Zapisy z notesu dziwactw
3.20
Ciemność. Zła ciemność. Wszystko w niej skąpane, utopione i nawet gdybym był na tyle szalony, aby wołać o pomoc, głos mój zostałby w niej stłamszony.
Miasto oszczędza na prądzie, jak każde inne w kraju. Są wyznaczane godziny, kiedy świat przypomina cywilizację wieku dwudziestego pierwszego. Poza nimi to raczej smutna rzeczywistość czasów sprzed elektryfikacji.
U nas lampy ponownie zaświecą żółtymi snopami punkt czwarta. Na razie ciemność ciągnie w swe szpony wszystko, co trafi nie tak, gdzie powinno. Ja na szczęście leżę sobie w ciepłym łóżku, pod moją ulubioną kołdrą z motywem jesiennych liści, z głową na poduszce wypchanej pierzem przez babcię. Poduszkę wcisnąłem w powłokę zupełnie inną od tej z kołdry. Jakieś lilie, nieco już wyblakłe, bo poszewka ma swoje lata, ale w tej sytuacji zdecydowanie jestem statycznym ułożonym mężczyzną po czterdziestce z prawie odchowanymi dziećmi i planami na przyszłość, bo przecież życie dopiero przede mną [Dla tych, co nadal nie rozumieją – lubię moją poszewkę, choć jest wyblakła, ma kilka przetarć i pewnie wiekiem nieszczególnie daleko odbiega od moich raptem dziewiętnastu lat].
3.50
Sen zmorzył mnie na dwadzieścia kilka minut. Znowu się obudziłem, choć pewnie nawet dobrze nie zasnąłem. Wciąż okrywa mnie ciemność. Cisza za oknem jest intrygująca i niepokojąca. Zwykle choć jeden samochód przejeżdża naszą ulicą Trzydziestolecia PRL-u co chwila, kiedy minie trzecia. Szczególnie od kilku miesięcy, gdy zburzyli starą ruderę na samym jej końcu, wcześniej stosownie wywłaszczając grunt, na którym stała. Potem wylali tam asfalt, zrobili przedłużenie chodnika i ulica pierwszy raz od lat stała się otwarta z obu stron, lub jak kto woli jeszcze inaczej – nieślepa. Teraz jednak panuje głucha cisza, a ja, co stwierdzam z niepokojem, zaczynam coraz gorzej się czuć. Będę chory, pewnie jakaś grypa. Na razie to tylko przypuszczenia, ale czuję ją w sobie, jak powoli odbiera mi siły, metodycznie, bez gwałtownych ataków. Do południa rozłoży całkowicie i będę flakiem, marudzącym, że nie ma apetytu, widząc, jak mama stawia na biurku miskę z rosołem – lekarstwem na każdy rodzaj przeziębienia lub grypy.
5.00
Miałem paskudny sen. Siedziałem na ławce i spoglądałem w niebo. Przed sobą miałem panoramę miasta – szare blokowiska, stare targowisko z walącymi się pawilonami, a po drugiej stronie wielka obwodnica, trzypoziomowa. Wiatr delikatnie muskał krzewy rosnące obok ławki. Wszystko wyglądało zwyczajnie, sielsko, do momentu, gdy ujrzałem na niebie kontury czegoś, co leciało bardzo szybko, było olbrzymie i bynajmniej nie zaliczało się do samolotów. Powietrze przeszył ogłuszający ryk. Stworzenie zaczęło pikować. Wyrównało lot kilkadziesiąt metrów nad pawilonami targowiska. Kiedy przeleciało nad nimi, dachy starych drewnianych bud uniosły się ku górze, rozrywane w powietrzu na kawałki. To samo stało się ze ścianami. Potem stworzenie minęło osiedla wielkopłytowe. Blokowiska zaczęły walić się niczym domki z kart. Słychać było wybuchy butli gazowych, jęk ludzi. Widziałem, jak rodziny z dziećmi desperacko rzucają się w otchłań tumanu kurzu, gdzie czekał ich śmiertelny pocałunek z gruzowiskiem. Ponownie usłyszałem potworny ryk. Zakryłem uszy czując, że po dłoniach kapie coś mokrego i ciepłego. To była krew, moja krew. Reszta snu stała się tylko mglistą kalką, na której utrwalone zostały obrazy o paskudnej jakości, tak słabej, że nawet kontury poszczególnych budowli zlały się w jedną masę. Zresztą, kiedy się obudziłem, miałem wrażenie, że to nie sen, że stwór właśnie przeleciał po niebie za oknem rozpędzając chmury, aby słońce ogrzało skąpaną w letargu ziemię.
5.30
Pęcherz namówił mnie na krótki spacer do toalety. Miał twarde argumenty, więc wolałem nie ryzykować. Ostatnio jego upartość przekraczała wszelkie granice. Dźwignąłem się więc z łóżka, odrzuciłem kołdrę, znalazłem kapcie i podreptałem w stronę drzwi pokoju, a potem dalej korytarzem do toalety. Tak, czułem się naprawdę źle. Nogi wręcz odmawiały posłuszeństwa, miękkie jak z waty, zupełnie ślamazarne, podobnie reszta ciała. Starałem się opierać nieco o ścianę, aby trochę zaoszczędzić energii.
Wiecie, czasami w toalecie, szczególnie przy załatwianiu „tych” spraw, nachodzą mnie dziwne wizje. To coś w rodzaju wyjętych z kontekstu scenek rodzajowych w miejscach zupełnie niespodziewanych. Nie wiem, co jest w tej klitce dwa na dwa, że kiedy tam stoję, lub siedzę na muszli, wizje przybiegają jak głodne bachory z placu zabaw po kolejną porcję żelkowych węży.
Ostatnia z nich przydarzyła mi się dwa dni temu. Wpadła do głowy tak nagle, że z trudem powstrzymałem się od śmiechu, gdy przestudiowałem ją całą. Wszystko rozgrywało się w niej na plebanii proboszcza mojej parafii. Było słoneczne południe, kapłan siedział w swoim salonie przed masywnym dębowym stołem wraz z dobrym znajomym z kurii, jakimś dyrektorkiem jednej z większych szkół katolickich. Znałem go z widzenia, często gościł w naszym kościele na ważnych uroczystościach. Ludzie czasami śmiali się, że proboszcz wysługuje się nim kiedy ma gorszy humor.
– Pawełku, nie ma powodu do obaw – powiedział proboszcz władczym tonem. Zdecydowanie chciał przywrócić swojego przyjaciela na właściwe tory emocjonalne.
Tamten jednak tylko wzruszył z rezygnacją ramionami.
– Jak ty to robisz, Grzesiu?
– Co konkretnie?
– No, jak ich do siebie przekonałeś? Całą parafię?
Też czasami się nad tym zastanawiałem, bo osobiście nie widziałem w naszym proboszczu nikogo ponadprzeciętnego. Ot, zwykły ksiądz, może i szeroki jak dwóch innych, ale przynajmniej inwestował w kościół, a nie swoją emeryturę.
– Jestem tu już pięć lat bez mała. Ale tak mówiąc między nami, Pawełku, to trafiła mi się ta parafia jak ślepej kurze ziarno. Bo wiesz, mój poprzednik fiknął nagle, bardzo nagle. I diecezja zaczęła poszukiwania na chybił trafił. Padło na mnie, a mogło równie dobrze na jakiegoś starego wyjadacza.
Tamten ponownie westchnął. Wyglądał coraz gorzej, mizerniał w oczach, gasł razem z ostatnimi promyczkami nadziei. Jeszcze nigdy w żadnej wizji nie zajrzałem w jej głąb tak dokładnie, z namaszczeniem drobnych szczegółów.
– Wiesz, po co cię zaprosiłem?
– To miało być coś ważnego, więc domniemam, że…
– Triduum Paschalne już tuż, tuż. Pomyślałem, że w tym roku warto poprowadzić je w duecie.
Ksiądz Paweł, czy tam Pawełek, o mało nie spadł z krzesła gdy dotarła do jego uszu ta wiadomość.
– To… bardzo miłe z twojej strony, Grzesiu, ale ja mam pewne zobowiązania.
– Nie masz żadnych. Znowu się wykręcasz jakimiś błahostkami. – Proboszcz zmarszczył brwi na znak powagi sytuacji. – Spodziewam się rekordowej frekwencji w świątyni. Nie będę zdradzał ci dlaczego, ale musisz wiedzieć, że moi parafianie są bardzo hojni, już od lat.
– To znaczy, że…
– Owszem, Pawełku. Podzielimy się tacą fifty-fifty, jak to mówią.
– A co z remontem plebanii, zbierałeś na ten cel datki od miesięcy?
– Pozyskałem dofinansowanie z kurii, a przy stosownym kruczku prawnym będę mógł odciągnąć od tego jakieś piętnaście procent.
Obaj księża uśmiechnęli się do siebie, po czym proboszcz Grzegorz wstał i podszedł do barku.
– To myślę, że jesteś zainteresowany, prawda? – zapytał dla pewności, szukając odpowiedniej butelki.
– Oczywiście – odrzekł Paweł. W jego głosie słychać było teraz zupełnie nowe chęci do życia, posługi, w ogóle jakby go sam Bóg namaścił.
Ksiądz Grzegorz wrócił do stołu z butelką Ballantine’sa.
– Piłeś takiego?
– Nie, u siebie mam ze trzy butelki Jim Beama jabłkowego.
– Ach, tak, znam. Ale jesteś u mnie, więc spróbujmy tego ancymona.
Obaj kapłani raczyli się trunkiem następne dwie godziny, a potem, na lekko chwiejnych nogach pomaszerowali do gabinetu, aby omówić dokładnie całą oprawę Triduum.
7.15
Sobotnie poranki zawsze przesypiałem twardo i do dziewiątej nie sposób mnie było zrzucić z wyra. Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz. Miałem uchylone okno, bo w pokoju było zbyt gorąco, a na zewnątrz wiatr ucichł zupełnie, więc szczelina pomiędzy skrzydłem okna a ramą niewiele dawała. Za to z pewnością pomogła, abym dokładnie usłyszał muzykę jaka rozbrzmiała na ulicy. Zbudziłem się zły. Zły i chory, oczywiście. Wstałem, aby zamknąć okno, nadal w półśnie. Kiedy chwytałem za klamkę, usłyszałem głos.
– Mam na imię Czosnek, kocham to uczucie, kiedy na twej twarzy widać litość i współczucie! – zawołał młody knypek w okularach przeciwsłonecznych. Nie znałem go, ale wyraźnie zwracał się do mnie.
– Nie znam cię, koleś. Odpuść sobie – rzuciłem, ale tamten nie zamierzał odpuścić.
– Jest kilka opcji, zacznijmy od litości, spójrz na mój ryj, nic nie widać w tej ciemności.
Pomyślałem, że koleś ma nierówno pod sufitem. Ranek był pogodny i słoneczny.
– Idź się podszkolić z rymów do LRP*.
– Masz przesrane, gnojku! – zakrzyknął na wydechu. – Znajdę cię z kumplami i wtedy inaczej zaśpiewasz.
– Lepiej ich nie pokazuj, z genitaliami na wierzchu nie można chodzić po drogach publicznych!
Gość zagotował się jak woda w czajniku. Najpierw spróbował podejść do naszej bramy, ale potem przemyślał sprawę i wykonał telefon. Słyszałem rozmowę.
– Kula? Jest Omen z tobą? Jak to narąbany? Melanż beze mnie? Nowy domestos? I jak? Że co z Omenem? Nie oddycha? Miał być tylko narąbany. Dobra, dzwoń po tę karetkę.
– Zostało was chyba tylko dwóch – zadrwiłem, choć z trudem mi to przyszło, bo słabość, jaka ogarnęła mój organizm, rozpleniła się po nim niczym chwasty w ogródku. Podparłem się łokciami na parapecie.
– Wyklepiemy ci ten niewyparzony ryj!
– Jak ten klops się tu dotoczy, to daj mi znać.
– Nie wiesz, z kim zadzierasz!
Uznałem, że rozmowa jest zakończona, więc zostawiłem pseudoraperzynę samemu sobie. Może niezupełnie, bo w oddali zauważyłem auto straży miejskiej. Na pewno zwrócili uwagę na dziwnego włóczęgę awanturującego się na ulicy. Nie zamierzałem wychodzić z łóżka przed dziesiątą.
Komentarze (1)
Dobry wieczór
Bardzo miło.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania