Zerwane Ogniwa #1: Słowo Wojownika?
Milczące Góry były głuche na ból i rozpacz Mili.
Od innych, sprzedanych w niewolę i związanych linami jak ona, słyszała skrawki legend i opowieści o tym miejscu. Góry, w których milkną dźwięki. W których nie rozbrzmiewa echo. O drapieżnych, stromych szczytach i ciemnych dolinach, w których życie walczy o przetrwanie. Pełne niebezpieczeństw, głodu, ciszy i orczych klanów.
Nie dziwiło ją, że góry są obojętne na jej cierpienie. Po tak długim czasie ona także stawała się na nie obojętna.
Pędzili ją z daleka. Z Lioru, przez Wielką Bramę, na targi niewolników, gdzie kupili ją popielatoskórzy orkowie, i dalej, wzdłuż linii dzikich lasów Dorzecza. Z każdym przystankiem ich korowód powiększał się o nowych, takich samych ludzi. Związanych, zrezygnowanych, złamanych.
Jakiś mężczyzna przed nią upadł na kamienie. Od wielu dni słaniał się, ledwie przytomny, ciągnięty przez sznur. Wiedziała, że już nie wstanie.
Przystanęła, nie mogąc wyminąć leżącego. Tępo wpatrywała się w kamienie przed sobą. Miała nadzieję, że szybko ruszą dalej. Stawianie kolejnych kroków dawało trochę ciepła. Bez ruchu wiatr, deszcz i przemoczone ubrania szybko odbiorą jej ten luksus.
Ork – kobieta sądząc po ubiorze – podeszła, krzycząc coś w swoim śpiewnym, ostrym języku. Jej głos ginął nienaturalnie szybko zaledwie parę metrów od niej. Kopnęła leżącego. Butem odwróciła jego ciało i przez chwilę przyglądała się, szukając oznak życia. Warknęła cicho. Wyszczerzyła kły w grymasie niezadowolenia. Szybkim ruchem toporka odcięła linę, którą przywiązany był leżący do reszty.
Nim korowód ruszył znowu, resztki ciepła zdążyły ją opuścić, zastąpione przez przeszywający chłód i baty zimnego wiatru.
Dopiero dwa wieczory później dotarli do celu. Do tego czasu dawno zostawili za sobą linię ostatnich drzew i jedynymi roślinami wokół nich były niskie krzewy i krótka, żółta trawa. Żadne z nich nie dawało nawet odrobiny ochrony przed wiatrem i deszczem.
Zeszli do dużej doliny, otoczonej ze wszystkich stron ostrymi szczytami. Osada na jej dnie niemal ginęła w krajobrazie. Nic imponującego. Gromada niskich kamiennych budynków o dachach pokrytych mchem i trawą. Za nią, na północy, widniała palisada wyrastająca z pionowej ściany górskiej. Otaczała mały skrawek doliny, odcinając go od wioski i reszty świata. Po jej rusztowaniach krążyli orkowie, nawet z tej odległości wyraźnie znudzeni.
Ustawili ich rzędami koło palisady. Grupa orczych wojowniczek zjawiła się i zaczęła warczeć coś do nich w swoim języku. Nie musiała znać słów, by odczytać przekaz. Drwina i pogarda.
Naprzód wysunęła się jedna z nich, wyższa od pozostałych i bardziej umięśniona. Bogato zdobiony napierśnik jasno mówił, że musiała być kimś ważnym. Przerażający topór zatknięty za pas dopełniał obrazu. Przechodząc pomiędzy rzędami, wskazywała co jakiś czas kolejnego więźnia. Jej towarzyszki rozcinały jego więzy i zaciągały gdzieś na bok.
Wreszcie orczyca dotarła do jej rzędu. Mila skuliła się w sobie. Zamknęła oczy.
Nie zwracaj na mnie uwagi. Kroki zbliżały się powoli. Idź dalej. Wybierz kogoś innego.
Kroki zatrzymały się.
W nozdrza uderzył niemal zwierzęcy odór potu, krwi i czegoś jeszcze, co w jej głowie było po prostu zapachem orków.
Otworzyła oczy. Ziemia i skórzane orcze buty. Powoli, z wahaniem podniosła wzrok. Drapieżny uśmiech. Zimne oczy, pełne wesołego okrucieństwa i drwiny. Orczyca patrzyła prosto na nią.
Nie opierała się, gdy ciągnięto ją z resztą „wybranych" . Żelazny uścisk orczycy wybił jej z głowy jakiekolwiek myśli o walce. Zresztą, gdzie miałaby uciec?
Wrzucono ją wraz z pozostałymi do pomieszczenia wypełnionego ławami i pozostawiono ich samym sobie. Bez krępujących ją lin czuła się niemal nago. Głębokie otarcia po więzach piekły ze zdwojoną siłą.
– Wetrzyj to w rany – nerwowym szeptem rzucił niski mężczyzna. Włożył jej w ręce garść liści. – Uśmierzy trochę ból. Nie pokazuj nikomu. Nie mam więcej.
Poznała go parę tygodni temu, gdy jednego wieczoru zostali przywiązani do tego samego drzewa. Nazywał się Zamir. Na początku rozpoznawała go głównie po silnym zapachu ziół, który unosił się wokół niego pomimo długiej niewoli. Nawet teraz czuła resztki tej woni. Wtedy też dał jej jakieś zioła. Na lepszy sen i brak koszmarów mówił. Skąd je brał, nie wiedziała, ale tak wtedy, jak i teraz była mu wdzięczna.
Zamir oddalił się i podszedł do dwójki wysokich, rosłych Dorzeczan. Rozmawiał z nimi cicho, oglądając rany na ich nadgarstkach. Nim zdecydowała się do nich podejść, skrzypnęły drzwi. Do środka weszła wysoka orczyca, która wybrała ich wcześniej.
– Wy! Ludzie! Zaznać szczęście! – Jej łamany dorzeczański był ledwie zrozumiały. – Ja. Pierwszy Wojownik. Dać wam wielkie słowo! Jam jest Morna. Wielka Morna!
Orkini przeszła przez pomieszczenie i oparła się o najbliższą ławę. Jej drapieżny, kpiący uśmiech nie opuszczał jej twarzy.
– Wy mieć wybór. Wy zostać w kopalnia na zawsze. Albo. Wy robić co wam kazać. Wy nagrodzeni i zostać mój sługa! Życie lepsze niż w kopalnia. U mnie ciepło. Praca lepsza. Jadło lepsze.
Wskazała ręką kominek za sobą i pusty rożen, który nosił ślady częstego użycia. Skurcz żołądka przypominał o trawiącym ją głodzie. Na drodze karmili ich niewiele. Tyle, by dotarli do celu i by nie padli zbyt szybko. Wiele by dała za coś ciepłego.
– Wy mieć proste zadanie. W kopalnia jest opór. My wiedzieć, że istnieje. My nie wiedzieć, kto jest wódz. My nie wiedzieć, jaki plan. Wy znaleźć wódz oporu. Wy wejść do opór. Wy... – Zamilkła, szukając słowa. Przez chwilę powtarzała coś w swoim narzeczu. – Wy... Dowiedzieć się plan. Wy przyjść do mnie. My przeszkodzić plan. Wy zostać mój niewolnik. Na to macie moje słowo. Słowo Wojownika!
Rozejrzała się po nich, na chwilę zatrzymując spojrzenie na każdym z nich. W oczach wojowniczki nie było ani krzty współczucia. Jej słowa nie były propozycją. Były rozkazem.
Mila zacisnęła zęby. Może uda jej się przyczaić. Przeczekać, aż orczyca o niej zapomni. A może warto było spróbować? Czy w ogóle może zaufać jej słowom? Słyszała, że orkowie poważnie traktują swoje przysięgi i honor wojownika. Cokolwiek to znaczyło. Tylko czy dotyczyło to też obietnic składanych ludziom? Albo niewolnikom?
Skrzypnęły drzwi i wojowniczka wyszła. Mila rozejrzała się po pozostałych. Zamir i jego towarzysze rozmawiali półgłosem, zaskakująco spokojni.
Po prawej trzy kobiety zbiły się w ciasną grupkę. Ich oczy lśniły niezdrowym blaskiem zwierzęcia zapędzonego w kozi róg. Wszystkie były młode jak ona, już nie nastolatki, ale nadal w kwiecie wieku. Żadna z nich nie miała jednak jej mysich, lioreńskich włosów.
Ostatnią osobą w pomieszczeniu był mężczyzna. Niski, o czarnych włosach i wąsie. Zapewne Merrowing z zachodu. Rozglądał się, jakby szukał zrozumienia w twarzach pozostałych. Dopiero po chwili dotarło do niej, że najpewniej nie znał dorzeczańskiego.
Strażnicy zabrali ich chwilę później. Jej dali zardzewiałą łopatę, worek ze starego materiału i cienki koc, po czym wprowadzili ją razem z resztą niewolników za palisadę. Wrota zatrzasnęły się za nią z ciężkim skrzypnięciem.
Kopalnia była większa niż całe jej rodzinne miasto. Ludzi także było tu więcej niż w dowolnym mieście, które mijała.
Większość pracowała na szerokich kamiennych tarasach, monotonnie rozbijając skały. Inni tłoczyli się wokół jeziorka na dnie odkrywki niczym żebracy na rynku. Woda nawet z tej odległości wyglądała na mulistą, lecz wąski strumień spadający ze stromej skalnej półki po przeciwnej stronie kopalni sugerował, że była przynajmniej świeża.
Grupa, z którą przybyła, zaczęła się rozchodzić. Niektórzy kierowali się w dół, do kamiennych tarasów, by dołączyć do wydobycia. Ci bardziej zrezygnowani ruszyli ku zabudowaniom znajdującym się na szerokim tarasie u szczytu kopalni.
Budynki nie oferowały nic ponad w miarę szczelny dach nad głową. Niskie, nierówne rudery, bardziej usypane niż zbudowane z kamienia, przykryte, jak wszystko tutaj, dachem z trawy i mchu. Na skraju zabudowań kręciła się grupa kobiet przygotowujących posiłek na szerokich kamieniach pełniących rolę stołów.
Zawahała się. Popatrzyła na swoją zardzewiałą łopatę i obietnicę ciężkiej pracy. Skrzywiła się. Zrobiła krok w stronę gotujących kobiet.
– Och, nie kłopocz się, dziecinko – odezwał się za nią słaby, lecz miły głos. – Żeby zostać kucharką, trzeba zasłużyć sobie u Kupca. Teraz nie dopuszczą cię nawet w pobliże kotłów.
Mila spojrzała przez ramię. Zgarbiona kobieta, pomarszczona chyba bardziej niż zasuszona śliwka, nieśpiesznie podeszła do niej, wspierając się na sękatej gałęzi. Wyglądała starzej niż jej babka w ostatnich dniach życia.
Na twarzy kobiety rozkwitł łagodny uśmiech. Z bliska uderzyła ją ostra woń ziół, gleby i grzybów.
– A kto to Kupiec? – zapytała po chwili, gdy staruszka nie kontynuowała.
– Och, już ci Babka wszystko tłumaczy, kochaniutka. Widzisz te wozy? O te, tam? Na nich codziennie rano przyjeżdża jedzenie. I codziennie wieczorem wyjeżdża urobek. No i tyle, ile załadujemy, tyle jedzenia dostaniemy. Ten, co siedzi przy wozach, to Kupiec.
Podążyła wzrokiem za kościstym palcem. Za stołem pod prowizorycznym namiotem siedział mężczyzna. Jego czarne włosy i podkręcony wąs przypominały jej Merrowingów z karawan przejeżdżających przez jej miasto. Pozornie nie wyróżniał się na tle innych więźniów. Zdradzały go ubrania – stare i zniszczone, a jednak czyste, wolne od łat i rozdarć. Dwóch rosłych osiłków strzegło jego stołu, a kolejni kręcili się wokół wozów i potężnych kotłów koło nich.
– Jak coś wykopiesz, to zanosisz jemu. Metal, wungiel, co znajdziesz, co nie kamień. I dostaniesz miskę jedzenia w zamian. Jak nic nie znajdziesz, to nic nie zjesz. Kupiec już tego pilnuje. – Staruszka przycupnęła z ciężkim westchnieniem na pobliskim kamieniu. – Kiedyś to było inaczej. Były różne bandy i ten, kto miał więcej siły, ten brał jedzenie i wszystko, co chciał. Jedzenia było jeszcze mniej niż teraz i trzeba było o nie walczyć. Oj, dużo było bitki i śmierci wtedy. Pełne ręce roboty miałam ze zszywaniem ran i nastawianiem kości.
– I ten Kupiec to zmienił? – Spojrzała na niego z ukosa. Nie wyglądał na takiego. Nie miał twardego wyrazu ulicznych przywódców z jej miasta, za którym kryła się brutalność i porywczość. W jego postawie brakowało tej spokojnej pewności siebie przyczajonego drapieżnika, którą znała u nożowników i złodziei.
– Jak go przyprowadzili, to długo zbierał ludzi. I nawet zrobiło się lepiej. Co prawda jeszcze dłużej zajęło, zanim wszyscy zaakceptowali, że to on rządzi. W kopalni było jak było, ale przynajmniej wozy były jego i jedzenia można było dostać za pracę, a nie grabieżą. – Staruszka wzruszyła ramionami i zerwała kilka łodyg chwastu rosnącego przy kamieniu. Obmacała je palcami, powąchała i podniosła do zmrużonych oczu. Wreszcie skrzywiła się tylko i odrzuciła chwast na bok. – Dopiero parę lat temu zrobiło się tak jak teraz. Bezpiecznie. Ale to już nie jego zasługa.
– A czyja?
– Mówią na niego Lioreńczyk. To jednak zupełnie inna historia. – Babka westchnęła i powoli dźwignęła się z kamienia. Jej dłonie mocniej zacisnęły się na lasce. – Zmęczyła mnie ta rozmowa, a obiecałam, że jeszcze zioła do zupy przyniosę.
– Czekaj! Kim jest Lioreńczyk? – Złapała kobietę za ramię. Czy byli tu inni ludzie z Lioru? Wśród nich łatwiej byłoby znaleźć ochronę. Ale musiała wiedzieć, w co się pakuje, zanim spróbuje ich odnaleźć.
Babka pokręciła jednak głową.
– Trzymaj się od niego z daleka, dobrze ci Babka radzi. Różnie o nim mówią. Jedni, że zawdzięczają mu życie. Inni przeklinają jego imię, gdy nie ma go w pobliżu – rzuciła twardo. Po jej twarzy przemknął cień dawnego smutku. Babka westchnęła i machnęła ręką, jakby odganiała wspomnienia. – Biegnij już, dziecinko. Znajdź jakąś grupę do wspólnej pracy, co się z tobą urobkiem podzieli. Sama, łopatą, niewiele zdziałasz bez innych.
Powstrzymała się przed ruszeniem za Babką i wyduszeniem z niej więcej informacji o Lioreńczyku. Tu jedynym, czego miała pod dostatkiem, był czas. Będą inne okazje. A staruszka miała rację.
Ruszyła powoli w dół zbocza, szukając wzrokiem Zamira. Pomagał jej już wcześniej. Jeśli znalazł jakąś grupę, wolała zaryzykować z nim niż z całkiem obcymi ludźmi.
Znalazła go trzy tarasy niżej, w dość pustym załomie. Dwóch Dorzeczan, z którymi rozmawiał przed przemową Morny, pracowało wraz z nim.
Zamir przedstawił młodszego i bardziej umięśnionego z dwójki jako Doriana. Ten uśmiechnął się i pomachał do niej z werwą zupełnie niepasującą do tego miejsca. Drugi z mężczyzn, zgarbiony, zwał się Yahuuda. Na jej powitanie odmruknął coś tylko i wrócił do pracy kilofem.
Zamir nie powiedział dużo więcej. Gestem wskazał tylko, co ma robić. Skrzywiła się na myśl o czekającym wysiłku. Miała nadzieję, że chociaż wieczorny posiłek będzie tego warty. Niechętnie chwyciła za łopatę i dołączyła do mężczyzn.
Nie minęła godzina, a już obiecała sobie, że znajdzie lżejszą robotę w kolejnych dniach.
Koniec pracy ogłosił rozdzierający, ostry dźwięk orczego instrumentu przypominającego zarzynanego kozła. Mimo późnego początku udało im się uzbierać dwa pełne worki nierównych grudek. Według Yahuudy wydobywali żelazo oraz pojedyncze kawałki węgla, ale dla Mili wszystkie były po prostu kamieniami. Powinny jednak zapewnić im kolację.
Przy kotłach ciągnęła się już kolejka. Podejrzewała, że niektórzy więźniowie musieli tu przyjść jeszcze przed końcem pracy, bo jedli już w pobliżu. Z zazdrością przyglądała się im, ustawiając się w ciągle rosnącej serpentynie niewolników. Snujący się zapach znad kotłów ściskał jej żołądek jeszcze mocniej.
Dziwił ją panujący tu porządek. Ludzie Kupca stali przy kotłach lub patrolowali teren, ale było ich zbyt mało, by naprawdę go wymusić. Mimo to nikt nie próbował się przepychać czy omijać kolejki. Nie było kłótni i krzyków. Coś innego musiało trzymać ich w ryzach.
Gdy przyszła ich kolej, stanęli przed stołem, za którym siedział Kupiec skrobiący coś rysikiem w notesie. Przyjrzała się. Księgi zwykle przeznaczone były dla bogatych. Sama widziała je może parę razy, zwykle w rękach kupców lub szlacheckich uczonych, gdy mijali ją na ulicach.
Notes Kupca nie wyglądał jak tamte księgi. Nie miał równych brzegów ani białych kartek. Mimo wszystko musiał mężczyźnie wystarczać, bo widoczna strona zapełniona była drobnymi, niemal nierozróżnialnymi znakami. Podejrzewała, że nawet gdyby umiała czytać, litery byłyby dla niej nieczytelne.
– Kolejni nowi, jak widzę – rzucił Kupiec, nie podnosząc wzroku. Jego głos był nieprzyjemny i lekko piskliwy, z silnym akcentem. Nie mogła zrozumieć, jak ktoś o takim głosie zdobył posłuch wśród innych więźniów. – Nie rozdajemy tutaj jałmużny. Dostaniecie jedzenie, jak przyniesiecie urobek. Jak nic nie macie, to...
– Ale my mamy urobek – wszedł mu w słowo Dorian, stawiając na stole dwa pełne worki. Kupiec uniósł brew i wskazał na nie. Jeden ze stojących koło niego osiłków bezceremonialnie wysypał ich zawartość na ziemię za stołem. Przez chwilę grzebał w niej ręką, rozgarniając grudki, po czym odwrócił się w stronę stołu.
– Sie zgadza. – Wzruszył ramionami. Odpowiedziało mu tylko skinięcie głowy Kupca. Osiłek zebrał urobek z powrotem do worków i zabrał go dalej do wozów.
– Dwa pełne worki, znaczy cztery porcje. I nawet nieoszukane. – Po raz pierwszy Kupiec oderwał wzrok od swojego notatnika i spojrzał w ich kierunku – Są tacy, co popełniają ten błąd za pierwszym razem. Zwykle nie mają okazji popełnić go drugi raz. Ciężko pracuje się z połamanymi rękami.
Ton jego głosu pozostał równie obojętny co wcześniej. Jej wzrok odruchowo opadł na własne ręce. Skrzywiła się. Słyszała, że Merrowingowie traktują zasady śmiertelnie poważnie. Ten najwyraźniej nie był wyjątkiem.
Do stolika podeszła kobieta z tacą. Położyła przed nimi cztery miski pełne jakiejś rzadkiej ni to zupy, ni to potrawki. Po chwili obok pojawiły się dwa puste worki.
– Jak znajdziecie kiedyś coś więcej niż tylko żelazo i węgiel, przynieście mi to. Takie rzeczy wymieniam na przysługi i przedmioty. – Wrócił wzrokiem do swojego notatnika. – A teraz bierzcie, co swoje. Blokujecie kolejkę.
Mila przycupnęła z towarzyszami na kamieniach niedaleko namiotu Kupca. Mogła stąd dobrze obserwować kolejkę i kuchnię, a palące się pod kotłami ogniska zapewniały wystarczająco światła, by rozproszyć nadchodzącą ciemność.
Pierwszy kęs rzadkiej zupy był smaczniejszy niż wszystko, co jadła od wielu tygodni. Była ciepła. Już samo to było luksusem po miesiącach stwardniałych resztek i na wpół niejadalnych sucharów podróżnych. W misce pływały rozgotowane resztki warzyw, a całość smakowała głównie solą. I tak rozkoszowała się każdą łyżką.
Od jedzenia oderwała się dopiero, gdy zjadła już ponad połowę porcji. Westchnęła błogo. Tępo obserwowała rozpraszającą się kolejkę, czując przyjemne ciepło w żołądku.
W oczy rzuciła jej się staruszka, z którą rozmawiała zaraz po wprowadzeniu do obozu. Kobieta nie miała w dłoni miski, a jej twarz wyrażała zrezygnowanie. Powolnym krokiem, cały czas wspierając się na swoim kosturze, podeszła do ich grupki.
– Witaj, dziecinko. Widzę, że wzięłaś sobie moją radę do serca. Opłaciło się słuchać Babki – Uśmiechnęła się słabo. Coś było nie tak w sposobie, w jaki się poruszała. Wydawała się być jeszcze bardziej stetryczała i zmęczona niż parę godzin temu, podczas rozmowy. – Niestety, dzisiaj Kowal nie miał dodatkowych porcji do rozdania, a Kupiec nie zwykł rozdawać jałmużny.
Mila zmarszczyła brwi. Słowa kobiety niemal ociekały błaganiem. Wręcz za bardzo. Odpowiedziała tylko uśmiechem i wróciła do jedzenia.
Znała takie jak ona jeszcze w Liorze. Kobiety, które zamiast żebrać, próbowały wywoływać współczucie. Im więcej przyglądała się staruszce, tym sztuczniej wyglądał sposób, w jaki się poruszała. Jej ruchy były lekko przesadzone, niczym na ulicznym przedstawieniu.
Staruszka powiodła wzrokiem po pozostałych. Na nich przedstawienie zadziałało mocniej. Widocznie nawet po miesiącach niewoli nadal mieli jeszcze jakieś resztki sumienia. Lub naiwności.
W końcu Dorian poruszył się niespokojnie i zwiesił głowę.
– Proszę. Ja jestem nowy. Mam jeszcze siły. – Z wahaniem podał jej miskę. W środku pozostała połowa początkowej porcji. – Cupnijcie sobie na tym kamieniu, babciu, i jedzcie.
– Oj, dzięki ci, kochanieńki! – z przesadą odpowiedziała Babka. Uśmiechnęła się promiennie do mężczyzny, po czym niemal wyrwała miskę z jego rąk i szybko zjadła zawartość.
– Odpłacić mogę jedynie dobrocią i opowieścią, a i tym nie za bardzo, odkąd umysł już nie ten – odpowiedziała, gdy skończyła jeść. Z zadowoleniem odchyliła się na kamieniu i przyjrzała uważnie Dorianowi.
– Wiesz, kochaniutki, wyglądasz niemal jak mój mąż za młodu. Równie przystojny i dobry z ciebie mężczyzna. Szkoda, że zniknął.
– Dokądś poszedł? – Dorian odebrał pustą już miskę. Spojrzał do wnętrza, jakby miał nadzieję jeszcze coś w niej znaleźć. Uśmiechnął się do Babki z zakłopotaniem.
– Szukał wolności. – Pokręciła głową staruszka, nachylając się w stronę rozmówcy. – Kiedyś był uczony. Znał pisma i stare legendy. Wiedział o górach rzeczy stare i zapomniane. Mówił, że pod całymi Milczącymi Górami ciągną się krasnoludzkie miasta i drogi.
– A ciągną? – wtrącił Zamir, mrużąc oczy.
– On w to wierzył. – Wzruszyła ramionami Babka. – I ja przez długi czas wierzyłam. Ale z niego był marzyciel. Mówił o tunelach w północnej ścianie kopani. I że pewnikiem jeden z nich musi się łączyć z tymi osadami.
– I co się z nim stało? Znalazł je w końcu? Uciekł z kopalni? – dopytał Dorian.
Babka pokręciła tylko głową i wstała. Wsparta na lasce, znów wyglądała na smutną i zrezygnowaną. Tym razem jednak zdawała się nie udawać.
– Może uciekł. Może nie. Pewnego dnia po prostu nie wrócił. Ale raczej by mnie nie zostawił. Ale lata minęły już całe. Mi tylko resztka nadziei została.
Babka westchnęła ciężko i spojrzała poważnie w ich kierunku.
– Ale żeby wam żadne głupie pomysły nie przyszły. Północne jaskinie niebezpieczne są. Tam mieszkają ci, co stracili nadzieję. Żyją tam jak zwierzęta. Dobrze wam Babka radzi, nie zapuszczajta się tam, jeśli wam życie miłe.
Komentarze (1)
Fajne :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania