Zatłoczeni
Pociąg zbliżał się do stacji i rzęził co sił. W ostatnim wagonie, pośród wyłożonych czerwonym materiałem i tapicerowanych siedzeń można było zauważyć pasażerów. Ludzie ci biegli-o dziwo-w przód. Nie oglądali się za siebie i chyba przyczyniali się do stwierdzenia, że biegnąc dotrą szybciej do celu. Było to na tyle dziwne i niepokojące gdyż twarze ich wyrażały napięcie i przymus. Niektóre były na skraju szaleństwa, ale jak gdyby nie zdawali sobie z tego sprawy. Zamknięci w swoich głowach jedni wyprzedzali drugich i biegli tak na całej długości pociągu. Nikomu z nich, obserwując współtowarzyszy nie przyszło na myśl że wystarczy usiąść. Pozostać nieruchomo a pojazd zrobi swoje, zabierając ich do miejsca przeznaczenia. Tak się nie działo, rozbuchani i spoceni pasażerowie robili wszystko przeciw logice. Usłużni wobec mechaniki praw rządzących wszechświatem łamali je i doprowadzali do destrukcji. Mechanizm jest bezwzględny a oni wydawali się nie mieć o nim najmniejszego pojęcia. W tym szaleństwie uważali że są jak najbardziej w porządku i wykonują mądre ruchy. Tego nie sposób by ocenić gdyby nie przeogromna przeciwwaga, która znajdowała się w ostatnim wagonie.
Ciężar wagi siedział na jednym z foteli i patrzył ogromnymi oczami na swoich współtowarzyszy. Wielkie oczy wlepiały się w biegaczy. Czarna suknia, skrywane dłonie, blade lico i blond długie włosy. Tak się prezentowała. Kobieta ta, wydawała się strapiona i smutna. Była jak błysk błyskawicy, tak poruszona i nie z tego świata. Było w niej coś jasnego, pomimo ciężaru spojrzenia sprawiała wrażenie lekkiej, osiadłej i z całą zupełnością na swoim miejscu. Można było tak o niej pomyśleć bowiem w przeciwieństwie do innych siedziała nieruchomo. W pędzącym już pociągu ta pozycja była pożądana. Lecz ona była w tym samotna. Dotrwała chwili w której wszystko obróciło się przeciw niej. Doprowadziła się do miejsca w którym to co jej jest spychane i traktowane gorzej, śmieszniej. Nic nie wskazywał jej oddech, który był jak ciężar betonu. Zaistniał i to powinno wystarczyć. Dłonie miała złączone a palce splecione ze sobą. Na paznokciach subtelny kolor lakieru. Zgaszona, jasna żółć, kojarząca się ze słońcem. Palce miała zacisnięte luźno. Nie zdradzała oznak strachu czy napięcia jak inni ludzie w wagonie. Prędzej można orzec że była spokojna i opanowana. Ale jej zewnętrze bynajmniej nie współgrało z wnętrzem. W środku była w krytycznym stanie lęku. W tak kategorycznym jego odmianie że wprost nad przepaścią. Kobieta właśnie skoczyła. Pierwsze chwile po tym jak oderwała stopy od ziemi przyciągnęły ją do fotela i wcisnęły w niego głęboko. Jej źrenice rozszerzyły się a oczy wybałuszyły. Leciała w dół i żadna lina asekuracyjna nie miała szans jej zatrzymać. Skoczyła bez zabezpieczenia. Świst powietrza wpadł jej do ust, nozdrzy i otwartych dłoni. Najprawdopodobniej krzyknęła bo strach wziął nad nią górę. Miała więc rozchylone usta które teraz napełniły się zimnym powietrzem. Powietrze było gęste i uderzyło ją wprost w krtań. Nie mogła złapać oddechu, co było bez znaczenia bo i tak leciała w dół. Jak się okazywało umierała podczas jednego zdarzenia dwa razy. Uduszona i roztrzaskana o ziemię. Wszystko w niej pracowało ze zdwojoną siłą. Było dwa razy bardziej dojmujące i przeraźliwe. Spoglądała w oczy śmierci jeszcze przed śmiercią. Zatem umierała przed celowym umieraniem. To musiało budzić lęk największy z możliwych do wyobrażenia. W pociągu jednak kobieta nie zdradzała tych oznak. Zwyczajnie znieruchomiała. To pozwoliło jej zachować sens. Była jedyną z trzeźwo myślących osób. Nikt z biegnących nie mógł spodziewać się jaka historia kryje się za jej pozycją. Taki stan emocjonalny dał jej bezcenne doświadczenie i wiedzę. Jeszcze wtedy nie wiedziała że siedząc nieruchomo w fotelu jest orędowniczką najwyższego stopnia logiki.
W głowie kobiety jakby otwierały się nowe przestrzenie. Nowa strefa. Myśli pędziły bardzo szybko. Była tak zdominowana myślą że nic już nie przychodziło jej do głowy. Tylko myśli o samej sobie o swoim poczuciu lęku i swoistym jego odbiorze. Miała poczucie że wszystko co zna przewala jej się z jednej strony na drugą zupełnie przecząc rozsądkowi. Coś w niej się otwierało, całe ciało pozostawało otwarte. Ona doznawała czegoś w rodzaju naddrukowania treści. Czegoś ponad, poza. Nad powielenia własnych uczuć. Nad ich odbioru. Wszystko się pętało i przelewało z jednej na drugą. Sama pozostawała tego niemą obserwatorką. Tak jakby wyłączyła czucie dla siebie na ten jeden moment pozostając gdzieś po stronie i zwalniając siebie z uczestnictwa. Odczucia jej zamykały się w rozwieraniu czarnych szat i przyjrzeniu się światłu które błyszczało po drugiej stronie. Zdecydowanie straciła kontakt z rzeczywistością. Była poza tym co nazywamy zwykłością dnia. Była po drugiej stronie. Tej czystej, otępiałej, zatrzymałej. Tej która czernią nasącza jednocześnie jasnością się kołacze. Nie sposób jej ocenić. Była dwoma w jednej osobie. Kochającym i kochanym. Zagarniała wielość przestrzeni, potężną jej dawkę.
Pociąg jechał bardzo szybko. Pasażerowie w środku nie mieli pojęcia ani nie odczuwali jak szybko. Mijał kilometry lasów w czasie mrugnięcia powiek. Do celu było jeszcze daleko, jeśli w ogóle dojechałby do celu. Wszystko wskazywało na to że jedzie po prostu w przód. Jego celem jest sama trasa i poruszanie się. Osoby w wagonie nie mają pojęcia o zaistnieniu takiej sytuacji. Oni sami chcą wyprzedzić kolej biegnąc co sił. Nie wiedzą że pojazd szynowy tak naprawdę jest niemiłosiernie długi i trudno im będzie dobiec do samego początku. Zatem poruszają się jak pociąg dla samego poruszania. Biegną zdyszani i charczą i zgrzytają jak sam skład. Podczas tej podróży nikt nie ma wolnych rąk. Dłonie ludzi są zaciśnięte w pięść. Lecą z takim uciskiem tracąc drogocenną energię. Powietrze opiera się im i nie sprzyja temu biegowi. Ramiona niektóre wyglądają na silne, na ogół jednak są zmizerniałe. Próbują pracować w rytm tłoczonej parownicy, na raz, na dwa, na trzy. To nic nie daje. Każdy ma tu swój czas i swoją siłę mięśni. Ruch każdego jest inny, w inny sposób przyczynia się do tego że ów człowiek wciąż się porusza i w jaki sposób się porusza. Pociąg pędzi. Może on sam ma wpływ na ludzi i kalkują jego ruch. Jedzie tak już dobrą wieczność. I nikt z pasażerów nie domyśla się jakie to ma znaczenie. Tylko samotna kobieta przeżywająca stan oniemienia wydaje się trafiać w punkt, ale tylko pozornie. Trasa trwa i się nie kończy. Przeznaczeniem zatem staje się samo poruszanie. Można by orzec że bieg ludzi miałby i sens. Bowiem znieruchomienie nie pozwala na przeżycie życia w pełni. Jak pisał Edward Stachura: “Trzeba się podnieść i iść. Zawsze trzeba iść. Jak się nie ma gdzie iść, tym bardziej.”
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania