Poprzednie części:  Złota Kresa i wieża Gorliwych

Złota Kresa i wieża Gorliwych (2)

Kresa nie lubiła, kiedy ktoś nazywał ją biedną.

— Biedny to ten, kto musi prosić głupca o pozwolenie, żeby żyć — mówiła.

Utrzymywała się z handlu, naprawiania uprzęży, wróżenia tym, którzy płacili z góry, i znajdowania rzeczy, które inni zgubili albo ukryli. Znała się na koniach, ludziach i pogodzie. Nie ufała żadnej z tych rzeczy całkowicie.

Jej kalectwo sprawiało, że obcy często brali ją za łatwą zdobycz. Był to błąd, który popełniali zwykle tylko raz.

Kresa nie była niezwyciężona. Nie mogła uciekać tak szybko jak inni, nie potrafiła godzinami wspinać się po stromych zboczach, a zimą ból w nodze budził ją czasem przed świtem. Dlatego planowała drogę wcześniej, wybierała miejsca, z których można było odejść na kilka sposobów, i nigdy nie siadała plecami do drzwi.

Wolność nie była dla niej pieśnią. Była rachunkiem: ile jedzenia zostało w worku, kto zna jej imię, komu ufać, a komu nie należy pokazywać całej sakiewki.

Kiedy dotarła do wsi pod wieżą, padał drobny, zimny deszcz. W gospodzie nie chciano jej przyjąć.

— Mamy dość swoich kłopotów — powiedział gospodarz. — Nie potrzebujemy jeszcze Cyganów.

Kresa przyjrzała mu się spokojnie.

— To zabawne. A ja nie potrzebuję jeszcze jednego gospodarza, który boi się własnego stołu.

Mężczyzna sięgnął po miotłę. Kresa zdążyła już wycofać wózek za próg.

Noc spędziła pod szopą, a rano poszła do wdowy mieszkającej przy studni. Kobieta podała jej miskę mleka i szybko zamknęła drzwi.

— Gorliwi nie lubią obcych — powiedziała przez szparę. — Zwłaszcza takich, którzy zadają pytania.

— A ja nie lubię ludzi, którzy odpowiadają, zanim ich zapytam — odparła Kresa. — Powiedz mi lepiej, dlaczego wieża stoi krzywo.

Wdowa zbladła. Jej syn pomagał budować wieżę i wiedział, że pod wschodnią ścianą biegnie stary kanał odprowadzający wodę. Po wielkich deszczach ziemia osiadała tam bardziej niż gdzie indziej.

— Jeśli Gorliwi dowiedzą się, że ci powiedziałam, zabiorą nam dom — wyszeptała.

Kresa oddała jej miskę.

— Jeśli się dowiedzą, powiedz, że nic nie wiesz. To prawda, bo ja jeszcze niczego nie zrobiłam.

───

Wieczorem Kresa obejrzała wzgórze. Nie próbowała wspinać się po stromym zboczu. Znalazła drogę dla wozów, potem ślad dawnego rowu, a na końcu krzaki leszczyny, pod którymi leżała spróchniała krata.

Kanał był niski, wypełniony wodą i błotem. Kresa spojrzała na swoją nogę, potem na ciemny otwór.

— No cóż — mruknęła. — Nigdy nie lubiłam wygodnych dróg. Zwykle prowadzą do cudzego domu.

Zostawiła wózek pod krzakami, owinęła nogę płótnem i weszła do kanału. Pełzła powoli, ciągnąc za sobą worek z narzędziami. Dwa razy musiała się cofnąć, a raz zaklinowała się tak, że przez długą chwilę nie mogła złapać oddechu. W końcu dotarła do piwnicy pod wieżą.

Za żelaznymi drzwiami usłyszała głosy.

— Myślisz, że ojciec przyjdzie? — spytała Małgosia.

— Przychodzi co tydzień — odpowiedział Jaś.

— Ale nigdy nie wchodzi.

Kresa wyjęła klin, wsunęła go między drzwi a futrynę i uderzyła kijem. Raz, drugi, trzeci. Zamek ustąpił.

Dzieci cofnęły się w ciemność. Jaś chwycił drewnianą łyżkę jak broń.

— Jeśli jesteś jednym z nich, to nie mamy już nic — powiedział.

— Mam mokre ubranie, bolącą nogę i bardzo mało cierpliwości — odparła Kresa. — Jeśli jesteś jednym z nich, to oboje mamy kłopot. Jeśli nie, chodźcie.

Dała dzieciom chleb, ser i suche ubrania. Potem poprowadziła je kanałem na zewnątrz.

Jaś chciał wrócić po łyżkę, która wypadła mu z ręki.

— Zostaw — powiedziała Kresa.

— Sam ją zrobiłem.

— Wiem. Dlatego zrobisz następną.

Nie powiedziała mu, że rzeczy są nieważne. Sama przechowywała w skrzyni mały, nadpalony grzebień po matce, choć ząbki dawno się połamały. Wiedziała, że człowiek może kochać przedmiot nie dlatego, że jest cenny, ale dlatego, że pamięta, kto go trzymał.

Zabrała dzieci do szałasu drwali. O świcie usłyszała dzwonek na drodze. Jeden z Gorliwych objeżdżał wieś i wypytywał o obcych.

Kresa zgasiła ogień, schowała dzieci pod derką i wyszła na drogę.

— Szukamy dwojga zbiegów — powiedział jeździec. — Chłopca i dziewczynki.

— W lesie jest wiele dzieci — odparła. — Niektóre nawet wiedzą, jak się chodzi.

Mężczyzna zsiadł z konia i chwycił ją za ramię.

— Nie żartuj ze mną.

Kresa spojrzała na jego dłoń.

— Puść mnie.

— Bo co?

Uderzyła go kijem w nadgarstek. Nie mocno, lecz wystarczająco, by otworzył rękę. Potem cofnęła się za krzaki, gdzie teren opadał ku strumieniowi.

Nie pobiegła. Nie mogła. Zamiast tego zagwizdała dwa razy.

Z szałasu wyszedł Jaś i rzucił jeźdźcowi pod nogi worek pełen kamieni. Koń uskoczył. Kresa przeszła przez płytki strumień, trzymając się nisko nad wodą, a dzieci podążyły za nią. Kiedy Gorliwy opanował konia, po drugiej stronie strumienia nie było już nikogo.

Tego dnia Kresa straciła worek z narzędziami, który zostawiła przy kanale. Musiała też porzucić część zapasów. Nie narzekała, lecz wieczorem przez długi czas rozcierała bolącą nogę.

Małgosia zauważyła to.

— Czy oni cię skrzywdzili?

— Nie bardziej, niż skrzywdziłaby mnie źle zrobiona droga.

— Ale boli cię noga.

— Tak.

— To dlaczego nie powiedziałaś, że nie możesz nas zabrać?

Kresa spojrzała na nią uważnie.

— Bo mogłam. Tylko wolniej, niż bym chciała.

Małgosia zastanawiała się nad tym przez chwilę.

— Czyli odwaga nie znaczy, że się nie boisz?

— Nie wiem, co znaczy odwaga. Wiem tylko, że strach też czasem kłamie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Diabelskie Muskuły dzisiaj o 11:53

    Grafi mnie zablokowała ! Nie wytrzymuje presji haha :))

  • Diabelskie Muskuły dzisiaj o 11:53

    Mega Beka !

  • Diabelskie Muskuły dzisiaj o 11:54

    " Internet stawia mury i wymyśla blokady, a człowiek po prostu otwiera okno. Bo prawdziwe życie i sztuka zaczynają się tam, gdzie kończy się ekran – na leśnej ścieżce, gdzie słychać stukot drewnianego kija.”

    Złota Kresa

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania