Żywiecczyzna-dziczyzna. Trzy dni do zmartwychwstania

Gdy wracam myślą do najjaśniejszych, kanikularnych dni mojej młodości — do czasu słońca, beztroski i szaleństwa, gdy świat wydawał się większy, niż był w rzeczywistości — pojawiają się obrazy dawnych wędrówek po Beskidzie Żywieckim. Nie są ostre. Nie układają się w dokładną mapę. Bardziej przypominają stare gobeliny, z których przez lata wysunęły się pojedyncze nici. Pamięć nie przechowuje przecież przeszłości w całości. Nie jest kroniką ani zapisem trasy z naniesionymi punktami. Zostawia nam kilka obrazów, kilka zapachów, kilka dźwięków. Resztę dopowiada wyobraźnia.

Z tych okruchów próbuję dziś utkać własną Maćkową mitologię — opowieść o dawnej Arkadii, w której dwóch młodych wędrowców przemierzało góry, nie wiedząc jeszcze, że po latach zwyczajne chwile staną się dla nich niemal legendą. Bo chyba właśnie tak działa młodość. Nie daje nam od razu wielkich wydarzeń. Daje drobiazgi, które dopiero po latach zaczynają świecić własnym światłem.

Oprócz zapału do wędrowania, znajdował się całkiem przyziemny ekwipunek — kilka zakupionych chwilę wcześniej piw. Było nas dwóch wesołych, trzydziestoparoletnich Romków, którzy z przekonaniem właściwym ludziom młodszym i mniej rozsądnym ruszali przed siebie, pewni, że góry są wielkie, czas jest nieograniczony, a wszystkie problemy można rozwiązać później. Naszym celem była Hala Boracza.

Wystartowaliśmy spod ośrodka zdrowia w Brennej, gdzie zaczynał się czarny szlak. Z perspektywy czasu wydaje się to niemal absurdalne — z Brennej na Boraczą nie jest przecież kilka kroków. Wtedy jednak odległość miała zupełnie inną skalę. Góry wydawały się większe, ciekawsze, a my czuliśmy się w nich trochę jak odkrywcy.

Po drodze, za Białym Krzyżem, przyszła mniej romantyczna część wyprawy — droga przeciwpożarowa, długa i niezbyt zachwycająca. Turystka z Warszawy nie była zachwycona.

— Boże, jak tu brzydko.

— Co ma pani na myśli? – zapytałem zaciekawiony.

— No to, że tu brzydko – powtórzyła.

Zatrzymaliśmy się przy skałkach między Magurką Wiślańską a Magurką Radziechowską, żeby zrobić kilka zdjęć. Wtedy wszystko wydawało się warte uwiecznienia. Pamiętam też upał. Pamiętam ulgę, kiedy po zejściu do Węgierskiej Górki mogliśmy zanurzyć nogi w Sole.

Ale zanim do tego doszło, wydarzyła się scena, która dziś bawi mnie bardziej niż wtedy. W Chupkach — dzielnicy Węgierskiej Górki — straciłem Adasia z pola widzenia. Odwróciłem się. Nie było go. Zacząłem go szukać i po chwili znalazłem. Stał przy krzakach ożyn.

— Idziesz? — zapytałem.

— Zaraz.

— Co robisz?

Spojrzał na mnie tak, jakby odpowiedź była oczywista.

— No jak to co? Są.

— Co są?

— Ożyny.

W jego głosie było coś takiego, jakby właśnie odkrył ukryty skarb. Pokręciłem głową i poszedłem dalej. Ja zatrzymałem się przy niewielkiej, urokliwej kapliczce. On został z owocami. Już wtedy byliśmy różni. Ja częściej patrzyłem przed siebie. Adaś częściej zauważał rzeczy, obok których inni przechodzili obojętnie. Może właśnie dlatego dobrze się uzupełnialiśmy.

Na rondzie przed ulicą Obrońców Węgierskiej Górki znajdował się sklep spożywczy. Weszliśmy tylko po kilka rzeczy. Tak przynajmniej zakładaliśmy. W górach słowo „tylko” często oznacza coś zupełnie innego. Najpierw trzeba wybrać napoje. Potem coś do jedzenia. Potem jeszcze chwilę porozmawiać. Potem ktoś przypomnia sobie, że może warto dokupić coś jeszcze. Kiedy wyszliśmy ze sklepu, dzień zdążył się skończyć. Jeszcze niedawno było jasno. Teraz nad doliną wisiała już szarówka.

Spojrzeliśmy na siebie.

— Zdążymy? — zapytałem.

Adaś łypnął w stronę gór.

— Musimy.

Wtedy jeszcze wierzyliśmy, że samo „musimy” rozwiązuje wiele problemów.

I właśnie wtedy go spotkaliśmy. Turystę wracającego z Boraczej — naszego celu. Był młody, nieogolony, trochę zmęczony, ale uśmiechnięty. Taki typ człowieka, którego można spotkać tylko na szlaku: trochę zagubiony, trochę szczęśliwy, jakby góry właśnie powiedziały mu coś ważnego.

— Ahoj! Na Boraczą? — zapytał.

— Ahoj! Taki mamy plan — poinformowałem.

Zaśmiał się.

— To dobry plan. Tylko trochę późny.

Opowiedział nam, że na górze jest spokojnie, ale las po ciemku potrafi wyglądać zupełnie inaczej niż za dnia. Ta krótka rozmowa wystarczyła. Zrezygnowaliśmy z leśnej drogi i postanowiliśmy iść asfaltówką. Baliśmy się trochę ciemności. Adaś miał latarki, ale sama świadomość ich posiadania nie zawsze daje człowiekowi odwagę. Poza tym asfalt miał jedną niezaprzeczalną zaletę. Były po drodze sklepy. A sklepy oznaczały możliwość uzupełniania zapasów. Wydawało się też, że noc skuteczniej chroni przed ewentualnym spotkaniem z policją. To logika typowa dla młodych ludzi: trochę absurdalna, trochę dziecinna, ale wtedy całkowicie przekonująca.

Wyznaczyliśmy więc nowy cel pośredni: Żabnicę-Skałkę. Stamtąd czarny szlak miał już poprowadzić nas prosto na Boraczą.

Droga przez Żabnicę miała już zupełnie inny charakter. Zniknęło poczucie, że jesteśmy na zwykłej wycieczce. Została noc, góry i ta szczególna cisza, która pojawia się dopiero wtedy, gdy człowiek oddali się trochę od codziennego świata.

Przy zjeździe na Bory — albo może na Bednarze, dziś już nie jestem pewien — Adaś odszedł na chwilę za potrzebą, a ja zostałem na mostku przerzuconym nad Żabniczanką. Stałem sam. Pode mną płynęła woda, której prawie nie było słychać. Przede mną wyrastała ściana lasu — ciemna, gęsta, trochę groźna. Bardziej przypominała żywy organizm niż zbiorowisko drzew.

Wbiłem wzrok w czarne sklepienie. Nad nami otwierało się sierpniowe niebo. Wypatrywałem znajomych gwiazdozbiorów. Wielki Wóz, Mały Wóz. Kilka innych, których nazwy znałem tylko dlatego, że kiedyś próbowałem je zapamiętać. W takich chwilach człowiek nagle przypomina sobie, że świat jest ogromny. I że jego własne problemy są przy tym wszystkim trochę mniejsze.

Kiedy Adaś wrócił, podałem mu mocniejsze piwo.

— Masz, trzymaj.

Zerknął na puszkę.

— A ty?

— Ja wezmę twoje.

Popatrzył na mnie podejrzliwie.

— Coś kombinujesz?

— Nie. Po prostu to jest za mocne.

Zaśmiał się.

Dziś myślę, że właśnie takie drobiazgi najlepiej pokazują przyjaźń. Nie wielkie deklaracje, nie uroczyste słowa. Tylko zwykłe gesty: ktoś oddaje ci lepsze piwo, ktoś czeka na moście, ktoś zwalnia, kiedy drugi zostaje z tyłu. Amicizia.

Po chwili ruszyliśmy dalej. Przy przystanku Żabnica-Skałka stała miejscowa młodzież. Kilka osób, śmiech, rozmowy. Nie wiedzieliśmy, kim są. Może zwykłymi ludźmi wracającymi do domu. Może kimś, z kim można byłoby chwilę pogadać. Ale noc robi swoje. W ciemności łatwo dopisać historię, której nie ma.

Adaś spojrzał na nich i ściszył głos.

— Idziemy.

— Czemu?

— Bo nie wiem, kim są.

To było bardzo adasiowe. Nie szukać kłopotów, których jeszcze nie ma. Posłuchałem. Ruszyliśmy.

Szliśmy wąską asfaltówką — ulicą Boraczą — mając potoczek Studziański po lewej stronie. Szumiał cicho, prawie niezauważalnie. I chyba właśnie ten moment zapamiętałem najmocniej. Nie dojście do schroniska. Nie samą halę. Tylko tę drogę.

Dwóch ludzi idących nocą przez góry. Z plecakami, zmęczeniem i piwem, które powoli przestawało być ważne. Nad nami sierpniowe niebo, obok potok, wokół ciemność. A jednak nie czuliśmy się mali. Przeciwnie. Mieliśmy wrażenie, że świat został zbudowany właśnie dla tej jednej chwili.

Choć przecież kilkadziesiąt metrów dalej ktoś spał w domu, ktoś oglądał telewizję, ktoś pewnie zastanawiał się, co zrobić jutro. My byliśmy gdzie indziej.

Wyszliśmy w końcu na szeroką polanę. Tam wszystko stało się jeszcze rozleglejsze. Niebo nie wyglądało już jak sklepienie nad głową. Bardziej jak ogromna przestrzeń, w której człowiek przypadkiem znalazł swoje miejsce. Gwiazdy pojawiały się jedna po drugiej. Jakby ktoś powoli odsłaniał zasłonę.

Oto sierpień — pomyślałem. — A jak sierpień, to Perseidy.

Na hali stali ludzie z lunetami. Zastygli. Wyglądali jak dawni uczeni, którzy nie przyszli tutaj tylko patrzeć, ale próbować zrozumieć. Jak astrolodzy z innych czasów, prowadzący cichą rozmowę z czymś, czego nie da się dotknąć.

Przeszliśmy obok nich. Nie chcieliśmy przeszkadzać w tej świętej modlitwie. Po chwili zobaczyliśmy dziwne schronisko. „Dziwne” oznacza tutaj „oryginalne”. Gospodyni podała nam klucz bezpośrednio przez okno.

— Pokój tam — powiedziała. — I dobrej nocy. Kiedyś trzeba skończyć tę robotę, bo jutro też jest dzień, też...

— Czarnej nocy żywieckiej — dodała po chwili z uśmiechem.

Nie wiem, czy naprawdę tak powiedziała, czy po latach sam to dopisałem. Pamięć czasem poprawia rzeczywistość. Ale robi to z dobrych powodów.

Była dwudziesta trzecia.

Położyliśmy się zmęczeni, zadowoleni i trochę dumni. Nie dlatego, że zdobyliśmy coś wielkiego. Nie zdobyliśmy żadnego szczytu, nie dokonaliśmy niczego niezwykłego. Po prostu mimo późnej pory, zmiany planów i własnej lekkomyślności dotarliśmy tam, gdzie chcieliśmy. A czasami to wystarcza.

Za oknem trwała już noc. Ta sama, która jeszcze chwilę wcześniej otwierała nad nami nieskończoną przestrzeń gwiazd. Gdzieś wysoko przesuwał się sierpień. Gdzieś wysoko przemykały Perseidy.

Nie wiedzieliśmy wtedy, że ta zwyczajna wędrówka — z piwem w plecaku, z obawą przed ciemnością i przypadkowymi ludźmi spotykanymi po drodze — zostanie z nami na zawsze. Że po latach właśnie takie chwile okażą się ważniejsze niż wszystkie rzeczy, które wtedy wydawały się istotne.

Bo młodość chyba nie polega na tym, że dzieją się rzeczy wielkie. Polega raczej na tym, że rzeczy małe potrafią na chwilę stać się całym światem.

A tamtej nocy na Hali Boraczej świat rzeczywiście był większy niż w rzeczywistości.

***

Drugi, kanikularny dzień wycieczki rozpoczęliśmy jeszcze przed świtem. A właściwie — rozpoczął go ktoś inny. Obudził nas warkot kosiarki. Ktoś uznał, że czwarta rano to doskonała pora, żeby zatroszczyć się o trawnik przed schroniskiem. Leżeliśmy jeszcze chwilę w półśnie.

— Słyszysz? — zapytał Adaś.

— Słyszę.

— Co to?

— Kosiarka.

— O czwartej?

Nie odpowiedziałem. W górach człowiek szybko uczy się, że nie wszystko wymaga komentarza.

Za nocleg zapłaciliśmy śmiesznie mało. Tak mało, że przez chwilę zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie zapomniano nas policzyć. Gdybyśmy sami nie podeszli do gospodarzy, prawdopodobnie rozstalibyśmy się bez żadnego rachunku. To były jeszcze inne czasy. Albo może po prostu takie miejsca miały w sobie coś, czego dziś coraz częściej brakuje — przekonanie, że nie wszystko musi być od razu przeliczone na pieniądze.

Ledwie wyszliśmy ze schroniska, spotkaliśmy dziewczynę idącą z naprzeciwka. Miała duży plecak, zmęczoną twarz i ten szczególny wygląd ludzi, którzy są już trochę poza światem codziennym.

— Daleko do Rajczy? — zapytałem.

Zatrzymała się. Postawiła plecak i zaczęła szukać mapy.

— Nie, spokojnie — powiedziałem szybko. — Nie musisz sprawdzać. Tak tylko pytam.

Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem. Chyba uznała, że spotkała dwóch dziwnych turystów. Adaś oczywiście nie mógł przepuścić okazji.

— Z daleka?

— Ze Szczecina.

— Ze Szczecina? — powtórzyłem.

Kiwnęła głową.

— Piechotą?

Roześmiała się.

— Nie.

— A już myślałem, że mamy przed sobą rekordzistkę.

— Pociągiem przyjechałam.

I tym jednym słowem zakończyła moją fantazję. Pociągiem. Proste wyjaśnienie, które w jednej chwili sprowadziło całą historię na ziemię.

Porozmawialiśmy jeszcze chwilę. O trasie, o górach, o tym, gdzie kto idzie. Moglibyśmy pewnie stać tam dłużej. Adaś zawsze potrafił znaleźć temat. Ja zresztą też. A poza tym młodość ma tę właściwość, że każda rozmowa z kimś nowym wydaje się początkiem czegoś większego. Ale szlaki czekały. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej.

I wtedy wydarzyło się coś, czego do dziś nie potrafię do końca wyjaśnić. Pomyliłem kierunki.

Ja.

Człowiek, który zawsze uważał, że mapę czyta lepiej niż książki.

Ruszyłem pewnie w stronę, która wydawała mi się właściwa. Po kilku minutach Adaś zatrzymał się.

— Ty wiesz, gdzie idziemy?

— No pewnie.

— To gdzie?

Zawahałem się. To była ta chwila, w której człowiek próbuje jeszcze uratować własną dumę.

— W stronę Rajczy.

Adaś spojrzał na mnie. Potem spojrzał na szlak. Potem znowu na mnie.

— Maciek.

— No?

— Rajcza jest tam.

Wskazał przeciwny kierunek.

Nie pozostało mi nic innego, jak przyznać mu rację. Ruszyliśmy więc inaczej, zahaczając o Redykalny Wierch, po czym wróciliśmy na niebieski szlak. Po drodze minęliśmy Polanę Cukiernicę. Sama nazwa była tak dobra, że aż szkoda było ją zostawiać. Niektóre miejsca mają nazwy, które brzmią jak gotowe wspomnienia.

Od tamtej pory mam szczególny sentyment do niebieskich szlaków. Zwłaszcza tych, które nie prowadzą człowieka bezmyślnie grzbietem, ale pozwalają zajrzeć w doliny, przejść cieniem lasu, poczuć zapach potoku. Takie szlaki nie zawsze wybierają najkrótszą drogę. Za to często wybierają najładniejszą.

Oczywiście nie obyło się bez dalszych pomyłek. Zamiast trzymać się dokładnie wyznaczonej ścieżki, wdrapaliśmy się na Suchą Górę. Szukaliśmy wiatki, o której tyle słyszeliśmy. Nie znaleźliśmy jej. Albo jeszcze jej tam nie było... Hm, sam nie wiem... Albo była, tylko my nie byliśmy już wtedy wystarczająco uważni.

Po powrocie na szlak Adaś nagle się zatrzymał.

— Patrz.

— Co?

— Dziewięćsił.

Popatrzyłem na roślinę. Dla mnie była po prostu rośliną. Ale Adaś miał ten dar, że potrafił zatrzymać się przy czymś, co inni mijali bez słowa.

— Dziewięćsił — powtórzył.

Sama nazwa miała w sobie coś niezwykłego. Brzmiała jak fragment starego zaklęcia. Jak coś, co przetrwało z czasów, kiedy ludzie znali świat bardziej przez opowieści i dotyk niż przez ekrany. Od razu wyglądała inaczej. Może nie dlatego, że była piękniejsza. Po prostu dostała swoją historię.

Sierpień był już dojrzały. Źrały — jak mówiło się dawniej. Dojrzały od słońca, traw i zapachu lasu. Czuło się, że zbliża się Matki Boskiej Zielnej. Świat miał wtedy swój rytm. Wszystko dojrzewało powoli i spokojnie, jakby nigdzie nie trzeba było się spieszyć.

To był ten pierwszy raz, kiedy pielgrzymowaliśmy na Żywiecczyznę. Na Matki Boskiej Zielnej. Potem pielgrzymowaliśmy wielokrotnie.

Tymczasem Adaś zniknął na chwilę w krzakach, a ja znalazłem strumień. I stało się coś niezwykłego. Na moment woda zamieniła się w piwo. Cuda jednak się zdarzają. Na szczęście nie było świadków. A może byli. Tylko góry nauczyły się milczeć.

Przed Rajczą krajobraz nagle się otworzył. Po długim marszu przez las wyszliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie góry przestały być tylko ścianą drzew. Pojawiły się polany, bacówki, strome zbocza i szerokie widoki. Miałem wrażenie, że ten krajobraz trwa tak od zawsze. Jakby niczego nie trzeba było poprawiać. Jakby człowiek był tu tylko gościem, który na chwilę dostał pozwolenie, żeby przejść przez czyjś bardzo stary świat.

Adaś próbował wtedy zrobić zdjęcie motylowi. Motyl jednak miał własne plany. Podfrunął, zatrzymał się na sekundę i odleciał.

— Nie zdążyłeś? — zapytałem.

— Zdążyłem.

— I masz zdjęcie?

Spojrzał na aparat.

— Nie.

Pokiwałem głową.

— To jednak nie zdążyłeś.

Adaś wzruszył ramionami.

— Spieprzył, skubany.

I chyba właśnie tak wyglądała cała ta wyprawa. My próbowaliśmy coś zatrzymać, a życie uciekało. Ale wiem, że nie chciałbym być gdziekolwiek indziej. Wtedy. W tych Beskidach.

Od Rajczy do Rycerki szliśmy trochę własnym rytmem. Nie był to już marsz ludzi, którzy koniecznie chcą dotrzeć do celu. Cel powoli przestawał być najważniejszy. Po drodze pojawiały się sklepy. Dużo sklepów. A sklepy, jak wiadomo, w pewnych okolicznościach potrafią stać się ważnymi punktami orientacyjnymi.

Nie chodziło nawet o samo piwo. Chodziło o ten rodzaj beztroski, którego człowiek później zaczyna szukać we wspomnieniach. Wejść do małego sklepu na końcu świata. Kupić coś zimnego. Usiąść na chwilę przed drzwiami. Patrzeć, jak droga biegnie dalej. To nie jest historia naszego małego upadku, to po prostu historia.

Dziś pewnie uznalibyśmy to za stratę czasu. Wtedy właśnie z tego składał się czas.

Minął nas policyjny radiowóz. Przejechał powoli. Spojrzeliśmy po sobie. Radiowóz spojrzał na nas. I pojechał. Dalej. Nie wiem, czy nas nie zauważyli, czy po prostu nie byliśmy dla nich interesujący. W tamtej chwili uznaliśmy, że los znowu jest po naszej stronie.

Po kilku kilometrach spotkaliśmy człowieka z psem. Wyglądał na kogoś, kto zna te okolice od zawsze. Popatrzył na nas, potem na nasze plecaki.

— Uważajcie na smerfy — powiedział.

— Na jakie smerfy? — zapytałem.

Wskazał gdzieś przed siebie.

— No na niebieskich.

Po czym czknął i ruszył dalej. Sam wyglądał tak, jakby największym zagrożeniem w tej chwili nie byli żadni funkcjonariusze, tylko jego własne nogi.

Roześmialiśmy się dopiero po chwili.

Tego dnia mieliśmy wyjątkowe szczęście. Nie tylko dlatego, że nikt nie zainteresował się zawartością naszych plecaków. Najważniejsze było to, co wydarzyło się później.

Niedaleko Bazy Namiotowej Przysłóp Potócki zobaczyliśmy samochód zatrzymujący się przy drodze. Ludzie jadący do bazy zabrali nas ze sobą. Tak po prostu. Bez wielkich pytań. Bez sprawdzania, kim jesteśmy.

— Macie dość space'u? — zapytali.

— Mamy.

I pojechaliśmy.

Czasami najważniejsze rzeczy w życiu zaczynają się od najprostszych zdań.

Tak trafiliśmy do miejsca, którego wtedy nie znaliśmy, a które po latach zostało jednym z najcieplejszych wspomnień tej wyprawy. Bo przecież nie pamięta się tylko szlaków. Pamięta się ludzi. Często nie pamięta się nic, i to nic.

Wieczór w bazie był zwyczajny. A może właśnie dlatego niezwykły. Drewniany stół. Kilka rozmów naraz prowadzonych. Śmiechy, chichy. Ludzie, którzy spotkali się przypadkiem i przez kilka godzin zachowywali się, jakby byli rodziną.

W pewnym momencie oczywiście musieliśmy z Adasiem się pokłócić. Bo nawet najlepsza wyprawa potrzebuje odrobiny chaosu. Poszło o Anglię.

— Ty jeździsz do... — powiedział Adaś. — Do roboty. Nie ma się czym chwalić, nie?

Spojrzałem na niego.

— A ty za to nigdzie nie pracujesz. Siedzisz w domu, nic nie robisz, a jeszcze jesteś złośliwy.

Dalej poszło już szybciej. Za szybko. Jedno słowo za dużo. Jedna emocja za wiele. Alkohol czasem wyciąga z człowieka rzeczy, które normalnie zostają schowane. Na szczęście przyjaźń jest zwykle większa niż jedna głupia kłótnia. Tak szybko, jak przyszła złość, tak szybko minęła. Minęła i tyle.

Nie mieliśmy namiotu. Gospodarze pozwolili nam za grosze przespać się w drewnianym domku. Przyjęli nas jak swoich. W nocy wydawało nam się, że świat delikatnie się kołysze. Albo że dach bębni pod ulewą. Rano okazało się, że zagadka jest prostsza. To nie był deszcz. To gałęzie ocierały się o dach. Pogoda nadal była po naszej stronie, a życie kiełkowało.

Nie wiedzieliśmy jeszcze, że niektóre chwile są wyjątkowe właśnie dlatego, że nie trwają wiecznie.

***

Adaś obudził mnie rano.

— Wstawaj.

Nie ruszyłem się.

— Po co?

Zapadła chwila ciszy.

— Po pijaku robi się różne rzeczy, nie wiesz?

Otworzyłem oczy.

— Co zrobiłeś?

Spojrzał na mnie z miną człowieka, który sam nie jest pewien, czy powinien się przyznać.

— Nic.

Po chwili dodał:

— Chyba.

To „chyba” było mniej uspokajające niż cała reszta. Usnął z powrotem, a ja już nie mogłem zasnąć. Poszedłem do źródełka po wodę. Poranek w górach ma w sobie coś niezwykłego. Człowiek może być zmęczony, niewyspany i mieć kaca, a mimo to czuje, że dzień zaczyna mu dawać drugą szansę. Powietrze jest inne, świat cichszy, a wczorajsze sprawy wydają się mniej ważne.

Dopiero przed południem, już z wybudzonym Adasiem, udało nam się ostatecznie opuścić bazę. Na odchodne ktoś zawołał:

— Zabierzecie trochę śmieci?

— Trochę?

— Trochę.

Spojrzeliśmy na wory. Potężne. Potem na siebie. No cóż. Zabraliśmy. Nasze, ich, wspólne, niewspólne i takie, których pochodzenia nikt już nie pamiętał. W górach czasem zostawia się coś po sobie. Dobrze, kiedy są to tylko wspomnienia.

Niebieski szlak prowadził przez Praszywkę ku Rycerce. Po drodze zobaczyliśmy człowieka stojącego gdzieś przy ścianie lasu i mówiącego przez radiostację. Wyglądał poważnie, bardzo poważnie. Cała scena miała w sobie coś filmowego. Jakby za chwilę miała paść jakaś tajemnicza komenda.

— Tu Brzoza — powiedziałem cicho.

Adaś spojrzał na mnie.

— Co?

— Nic.

Ale obaj się uśmiechnęliśmy.

W Rycerce stały maszyny drogowe. Nie pracowały. Po prostu stały. Oczywiście uznaliśmy, że trzeba je obejrzeć z bliska. A właściwie — trzeba było na nie wejść. Do dziś nie wiem dlaczego. Nie było w tym żadnego celu ani potrzeby. Po prostu byliśmy młodzi. A młodość czasem polega na tym, że widząc dużą maszynę, człowiek chce sprawdzić, jak wygląda z góry.

Potem przyszła jedna z najpiękniejszych ścieżek tej wyprawy. Szliśmy spokojnie, bez pośpiechu, totalnie poza szlakiem. Ja piłem kefir. Adaś swoje piwko-paliwko. Podział obowiązków był jasny.

W okolicy Sobańskiego Gronia znów zgubiliśmy drogę. To również miało swój rytuał. Najpierw człowiek jest pewien, że idzie dobrze. Potem zaczyna mieć wątpliwości. Potem już wie, że nie idzie dobrze. Tym razem pomógł nam dźwięk motorynki. Zwykły, niepozorny dźwięk dochodzący gdzieś z oddali. Ale w górach czasem najprostsze rzeczy prowadzą człowieka właściwą drogą.

Nawróciliśmy się na właściwą drogę.

Zostaliśmy nawróceni.

Na tych groniach, pośród szerokich polan, łatwo zrozumieć, dlaczego ludzie szukają Boga w górach. Nie dlatego, że góry dają gotowe odpowiedzi. Raczej dlatego, że uczą zadawania pytań. Co jakiś czas pojawiały się krzyże i stacje drogi krzyżowej, jakby ktoś rozsypał je po zboczach razem z kamieniami.

A skoro Bóg, to i burza. Bo jeśli coś w górach potrafi przypomnieć człowiekowi o własnej małości, to właśnie nagła zmiana pogody. Nadeszła szybko. Kilka grzmotów, trochę deszczu, chwila napięcia. A potem równie szybko przeszła. Ruszyliśmy dalej — w stronę Soli. Tej ziemi. I w stronę Zwardonia.

Tam trafił nam się tani nocleg. Hotel był prawie pusty. Mieliśmy wrażenie, że całe miejsce zostało przygotowane specjalnie dla nas. Stare wnętrza, peerelowski klimat, bilard i ta specyficzna cisza obiektów, które pamiętają lepsze i gorsze czasy.

Zanim jednak zostaliśmy tam na dobre, wyszliśmy jeszcze na spacer żółtym szlakiem. Lubię żółte. Są jakieś bardziej pogodne. Słoneczne. Nawet wtedy, kiedy pogoda nie jest pogodna. Tym razem zamiast słońca był księżyc. Wszędzie pachniało ziołami. Matka Boska Zielna była już tuż-tuż.

I znów pojawiło się to samo uczucie, które towarzyszyło nam przez całą wyprawę — że nie trzeba jeszcze wracać. Że można iść dalej. Bez końca. Że noc jest długa, droga jest przed nami, a jutro jeszcze nie istnieje.

I chyba właśnie tutaj powinienem postawić kropkę. Ale nie.

Bo kiedy po latach wracam myślą do tamtych dni, nie widzę już dokładnej trasy. Nie pamiętam wszystkich skrzyżowań. Nie jestem pewien, gdzie dokładnie się zgubiliśmy, a gdzie tylko wydawało nam się, że wiemy, dokąd idziemy. Pamiętam za to rzeczy inne.

Światło sierpniowego wieczoru. Szum potoku. Gwiazdy nad Boraczą. Ożyny w Chupkach. Dziewięćsił przy szlaku. Ludzi, którzy zabrali nas samochodem do bazy. Kłótnię, która szybko minęła, jak burza na środku wzgórza. Śmieci, które zabraliśmy, choć nie musieliśmy.

I to dziwne poczucie, że przez kilka dni byliśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być.

Pamięć nie przechowuje przeszłości w całości. Zostawia okruchy. Kilka obrazów. Kilka zapachów. Kilka głosów. Może właśnie dlatego jest prawdziwa. Bo nie zatrzymuje wszystkiego. Zatrzymuje to, co miało znaczenie.

Tamta wyprawa nie była wielką przygodą. Nie zdobyliśmy niczego, czym można byłoby imponować. Nie wydarzyło się nic, co trafiłoby do kronik.

A jednak po latach właśnie do niej wracam.

Może dlatego, że młodość nie mierzy się wielkością wydarzeń. Mierzy się chwilami, w których zwykły dzień nagle przestaje być zwykły.

Tamtego sierpnia.

Świat wydawał się większy.

Niż był w rzeczywistości.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • il cuore

    Tak się właśnie zastanawiałem czy to opcja wieku młodzieńczego wypraw w nieznane – a w relacji niezupełnie...

    /W ciemności łatwo dopisać historię, której nie ma./
    Długi tekst ale wart czytania 🍀🐸

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania