Zerwane Ogniwa #2: Z dobroci serca?
Rozmowę z Babką przerwał podniesiony głos i zamieszanie w tłumie czekających więźniów. Duża grupa niewolników zmierzała w kierunku Kupca. Ludzie rozstępowali się przed nimi bez słowa skargi.
Na ich czele szedł wysoki mężczyzna o długich jasnych blond włosach, utrzymanych niezwykle schludnie jak na okoliczności, i przenikliwie szarych oczach, tak jasnych, że zdawały się niemal świecić w ciemności. Przy jego boku wisiał pięknie zdobiony miecz.
Przeszył ją dreszcz. Widziała już takich jak on w swoich rodzinnych stronach. Ociekających pewnością siebie, siłą i poczuciem niezwyciężoności – niemal mieniących się własnym blaskiem. Zawsze z równie piękną bronią. I magią zdolną zabić jedną myślą.
Zaprzysiężeni. Słudzy czarodziejek.
Pierwszy instynkt kazał jej się ukryć. Nie zwracać na siebie uwagi. Uciec przy pierwszej okazji. Tak robiła wielokrotnie wcześniej.
Zagryzła wargę, całą wolą zmuszając się, by zachować spokój. Bezwiednie zrobiła krok w bok, ukrywając się częściowo za stojącym przed nią Dorianem.
Tu wszyscy są więźniami. Tu nie ma prawa czarodziejek. Nie ukarzą jej za żebranie czy kradzież. Tylko... co robi tu Zaprzysiężony?
– To właśnie Lioreńczyk. – Babka stanęła koło niej, przerywając narastający potok myśli. – Lepiej nie wchodzić mu w drogę.
– Dlaczego? Ostatnim razem nie wyjaśniłaś. – Zmusiła się, by wrócić wzrokiem do nadchodzącej grupy. Wśród zbliżających się dostrzegła więcej osób z Lioru. Zdradzały ich jasne włosy i rysy twarzy typowe dla jej krainy. Żaden z nich nie rzucał się jednak w oczy jak mężczyzna na przedzie.
– To było parę lat temu. Parę mniejszych grup zebrało się wtedy razem. Nie podobały im się rządy Kupca nad wozami. Była z tego krwawa walka i mnóstwo rannych. – Babka zadrżała na wspomnienie, nachylając się bliżej i niemal szepcząc do jej ucha. – Coś stało się z Lioreńczykiem tam, w kopalni, ale nikt nie wie dokładnie, co. Każdy mówi co innego.
Babka przygarbiła się.
– Tamtej nocy słychać było tylko krzyki. A nad rankiem zaczęli przynosić ciała, żebym obejrzała kto jeszcze żyw i kogo da się odratować. Mówili, że Lioreńczyk dopadł przywódców gangów. Każdego. Inni, że gdyby nie on, byłoby jeszcze więcej krwi i ciał. Nie pytałam nigdy o więcej, dziecinko. Pamiętam tylko te rany... No i ze wszystkich przywódców tylko Kupiec się ostał.
– Dlaczego? – dopytał Yahuuda. Mila niemal podskoczyła. Zdążyła zapomnieć, że mężczyzna siedzi za nią. Łypnęła na niego przez ramię, ale zobaczyła tylko stoicki wyraz na jego twarzy.
– Nie wiem. – Staruszka wzruszyła ramionami. – Niektórzy mówią, że Kupiec przemówił mu do rozsądku. Niektórzy, że się dogadali. Ale od tamtego czasu nie było już wojen. Jeśli ktoś sprawiał kłopoty, Lioreńczyk szybko robił z tym porządek.
– To chyba dobrze. Znaczy, że jest bezpiecznie – drążył Yahuuda.
– Bezpieczniej tak. – Babka z wahaniem potaknęła, po czym skrzywiła się. – Ale nie uwierzę, że on to tak z dobroci serca zrobił.
– Niosą rannego – przerwał im Zamir. Zdawał się nie przysłuchiwać szczególnie rozmowie. Zamiast tego lekko mrużył oczy, obserwując poczynania grupy Lioreńczyka. – Chyba ma coś z nogą.
Mila podążyła za jego spojrzeniem. Ciemność nadchodzącej nocy utrudniała dostrzeżenie szczegółów. Paru mężczyzn w grupie rzeczywiście niosło kogoś między sobą. Także lioreńskiego pochodzenia, sądząc po kolorze włosów. Z jego nogi kapała krew. Gdy tylko zbliżyli się do stołu, Kupiec i Lioreńczyk zaczęli rozmawiać półgłosem. Z każdym słowem ich głosy stawały się jednak ostrzejsze.
– Nie idziecie go leczyć, Babko? – Zamir nie odrywał wzroku od zamieszania.
Staruszka przez chwilę milczała.
– Nie pozwolą mi pomóc. Nawet jakbym chciała. – Zapadała się w sobie. – Głowa u mnie już nie ta. Ze starości. Czasem zioła mylę. Czasem zapomnę, jak coś zrobić. Za dużo razy im źle zrobiłam. Teraz nikt już nie ufa moim ziołom.
– A nie ma tu innego zielarza albo znachora? – W głosie Zamira pojawiła się determinacja. Mila nie wiedziała, czy podoba jej się ten ton. Była jednak pewna, że zwiastuje kłopoty.
– Nie ma. Od dawna tylko ja była.
– Teraz jestem jeszcze ja. – Wstał. Przez chwilę grzebał w swoich potarganych szatach, wysupłując z nich ukryty woreczek. Ostry zapach ziół uderzył jej nos.
Przez dłuższą chwilę wahała się, czy spróbować odwieść go od tego, co najpewniej zamierzał zrobić. Rzut oka na jego twarz uświadomił jej, że raczej nie było na to szans.
Skrzywiła się. Skoro nie mogła go przekonać, mogła wykorzystać sytuację. Ryzykowne, ale potencjalnie korzystne. A przynajmniej miała taką nadzieję.
– Czekaj. Pójdę z tobą. – zaczęła, szukając gorączkowo powodu, dla którego mogłaby wtrącić się w sprawy Zielarza. Gdy tylko jeden przyszedł jej do głowy, złapała się go – Też jestem z Lioru. Ze mną łatwiej ci będzie się z nimi dogadać.
Nie protestował. Ruszyła za nim, zastanawiając się nad kolejnymi krokami. W końcu każdy plan był lepszy niż żaden. Nawet ten układany na bieżąco. Wbiła paznokcie w dłoń. Ból pomógł zebrać myśli. Musiała skupić się na tym, co mogła ugrać.
Gdy przepchnęli się przez tłum w pobliże rannego, Kupiec i Lioreńczyk kłócili się już bez utrzymywania pozorów. Ten pierwszy pieklił się i żywiołowo gestykulował. Drugi odpowiadał stalowym szeptem, podkreślając słowa oszczędnymi gestami, które Mili przypominały ledwie powstrzymywaną groźbę przemocy.
– Pozwól mi mówić pierwszej – bardziej stwierdziła niż poprosiła. Zamir nie miał obiekcji, skupiał się na obserwowaniu rannego, ignorując niemal całą resztę świata wokół.
Na samą myśl o przerwaniu kłótni po plecach przebiegały jej ciarki. Wiedziała, że ktokolwiek spróbuje wejść pomiędzy nich, ściągnie na siebie gniew obu. Nie brzmiało to jak idealne pierwsze wrażenie.
Zamiast tego podeszła do jednego z ludzi z Lioru stojącego w pobliżu.
– Mój towarzysz jest zielarzem – odezwała się po lioreńsku. – Jeśli mu pozwolicie, to powinien móc wyleczyć waszego towarzysza.
Jej rozmówca przez pierwszych kilka słów wpatrywał się w nią tępo. Potem zamrugał, jakby dopiero dotarło do niego, że nie mówiła po dorzeczańsku. Przyjrzał się jej z nieufnością. Jeszcze bardziej sceptycznym spojrzeniem obdarzył Zamira.
Wreszcie wzruszył ramionami. Bez wahania podszedł do Lioreńczyka i zaczął mówić coś do niego cicho, przerywając kłótnię. Zapadła nagła cisza. Po podniesionych głosach nie zostało nawet echo. Dziwnie jasne oczy Lioreńczyka przeskoczyły najpierw na nią, potem na Zamira krok za nią.
– To prawda? – rzucił bez żadnego wstępu. Jego lioreński brzmiał, jakby recytował wiersz, zdradzając wysokie pochodzenie, prawdopodobnie z jakiegoś większego rodu szlacheckiego. Przewiercał ją wzrokiem, jakby szukał najmniejszych oznak fałszu.
Przełknęła gulę rosnącą jej w gardle. Zmusiła się, by spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy. Miała nadzieję, że Zamir naprawdę potrafił wyleczyć rannego.
– Tak. – Wskazała na Zamira – To doświadczony zielarz i znachor. Na pewno będzie w stanie pomóc twojemu człowiekowi.
Lioreńczyk milczał jeszcze przez chwilę. Jego oczy rozbłysły lekko, gdy przyglądał się Zamirowi. A może tylko jej się wydawało? Po chwili skinął głową.
Zamir nie potrzebował zachęty. Pewnym krokiem ruszył do rannego. Nie chcąc zostawać sama z Lioreńczykiem, podążyła za nim.
Położyli rannego na stole i zdjęli jego but, odsłaniając ranę. Mila aż się skrzywiła. Od kolana w dół noga zmieniała się w ochłap krwi i mięsa, oblepiony czymś, co wyglądało jak resztki kamieni i pyłu. Zamir bez słowa wziął przyniesione mu wiadro z wodą i zaczął obmywać ranę.
– Co mu się stało? – słowa wyrwały się z jej ust.
– Wypadek przy pracy – uciął jeden z jego towarzyszy.
– Coś ją zmiażdżyło. – Zamir skończył obmywać stopę i obmacywał ją delikatnie w rytm pojękiwań pacjenta.
Rosnące napięcie wśród Lioreńczyków zdawało się do niego nie docierać. Tak bardzo skupiał się na rannym? A może nie rozumiał, co ich czeka, jeśli zawiodą? Miała nadzieję, że to pierwsze.
– Rany są powierzchowne. Tkanki zdają się być w dobrym stanie. Maść załatwi sprawę – mówił dalej spokojnym tonem. Nie wiedziała, czy do niej, czy tylko do siebie. – Kość gorzej to zniosła. Pewnie jest strzaskana w wielu miejscach.
– Możesz coś z tym zrobić? – wyszeptała, o oktawę za wysoko.
Zamir skrzywił się i nie odpowiedział. Zabrał się za nakładanie maści. Skąd ją miał i kiedy zdążył ją przygotować, nie wiedziała, ale wyglądała na świeżą. Potem od jednego z ludzi Kupca zabrał bandaż, właściwie kawałek czystszej szmaty i dwa kawałki złamanego trzonka.
Zawahał się.
– Jak ważne jest, żebyśmy go wyleczyli? – zapytał szeptem. Dreszcz przebiegł jej po plecach.
– Bardzo – odszepnęła z naciskiem. Zacisnęła zęby. Niech tylko nie mówi, że to niemożliwe. Westchnął. Zaklął cicho pod nosem, po czym wskazał jej miejsce koło siebie.
– Podejdź tutaj i ukryj mnie przed wzrokiem innych. Zrobię coś, żeby mu pomóc, ale im mniej ludzi wie, co potrafię, tym lepiej.
Zasłoniła Zamira, udając, że pomaga przy opatrunku. Po kilku chwilach jednak bardziej obserwowała jego pracę niż ludzi wokół.
Wyjął z torby kolejne zioło, lecz zamiast wetrzeć je w skórę rannego, jak się spodziewała, zgniótł je w ręce i wykonał jakiś dziwny, skomplikowany gest. Zmarszczyła brwi. Jakiś dorzeczański przesąd?
Nagle zgnieciona roślina zajarzyła się lekko i rozpadła w złoty pyłek. Zamir roztarł pyłek na dłoniach i zaczął wmasowywać go w nogę pacjenta. Pyłek zdawał się przenikać przez maść i skórę.
Niemożliwe... zaklęcie? Zamir umiał czarować?
Noga delikatnie rozbłysła od środka. Przez skórę zobaczyła pogruchotane kości, jakby mięso i skóra stały się przezroczyste. Blask przygasał powoli, a wraz z nim znikały złamania i pęknięcia. Nie wszystkie. I nie w pełni. Ale dość, by nawet ona zrozumiała, że ranny wyzdrowieje.
– Ani słowa o tym nikomu. Zaklęcia są... trudne i drogie – syknął do niej.
Dokończył bandażowanie nogi, usztywniając ją kawałkami trzonków. Spojrzał w jej stronę, po czym dodał głośniej:
– Wyzdrowieje. Ale przez parę najbliższych dni nie powinien chodzić. Noga musi się zaleczyć, a kość zrosnąć.
– Słyszałeś? – Lioreńczyk uśmiechnął się z przekąsem do rannego. Jego głos nabrał ciepłych tonów. – Będziesz mógł się trochę polenić. Jeszcze ktoś pomyśli, że specjalnie rozharatałeś sobie nogę, żeby wymigać się od obowiązków.
Ranny prychnął, ale na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. Lioreńczyk poklepał go po ramieniu i odsunął się, pozwalając pozostałym zabrać go ze stołu.
Gdy ponownie spojrzał w jej stronę, na jego twarzy nie było już śladu rozbawienia. Obserwował ich spod przymrużonych powiek. W ciemnościach jego oczy zdawały się świecić niczym magia Zamira. Czy on rzucał właśnie zaklęcia? Czy wiedział, że Zamir potrafił czarować? Nie potrafiła stwierdzić. Jedno stało się jednak pewne. Zwrócili na siebie jego uwagę. Pozostawało mieć nadzieję, że jest zainteresowany głównie umiejętnościami Zamira, a nie nią samą.
Lioreńczyk podszedł bliżej. Uśmiechał się nieco teatralnie, ale mimo wszystko przyjaźnie.
– Macie moją wdzięczność. – Jego dorzeczański miał silny, śpiewny akcent. – Jestem Alric. Mówią na mnie Lioreńczyk. Nie zapomnę waszej pomocy. Jeśli kiedyś przyjdzie dzień, że będziecie potrzebować mojej, nie wahajcie się o nią prosić.
Świetnie. Przysługa u Lioreńczyka na pewno jej się przyda. Tylko czy naprawdę chciała kiedykolwiek z niej skorzystać? Jeśli nie będzie musiała, wolałaby nie sprawdzać, które z plotek na jego temat są prawdziwe.
– Znajdźcie mnie jutro wieczorem. Będzie trzeba zmienić mu opatrunek i nałożyć maści. – Ścisnęło ją w brzuchu. Czy Alric potraktuje ten rzeczowy, niemal niegrzeczny ton jako obrazę? Ku jej uldze jedynie skinął głową.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania