Żółta sukienka
Charlie mieszkał na poddaszu, w małym mieszkaniu z równie małym oknem wychodzącym na Rynek, wąskim łóżkiem, biurkiem pod oknem, stołem poplamionym farbami, szafą i zlewem w kącie. Do tego mała łazienka z żółtym światłem nad niewielkim lustrem to wszystko czego potrzebował do życia.
To okno było jedynym okiem na świat, a jednocześnie świadkiem jego twórczej niemocy. W pokoju stały sztalugi, na których od lat tkwiły niedokończone obrazy – jedne ledwie zaczęte, inne prawie gotowe, ale porzucone w chwili, gdy zabrakło mu sił, by postawić ostatni pociągnięcie pędzla.
Blejtramy, przeróżne pędzle stojące w słoikach, palety farb, zapach terpentyny, rozpuszczalnika, farb i kawy, której Charles wypijał duże ilości – ten charakterystyczny, gęsty aromat, który zna każdy, kto choć raz wszedł do pracowni malarza.
To był zapach niespełnionych marzeń, zapach lat spędzonych nad płótnem, zapach życia, które nie poszło w stronę, o jakiej śnił.
Był emerytowanym nauczycielem historii. Przez lata nauczał dzieci, choć w głębi duszy marzył o czymś zupełnie innych. Historia była jego wyuczonym zawodem, ale malowanie było jego wielką niespełnioną pasją, tą, którą nosił w sobie od młodych lat, a której nigdy nie potrafił w pełni oddać się tak, jakby chciał. Śnił o lataniu o niesamowitych kolorach, których nie potrafił opisać i których nigdy nie widział. Śnił też obrazy, których nie potrafił namalować. W snach jego ręka była pewna, ruchy płynne, kolory żywe, a światło układało się na płótnie tak, jakby samo chciało być częścią jego wizji, ale gdy budził się rano, ciało znów było ciężkie, kręgosłup palił żywym ogniem, a dłonie drżały. Ostatnie miesiące były najtrudniejsze, bo zdawał sobie sprawę, że ma niewiele czasu i coraz mniej sił.
Siadał w fotelu i godzinami patrzył na sztalugi nie widząc sensu dalszego malowania. Nie wierzył już, że jeszcze potrafi cokolwiek namalować. Patrzył na swoje niedokończone obrazy z rezygnacją, jak na listy, których nigdy nie wysłał, jak na sny, które nie miały szansy się spełnić.
Był lipcowy poranek. Charles siedział przy swoim małym oknie na poddaszu, tym samym, z którego od lat obserwował duż plac. Padał drobny deszcz, ludzie szli za swoimi sprawami w sobie wiadomym kierunku, straganiarki, jak co piątek zdartym głosem zachęcały do kupna owoców i warzyw, a stukot kół tramwaju niósł się daleko.
Otworzył niewielkie okno i zapach deszczu, owoców ze straganów mieszał się z zapachem kawy z kawiarni na rogu, a z głośników płynęła piosenka Julio Iglesiasa – Baila Morena. Charles oparł dłonie o parapet wychylił się i wtedy ją zobaczył.
Młoda kobieta tańczyła przed restauracją boso w długiej żółtej sukience z dekoltem, nie przejmując się tym, że deszcz osiada na jej włosach i ramionach. Sukienka falowała przy każdym jej obrocie. Nie wyglądała jak ktoś, kto chce zwrócić na siebie uwagę – raczej jak ktoś, kto wrócił do życia po długiej nieobecności i teraz chłonął każdy dźwięk, każdy ruch, każdy oddech ulicy. Charles poczuł, że musi ją zobaczyć z bliska.
Zamknął okno, wziął laskę, której nie lubił, ale której potrzebował, i powoli zszedł po skrzypiących schodach na dół. Kręgosłup palił go żywym ogniem, jakby ktoś rozpalił w nim małe ognisko, które nigdy nie gasło. Mimo to szedł nie zważając na ból, który stał się nieodzownym elementem dnia.
Kelnerzy znali go dobrze. Był jednym z tych ludzi, którzy nie robią hałasu, ale których obecność jest zauważalna. Zamawiał czarną kawę, siadał przy oknie i patrzył na plac z takim skupieniem, jakby próbował zapamiętać każdy jego szczegół. Tego dnia jednak nie patrzył na plac. Patrzył na młodą kobietę w żółtej sukience. Tańczyła, a jej ruchy były tak miękkie, że nawet kelnerzy przystanęli przy dużej szybie, zapominając o pracy.
Włosy miała ciemne, długie, lekko falujące, mokre od deszczu, który osiadał na nich jak drobne kryształki. Gdy tańczyła, włosy poruszały się miękko, jakby były częścią muzyki, czasem opadając jej na twarz, a ona odgarniała je ruchem tak naturalnym, że wyglądało to jak gest kogoś, kto tańczy od zawsze.
Goście kawiarni i kelnerzy patrzyli w milczeniu, jakby oglądali coś, czego nie widuje się na co dzień – czystą radość, nieprzefiltrowaną przez rozsądek. Ktoś z zaplecza zawołał ostrym tonem i kelnerzy wrócili do pracy, niechętnie, jakby odrywano ich od czegoś ważnego.
Stara kwiaciarka, ta sama, która od lat przemierzała miasto z koszem kwiatów, przystanęła obok tańczącej dziewczyny. Spojrzała na nią z czułością, jak na kogoś, kogo zna od dawna, choć nigdy wcześniej się nie widziały. Wyjęła z kosza mały bukiet żółtych tulipanów i podała jej bez słowa.
Kobieta przyjęła je tak, jak przyjmuje się prezent od losu – z wdzięcznością, ale bez zdziwienia. Objęła kwiaciarkę i ucałowała w oba policzki. Charles obserwował tę scenę z taką uwagą, jakby była fragmentem jego snu.
Starszy mężczyzna przy sąsiednim stoliku nachylił się do Charlesa.
- To córka dyrektora liceum – powiedział cicho, jakby zdradzał tajemnicę. – Niedawno wróciła ze szpitala psychiatrycznego. Długo tam była, a teraz chyba próbuje wrócić do życia. Biedna dziewczyna. Ma dopiero dwadzieścia trzy lata, a tyle już w życiu przeszła.
Charles nie odpowiedział. Patrzył na dziewczynę, która tańczyła w deszczu z tulipanami w dłoni, i czuł, że w jej ruchach jest coś, co go przyciąga.
Deszcz był już tylko lekką mgiełką. Z głośników przed kawiarnią popłynęła nowa piosenka – Duran Duran – Come Undone. Kobieta w żółtej sukience znów zaczęła tańczyć, tym razem wolniej, jakby wsłuchiwała się uważnie w hipnotyzujący, zmysłowy taniec.
Charles siedział przy swoim stoliku, z laską opartą o krzesło, z dłonią lekko drżącą od bólu, ale w jego oczach było światło – to samo, które pojawia się w oczach człowieka, który widzi coś, co przypomina mu, że świat wciąż potrafi być piękny. Kobieta obróciła się w tańcu, jej żółta sukienka zakreśliła miękki łuk. W pewnym momencie jej spojrzenie powędrowało w stronę restauracji i zobaczyła Charlesa. W jej spojrzeniu było coś, co sam dobrze znał – samotność i zagubienie. Poczuł, że jego serce drgnęło i wiedział, że długo zapamięta dziewczynę w deszczu.
Uśmiechnęła się lekko, prawie nieśmiało, jakby ten uśmiech był przeznaczony tylko dla niego.
Potem wróciła do tańca, ale jej ruchy były już inne – bardziej świadome, miękkie, jakby ten krótki kontakt wzrokowy coś w niej zmienił. Charles odsunął filiżankę, oparł dłonie na lasce i przez chwilę zastanawiał się, czy powinien wstać i podejść do kobiety, ale postanowił zostać na miejscu.
Przez plac przeszła grupka nastolatków – głośnych, pewnych siebie, z tym rodzajem energii, która nie zna jeszcze granic. Zatrzymali się obok tańczącej dziewczyny, zaczęli wytykać ją palcami, śmiać się, rzucać krótkie, ostre słowa, które miały zaboleć i kobieta przestała tańczyć.
Stała nieruchomo, przyciskając do piersi tulipany jakby były jedyną tarczą, jaką miała.
Jej twarz nie wyrażała strachu, raczej coś w rodzaju smutnego zdziwienia – jakby nie rozumiała, dlaczego ktoś chciał przerwać jej chwilę radości. Charles poczuł, że jego serce ścisnęło się boleśnie.
- Łobuzy! – rzucił głośno.
Nie mógł wstać i podejść, bo stare ciało nie pozwalało, ale patrzył z taką intensywnością, jakby sam chciał odgonić tych młodych ludzi.
Jeden z młodych kelnerów wyszedł przed kawiarnię i zawołał, żeby dali spokój kobiecie, ale odpowiedział mu tylko śmiech młodych. Jeden z nich wyrwał kartkę z zeszytu zrobił z niej samolocik i puścił w kierunku kobiety. Samolocik przeleciał pół metra obok jej głowy, co wywołało jęk dezaprobaty intruzów.
W tym momencie przez plac przejechał wolno tramwaj, z otwartymi drzwiami, jakby sam chciał zobaczyć, co dzieje się na placu. W pewnym momencie wyskoczył z niego wysoki, elegancki mężczyzna, ubrany w jasno niebieskie spodnie w prążki, białą koszulę z krótkim rękawem, kamizelkę w tym samym odcieniu i jasny kapelusz. Na nogach miał buty, które idealnie dopełniały całość – brązowe, miękkie mokasyny z cienką podeszwą, eleganckie, jakby stworzone dla niego. Mężczyzna miał nie więcej, niż trzydzkeści la. Ruszył w stronę grupki nastolatków. Nie wyglądał na kogoś, kto zamierza się awanturować. Raczej na człowieka, który wie, że wystarczy kilka słów, by zmienić bieg sytuacji. Podszedł do młodych, powiedział coś spokojnie, ale stanowczo. Nastolatkowie spojrzeli na niego, potem na kobietę, i po chwili odeszli, mrucząc coś pod nosem, ale już bez drwin.
Mężczyzna podszedł do dziewczyny. Uśmiechnął się do niej tak, jak uśmiecha się ktoś, kto widzi w drugim człowieku coś pięknego, nawet jeśli ten człowiek sam o tym nie wie.
Wyciągnął dłoń. Kobieta spojrzała na niego, jakby nie była pewna, czy powinna mu zaufać, lecz po chwili powoli odłożyła kwiaty na mokry chodnik – delikatnie, jakby odkładała coś bardzo cennego i podała mu dłoń. Muzyka płynęła dalej, deszcz wciąż padał, a oni zaczęli tańczyć.
Na ich taniec patrzyło się z przyjemnością. Był spokojny i pełen czegoś, co przypominało dawno zapomnianą czułość. Kelnerzy znów przystanęli przy szybie, patrząc w milczeniu, jakby oglądali scenę z filmu.
Ktoś z zaplecza zawołał ich do pracy, ale nikt nie ruszył od razu – każdy chciał zobaczyć jeszcze kilka sekund tego niezwykłego tańca. Charles siedział przy swoim stoliku, z laską opartą o krzesło, z siwymi włosami i zmęczoną twarzą, ale w jego oczach było światło – to samo, które pojawia się w oczach człowieka, który właśnie zobaczył coś, co przypomina mu, że świat wciąż potrafi być piękny.
Gdy muzyka powoli wygasała, dziewczyna i mężczyzna w jasnym kapeluszu przystanęli. Stali blisko siebie, jakby muzyka była nicią, która ich połączyła, a teraz ta nić delikatnie się rozluźniała. Deszcz przestał padać i słońce wyszło zza chmur.
W restauracji ktoś zawołał:
- Puśćcie muzykę do tańca! Niech tańczą.
- Oni są tacy piękni – westchnęła kobieta w kapeluszu.
Kobieta za ladą, zaczęła przeglądać coś na ekranie telefonu. Po chwili z głośników na zewnątrz rozbrzmiała nowa piosenka – Slave To Love – ciepła, kołysząca, jakby ktoś rozlał po placu różowe światło. Dziewczyna w żółtej sukience opuściła lekko głowę, jakby chciała wsłuchać się w każdy dźwięk. Mężczyzna w kapeluszu uśmiechnął się do niej, ale nie zaczęli tańczyć – stali blisko siebie, a ich spojrzenia spotkały się w tej krótkiej chwili zawstydzenia, które jest bardziej intymne niż sam taniec. W końcu kobieta uniosła lekko głowę, spojrzała na mężczyznę, uśmiechnęła się promiennie i zaczęli tańczyć.
Nieśmiało, jakby zawstydzeni, ale z każdym ruchem coraz pewniej, coraz bliżej siebie. Sukienka tancerki falowała, kapelusz mężczyzny lekko przekrzywił się, gdy kobieta robiła obrót. Ludzie w kawiarni przestali jeść, rozmowy ucichły, przestali myśleć o swoich sprawach.
Najpierw podeszli do dużej szyby, potem ktoś wyszedł na zewnątrz, a po chwili wyszli na ulicę jeden po drugim, jakby tańcząca para była magnesem, który wyciągał ich z wnętrza kawiarni. Kelnerka, która przed chwilą szukała piosenki w telefonie, stanęła w progu z ręką na ustach, jakby bała się, że głośny oddech mógłby przerwać tę scenę.
Staruszek, który wcześniej rozmawiał z Charlesem, wyszedł na zewnątrz i stanął obok innych, patrząc w milczeniu.
Charles z trudem wstał podparł się laską i ruszył za pozostałymi.
Kręgosłup palił go żywym ogniem, ale nie zwracał na to uwagi. Patrzył na nich zafascynowany, jakby widział obraz, który od lat próbował namalować, ale nigdy nie potrafił uchwycić jego światła. Dziewczyna i mężczyzna tańczyli coraz bliżej siebie, a ich ruchy były miękkie i namiętne.
Charles czuł, że ta scena zapada w niego głęboko, jakby ktoś włożył mu w dłonie pędzel i powiedział: Oto jest twój obraz.
Na plac powoli wjechał czarny Mercedes. Zatrzymał się tuż obok tańczącej pary i wysiadła z niego kobieta w eleganckiej białej garsonce i mężczyzna o surowej twarzy, który rozejrzał się nerwowo. Podeszli do dziewczyny. Rozmowa była krótka, ale intensywna. Kobieta mówiła szybko, z niepokojem, mężczyzna mówił podniesionym głosem, jak ktoś, kto nie ma czasu na tłumaczenia. Dziewczyna słuchała z opuszczoną głową. Po chwili mężczyzna w wziął ją pod pachę i poprowadził w stronę samochodu, a ona nie protestowała. Wsiadła do samochodu, a mężczyzna w kapeluszu podał jej przez otwarte okno kwiaty. Uśmiechnęła się tym smutnym uśmiechem, jaki mają dla świata ludzie noszący w sobie piękno.
Staruszek, który wcześniej mówił, kim jest tańcząca kobieta powiedział.
- To jej rodzice, ale tego pana… tego w kapeluszu to nie znam.
Charles nie odpowiedział. Patrzył na mokry chodnik, na pustą przestrzeń, w której jeszcze chwilę temu tańczyła dziewczyna w żółtej sukience. Zapłacił za kawę i wyszedł z restauracji. Wrócił na poddasze, otworzył drzwi do swojego małego mieszkania i poczuł znajomy zapach terpentyny, farb, rozpuszczalnika. Kręgosłup palił go żywym ogniem. Wziął tabletkę przeciwbólową, popił wodą i usiadł na krześle. Przez chwilę patrzył na czyste płótno tak, jak patrzył przez ostatnie miesiące – z rezygnacją, z poczuciem, że nic już nie potrafi, że obrazy w jego głowie są zbyt piękne, by mógł je namalować, ale teraz było inaczej. Wiedział, co ma malować.
Kobietę w żółtej sukience i mężczyznę w kapeluszu miał wciąż przed oczami.
Charlie wziął pędzel i zaczął malować. Śpieszył się, jakby się bał, że obraz ucieknie mu z pamięci, jakby chciał zatrzymać tę chwilę, zanim świat znów stanie się zwyczajny. Na płótnie zaczęły pojawiać się pierwsze linie i żywe kolory. Po raz pierwszy od miesięcy Charlie malował, jak w transie, jakby ktoś otworzył w nim drzwi, które były zamknięte od lat. Ręka poruszała się szybciej niż zwykle, pewniej, choć oczy już nie były te same, a światło dnia zaczynało gasnąć. W pewnym momencie musiał przerwać, bo światło było już zbyt słabe, a on nie chciał zepsuć tego, co zaczęło się rodzić na płótnie. Obraz pozostał niedokończony, ale był początkiem czegoś, czego Charlie nie potrafił nazwać.
Tej nocy śnił o dziewczynie tańczącej na placu. Śnił o jej żółtej sukience, która falowała jak płomień i o mężczyźnie w kapeluszu, który prowadził ją w tańcu. Śnił o obrazie, który próbował namalować od lat, ale dopiero teraz wiedział, jak powinien wyglądać.
O świcie zerwał się z łóżka, jakby ktoś go zawołał po imieniu. Kręgosłup wciąż bolał, ale nie zwracał już na to uwagi. Zaparzył kawę, wypił ją szybko, zjadł coś na prędce, by nie tracić czasu. Okno, choć niewielkie, wychodziło na południe i od wczesnych godzin rannych w mieszkaniu było dużo światła – jasnego, czystego, idealnego do malowania.
Charlie usiadł przed sztalugą wziął pędzel i zaczął malować. Godzinami z krótkimi przerwami na rozprostowanie kręgosłupa. Światło przesuwało się po pokoju, zmieniało barwę, przeglądało się w niedokończonych obrazach stojących pod ścianą, ale on nie przestawał. Ręka bolała, plecy bolały, oczy piekły, ale malował dalej, jakby całe jego życie od tego zależało, aż w końcu obraz został ukończony. Dziewczyna w żółtej sukience i mężczyzna w kapeluszu. Deszcz, taniec i żółte tulipany na mokrym chodniku. Cała ta chwila została zatrzymana na płótnie.
Komentarze (3)
Świetne!! Cudownie przedstawia w ostatnim akapicie ambicje -- pasje i jak potrafi wpłynąć na człowieka, cudo!
MałgorzataKaz: Pięknie dziękuję za komentarz.
/by postawić ostatni pociągnięcie pędzla./ – ostatnie
/ubrany w jasno niebieskie spodnie w prążki,/ – jasnoniebieskie
/nie więcej, niż trzydzkeści la./ – trzydzieści lat
/Po chwili mężczyzna w wziął ją pod/ – w?
Nie podobają mi się dywizy i nadmiar przecinków
Ładna impresja 🐝
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania