Bzdurny Stek - rozdział 1.1

Wszystkie występujące postacie są fikcyjne, ale podobieństwo do rzeczywistych zdarzeń jest zamierzone.

 

WRZESIEŃ, POCZĄTEK XXI WIEKU

 

Cała komedia zaczęła się w poniedziałek, szesnastego września. Było ciepłe, słoneczne popołudnie, godzina 16:13. Janusz, czterdziestosiedmioletni ojciec czteroosobowej rodziny, jak zwykle wracał po pracy do swego dwupokojowego mieszkania na pierwszym piętrze typowego bloku z wielkiej płyty. Zerkając nerwowo na zegarek, wbiegł na klatkę schodową. Niestety, potknął się o stopień i przewrócił, tracąc kilka cennych sekund. Była 16:14, gdy chwycił za klamkę drzwi od mieszkania. Jeszcze nie zdążył ich dobrze otworzyć, a już dostał z „liścia” w twarz.

– Spóźniłeś się! – W głosie Marcina dało się wyczuć pogardę, pretensje oraz ironię. – Miałeś być minutę temu!

– Wybacz, synku. To się już nigdy nie powtórzy – odpowiedział ledwo słyszalnym szeptem.

Takie tłumaczenia nie przekonały jednak napastnika. Wykorzystując swą ogromną przewagę fizyczną powalił ojca na podłogę w przedpokoju. Janusz był mężczyzną raczej drobnym, chudziutkim, któremu nie udało się nawet wyhodować brzuszka, tak charakterystycznego dla panów w średnim wieku. Marcin zaś, mimo niezbyt imponującego wzrostu, prezentował się znacznie potężniej. Inteligencją co prawda nie grzeszył, miał ogromne trudności, żeby osiągnąć remis grając w kółko i krzyżyk, ale wiele nadrabiał niemalże nadludzką siłą fizyczną. Krępy, napakowany, o krzepkich ramionach i wielkiej głowie, którą spokojnie mógłby przebijać mury zaprzeczając znanemu przysłowiu. Nic więc dziwnego, że z łatwością rzucił ojcem o podłogę, a następnie wymierzył mocnego kopniaka. W tym momencie z dużego pokoju wyszła Halina, wysoka, żylasta, czterdziestoletnia kobieta o pociągłej twarzy, dużych ustach i haczykowatym nosie. Dzięki stylizowanej na afro fryzurze zdawała się przewyższać męża o głowę. Wspólnie z synem zaatakowała Janusza, nie szczędząc mu wyzwisk i razów.

Gdy oboje nasycili się pogromem i udali do swoich zajęć, do mieszkania weszła jedenastoletnia Paulina, siostra Marcina. Janusz właśnie wstawał z podłogi, gdy córka kopnęła go w tyłek. Mężczyzna nie zdzierżył. Wstał, wyciągnął pasek ze spodni i chciał nim uderzyć dziewczynkę. Wziął jednak zbyt duży zamach, przez co przypadkowo trafił przechodzącego Marcina.

– Synku to niechcący... – zakwilił.

Chłopak nie słuchał. Wpadł w szał, złapał ojca za klapy marynarki i wyrzucił przez okno w dużym pokoju. Janusz, w gruncie rzeczy zadowolony, że tylko na tym się skończyło, skulił się i przysiadł pod balkonem mieszkania na parterze.

 

***

 

Szkolny dziedziniec opustoszał. Ostatni uczniowie udali się do domów, nauczyciele także opuścili gmach liceum. W pracy pozostali jedynie konserwatorzy. Młodszy z nich, Alek, właśnie kończył kosić trawnik. Był bardzo zdenerwowany, gdyż kabel do elektrycznej kosiarki podawał mu sam Ł-geniusz, zwany Siwym, starszy konserwator i przełożony. Człowiek ten zastępował Alkowi ojca, jednak już na pierwszy rzut oka widać było, że ci dwaj nie mogą być rodziną. Fizycznie różnili się wszystkim. Ł-geniusz był wysokim, wyprostowanym, raczej szczupłym mężczyzną o srebrzystych włosach i rzeźbionej wiatrem twarzy. Miał władcze, stalowe spojrzenie i nie znosił, gdy ktoś mu się sprzeciwiał. Alek zaś był średniego wzrostu, tęgi, blady, wiecznie spocony, wąsaty, w okularach na czubku płaskiego nosa. Mówił piskliwym głosem i z wyglądu przypominał spłakanego kretyna. Siwy roztaczał nad nim opiekę w pracy i poza nią, odgrywając rolę surowego ojca. Karał najmniejsze przewinienia. Pewnego razu pożyczył podopiecznemu archiwalny numer czasopisma „Młody Technik”, w którym znajdował się rysunek z wymiarami karmnika dla ptaków, jaki Alek miał zbudować. Młodszy konserwator pracę owszem, wykonał, ale nieopatrznie postawił na okładce pisma kubek z herbatą, odciskając na niej brązowe kółko. Gdy następnego dnia przyznał się do przewinienia, Ł-geniusz nie rzekł nic, tylko wziął zapasowy kabel od kosiarki i zaczął okładać nim winowajcę. Alek uciekł wtedy z krzykiem i ukrywał się przez dwa tygodnie. Najpierw w krzakach za plebanią pobliskiej parafii, a potem w mieszkaniu nauczyciela plastyki Tadeusza Ciupińskiego, płacząc wtulony w ramiona swego dobroczyńcy.

 

Silnik kosiarki wył głośno. Siwy, ubrany w szary sweter, sztruksowe spodnie i eleganckie, lśniące, czarne półbuty, pilnował kabla zasilającego, by nie wkręcił się pod ostrza maszyny. Mimo nalegań wicedyrektora, nie chciał słyszeć o zmianie modelu z elektrycznego na spalinowy. Podawanie kabla sprawiało Ł-geniuszowi zbyt wielką przyjemność. Czuł, że ma wtedy władzę.

Dla Alka sytuacja była bardzo niekomfortowa. Najmniejsza niedokładność w koszeniu mogła mieć przykre konsekwencje. Siwy miewał drastyczne metody wychowawcze, gdy coś nie szło po jego myśli.

Gdy młodszy konserwator dojechał do końca trawnika i puścił sprzęgło wyłączając silnik, był cały mokry. Bał się nawet odwrócić, by sprawdzić, jak poszło. Skulony w sobie, słyszał tylko stukanie o chodnik obcasów eleganckich butów Siwego. Drżał.

– Te, Alek. – Głos Siwego brzmiał bardzo władczo. – Masz tu scyzoryk. Wytęp nim dżdżownice.

– Tak, oczywiście, natychmiast... – odrzekł piskliwym głosem młodszy konserwator. – Ale wybacz, że pytam. Jak to się robi?

– Musisz uderzać z wysokości trzydzieści centymetrów i trafiać między oczy.

Alek natychmiast przystąpił do pracy. Był pełen uznania i podziwu dla przełożonego. Skąd on się tak doskonale na wszystkim znał? Nie podejrzewał nawet, że Siwy to kiep, jakich mało, który niewiele sobą reprezentuje, a pod stalową maską władzy kryje się tępota i ignorancja. O eksterminację dżdżownic Ł-geniusz pytał wcześniej nauczyciela historii, Piotra Tyworskiego, zadeklarowanego patriotę o skrajnych poglądach. Był wtedy bardzo pokorny i skromnie się uśmiechał. Tyworski obiecał napisać na ten temat referat, ale że nie miał bladego pojęcia, od czego zacząć, przepisał fragment opracowania dotyczący jakiegoś pogromu Żydów, przemyślnie zastępując słowo „Żyd” wyrazem „dżdżownica”. Tak sporządzony tekst odczytał Ł-geniuszowi, a ten bezrefleksyjnie wszystko przyjął. Stąd cała wiedza starszego konserwatora o dżdżownicach, którą mógł teraz popisywać się przed Alkiem. W gruncie rzeczy Siwy w życiu marzył wyłącznie o jednym – by pewnego dnia zakupić sobie na własność kombajn elektryczny i móc podawać do niego kabel. Kiedyś był bliski realizacji tego marzenia. Przebywając na wakacjach na wsi, kosił żyto kosą, gdy w pewnym momencie dostrzegł w polu kombajn. Natychmiast ruszył w jego kierunku, przywiązał doń kawałek sznurka i udawał, iż podaje kabel. Czuł się wtedy szczęśliwy i spełniony. Niestety, ekstaza nie trwała długo, bowiem kiedy operator kombajnu dostrzegł, co Siwy wyprawia, tak się zdziwił, że wjechał do rowu na miedzy i trzeba było wzywać aż dwa dźwigi, aby pojazd postawić z powrotem do pionu. Ł-geniusz uciekł i schował się w stajni, ale po dzień dzisiejszy wspomina z rozrzewnieniem najpiękniejsze chwile swego życia.

 

Zadowolony z wydania polecenia Siwy, chciał wracać już do domu. Wyszedł z budynku i ruszył na przystanek tramwajowy. Mijając parking, spostrzegł znajomy samochód dostawczy. Należał do Zbigniewa Skupienia, nauczyciela wychowania fizycznego zwany pieszczotliwie ZeteSem, który wieczorami dorabiał rozwożąc czipsy po osiedlowych sklepach spożywczych. Ruszył w jego kierunku.

– Panie Zbyszku! – zawołał. – Długo panu zejdzie?

Skupień nie miał ochoty na rozmowę z Ł-geniuszem. Domyślał się, o co tamtemu chodzi, bo mieszkali po sąsiedzku, w jednym bloku. Nie miał jednak dokąd uciec.

– Nie, już kończę – odpowiedział niechętnie.

– Nie podwiózłby mnie pan? Przepraszam, że się tak narzucam, ale…

– Mam pełno towaru. – ZeteS próbował oponować.

– Zmieszczę się... Na pewno... Jestem taki drobny – przekonywał Siwy.

– No, nie wiem, doprawdy nie wiem. – Skupień walczył sam ze sobą, ale nie potrafił stanowczo odmówić.

– Tu obok czipsów jest trochę miejsca, zmieszczę się. – Dobrotliwemu, ciepłemu głosowi Ł-geniusza trudno się było oprzeć.

Zbigniew z przerażeniem stwierdził, że nie może i nie potrafi przeciwstawić się konserwatorowi. Prawdopodobnie główną przyczyną takiego stanu rzeczy był fakt, iż Siwy miał na sobie swój szary sweter. Dla ZeteSa oznaczało to władzę. Przekonanie takie wyniósł z domu rodzinnego. Zbigniew już od lat klasyfikował ludzi po stroju. Ubraniom nadawał rangę w skali od jednego do dziesięciu i zależnie od niej traktował daną osobę. Najwyżej w hierarchii stawiał szare swetry. Płaszczył się wtedy przed nimi, zgadzając na wszystko. Nieco mniej poważał jasne pulowery i marynarki, potem stroje sportowe oraz kraciaste koszule, nie cenił zbyt wysoko garniturów, a najniższe noty przyznawał niebieskim dżinsom i czarnym podkoszulkom. Sam zawsze ubierał się w zielony dres i białe, sportowe buty, co we własnym mniemaniu dawało mu rangę osiem. Zresztą, od czasu rozwodu z żoną, która zabrała ich wspólną szafę, zanim Zbigniew zdążył wyjąć z niej swoje rzeczy, nie posiadał innych ubrań. Właściwie to i tak mu na nich nie zależało. Pogodził się z losem, uznawszy, że w życiu zrobił już wszystko, mimo, iż miał dopiero trzydzieści dziewięć lat i ani jednego siwego włosa na kruczoczarnej czuprynie. Egzystował z dnia na dzień, bez refleksji, a bał się tylko jednego – aby nie zostać zdominowanym jak Alek. Skrycie podziwiał Tadeusza Ciupińskiego, który był taki władczy. Na razie jednak zgodził się podwieźć Siwego do domu, choć w duchu przeklinał swoją słabość.

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Odkurzona, nieco poprawiona absurdalna powieść obyczajowa, napisana dość dawno temu. Jeśli będzie pozytywny odzew, poczuję się bardzo zmobilizowany, by ją odświeżać dalej.
  • Shogun 2 miesiące temu
    Heh, zabawne i absurdalne. Najzabawniejsze, to chyba ta obsesja na punkcie podawania kabla haha. Osobiście z chęcią zobaczyłbym kontynuację. Lubię takie klimaty haha :D
    Pozdrawiam ;)
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Dzięki ;) Poprawiam dalej.
  • Infernus 2 miesiące temu
    Krótko masz wyobraźnię i lekkie pioro. Jak zawsze warto tutaj wracać :) Szkoda mi tylko ojca, ale myślę, że jeszcze się zemści...
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Dzięki! Cierpliwości, na prawie każdego przyjdzie kwadrans chwały ;)
  • Szpilka 2 miesiące temu
    Mimo że celowo przerysowane, bardzo prawdziwe i świetnie napisane 👍🙂
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Dzięki ;) Nie takie znów przerysowane, tylko powiedziałbym, że akcenty się inaczej rozkładają :)
  • pasja 2 miesiące temu
    Witam
    Absurdalny, ale nie do końca obrazek naszej rzeczywistości. Poszatkowane życie „Bzdurny stek” - stek słów czy stek jako danie. I to soczyste i to? Tytuł bardzo w punkt. Rodzinka na początku bardzo oryginalna jak na początek wieku. Szkoda tylko głowy rodziny, że tak się poddał. Wspominasz też pewne zamierzchłe perełki - jak Młody technik czy gra w kółko i krzyżyk… dzisiaj już nie na czasie.
    Koszenie trawy i trzymanie kabla też ma swoje znaczenie i to wcale nie jest bzdurą… tak się zdarzało. I pomyśleć, że są książki o absurdach PRL-u, a tu taki wernisaż Bajkopisarza o steku.

    Takie duperelki… cudzysłowie „liścia” „Żyd” „dżdżownica”
    tylko i wyłącznie - moim zdaniem albo tylko albo wyłącznie
    No,nie wiem - spacja
    mimo, iż - mimo iż (chyba bez przecinka)

    Pozdrawiam
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Dzięki, poprawione.
    Z uwagi na fakt, że to było dawno pisane, trochę gdzieniegdzie wali stęchlizną, ale postanowiłem odświeżyć, zaszpachlować wyłażące niedociągnięcia. Sprawdziłem, że Młody Technik jeszcze wychodzi, ale tu specjalnie dałem wydanie archiwalne. Przed przeróbką była... wypożyczona kaseta video, którą Alek uszkodził, więc to dopiero przeżytek ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania