Ach tak, o Alesi. Córeczkę urodziła, Ewkę. Ciasno jej w naszym bagnie było, wolności, przygód chciała. No i od matki-dziwaczki też chciała się uwolnić. Ta jej ciągle o jakichś niestworzonych rzeczach opowiadała, no a dziewczyna mądra, zdolna była, to jej nie wierzyła albo wierzyć nie chciała. No i do miasta uciekła, czym serce Alesi jeszcze bardziej rozbiła. Pieniądze czasem wysyłała, ale co pieniądze, kiedy matka jej córkę koło siebie mieć pragnęła albo jakąś duszę bratnią, której by się zwierzyć mogła. Leszek, on taki nie był – posępny, cichy, czasem ją nawet przybić potrafił, jak melancholia mu na sercu ciążyła. No a potem wnuczki ich do nas przyjechały. Przed tym jedyny list od Ewki do matki przyszedł, a za dwa tygodnie już się u nas zjawiły. Pamiętam ten dzień, jak wczoraj. Ewki nie poznałem, bo już dwadzieścia lat minęło od tego, aż od nas wyjechała. Zupełnie już jak dama prawdziwa z miasta! A ja pamiętam, jak tu boso nad strumyk latała, buźka brudna cała, i piszczała tak do mnie: „Wujku Heńku! Wujku Heńku!”, a ja jej jabłka dawałem z moich jabłonek. Ech, nie ma już jabłonek, susza je ze dwadzieścia lat temu wykosiła… No ale o czym ja?... Ach, tak… Starsza dziewczynka taka trochę pulchniejsza, włosy ciemne, jak u młodszej, ale młodsza widocznie bardziej wrażliwą była naturą - cicha taka, spokojna, chuda jak wieszak. Kto by się wtedy spodziewał, jak to się potoczy?

Wzrok Rozalii popłynął, rozkojarzył się. Oparła się o krzyż, posępną figurą stojący po jej prawej stronie. Kasia, Kaśka, Kasieńka! Rozalia oddałaby cokolwiek, by znaleźć się na jej miejscu. By to właśnie młodsza siostra padła ofiarą straszliwej zbrodni, a nie włóczyła swoje marne istnienie w grząskim smutku i strachu. By to oczy Kasi patrzyły na ten szary świat, ścielący się pod jej nogami. Egoistyczne, czyż nie? Ale Rozalia już dawno przestała wierzyć w idylię altruistycznego społeczeństwa. Ciężka, zbyt ciężka warstwa ziemi przykryła grób, w którym leżała na zawsze dwunastoletnia Kasia, która stała się jej całym światem tylko jak jej zabrakło.

- Pani się źle czuje? - z zatroskaniem i niepokojem zapytał staruszek, zaglądając w twarz dziewczyny.

-Nie, nie, wszystko dobrze. Pan mówi dalej. - z jakąś masochistką satysfakcją czekała na koszmarny finał tej opowieści.

- No to tak. Pobyły te dziewczynki u Alesi ze dwa tygodnie, a pewnego wieczoru, chyba to sobota była… a nie, niedziela, bo do sąsiedniej wsi się na mszę wybrałem - coś się tam u nich strasznego stało. Wyszedłem na krzyki bab, które już się zbiegły, wchodzę do domu a tam - Jezu Chryste, niech jej dusza spoczywa w spokoju - starsza ta, Kasia bodajże, na podłodze leży. Martwa - tu starszy pan się wzdrygnął, przeżegnał się i cały sposępniał, - Alesia leży obok niej, nieprzytomna, a Leszek… Leszek, on stoi nad nimi, a w ręku- w ręku trzyma topór, którym oni drewno rąbali. Topór- topór we krwi cały. I ręce Leszka czerwone. Twarz miał pustą, taką, jakby nic się nie stało. A ta młodsza dziewczynka, ona tylko w kącie stała i się cała trzęsła, jak w febrze. Potem na policji Leszek się do wszystkiego przyznał, jakby sam na siebie wyrok podpisał. Tylko nie wyjaśnił nigdy, czemu to zrobił. Milczał cały czas i w areszcie, i w sądzie, i po wyroku. Na dożywocie go skazali, bo już kary śmierci nie było. Ale sędziowie podpisali mu jakby wyrok śmierci, bo po kilku miesiącach w celi się powiesił na kracie. Skąd on linę wziął, nie wiem, a może i kto pomógł mu życie sobie odebrać. W więzieniu takich jak on nie lubią, oj jak nie lubią! Alesia we wsi została, tylko już zupełnie była jakby nieżywa. Ewka się jej wyrzekła, i to ją zupełnie złamało. Chyba coś jej ciążyło na sumieniu. We wsi gadają, że to ona wnuczkę na tamten świat posłała, a Leszek tylko ją próbował obronić. Dlatego ja pani mówię, żeby pani jej grobu znaleźć nie próbowała. Niepotrzebne to teraz, w sprawach martwych grzebać. Co się stało, to się stało, pochowaliśmy ją na cmentarzu, no bo przecież tylko domysły mieliśmy, a to nie my, lecz Pan Bóg zadecyduje, czy ona godna zbawienia, ale ja uważam, że coś jednak było z Aleśką nieczysto. Ciągle po tym wszystkim we śnie gadała – tak mi żona moja, niech spoczywa w spokoju, opowiadała, bo ona z nią siedziała po nocach, bo myśmy się bali ją samą zostawić, żeby jeszcze czegoś nad sobą nie uczyniła. Mówiła ciągle o kimś, że jej coś kazał zrobić, a ona nie chciała. Podobno takim głosem przerażonym mówiła, że żona moja tylko się przeżegnywać mogła ze strachu. Potem widziano, że w jej domu żadnej ikony nie ma, tylko plamy na ścianie od tego, że tam długo stały. A w czerwonym kącie pajęczyna, kurz i świeczek tylko dziesiątki się palą. A ta druga dziewczynka… Ja nie wiem, co się z nią stało. Wiem tylko, że w policji milczała, jak niema. Oczy tylko miała takie puste i jakby przez ciebie patrzyła, w kąt ciągle, jakby tam stał kto. Chyba to z babci na nią przeszło, tak ja pani po- Panienko, co się dzieje? Niedobrze pani?

Rozalia już nie słyszała jego słów. Cicho zsunęła się w lepkie, rozmokłe błoto. Jej twarz dotknęła grząskiej ziemi, w nos uderzył koszmarny, ciężki zapach zgniłych liści i torfu. Pochylone krzyże zaczęły wirować jej przed oczami i w końcu otaczający świat pochłonęła czerń.

Świerszcze głośno śpiewały za oknem. Wiatr ucichnął i liście zastygły w przeźroczystym powietrzu, które powoli schładzało się w płytkim mroku, który zagęszczał farby bliżej horyzontu, gdzie chwilę temu utonęło słońce. Przeciągłe krzyki bocianów, ciągnących na południe, dodawały smutną nutę idylii, roztaczającej się nad zapomnianą wsią, spoczywającą na miękkim mchu puszczy.

Rozalka siedziała na parapecie, zwiesiwszy chude, posiniaczone od wiejskiego życia nogi i patrzyła na zewnątrz, tam, gdzie drzewa powoli roztwarzały się w głuchej ścianie lasu, gubiąc swoje kolory w głębokiej toni wieczornego mroku. Jej słuch przyjemnie łaskotał przygłuszony stuk drutów, na których babcia wiązała kolejną skarpetkę na zimę, która malowała się jako nieskończenie daleka. Kasia krzątała się gdzieś na górze. Wydawała się trochę unikać babci. W tym była dużo bardziej podobna do mamy niż Rozalka.

Wokół panowała cicha, spokojna harmonia, pochłaniająca smutki i niepokoje, których zresztą na tamten moment mało było w duszy dziewczynki. Cieszyła się ciepłem odchodzącego letniego wieczoru, jednego z ostatnich przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego, który wtedy był dla niej najgorszą wizją, wiszącą nad nią, niczym chmury nad listopadowym lasem.

Dziadek siedział w obdartym, wyblakłym fotelu w rogu, czytając Biblię, którą ostrożnie rozłożył na kolanach, i był pochłonięty lekturą, tak, jakby próbował w starej jak świat księdze odnaleźć tak samo stare i nienaruszalne prawdy, które ukoiłyby jego wiecznie podrażnioną starą duszę, która bez nich nie mogła znaleźć spokoju. Od lektury oderwało go pukanie w okno. Ostrożnie złożył księgę, wstał, zmarszczywszy się od bólu w kolanie i wyszedł z chaty, by porozmawiać z sąsiadem, który właśnie wrócił z miasta.

Cisza, która zapanowała w pokoju po jego wyjściu, nie trwała długo.

Najpierw uszu Rozalii dobiegł gruchot, donoszący się z piętra, a następnie cały dom napełniły dźwięki dudniących po deskach kroków, które narastały, stając się coraz bardziej podobne do grzmotów letniej burzy. Do pokoju wichrem wleciała Kasia, trzymając w ręku jakieś papiery, które szarymi skrzydłami trzepotały w powietrzu. Jej twarz była cała biała, tylko czerwone wypieki na policzkach i ogień w ciemnych oczach przemawiały za tym, że nie jest duchem, który zjawił się, by karać winnych za grzechy. Nie mogła złapać tchu, tylko z niedowierzaniem i jeszcze jakimś nowym uczuciem, podobnym do odrazy, patrzyła na babcię. Po chwili, gdy osłupiałe milczenie prawie przerwało się lawiną pytań, zdobyła się na wykrzyk:

- Czemu nam nie powiedziałaś?! Jakie-, co- jakim prawem?! Ty o tym wiedziałaś ten cały czas?! - babcia Alesia patrzyła na nią sparaliżowanym przez strach wzrokiem i nic nie mówiła. Może jeszcze nie wiedziała, o co chodzi?

-Tu-tu przecież jest list pradziadka do prababci! Czemu ty-, on przecież pisze, że był- że był w Wermachcie! Że słusznie go zesłali! Czemu nic nie powiedziałaś?! Przecież to jest to jest straszne! Twój ojciec był- on przecież był zbrodniarzem!

Druty wypadły z rąk babci Alesi, z lekkim stukiem uderzając o podłogę. Podniosła dłonie, drżące, jak liście na wietrze i zasłoniła nimi twarz. Spomiędzy palców wyrywały się słowa, których nie dało się zrozumieć. Jej ramiona opadały i podnosiły się, jej ciałem trzęsły spazmy. A Kasia dalej krzyczała – Boże, jak Rozalia chciałaby wtedy zmusić ją do milczenia! - :

- Ja nie chcę mieszkać w domu córki SS-Manna! Dzwonię do mamy! Ona się o wszystkim dowie! Nienawidzę cię! On był chory, i ty chyba też, jak to przed nami ukrywałaś!

Nagle babcia drgnęła, jakby ktoś uderzeniem bicza wyprowadził ją z apatii. Dziwnym, prawie błagającym wzrokiem spojrzała w kąt i powoli wstała. Fotel zaskrzypiał, rozprostowując sprężyny. Powoli, bardzo spokojnym głosem rzekła:

- Nigdzie się nie wybierasz.

Coś błysnęło w jej strasznych, zmętniałych oczach. Rzuciła się do rogu, w którym stał topór, zawsze przysłonięty do ściany, zawsze pod ręką… Dalej wszystko było jakby przez sen – dziki, koszmarny sen, z którego nie da się wyrwać.

Babcia milczała przez cały czas. Kasia, na odwrót, krzyczała tak, że drżały szyby w oknach. W tym krzyku wylała się cała gorycz, cały ból i cały strach świata, które nakryły dom swoją gęstą powłoką. Rozalka stała zmrożona w kącie i krzyczała razem z siostrą, i ich dusze zlały się wtedy po raz ostatni. Wraz z krzykiem ciało Rozalki opuściła cała dziecięca niewinność, jasna i ciepła nadzieja i wiara. One już nigdy nie powróciły. Czerwone krople płynęły po oknie, niczym łzy, a topór podnosił się i spadał – równomiernie, mocno, bezlitośnie. Stuk ciała, spadającego na drewnianą podłogę. Szum w uszach. Odgłos otwieranych drzwi, nawet nie otwieranych, tylko prawie wyrywanych z zawiasami. Okropny, długi i przeciągły krzyk dziadka. Znowu stuk - to chyba spadła babcia. A potem tylko mgła i wysoka pod sam sufit, szara i chuda istota w kącie…

Na policji milczała. Dziadek postanowił wziąć na siebie winę za zbrodnię babci, i Rozalka rozumiała, że nie może pozwolić jego poświęceniu pójść na marne. Zresztą mało wtedy sobie uświadamiała, co się dzieje wokół. Leki dobrze działały - jej myśli były tak spowolnione i ciężkie, że nie mogła długo się zastanawiać nad tym, co się stało, ani nad tym, co ma robić.

Już potem, po wielu miesiącach, gdy dziadek już został skazany, myślała o tym, czemu to zrobił. Zawsze był dla żony taki surowy, taki chłodny… Ale widocznie jednak w głębi serca bardzo ją kochał. Pewnie wiedział o Żachu, jeśli nawet we wsi o tym plotkowano. Rozumiał, jak ciężkie było jej życie i wiedział, że nigdy nie skrzywdziłaby wnuczki z własnej woli, i może dlatego tak chciał ją obronić. Jak się okazało, kosztem własnego życia.

Żach przemawiał do Rozalii tylko jeden raz. Wtedy, gdy krew szybkimi strumykami zbierała się w zniekształcone kałuże, a koszmarne krzyki umierającej siostry trzęsły domem i duszą małej Rozalki, w jej sparaliżowanym i zapełnionym bólem umyślę pojawił się dziwny, przygłuszony głos, który jednak wyraźnie wybijał się na tle fali paniki i cierpienia. Ten głos prawie szeptał, ale brzmiało to jak krzyk. Zimnym strumykiem do mózgu wpełzły słowa: „Milcz! Milcz! Nie chcesz chyba zabić własnej babci? Milcz, a nigdy jej nie znajdą. Milcz, nawet do końca świata i wtedy wszystko będzie dobrze.”

I milczała. Milczała, gdy zmęczony policjant pytał ją po raz setny, co się stało tego wieczora. Milczała, gdy mama, zalaną łzami, z trzęsącymi się wargami, przytulała ją i z rezygnacją w głosie błagała, by wyznała prawdę. Milczała nad skromnym grobem siostry, gdy pierwszy śnieg cienką warstwą pokrywał umarły świat, nie topiąc się na bladej, wykrzywionej w bólu twarzyczce Kasi. Milczała w sądzie, kiedy dziadek patrzył na nią bez żadnego wyrazu na twarzy, a sędzia czytał akt oskarżenia.

Tylko skinęła głową na pytanie śledczego. Jedno skinienie, które zabiło dziadka i darowało życie babci.

Czy czuła się winna? Oczywiście, że tak. Czy gdyby mogła cofnąć czas, coś by zmieniła? Raczej nie.

Życie za życie - to chyba uczciwa cena w oczach Boga. Jeśli on tam gdzieś jest.

Czasem Rozalia myślała, że lepiej by było, żeby to była nieprawda. Żeby wszystko, co słyszała w kościele, okazało się tylko złudzeniem. Nie chciała żyć po śmierci. Wiedziała, że niebo dla niej jest zamknięte, a piekło już przeszła na ziemi, więc ta wizja nie budziła w niej lęku. Jednak łatwiej by było po prostu zniknąć, roztworzyć się w ogromie Wszechświata, lecieć po ziemi lekkim wietrzykiem albo błyszczeć lśniącą gwiazdą z nieba, niż włóczyć nędzne istnienie w innym, nowym świecie, który może okazać się nie mniej okrutnym i niesprawiedliwym od tego, który odebrał wiarę Rozalii. Bo jeśli Bóg stworzył ludzi na swoje podobieństwo, jak straszny musi on być? Jeśli pozwolił babci Alesi widzieć Żacha, ile okrucieństwa musi być w jego sercu?...

Drobne, zimne krople rozbijały się o policzek Rozalii. Las szumiał. Błoto nieprzyjemnie oblepiało twarz i wlewało kłujący chłód w wychudzone ciało. Ktoś trząsł ją za ramię, bezskutecznie próbując przewrócić na plecy. Powoli odwróciła ciężką, jakby odlaną z ołowiu głowę i oparła się na kiepsko słuchające się rozkazów mózgu dłonie. Z trudem usiadła i rozejrzała się wokół, z wdzięcznością pozwalając nasilającemu się deszczu zmyć brud ze swojej twarzy.

Dopiero teraz zauważyła stojącego koło niej staruszka, który, blady jak śmierć, pochylał się ku niej z zatroskaniem i strachem, które bardzo pasowały jego dobremu i miłemu obliczu. Wytchnął z ulgą, kiedy dziewczyna podała oznaki życia.

- Jezus, Maryja i wszyscy święci! Jak dobrze, że panienka już do siebie doszła! Już myślałem, żeby po pomoc do wsi biec. Co się panience stało? Słabo pani?

Rozalia powoli pokręciła głową, co sprawiło jej silny ból w okolicy skroni. Poczuła dławiące uczucie nudności, więc przestała i już tylko patrzyła się prosto na staruszka. On wyciągnął do niej długą, żylastą rękę.

- Ja pani pomogę wstać. Trochę jeszcze siły mam - uśmiechnął się niewesoło.

Rozalia skinęła i ostrożnie podniosła się z gleby z pomocą swojego nowego znajomego. Ziemia lekko chwiała się pod jej nogami, jak okręt, płynący przez błękitny bezkres oceanu.

- Na pewno nie trzeba po pomoc zawołać? Może panienka chora jest?

- Nie, nie… Nie trzeba. Dam radę. To-to nic. Już jest dobrze.

Dziewczyna wzięła głęboki oddech, próbując uspokoić rozszalałe serce, które pragnęło wyrwać się jej z piersi. Jeśli nie teraz, to nigdy.

- Może mi pan- może mi pan powiedzieć jeszcze jedną rzecz? To jest bardzo - bardzo ważne.

Staruszek spojrzał na nią z niepokojem, ale po chwili zastanowienia skinął.

- Może pan wie kto to- to znaczy… co to Żach?

Serce waliło w piersiach, jak młot pneumatyczny. Na twarzy emeryta zjawiło się zakłopotanie, które wkrótce zmieniło się niepewnością.

- Nie wiem, czy o to pani chodziło, ale po białorusku „żach” to strach. My tu dużo mamy Białorusinów, to i język nawet dobrze znam. Baba Alesia, o której pani pytała, to przecież też stamtąd jest. Oni się z rodziną tu przeprowadzili parę lat po jej narodzinach. Z matka tylko po białorusku gadała, ale sama to po polsku bez problemu też potrafiła. Teraz to nie w modzie stamtąd być, to ona udawała, że Polka, żeby problemu sobie nie narobić.

Lodowata ręka ścisnęła wyrywające się serce Rozalii. W głowie znowu zabębniła pulsująca krew. Jeśli to, co mówi ten pan, to prawda, wszystko maluje się w zupełnie innym świetle. Może to nie tajemniczy stwór, tylko… tylko co? Wytwór wyobraźni przerażonej dziewczynki, która przeżyła piekło po aresztowaniu ojca? Nie, nie, nie… To nie może być prawda.

Nagle Rozalia zrozumiała, tym razem w pełni, ostatnie słowa babci. Chyba pewnego dnia jednak ujrzała zawsze odwróconą od niej twarz. Czyżby jej Żach, jej strach, miał twarz milicjanta, który zabrał jej ojca? Dziewczyna zadrżała. Jaką w takim razie twarz ma jej Żach? I dlaczego babcia nigdy nie wyjaśniła, o co jej tak naprawdę chodziło?

Staruszek zauważył jej poruszenie i z ulitowaniem pokręcił głową. Deszcz stawał się coraz mocniejszy, i bębnienie ciężkich kropel po granitowych płytach nagrobków narastało, zwężając świat wokół Rozalii do rozmiarów cmentarza, który szumiał niczym drugi, drewniany i kamienny las. Chmury groźnie piętrzyły się nad głowami dwóch samotnych figurek, które z niechęcią stawiały opór atakom żywiołu.

- Panienko, chodźmy lepiej do mojej chaty. Ja mam dobry samowar, ogrzejemy się przy kominku, a potem i herbatki się napijemy. Taka z ziół jest dobra na nerwy. Tu się tak rozpadało, że strach patrzeć.

Strugi wody płynęły po jego starej twarzy, noszącej znamiona jego wszystkich nieprzespanych nocy i zbyt wczesnych zmartwień. Rozalia odrzuciła z oczu swoje namokłe, długie loki, lgnące do białej skóry i spojrzała na starca dzikim wzrokiem:

- Gdzie jest jej grób?

- Ale panienko-

- Powie pan czy nie?! Ja nigdzie stąd nie idę! - twarz Rozalii wykrzywiła się w grymasie bólu, tego starego jak ludzkość, jak świat, bólu, który rozdzierał serca ludzi wszystkich ras, wyznań i czasów, zawsze będąc gościem w domach z wieńcem żałobnym nad drzwiami.

- Dobrze, ja już pani powiem, jak pani tak chce. O tam, gdzie dwa wysokie krzyże, ot za nimi, przy samym płocie, on jest. Ja widzę, że pani nie przekonam, no ale lepiej niech pani sobie stąd idzie. Mrok nadchodzi w te strony…

Rozalia, które wytężała wzrok, szukając wskazanego miejsca, drgnęła na ostatnie słowa, wypowiedziane innym, niskim i ponurym tonem. Gdy odwróciła się do rozmówcy, zobaczyła tylko jego zgarbione plecy, oddalające się w stronę wsi i znikające w strumykach deszczu. Siwa głowa lekko kiwała się z boku na bok.

Po paru minutach bezowocnego błądzenia po cmentarzu, w końcu natknęła się na niski, już prawie niewidoczny pod dywanem opadłych liści nagrobek. Przykucnęła przy nim i drżącą ręką odsunęła na bok brązowe liście. Jakimś głębokim instynktem czuła, że to jest właśnie to, po co rozbudziła w sobie drzemiący koszmar. Przez głowę przemknęła się mimowolna myśl: „Widać, we wsi nikt za nią nie tęskni. Nowy nagrobek, a już prawie jak te stare, co mają po kilkadziesiąt lat”.

Na szorstkiej powierzchni płyty widniał wyblakły napis:

Alesia Iwanawna Mielnikawa

Алеся Iванауна Мельнiкава

1950-2023

Żadnej epitafii. Tylko duży napis, wyskrobany czymś ostrym w kamieniu płyty:

Tu leży potwór.

Litery krzywe, chylące się na różne boki, jak martwe drzewa w starym lesie. Na widok tych słów Rozalii zaparło dech w piersiach. Potwór… Potwór. Czy ona tak naprawdę była potworem? Może to tylko nieszczęśliwa, chora psychicznie kobieta, którą przerosła jej trauma, spotęgowana samobójstwem matki i ucieczką córki? Może do tej tragedii nie doszłoby, gdyby ktoś w porę zauważył, że „biedna Alesia” potrzebuje pomocy? Może gdyby sąsiedzi, zamiast rozpowiadać o niej plotki, zauważyli jej stan, Kasia i dziadek byliby żywi, a Rozalia nigdy nie zobaczyłaby Żacha w kącie? Może wtedy świat byłby odrobinę jaśniejszy, a Bóg nadal byłby obecny w jej sercu?

Ale dlaczego nigdy nie wyjaśniła jej, co oznaczało imię Żach? Dlaczego zostawiła ją sam na sam z potworem, którego istnienia nie mogła sobie wytłumaczyć? Być może babcia szukała dla siebie jakiejś wymówki, jakiejś przyczyny, czemu czasem jest jej tak źle? Może próbowała zrzucić odpowiedzialność za własne emocje i czyny na jakąś niestworzoną, nadludzką istotę, i kryła się za własna bezradnością wobec losu czy Boga? Nie mogła pozwolić innym zobaczyć w niej słabą, skrzywdzoną dziewczynkę, która tylko chciała, żeby ktoś ją obronił i pocieszył?...

Rozalia w głębokiej, dusznej zadumie schyliła się nad nagrobkiem. Deszcz lał się z rozwartych, nabrzmiałych chmur, w tańcu porywając ze sobą ostatnie liście brzóz. Grunt rozmókł, i wartkie strumienie toczyły się między pagórkami cmentarza. Monotonny szum deszczu kołysał do snu. Do wiecznego snu…

Nagle Rozalia poczuła jakby prąd, biegnący po kręgosłupie. Tyłem głowy odczuła, że ktoś za nią stoi. Już nawet wiedziała, kto to był.

Żach. O Boże, jaka już była zmęczona… Stał tam, za plecami. Tym razem twarzą do niej. Czuła to każdym nerwem swojego ciała. Wiedziała, że wystarczy się odwrócić, by zobaczyć jego twarz. Jednak ten prosty ruch był dla niej nie do wykonania. Stała na kolanach, zastygnięta, a deszcz spływał po jej policzkach, mieszając się ze łzami.

Jeśli teraz się odwróci, to będzie koniec. Koniec złudzeń, niepewności i domysłów, które jednak mogą być bezpieczniejsze od prawdy. Gdzieś w głębi serca już od dawna wiedziała, co skrywa przed nią Żach. Wiedziała, czyją on ma twarz.

Ostatnim, zdesperowanym wysiłkiem odwróciła się całym ciałem.

Nad chudą, szarą i śliską od deszczu sylwetką, na tle stalowego nieba, malowała się strasznie znajoma twarz.

Twarz babci Alesi.

* * *

Ocknęła się pośród ponurych nagrobków, a szare strugi tak samo lały się z ciężkich chmur. Jej umysł był dziwnie jasny. Wstała, nie czując nóg. Powoli ruszyła w stronę wyjścia ze cmentarza. Błoto chlupało pod nogami, a drzewa wokół chyliły czarne wymokłe gałęzie ku ziemi.

Wieś była pusta. Całe życie schowało się przed ulewą za ciepłymi prostokątami okien, i tylko Rozalia szła ulicą, nie zważając na bijące po twarzy potoki wody. Jakiś pies cicho zawył za płotem, i jego wycie utonęło w szumie deszczu.

Długo czekała na autobus pośród pola, które szarym dywanem rozrzuciło się po okolicy. Z rzadka czarne ptaki przelatywały z miejsca na miejsce, spychane na dół wzburzoną przyrodą. Horyzont skrywał się za gęstą, białą ścianą mgły.

Nie zapamiętała drogi powrotnej na dworzec. Pewnie ludzie dziwnie patrzyli się na do nitki wymokłą, bladą dziewczynę z pustym wzrokiem, ale Rozalia nie widziała nic dookoła. W jej głowie stał tylko obraz Żacha z twarzą babci.

Przecież już dawno, dawno wiedziała, jak to się skończy. Wiedziała, że zmyślone potwory nie istnieją, a jedynymi potworami są ludzie, którzy ja otaczają: babcia, dziadek, pradziadek, matka, a nawet ona sama… To wszystko jej wina, jej wina… Dlatego nigdy nie pojechała na grób babci i nigdy nie odwiedziła jej po tym strasznym dniu. Dlatego nigdy nie poszła do psychologa, nigdy nikomu nie opowiedziała o tym, co czasem widzi w kącie… Zresztą kto by w to uwierzył? W jej rodzinie, najwidoczniej, ukrywanie brudnych sekretów było wartością nadrzędną.

Teraz, gdy życie wszystko postawiło na miejsca, kiedy odebrano jej ostatnie złudzenia, nadszedł czas. Zbyt długo cierpiała. Zniosła tyle bólu, ile były w stanie udźwignąć jej chude ramiona.

W końcu ona przecież też umarła tamtego dnia.

Zostało tylko ciało, które więziło martwą duszę. Jedyne wyjście z tego koszmaru to pozbyć się jego również. Pozwolić umrzeć temu, co cudem ocalało, aby sprawiać tylko cierpienie.

Stała na platformie. Deszcz zalewał jej oczy, lecz ona już nie potrzebowała wzroku. Czuła po drżeniu powietrza, że zbliża się pociąg.

Lepsze już piekło.

Spojrzała w dalekie metalowe niebo.

- Nienawidzę cię.

Rzuciła się naprzód. Stuk kół, przeciągły sygnał. Krzyk z platformy. Przebłysk strasznego bólu. A potem ciemność.

I tylko uśmiech na bladych ustach.

A leżący na platformie telefon gra irytującą melodię, i na jego rozbitym ekranie świeci się napis: „Przychodzące połączenie od MAMA”.

* * *

Dziwne. Myślała, że w piekle jest gorąco. Ale przeciwnie, było chłodno i trochę duszno.

I nie aż tak ciemno. Raczej szaro.

Dziwne to piekło. Zbyt ciasne.

Zaledwie mały pokoik. Kurz pokrywa podłogę. Nie ma mebli, tylko krzesło, na którym siedzi. Pajęczyna w kątach.

I tu spędzi wieczność?!

W kącie za plecami ktoś stoi.

Ktoś szary i wysoki pod sam sufit.

Ktoś o imieniu… Żach.

To wszystko jej wina.

KONIEC

20.12.2025

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania