Poprzednie części:  Zapach Jaśminu część 1.

Zapach Jasminu część 3.

Planowali spędzić pierwsze wspólne Święta Bożego Narodzenia razem, jednak los zweryfikował te zamiary – Artur musiał pilnie wyjechać z rodzicami na drugi koniec kraju do podupadającej na zdrowiu babci, którą po okresie świątecznym mieli na stałe przeprowadzić do domu jego rodziców, by zapewnić jej całodobową opiekę. Rozłąka była trudna, ale obiecali sobie, że ten brak wynagrodzą sobie z nawiązką i spędzą razem Sylwestra.

Wigilię Jaśmina spędziła w domu rodzinnym. Jak co roku, zjechała się tam cała, liczna rodzina: ciotki, wujkowie, kuzyni z biegającymi dokoła dziećmi, a nawet teściowie jej brata Adama – państwo Abramczykowie, rodzice jej bratowej, Zuzanny. Zuzanna była kobietą uderzająco piękną, ale przy tym niezwykle wyniosłą i zapatrzoną wyłącznie w swoje własne odbicie w lustrze.

Jaśmina, mimo zmęczenia, od progu pomagała mamie w witaniu kolejnych gości i odbieraniu płaszczy. Gdy w drzwiach stanęli państwo Abramczykowie, w korytarzu na moment zapadła cisza. Matka Zuzanny, zdejmując futro, nachyliła się do swojego męża i lodowatym, choć doskonale słyszalnym szeptem zapytała: „To ona jeszcze żyje?”. Zadając to pytanie, bezczelnie patrzyła prosto w oczy Jaśminy. Dla młodej prawniczki takie okrutne komentarze nie były nowością – od dzieciństwa słyszała szepty za swoimi plecami, skreślające jej przyszłość z powodu wadliwego serca.

Zamiast jednak dać satysfakcję wrednej kobiecie, Jaśmina odwróciła się w stronę dzieci. Jej serce autentycznie radowało się na widok maluchów, a zwłaszcza jej ukochanych chrześniaków. Dla każdego dziecka miała przygotowany, pięknie zapakowany prezent pod choinkę – kupiony za ostatnie grosze, ale dany z czystej miłości. Dzieci uwielbiały swoją ciocię i natychmiast rzuciły się jej na szyję.

Gdy rozpoczęła się uroczysta uczta wigilijna, przy stole rozmawiano o wszystkim. W pewnym momencie Adam, dumny z sukcesów siostry, wygadał się przed wszystkimi, że Jaśmina ma chłopaka. Na tę wieść matka Jaśminy poczuła jednocześnie ogromne szczęście, jak i paraliżujący lęk o zdrowie córki i o to, jak zniesie emocjonalne zaangażowanie. Sytuację natychmiast złośliwie skwitowała matka Zuzanny. Głośno, przy całej rodzinie stwierdziła, że Jaśmina w swoim stanie zdrowia w ogóle nie powinna zawracać chłopakowi głowy, bo przecież ten mężczyzna nie ma z nią na co liczyć. Atmosfera stała się duszna. Gdy po kolacji nastąpiła przerwa przed podaniem ciasta i kawy, w salonie zapanował absolutny chaos – dzieciaki z krzykiem rozpakowywały prezenty, dorośli rozmawiali podniesionymi głosami, a papierowe torebki latały po całym pokoju. Jaśmina potrzebowała powietrza. Korzystając z zamieszania, wymknęła się cicho na zaśnieżony taras, zabierając ze sobą butelkę czerwonego wina. Choć przy jej silnych lekach nasercowych alkohol był kategorycznie zakazany, potrzebowała jakiegoś znieczulenia na lodowate słowa, które usłyszała przy stole.

Nie minęło kilka minut, gdy drzwi tarasowe uchyliły się i na mróz wyszedł jej ulubiony kuzyn, Kuba. Przyniósł herbatę w kubku oraz jej ciepłą kurtkę, narzucił ją na ramiona Jaśminy i stanął obok niej, opierając się o ośnieżoną balustradę.

Przez następne pół godziny, stojąc w zimowej ciszy, odbyli niezwykle szczerą i oczyszczającą rozmowę. Jaśmina po raz pierwszy od dawna wyrzuciła z siebie wszystkie skrywane emocje: lęk przed samotnością, miłość do Artura, dumę z własnej niezależności oraz ból, jaki wywołały w niej słowa teściowej Adama. Rozmawiając z Kubą o tej wrednej babie i o swoich głębokich uczuciach, Jaśmina od czasu do czasu unosiła butelkę do ust i popijała małe łyczki wytrawnego płynu. Alkohol lekko palił ją w gardle i rozlewał się przyjemnym ciepłem po zmarzniętym ciele, przynosząc chwilową ulgę jej zranionym emocjom. Kuba słuchał jej bez oceniania, potakując głową i dosadnie podsumowując zachowanie Abramczykowej, co wreszcie wywołało na twarzy Jaśminy szczery, szeroki uśmiech. Na tym mroźnym tarasie, pod rozgwieżdżonym grudniowym niebem, poczuła, że choć jej serce fizycznie wymaga stałej troski, to emocjonalnie jest silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Widząc, że Jaśmina bierze kolejny łyk, Kuba zorientował się, że sytuacja robi się poważna. Przy jej wadze, braku nawyku i przede wszystkim silnych lekach, alkohol zadziałał błyskawicznie i bezlitośnie. Kuba stanowczo zabrał Jaśminie butelkę, bo po prostu się upiła – po zaledwie pół butelki wina była już kompletnie ululana. Dziewczyna ledwo trzymała się na nogach, a jej zazwyczaj ostry jak brzytwa umysł zupełnie się rozmył. Kuzyn zachował zimną krew; objął ją mocno w pasie, pomógł jej dyskretnie dojść do jej dawnego pokoju i położył ją do łóżka. Następnie wrócił do salonu i z wielką klasą usprawiedliwił jej nieobecność przed resztą rodziny, mówiąc, że Jaśmina poczuła nagłe, ogromne zmęczenie po wyczerpującym semestrze na uczelni. Mama Jaśminy natychmiast się zdenerwowała, słysząc o niedyspozycji córki. Z lękiem w oczach chciała biec na górę. Kuba jednak szybko ją zatrzymał i uspokoił. Wyjaśnił szeptem, że wszystko jest pod kontrolą, z sercem jest dobrze, a cała ta sytuacja i załamanie Jaśminy to wyłącznie wina podłych słów matki Zuzanny. Te słowa dotarły również do uszu ojca Jaśminy. W starszym mężczyźnie, który przez lata patrzył na cierpienie swojej córki w szpitalach, nagle coś pękło. Zalała go fala czystej, rodzicielskiej wściekłości. Poczekał na odpowiedni moment i zrobił po kryjomu w kuchni potężną awanturę teściowej Adama.

W ostrych, bezkompromisowych słowach stanął w obronie swojej córki. Wykrzyczał Abramczykowej prosto w twarz, że nie pozwoli na obrażanie i grzebanie żywcem własnego dziecka w swoim własnym domu. Atmosfera w kuchni była tak gęsta, że pękły wszelkie pozory świątecznej uprzejmości. Ojciec Jaśminy był nieugięty – oficjalnie i bezdyskusyjnie kazał teściom Adama natychmiast opuścić jego dom. Wyniosła Zuzanna i jej zszokowani rodzice, wśród nerwowego zbierania płaszczy i w kompletnej ciszy, musieli wyjść w mroźną, wigilijną noc. Gdy drzwi wejściowe się zamknęły, w domu rodzinnym Jaśminy wreszcie zapanował spokój, a ona sama spała głęboko na górze, bezpieczna i chroniona przez miłość swoich najbliższych.

W nocy, gdy w wielkim domu wreszcie pogasły wszystkie światła i ucichł poświąteczny gwar, drzwi do pokoju Jaśminy uchyliły się z cichym skrzypieniem. Mama wślizgnęła się do środka, położyła się ostrożnie na brzegu łóżka obok swojej dorosłej córki i mocno ją przytuliła, spędzając tak całą noc. Trzymała ją w ramionach dokładnie tak samo, jak robiła to przed laty na szpitalnych salach, wsłuchując się w miarowy, spokojny oddech swojego dziecka i czuwając nad jej snem po tych wszystkich wigilijnych emocjach.

W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia czas upłynął im w atmosferze prawdziwego, rodzinnego spokoju, bez jadowitych spojrzeń Abramczyków. Wieczorem rodzice odwieźli Jaśminę z powrotem do jej małej kawalerki w starej kamienicy. Choć dziewczyna wciąż uparcie walczyła o swoją niezależność, tym razem nie protestowała, gdy mama i tata z pełnym zaangażowaniem zapakowali jej małą lodówkę po brzegi świątecznym jedzeniem – domowymi pierogami, pieczenią i kapustą z grzybami. Zapasy cioci Klary z piwnicy zyskały pyszne, świąteczne urozmaicenie.

Jaśmina nigdy nie dbała o luksusy i nie chciała od bliskich żadnych wymyślnych, drogich prezentów. Zapytana wcześniej przez brata i rodziców o marzenia pod choinkę, prosiła wyłącznie o ciepły szal, grube wełniane skarpety, zimową czapkę i porządne rękawice – i dokładnie to wszystko znalazła pod drzewkiem. Te proste rzeczy były dla niej najcenniejsze. Pomyślała z ulgą, że teraz mroźne, grudniowe spacery na przystanek autobusowy nie będą już tak straszne, a jej chłodne od choroby dłonie i stopy wreszcie zyskają solidną ochronę.

Gdy rodzice odjechali, a w kawalerce nastała cisza, telefon na stole zawibrował. To była wiadomość od Artura.

„Moja najdroższa, babcia czuje się już lepiej, wszystko spakowane. Jutro z samego rana wracamy do miasta. Nie mogę się doczekać, kiedy znowu cię zobaczę i zamknę w ramionach. Odliczam godziny do naszego wspólnego Sylwestra.”

Jaśmina usiadła na materacu, otulając szyję nowym, miękkim szalem. Spojrzała na wielką roślinę od matki Artura, która w kącie pokoju miarowo produkowała czysty tlen. Jej serce zabiło mocno i radośnie. Najgorsze minęło, a przed nią był już tylko nowy rok, u boku mężczyzny, którego kochała.

Następnego dnia, zgodnie z obietnicą, spotkali się w domu rodzinnym Artura. Podróż z drugiego końca Polski minęła bezpiecznie i rodzeństwu wraz z rodzicami udało się sprowadzić babcię do nowego domu. Babcia Pelagia okazała się niską, uroczą, okrągłą starszą kobietą o niezwykle pogodnym usposobieniu, którą od pierwszego wejrzenia miało się ochotę mocno przytulić. Staruszka, emanująca matczynym ciepłem, od razu polubiła Jaśminę. Gdy cała rodzina usiadła do wspólnego obiadu, młoda prawniczka po raz pierwszy od dawna poczuła, że jest akceptowana taką, jaka jest – bez lęku i bez jadowitych szeptów.

Po obiedzie przyszedł czas na spóźnione prezenty. Jaśmina z nieśmiałym uśmiechem wręczyła Arturowi podarunek, który przygotowywała od tygodni. Mimo że miała na uczelni pełne ręce roboty z egzaminami i pracami magisterskimi, jakimś cudem znalazła dodatkowy czas, by po nocach robić dla niego na drutach. Podarowała mu piękny, ciepły, ręcznie robiony szalik. Artur był autentycznie wzruszony tym gestem – wiedział, ile kosztowało ją to wysiłku. Sam nie pozostał dłużny; Jaśmina dostała od niego przepiękną, subtelną złotą bransoletkę, która zalśniła na jej drobnym nadgarstku, stając się symbolem ich rodzącego się uczucia.

Kolejnego dnia brutalna rzeczywistość znowu dała o sobie znać. Jaśmina miała dawno zaplanowaną, rutynową wizytę u swojego kardiologa. W głębi duszy doskonale wiedziała, że bardzo źle zrobiła, pijąc wino w Wigilię, i te kilka łyków poważnie jej zaszkodziło. Niestety, aparatura medyczna nie kłamała – wyniki badań EKG i echo serca były zauważalnie gorsze niż zazwyczaj.

Doktor zmarszczył brwi, wypisując receptę na kolejne, nowe i jeszcze silniejsze tabletki. Spojrzał na nią surowo, ale i z troską.

– Pani profesor, leki przestają wystarczać. Musi pani zacząć bardzo poważnie myśleć o operacji. Ryzyko jest duże, ale alternatywa jest znacznie gorsza. Czas ucieka.

Jaśmina wyszła z gabinetu z ciężkim sercem, kurczowo ściskając w dłoni biały świstek papieru. Podjęła natychmiastową decyzję – nikomu nie powie ani słowa o tej wizycie ani o złych wynikach. Nie chciała niszczyć szczęścia po uwolnieniu Szymona ani przerażać Artura. Schowała strach głęboko do kieszeni, w tym momencie chcąc myśleć tylko o jednym. Całą sobą cieszyła się na myśl o nadchodzącym, leniwym Sylwestrze, którego mieli spędzić w mieszkaniu Artura. Tylko oni, sami na sam, odcięci od całego świata i jego problemów.

Mieszkanie Artura tonęło w ciepłym, przytulnym blasku, a za oknami wielkie płatki śniegu powoli opadały na uśpione miasto. Artur przygotował dla nich wykwintną kolację przy świecach, dbając o każdy szczegół i upewniając się, że żadne z dań nie obciąży organizmu dziewczyny. Dla Jaśminy, przyzwyczajonej do monotonnego menu z piwnicznych zapasów, ten wieczór był jak urzeczywistnienie najpiękniejszego snu.

Gdy nastała noc, zapomnieli o całym świecie, o trudnym prawie karnym, skorumpowanych układach i medycznych wykresach. Cicho grała muzyka, przy której kołysali się w powolnym, bezpiecznym tańcu, mocno w siebie wtuleni. Później, siedząc na dywanie w grubych, wełnianych skarpetach, z dziecięcą radością grali w gry na konsoli. Artur co chwilę celowo dawał jej wygrywać, byle tylko usłyszeć jej głośny, perlisty śmiech. Śmiali się do łez, rozmawiali o wszystkim i o niczym, a każdy moment ciszy wypełniali czułymi, niespiesznymi pocałunkami. Złota bransoletka na nadgarstku Jaśminy lśniła w blasku świec, a wełniany szalik, który dla niego zrobiła, leżał niedbale rzucony na fotelu obok. Przed północą nie odliczali głośno sekund. Nie potrzebowali huku petard ani błysku fajerwerków. W ramionach Artura Jaśmina czuła się bezpieczna jak nigdy dotąd. Nowe leki, ukryte głęboko w jej torebce, mogły poczekać na kolejny dzień – tej nocy liczyło się tylko to, co tu i teraz. Wreszcie, gdy zmęczenie zaczęło brać górę, położyli się razem, wciąż splatając palce. Oboje, przepełnieni spokojem i rodzącą się miłością, zasnęli w swych ramionach, witając Nowy Rok w najpiękniejszy możliwy sposób – razem.

Rano Jaśmina wstała jako pierwsza. W mieszkaniu Artura wciąż było przyjemnie ciepło, a przez zasłony wpadało miękkie, zimowe słońce pierwszego dnia nowego roku. Dziewczyna chodziła po pokoju w samej za dużej koszulce Artura, która sięgała jej niemal do kolan. Luźny materiał miękko układał się na jej drobnym ciele, odsłaniając bose stopy i dłonie ukryte w za długich rękawach.

Podeszła cicho do okna, na palcach, by nie obudzić śpiącego wciąż mężczyzny. Narzuciła na szyję swój nowy, ciepły szal od rodziców i spojrzała na ośnieżone dachy sąsiednich kamienic. Jej skóra była blada, a długa blizna na klatce piersiowej delikatnie odznaczała się pod cienką tkaniną koszulki, przypominając o cenie, jaką płaciła za każdy kolejny dzień. Jednak tego poranka, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, Jaśmina nie czuła strachu przed przyszłością. Nowe tabletki leżały nietknięte w torebce, a trudne decyzje o operacji mogły poczekać na kolejny tydzień. Gdy Artur poruszył się na łóżku, uśmiechnęła się do niego szeroko. Miłość, którą odnalazła, dawała jej sercu zupełnie nowy, niezłomny rytm. Była na swoim, była niezależna i po raz pierwszy w życiu – naprawdę szczęśliwa.

Jaśmina podeszła cicho do łóżka, na którym w porannym słońcu wciąż spał Artur. Usiadła nad nim okrakiem, pozwalając, by za duża koszula zsunęła się lekko z jej ramion, i zaczęła go delikatnie, niespiesznie całować. Jej usta muskały jego policzki, powieki i kąciki warg. Miała ogromną, palącą ochotę się z nim kochać – poczuć jego bliskość w pełnym świetle nowego dnia, bez cienia wczorajszych lęków. Artur obudził się natychmiast, a w jego oczach od razu pojawiło się czyste, głębokie pożądanie. Przyciągnął ją do siebie i kochali się na jego łóżku, otuleni ciepłem pościeli, w rytmie, który dyktowało im powoli budzące się miasto.

Potem leżeli długo wtuleni w siebie, słuchając swoich oddechów. Jaśmina, gładząc Artura po piersi, zdecydowała się na ciche wyznanie. Przyznała się, że Artur jest jej pierwszym mężczyzną i że nigdy wcześniej z nikim się nie kochała. Przez lata spędzone w szpitalach i za uniwersyteckimi książkami miłość fizyczna była dla niej czymś odległym, zakazanym przez chorobę. Gdy Artur to usłyszał, na jego twarzy odmalowało się głębokie poruszenie. Ogromnie żałował, że nie wiedział o tym wcześniej. Czuł wyrzuty sumienia, że ich pierwszy raz – ten w jej spartańskiej kawalerce – odbył się tak gwałtownie na samym materacu leżącym na podłodze. Wyznał jej, że gdyby tylko miał tę świadomość, zaplanowałby wszystko zupełnie inaczej, o wiele bardziej romantycznie, by ten moment na zawsze zapisał się w jej pamięci jako najpiękniejsze wspomnienie. Jaśmina jednak tylko uciszyła go czułym pocałunkiem, zapewniając, że tamta noc była dla niej idealna.

Ta bliskość sprawiła, że kompletnie odcięli się od świata. Drugi dzień stycznia również spędzili w całości w łóżku u Artura, rozmawiając, śmiejąc się i nadrabiając wszystkie miesiące samotności.

Sielanka skończyła się jednak wieczorem, gdy brutalna rzeczywistość przypomniała o sobie w najmniej oczekiwanym momencie. Kiedy zbierali się już do wyjścia, a Artur zakładał swój ciepły, ręcznie robiony szalik, by odwieźć Jaśminę do jej mieszkania, dziewczyna niefortunnie szarpnęła swoją skórzaną torbą. Torebka przechyliła się i z jej wnętrza z głośnym szelestem wypadły na podłogę nowe, nierozpakowane jeszcze leki wraz z białą kartką od lekarza. Pudełko potoczyło się prosto pod stopy Artura, a nazwa silnego leku, którego wcześniej u niej nie widział, zalała pokój nagłą, lodowatą ciszą.

Artur natychmiast schylił się i podniósł kartonik z podłogi. Obracał je w dłoniach, marszcząc brwi i bacznie przyglądając się nazwie, która była dla niego obca.

– Jaśmina, co to jest? – zapytał z wyraźną troską w głosie, patrząc na nietknięte opakowanie. – To jakieś nowe leki? Dlaczego są jeszcze nieotwarte? Zapomniałaś o nich? Martwię się, przecież wiesz, jak ważne jest, żebyś brała wszystko regularnie.

Jaśmina poczuła, jak jej serce na moment zamiera, ale szybko opanowała wyraz twarzy. Spojrzała mu prosto w oczy i bez mrugnięcia okiem okłamała mężczyznę, którego kochała. Skłamała, że to nic takiego, i wytłumaczyła, że lekarz po prostu testuje nowy lek, żeby sprawdzić, czy będzie działał lepiej niż poprzedni. Dodała kolejne kłamstwo – że doktor kazał jej zacząć brać te tabletki dopiero za tydzień, tak aby mógł zobaczyć różnicę równo po trzydziestu dniach na kolejnych badaniach kontrolnych. Zrobiła to tak naturalnie i z tak lekkim uśmiechem, że Artur, choć wciąż zaniepokojony, schował pudełko z powrotem do jej torby i delikatnie pocałował ją w czoło. Prawda, którą Jaśmina zatrzymała głęboko dla siebie, była jednak o wiele bardziej ponura. Ten nowy, silny lek miał potężne skutki uboczne i przeraźliwie otępiał umysł. Wykładowczyni prawa karnego, która całe dnie spędzała na uniwersytecie, analizując zawiłe akta, pisząc konspekty i pomagając swoim sześciu magistrantom, nie mogła sobie pozwolić na utratę jasności myślenia. Chciała normalnie żyć, normalnie pracować i cieszyć się każdą chwilą spędzoną z Arturem, zamiast egzystować w chemicznej mgle. Wiedziała, że ryzykuje, odkładając rozpoczęcie kuracji, ale pragnienie wolności i normalności było w niej silniejsze niż zalecenia lekarza.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania