Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Złoto objąć, leć przez mrok - Rozdział 1 - Gdy kruszy się stara moneta #4
Tłumaczenie wykonane przez autora oryginalnej japońskiej powieści light novel pt. Ougon wo idaite ma tobe. Tekst źródłowy został opublikowany na japońskich platformach Kakuyomu oraz Tales.
Skoro potwierdzono autentyczność mithrilowych monet o nieznanym pochodzeniu, kardynał finansowy Dominikus Bencant nie mógł już milczeć. Udał się do Gildii Poszukiwaczy, by dowiedzieć się prawdy o maginie imieniem Nakamura – i przypadkiem odkrył coś znacznie bardziej złowieszczego.
– To Wieszczka Katastrofy, Phiria...
Bencant zadrżał z niedowierzania. To bez wątpienia Wielka Mędrczyni elfów i oszustka upadłego królestwa, znana jako Wieszczka Katastrofy Phiria.
– Nie ma drugiej elfki z Szczęściem równe zero – tylko ona może być Phirią.
– Nie, nie, bez przesady! Tablica statusu to przecież cud boski – jest absolutnie niepodważalna!Rzeczywiście, ma podobne cechy, ale to typowe dla elfów. Poza tym szczegółowe wartości się różnią, a fałszerstwo jest właściwie niemożliwe!
Mistrz gildii próbował jakoś załagodzić sytuację, ale Bencant nie potrafił ukryć niepokoju.
– Ile lat jesteś mistrzem gildii? Różnice w statusie mogą się zmieniać po rejestracji – a jeśli ktoś celowo je zaniży, to nawet dzieciak może oszukać system. Ale „Szczęście” to co innego. Tę wartość mierzy sam Bóg – nawet elf nie może jej zmanipulować.
– Ale przecież wygląda zupełnie inaczej! I z tak niskim poziomem many nie da się utrzymać iluzji przez cały czas, to po pr…
– Właśnie to wykorzystuje. Rzeczywiście, nie ma mocy – ale wyszkoliła się tak, by przy minimalnym zużyciu many zmieniać wygląd z mistrzowską wprawą. I w ogóle – fakt, że to elfka o lepkich palcach, cię nie zastanawia? Elfy z natury są szlachetne – nie schodzą tak nisko, by parać się takim pospolitym przestępstwem.
– W dzisiejszych czasach nawet wysokie elfy potrafią kraść jak zwykłe złodziejaszki. Jest ich cała masa – szukanie jednej to jak szukanie igły w stogu siana.
Trinu pokręcił głową pod głębokim kapturem. Informacje o tym były... ale czy aż tylu elfów naprawdę zbłądziło i przeniknęło na ludzkie ziemie...?
– Wyślij natychmiast posłańca do Króla Elfów.
Powiedz mu, że pieczęć na Phirii została złamana – i że musi natychmiast wysłać oddział egzekucyjny.
Wypił jednym haustem podaną herbatę i kontynuował.
– Przenieście pojmaną elfkę do specjalnego lochu w katedrze, i to natychmiast. Zamknijcie ją tam, nawet jeśli trzeba będzie zakuć ją w odlew z metalu. Jeśli raz zniknie z oczu, nie znajdziemy jej za życia.
– Takiego elfa należy natychmiast poddać oczyszczeniu.
Chłodne spojrzenie spod głęboko nasuniętego kaptura sprawiło, że mistrz gildii – choć powinien mieć całkiem niezłe umiejętności – zbladł ze strachu.
– Nie myśl samodzielnie. Rób dokładnie to, co mówię. I broń Boże, nie próbuj jej „oczyszczać”. Ona opanowała również sztukę reinkarnacji – jeśli ją zabijesz, natychmiast odrodzi się gdzieś indziej.
– Jak karaluch…
Trinu spojrzał na Bencanta z ukosa i w głębi kaptura miał minę wyrażającą najczystsze niedowierzanie.
– Karaluch przynajmniej nie udaje, że jest święty. Przecież trzeba było ogromnych ofiar – cała wyprawa, prowadzona przez przedprzedniego Świętego Króla i Króla Elfów, była potrzebna, by ją w końcu zapieczętować…
Bencant zdjął szkarłatną karottę i otarł pot z głęboko pomarszczonego czoła, po czym zakrył oczy dłonią, jakby nie wiedział już, co począć. To oznacza, że sprawa Nakamury musi zostać zawieszona. Najwyższym priorytetem jest teraz pełne zaangażowanie w unicestwienie Phirii. W dodatku wciąż są niezarejestrowane monety z mithrilu... Jeśli wpadną w ręce Phirii, świat może naprawdę runąć. W głowie rozlegał się alarm.
– Yyy... kto to właściwie jest, ta „Wieszczka Katastrofy Phiria”?
W czasie gdy trzech duchownych – stary kardynał przypominający niedźwiedzia, młody i wychudzony kapłan oraz drobna inkwizytorka – zagłębiali się w rozmowę w swoim gronie, niebieskowłosa recepcjonistka, która została pominięta przy zmianie tematu, podniosła rękę z nieśmiałością. Coltrata spojrzał chłodno, jakby chciał ją zbyć wzrokiem i już otwierał usta, by coś powiedzieć.
Jednak zanim zdążyła to zrobić, Bencant ją powstrzymał i sam odpowiedział.
– To prawda, że jest wielką elfką, która żyje już prawie trzy tysiące lat. Ale nawet elfy, gdy żyją zbyt długo, przestają widzieć świat jako coś realnego – staje się on dla nich tylko eksperymentalnym pudełkiem. Dla niej ludzie, elfy, maginowie, bogowie, królowie demonów, a nawet demony – wszyscy to jedynie żywe, płaczące zabawki.
Bencant spojrzał w dal, jakby przez jego umysł przetaczały się wszelkie znane zapisy.
– Ależ pani... Czy posiada pani jakąś umiejętność identyfikacji? Albo doświadczenie w tej dziedzinie?
– Nie... Mam co prawda rejestrację jako poszukiwacz przygód na poziomie brązowym, ale to było tylko obowiązkowe ze względu na pracę w gildii. Prawie nie mam doświadczenia w walce…
– Więc dlaczego?
Nie dostała przecież żadnego zlecenia... Dlaczego sama z siebie przegląda akta elfek, jedno po drugim...? Bencant nie mógł przestać zastanawiać się, co motywuje tę recepcjonistkę.
– Jako recepcjonistka mam do czynienia z różnymi poszukiwaczami przygód – to część mojej pracy.
Niebieskowłosa recepcjonistka rzuciła okiem na jeden z plików, patrząc na niego swoimi okrągłymi oczami, i powiedziała to jakby mimochodem.
– Miałam wrażenie, że już wcześniej spotkałam kilku elfów, którzy mówili dokładnie takim samym tonem i używali tych samych zwrotów jak ta elfka. Poczułam, jakby jedna i ta sama osoba celowo zmieniała sposób mówienia. Więc zaczęłam się przyglądać... i nabrałam pewności. Nikt inny tego nie zauważył, ale mnie to po prostu nie dawało spokoju. Wyjęłam więc pliki osób, które mogłyby pasować, sprawdziłam ich statusy i inne dane, i chciałam zgłosić sprawę do odpowiedniego działu, żeby zajęli się tym śledztwem.
Westchnął głęboko.
– …Nawet jeśli pieczęć została złamana, chciałbym wierzyć, że to dlatego, iż ludzie stali się choć odrobinę mądrzejsi – bez boskich cudów i bez magii.
– No cóż... Tak, Wasza Eminencjo.
Nikt wokół nie rozumiał, dlaczego Bencant westchnął z taką złożoną goryczą i dlaczego Coltrata tak szczerze się z nim zgodził.
– A teraz ty.
Za niebieskowłosą recepcjonistką, którą nagle przeszył przenikliwy wzrok Bencanta, Coltrata stanęł z westchnieniem jakby mówił: „No dobrze, dobrze...”, blokując jej drogę ucieczki.
– Eh...?
Zaraz potem Bencant położył prawą dłoń na prawym ramieniu recepcjonistki, dokładnie tam, gdzie opadały jej niebieskie włosy. A właściwie – nie położył, tylko chwycił. Nie tyle chwycił, co niemal wbił swoje grube, jak u niedźwiedzia, palce, niczym by nie wypuścił ofiary. Nie miała już dokąd uciec.
– Jak się nazywasz?
Jako kardynał uśmiechał się z niezwykłą łagodnością i miłosierdziem, ale w oczach recepcjonistki nakładał się na ten obraz wizerunek dzikiego, groźnego niedźwiedzia.
– Sora Estifarl. …Ehm, Wasza Eminencjo? Czy ja… zrobiłam coś strasznie niestosownego…?
Zabrzmiał głośny wdech przez nos – a potem nastąpił szturm słów.
– Poszukiwaczko Soro Estifarl. To ja, Dominikus Bencant, osobiście cię mianuję. Formalności załatwimy później. W imię Boga – nie masz prawa odmówić. Milcz i chodź za mną.
Jej wielkie, granatowe oczy – wciąż dziecięce – zamieniły się w maleńkie punkciki.
Sora Estifarl, niebieskowłosa recepcjonistka, została bezceremonialnie wyciągnięta z holu przez starego kardynała i wrzucona do białej karety z siłą godną wojownika pierwszej linii.
Trinu, który obserwował wszystko przez szczelinę w kapturze, spojrzał z rezygnacją na biedną Sorę, jakby chciał powiedzieć: „I tak nic nie wskórasz”, po czym zahaczył stopą o tylni stopień odjeżdżającej białej karety.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania