Poprzednie części:  Zapach Jaśminu część 1.

Zapach Jasminu część 2.

Dla Jaśminy i Artura rozpoczęła się walka z czasem. Spędzili wiele długich, wycieńczających wieczorów w małej kawalerce, analizując zebrane materiały strona po stronie przy świetle pojedynczej lampy. Jaśmina, z wrodzoną sobie skrupulatnością karnistki, pieczołowicie notowała pytania, jakie obrońca powinien zadać na sali rozpraw, by obalić linię oskarżenia i obnażyć luki w policyjnym śledztwie.

Pewnego razu, gdy zegar w kamienicy wybijał już drugą w nocy, Artur oderwał wzrok od papierów i spojrzał na stojące obok kubka z wodą plastikowe pudełko.

– Co to za leki, Jaśmina? – zapytał cicho, a w jego zwykle chłodnym głosie pojawiła się czysta, ludzka troska. – Widzę, ile ich bierzesz. I widzę, jak czasem bledniesz, kiedy za szybko wstaniesz od stołu.

Jaśmina uśmiechnęła się blado, przymykając na chwilę zmęczone oczy. Nie miała już siły na ukrywanie prawdy przed kimś, kto powierzył jej życie swojego brata.

– Moje serce – odpowiedziała spokojnie, dotykając dłonią klatki piersiowej. – Jest wadliwe od urodzenia. Mogłaby mi pomóc tylko jedna, niezwykle skomplikowana operacja za granicą, ale jest astronomicznie droga, a szansa na jej przeżycie to tylko dwadzieścia procent.

Artur zamarł, a ona kontynuowała, uprzedzając jego kolejne pytanie:

– Drugą opcją jest przeszczep serca, ale w moim stanie szanse na to, że organizm przyjmie nowy organ, również są dramatycznie niskie. Ryzyko jest po prostu zbyt wielkie. Dlatego dopóki mogę normalnie funkcjonować i dopóki moje ciało odpowiada na leczenie, wolę żyć na tabletkach. One dają mi czas. A czas to wszystko, czego potrzebuję, żeby dokończyć to, co zaczęłam.

Artur popatrzył na nią z głębokim podziwem i lękiem. Dziewczyna, która siedziała przed nim, każdego dnia ryzykowała własnym życiem, by ratować ludzi, których system skazał na pożarcie. Zrozumiał, dlaczego tak bardzo spieszyła się ze studiami i dlaczego każda sprawa pro bono była dla niej tak ważna. Dla Jaśminy sprawiedliwość nie była pracą. Była sensem jej policzonych uderzeń serca.

Mijały kolejne dni, a śledztwo utknęło w martwym punkcie. Spętany korupcją system policyjny i prokurator robili wszystko, by jak najszybciej zamknąć sprawę i skazać Szymona. Jaśmina czuła, że grunt usuwa im się spod nóg.

Jednego z następnych wieczorów siedziała całkowicie sama w swojej cichej kawalerce. Za oknem rzęsisty deszcz bębnił o parapet starej kamienicy, a na stole, obok nietkniętej porcji ryżu z piwnicznych zapasów, piętrzyły się rozłożone dokumenty. Jaśmina, ignorując narastające zmęczenie i kłucie w klatce piersiowej, po raz setny dogłębnie studiowała przemycone przez Sarę akta sekcji zwłok. Analizowała każdy medyczny termin, opisy ran i podbiegnięć krwawych. Nie miała już pomysłów. Brak pomocy ze strony policji i zmowa milczenia wokół parku zdawały się barierą nie do przebicia.

Nagle jej wzrok zatrzymał się na suchym, medycznym opisie rany kłutej. Autopsja szczegółowo określała głębokość, szerokość oraz – co najważniejsze – precyzyjny kierunek, w jakim ostrze przeszło przez tkanki.

Jaśmina zamarła. W jej głowie, wyszkolonej na setkach opisów procesów karnych, natychmiast ułożyło się brakujące ogniwo tego tragicznego równania. Serce zabiło gwałtownie, aż musiała mocno złapać oddech. Drżącą ręką chwyciła za telefon i natychmiast wykręciła numer Artura. Odpowiedział po pierwszym sygnale.

– Artur – zaczęła bez żadnego powitania, a jej głos wibrował od tłumionych emocji. – Powiedz mi natychmiast: czy Twój brat Szymon jest praworęczny?

W słuchawce zapadła krótka cisza, przerywana jedynie szumem deszczu.

– Nie... – odpowiedział zaskoczony Artur. – Szymon od urodzenia jest skrajnie leworęczny. Pisze lewą ręką, je lewą, wszystko robi lewą. A dlaczego pytasz?

Jaśmina wypuściła z głośnym westchnieniem powietrze z płuc, czując, jak spływa na nią fala ogromnej ulgi. Kąt zadanego ciosu i trajektoria kanału rany w ciele ofiary jednoznacznie oznaczały, że napastnik musiał być praworęczny. Cios został wyprowadzony z góry ku dołowi, od lewej do prawej strony ofiary, co dla osoby leworęcznej byłoby biomechanicznie nienaturalne i wręcz niemożliwe do wykonania z taką siłą w trakcie dynamicznej szamotaniny.

– Mamy to, Artur. Mamy dowód, który rozbije ich akt oskarżenia – powiedziała szybko, opierając się o blat stołu. – Jutro rano odszukaj obrońcę z urzędu. Powiedz mu, że bez względu na szantaże, musimy natychmiast złożyć oficjalny wniosek o powołanie biegłego z zakresu medycyny sądowej i biomechaniki rąk. Biegły musi kategorycznie i procesowo ustalić, czy osoba leworęczna mogłaby w jakikolwiek sposób zadać taki cios. Prokuratura nie będzie mogła tego zignorować. To nasza przepustka do uniewinnienia Szymona.

Wniosek o powołanie biegłego uderzył w linię oskarżenia jak taran. Choć obrońca z urzędu drżał ze strachu przed konsekwencjami ze strony lokalnego układu, twarde, dowody przygotowane przez Jaśminę nie pozostawiły mu wyboru. Na sali sądowej opinia eksperta okazała się bezlitosna dla prokuratury – udowodniono, że dwudziestodwulatek nie miał fizycznej możliwości zadać śmiertelnego ciosu.

Proces zakończył się pełnym sukcesem i uniewinnieniem 22-letniego Szymona, który po dramatycznych tygodniach spędzonych w areszcie wreszcie wyszedł na wolność.

Skorumpowana policja, chcąc jak najszybciej wyciszyć sprawę i nie ryzykować, że ktoś zacznie węszyć wokół ich interesów w mrocznym parku, podjęła wygodną dla siebie decyzję. Z powodu braku innych dowodów i podejrzanych, oficjalnie odstąpili od dalszego szukania prawdziwego sprawcy morderstwa. Sprawa została zamknięta, a system po prostu odwrócił wzrok.

Dla rodziny Artura i Szymona zaczął się jednak czas nieopisanej ulgi i świętowania. Rodzice chłopaków, przepełnieni bezgraniczną wdzięcznością dla młodej profesorki, która jako jedyna uwierzyła w niewinność ich młodszego syna, postanowili zorganizować przyjęcie. Zaprosili Jaśminę do swojego rodzinnego domu, by wspólnie uczcić oficjalne oczyszczenie Szymona z zarzutów.

Dla Jaśminy to zaproszenie było czymś wyjątkowym. Po raz pierwszy miała przekroczyć próg domu ludzi, których uratowała, nie jako chłodna prawniczka z uniwersytecką katedrą w tle, ale jako najbliższy przyjaciel rodziny. Gdy wieczorem pakowała się w swojej małej kawalerce, spojrzała na wiszącą na szafie szmaragdową sukienkę, uszytą przez inną wdzięczną matkę. Jej serce, choć zmęczone całym tym procesowym stresem i niebezpieczną walką z systemem, biło teraz spokojnie. Przez chwilę nie czuła kłucia – czuła jedynie czystą, niczym niezmąconą satysfakcję, że podarowała temu młodemu chłopakowi całe jego życie na nowo.

Gdy przekroczyła próg rodzinnego domu Artura, uderzyła ją fala domowego ciepła – zapach pieczonego ciasta, głośne rozmowy i śmiech, czyli wszystko to, czego tak bardzo brakowało jej w sterylnych szpitalach i cichej kawalerce po cioci. Rodzice chłopaków płakali ze wzruszenia, ściskając jej dłonie, a uratowany Szymon nie potrafił znaleźć słów, by podziękować za zwróconą wolność.

W kulminacyjnym momencie wieczoru ojciec chłopaków z głośnym hukiem otworzył butelkę drogiego szampana. Wszyscy unieśli kieliszki, by wznieść huczny toast za sprawiedliwość i nowy początek. Jaśmina z uśmiechem uniosła swój kieliszek, ale zamiast alkoholu, który przy jej silnych lekach był całkowicie zakazany, piła jedynie gazowaną wodę mineralną z plasterkiem cytryny. Artur, stojący tuż obok, musnął delikatnie swoim szkłem jej kieliszek, puszczając do niej oko z pełnym zrozumieniem.

Wszyscy świętowali, ale między Jaśminą a Arturem krążyło coś, czego nie dało się już zamknąć w ramach relacji profesor-student. Wspólny sukces, zarwane noce w małej kuchni i ogromne emocje związane z walką o życie Szymona nieuchronnie zbliżyły ich do siebie na stopie prywatnej.

Jaśmina podziwiała go jeszcze bardziej, odkąd dowiedziała się, jak tytaniczną pracę wykonywał przez ostatnie miesiące. Artur nie zrezygnował z pracy w szkole dla studiów prawniczych – wciąż na pełen etat uczył matematyki w liceum. Rano biegał na uniwersytet , popołudniami prowadził lekcje dla młodzieży, a wieczorami, zamiast odpoczywać, ślęczał z Jaśminą nad aktami sprawy swojego brata. Ta niesamowita determinacja i ogromna odpowiedzialność imponowały jej na każdym kroku.

Późnym wieczorem, gdy gwar w salonie nieco ucichł, Artur skinął na Jaśminę głową, zapraszając ją na taras. Listopadowe powietrze było rześkie, a na niebie iskrzyły pierwsze gwiazdy. Artur zdjął swoją marynarkę i delikatnie otulił nią ramiona dziewczyny, uważając, by nie zahaczyć materiału jej szmaragdowej sukienki.

– Nawet nie wiesz, jak dziwnie się czuję, nie mogąc mówić do ciebie „pani profesor” – odezwał się cicho, opierając się o barierka tarasu. Spojrzał na nią, a w jego oczach nie było już zmęczenia sprawą, lecz głęboki, ciepły spokój. – Uratowałaś moją rodzinę, Jaśmina. Ale wiesz, co w tym wszystkim jest najpiękniejsze? Że przez te ostatnie tygodnie mogłem poznać ciebie. Nie genialną prawniczkę z uniwersytetu, ale dziewczynę, która ma w sobie więcej odwagi niż cały ten skorumpowany wydział sprawiedliwości.

Jaśmina uśmiechnęła się, a na jej blade policzki wypłynął delikatny rumieniec. Spojrzała na swoje dłonie ukryte w rękawach jego za dużej marynarki.

– Ty też pokazałeś mi coś ważnego, Arturze. Od lat żyłam w biegu, odliczając czas w tabletkach i izolując się od ludzi w mojej małej kamienicy, żeby nikt nie ucierpiał przez moje słabe serce. Przy tobie... po raz pierwszy od dawna zapomniałam, że jestem chora. Poczułam, że po prostu żyję.

Artur postąpił krok w jej stronę i delikatnie ujął jej dłoń. Jego dłoń była ciepła, silna i stabilna – zupełnie inna niż jej własna, wiecznie chłodna.

– Nie musisz już biec sama – powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. – Matematycznie rzecz biorąc, prawdopodobieństwo, że trafiliśmy na siebie na tym uniwersytecie, było znikome. Ale jesteśmy tutaj. Pozwól mi po prostu przy tobie być. Bez względu na to, ile tabletek masz w kasetce i ile procent dają lekarze.

Jaśmina nie odpowiedziała słowami. Przeniosła wzrok na jego twarz i po prostu ścisnęła mocniej jego dłoń. Jej kapryśne serce zabiło w tym momencie mocniej, ale tym razem nie był to ból ani ostrzegawczy sygnał choroby. To było uderzenie czystego, rodzącego się szczęścia, które wreszcie znalazło swój bezpieczny port.

Podczas przyjęcia rodzice Szymona i Artura, wciąż nie mogąc ochłonąć z emocji, podeszli do Jaśminy z poważnymi minami. Głęboko poruszeni pytali, co mogą jej zaoferować w ramach zapłaty za uratowanie i uniewinnienie ich młodszego syna.

Zdawali sobie sprawę, że adwokat z urzędu nic by nie zdziałał bez jej planu. Jaśmina jednak tylko łagodnie pokręciła głową. Spojrzała na radosną twarz Szymona i odpowiedziała z pełnym przekonaniem, że dla niej najlepszą i jedyną nagrodą jest sprawiedliwość. Nie chciała od nich żadnych pieniędzy.

Gdy wieczór dobiegł końca, Artur odprowadził Jaśminę na pobliski przystanek autobusowy. Chciał jechać z nią, ale sytuacja rodzinna zmusiła go do zmiany planów – musiał pilnie odwieźć mocno napitego wujka w zupełnie inną stronę miasta. Jaśmina, widząc jego rozkojarzenie, z uśmiechem odesłała go z powrotem do samochodu, zapewniając, że bez problemu sama potrafi dojechać autobusem prosto pod swoją kamienicę.

Gdy tylko auto Artura zniknęło za zakrętem, Jaśmina zamiast wsiąść do autobusu, poprawiła apaszkę i ruszyła piechotą przed siebie. W rzeczywistości przeszła tej nocy kilka kilometrów przez chłodne miasto, ponieważ musiała pilnie wykupić w całodobowej aptece koszmarnie drogi zastrzyk, który bierze raz na trzy miesiące. Ten lek utrzymywał ją przy życiu. Po jego opłaceniu w jej portfelu nie zostało dosłownie nic – nie miała już nawet paru złotych na bilet autobusowy. Szła powoli, kontrolując oddech i walcząc ze zmęczeniem, ale w duchu była dumna, że znowu dała radę.

Kilka dni później w mieszkaniu rozległ się dzwonek do drzwi. Gdy Jaśmina je otworzyła, ujrzała Artura trzymającego w ramionach potężną, niezwykle piękną i rozłożystą roślinę doniczkową.

– To podarunek od mojej mamy – powiedział z uśmiechem Artur, wnosząc ciężką donicę do środka.

Była to wyjątkowa, rzadka roślina, którą po raz pierwszy z sukcesem wyhodowała jego rodzina, a jej nowe sadzonki były rozdawane wyłącznie najbliższym. Matka Artura przysłała ją z konkretnego powodu – ten unikalny gatunek charakteryzował się tym, że wytwarzał bardzo duże ilości tlenu. W małym pokoju Jaśminy, na drugim piętrze starej kamienicy, roślina od razu znalazła swoje honorowe miejsce przy oknie. Zielony podarunek nie tylko ożywił białe ściany, ale stał się niemym strażnikiem zdrowia dziewczyny, ułatwiając jej każdą noc i każdy głęboki oddech.

Artur postawił ciężką donicę na podłodze, po czym powoli wyprostował się i spojrzał na Jaśminę. Przez chwilę w małym pokoju panowała absolutna cisza, przerywana jedynie szumem wiatru za oknem starej kamienicy. Artur zachwiał się lekko, jakby grawitacja i magnetyzm tego miejsca nagle pociągnęły go do przodu, i zbliżył się do niej. Uniósł dłoń, delikatnie gładząc jej policzek, a potem pochylił się i pierwszy raz dotknął swoimi ustami jej warg.

To było subtelne, niemal pytające muśnięcie, ale oboje poczuli coś tak silnego i obezwładniającego, że wszelkie bariery i uniwersyteckie konwenanse runęły w ułamku sekundy. W następnej chwili już nie potrafili się od siebie oderwać – mocno do siebie przylgnęli w głębokim, namiętnym pocałunku, spragnieni swojej bliskości po tygodniach strachu, samotności i walki.

W małej kawalerce panowały spartańskie warunki. W pokoju, oprócz kuchennego stołu z krzesłami, starej szafy i nowej rośliny od jego matki, nie było jeszcze łóżka. Na podłodze leżał tylko duży, wygodny materac pokryty czystą pościelą.

Artur, nie przerywając pocałunku, powoli i z ogromnym wyczuciem poprowadził ją w tamtą stronę. Delikatnie położył Jaśminę na materacu, osłaniając ją własnym ciałem przed chłodem pokoju, i wciąż mocno, zaborczo całował jej usta, szyję i linię żuchwy. Jego dłonie, dotąd tak pewne i silne, teraz lekko drżały, gdy przesuwał je po materiale jej ubrania.

W pewnym momencie oderwał się od niej na centymetry. W półmroku pokoju, rozświetlonym jedynie blaskiem ulicznej latarni, jego oczy szukały jej wzroku z niemym, pełnym troski pytaniem.

– Możesz? – spytał cicho, niemal szeptem, mając na myśli seks i doskonale pamiętając o wszystkim, co mówiła mu o swoim kruchym zdrowiu.

Jaśmina spojrzała na niego, a w jej oczach nie było ani śladu lęku. Zamiast tego malowała się w nich absolutna, płomienna pewność. Przyciągnęła jego twarz bliżej swojej.

– Tak. Chcę tego, Arturze – odpowiedziała z głębi serca. – Chcę żyć. Chcę przy tobie poczuć, że naprawdę żyję, a nie tylko wegetuję od tabletki do tabletki.

Ich pierwszy raz był ucieleśnieniem najgłębszej czułości. Artur, świadomy każdej sekundy, zdejmował z niej ubrania z namaszczeniem, jakby odsłaniał najcenniejszy skarb. Gdy jego dłonie napotkały długą, bladą bliznę na jej klatce piersiowej, nie odwrócił wzroku – pochylił się i złożył na niej miękki, pełen szacunku pocałunek. Jaśmina poczuła, jak wzbierają w niej łzy wzruszenia.

Seks był niezwykle delikatny, niespieszny, celebrujący każdy dotyk. Artur poruszał się z ogromną uważnością, dopasowując swój rytm do jej oddechu, wsłuchany w każde cichy pomruk i westchnienie. Każde otarcie ciał, splecione ciasno palce i głębokie spojrzenia w oczy budowały między nimi więź, jakiej żadne z nich nigdy wcześniej nie doświadczyło. Zamiast gwałtowności była tam niesamowita bliskość – stapianie się dwóch dusz, które odnalazły się wbrew wszelkim przeciwnościom losu. Jaśmina oddawała mu się cała, czując, jak z jej ciała uchodzi całe napięcie ostatnich miesięcy, zastąpione przez parujące, obezwładniające ciepło.

Z jej chorym sercem wszystko było dobrze. Przez całą tę noc kapryśny organ nie zabił ani razu nierówno, nie zakłuł i nie wysłał żadnego ostrzegawczego sygnału. Napędzane czystą miłością i bliskością Artura serce Jaśminy biło mocno, miarowo i zdrowo – jakby po raz pierwszy w życiu dopasowało swój idealny, życiowy rytm do bicia serca mężczyzny, którego pokochała.

Obudzili się rano w swoich ramionach, otuleni chłodnym powietrzem, ale ich ciepło odmieniło atmosferę w pokoju. Byli po prostu szczęśliwi. Artur, choć wciąż trzymał ją mocno, poruszał się teraz z ogromną ostrożnością. Bał się ponownego kontaktu fizycznego, panicznie obawiając się, że mógłby zrobić jej krzywdę lub zbyt mocno obciążyć jej kruche zdrowie. Jaśmina jednak tylko gładziła go po ramieniu, uspokajając jego pełen analiz umysł swoim miarowym, spokojnym oddechem.

Wieść o spektakularnym sukcesie młodej wykładowczyni w sprawie Szymona rozniosła się po uniwersytecie z prędkością błyskawicy. Studenci prawa byli pod ogromnym wrażeniem jej determinacji i masowo zaczęli zgłaszać się do Jaśminy, chcąc, aby została promotorką ich prac magisterskich. Rektor, doceniając jej sukces medialny i naukowy, wyraził oficjalną zgodę, by objęła seminarium magisterskie dla maksymalnie sześciu osób. Chętnych były setki, a Jaśmina – wierna swoim zasadom – chciała dokonać absolutnie sprawiedliwego i rzetelnego wyboru, co zabierało jej mnóstwo cennego czasu i energii. Po wybraniu finałowej szóstki studentów, jej życie zamieniło się w pasmo niekończących się obowiązków. Spędzała długie godziny, zwłaszcza wieczorami, na dogłębnej analizie ich konspektów, podsuwając nowatorskie pomysły do spisów treści i kompletując dla nich rzadkie pozycje z bibliografii. Praca dydaktyczna pochłaniała ją bez reszty.

Nadeszła sroga, mroźna zima. Grudzień przyniósł gęste opady śniegu i oblodzone chodniki. W tych warunkach rower definitywnie odpadał, a rodzice Jaśminy mogli wreszcie odetchnąć z ulgą. Do pracy na uniwersytecie musiała dojeżdżać zatłoczonymi autobusami, a gdy dotkliwie brakowało jej pieniędzy – chodziła te kilka kilometrów na piechotę, brodząc w białym puchu. Finansowo było jej coraz trudniej. Wydatki na koszmarnie drogie, nierefundowane leki i niedawny zastrzyk zniszczyły jej skromny budżet. Mając bardzo mało pieniędzy, kupowała wyłącznie najtańsze jedzenie, ratując się zapasami mąki i makaronu po cioci, a ubrań szukała w lokalnych lumpeksach. Mimo to miała na głowie kolejny cel – zbierała każdy grosz na świąteczne prezenty dla swoich ukochanych chrześniaków-bliźniaków, synów jej starszego brata Adama, który robił karierę jako wzięty ortopeda. Bardzo chciała też podarować coś wyjątkowego Arturowi.

Była jednak niezwykle dumna i nieugięta. Nie chciała prosić nikogo o pożyczenie pieniędzy – ani brata, ani rodziców, ani tym bardziej Artura. Wolała jeść suchy chleb w swojej skromnej, zimnej kawalerce, byle tylko utrzymać upragnioną niezależność i pozostać na swoim.

Następne części:  Zapach Jasminu część 3.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania