Bzdurny Stek - rozdział 1.4

Tadeusz Ciupiński zawsze starannie i z wielkim pietyzmem przygotowywał się do lekcji plastyki. Każdego wieczora pakował specjalną walizeczkę, w której równo układał miękkie ołówki, rysiki, dwie temperówki, pędzelki, gumki, bibułkę, pudełko plasteliny, farby akwarelowe, kolorowe długopisy, cienkopisy, czarny oraz niebieski marker, nożyczki różnego typu, spinacze, pudełko pinezek, papier kolorowy, kleje czy szpulki nici. Dbał, aby przybory lśniły nowością, codziennie po pracy czyścił swoje skarby miękką ściereczką. W ogóle niemal wszystko, co można powiedzieć o Ciupińskim było miękkie. Miękki, ciepły głos, miękkie policzki, miękkie spojrzenie łagodnych, jasnoniebieskich oczu. Miękki jasny pulower, miękka flanelowa koszula, lub miękki bawełniany T-shirt, miękkie zamszowe buty, miękki chód, miękkie brązowe, sztruksowe spodnie, miękka czarna oprawka przyciemnianych okularów – zestawienie to dawało mu rangę dziewięć w klasyfikacji Zbigniewa Skupienia. Tylko charakter miał twardy i nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Nauczył się tego w wojsku, dzięki któremu umiał też składać i rozkładać karabin oraz wiedział, jak strzelać z haubicy. Przyjaźnił się z Piotrem Tyworskim, któremu skrycie zazdrościł miękkich włosów i miękkiej długiej brody, sam bowiem był łysiejącym, gładko ogolonym mężczyzną. Mimo wielu prób nie zdominował go ani Siwy, ani wicedyrektor liceum, Krzysztof Wiąc. Podczas lekcji, dzięki umiejętnie stosowanemu wojskowemu drylowi, zyskiwał posłuch i nawet najbardziej leniwi uczniowie wykonywali jego polecenia. Miał jednak irytującą manię traktowania niekiedy słuchaczy, jak istot bezrozumnych. Wszystko starał się wyjaśniać w sposób drobiazgowy, zupełnie jakby licealiści nie mieli pojęcia dosłownie o niczym.

 

Klasa Marcina rozpoczynała właśnie lekcję plastyki. Tadeusz wszedł do sali, położył teczkę na stole i otworzył dziennik. Przekartkował go, po czym oznajmił.

– W zeszłym tygodniu skończyliśmy malowanie prac na temat „Zanikania”. Zanikanie, przypominam koleżeństwu, to na przykład takie zjawisko, kiedy coś ginie nam z oczu. Czy odnalazł się kolega Młodzianowski, który wtedy zniknął z lekcji?

– Nie! – odpowiedziała chórem klasa.

– Znakomicie. – Zadowolony Tadeusz pokiwał głową. – Postawię mu więc szóstkę. Dobrze. Teraz zajmiemy się tak zwanym bodypaintingiem. Wiecie, co to jest? Na pewno nie wiecie, ale się dowiecie. Bodypainting to jest wykonywanie malunków farbkami na ciele. Proszę bardzo, dziś pomalujemy sobie koleżankę Więciorek. Aniu, zapraszam.

 

Anna Więciorek była całkiem ładną, zgrabną blondynką o turkusowych oczach, wydatnym biuście i nieco zbyt obfitych pośladkach. Uważano ją za miłą i sympatyczną, choć troszkę naiwną, co niekiedy wykorzystywali źli ludzie. Tadeusz oczywiście do takich nie należał, natomiast jego uwielbienie płci pięknej było powszechnie znane. Już od dawna miał ochotę namalować akt Ani Więciorek, ale nie znajdował pretekstu.

Wywołana do tablicy, kompletnie zaskoczona uczennica, zupełnie nie miała ochoty dać się pomalować. Przypominała sobie bowiem niedawne zdarzenie, gdy poznała przez Internet młodego, sympatycznego tatuażystę. Dobrze im się rozmawiało, bardzo chłopaka polubiła. Korespondowali wirtualnie przez parę dni, aż on w końcu zaczął nalegać na spotkanie. Obiecywał, że zrobi Ani mały tatuaż gratis jako prezent. Więciorek zawsze marzyła o posiadaniu na prawym biodrze skaczącego przez falę delfinia, więc dała się skusić. Jako, że tatuażysta mieszkał w tym samym mieście, szybko doszło do spotkania. Umówili się na parkingu przed hipermarketem. Mało romantycznie, lecz dziewczyna, dla swego bezpieczeństwa, chciała, żeby wokół było dużo ludzi. Odnaleźli się bez trudu. Wedle wstępnych ustaleń, mieli iść na kawę, ale zachowanie chłopaka od początku wskazywało, że ma ochotę na coś innego. Cały czas przytulał Anię, usiłując pocałować. W końcu tak namieszał jej w głowie, że zamiast do kawiarni, skręcili w boczną uliczkę, po czym weszli do pierwszej bramy. Tam zaczęli się namiętnie pieścić i całować, a dłonie nowego znajomego zawędrowały pod stanik dziewczyny. Mówił przy tym tak miłe słowa, że nabrała przekonania, iż on naprawdę jest w niej szaleńczo zakochany. Mimo że był środek dnia, kochali się na jakimś podwórku, a potem poszli do parku i znów to zrobili.

Po wszystkim, chłopak trzymał ją za rękę i wciąż całował. Dziewczynie zdawało się, że wszystko jest cudowne. Po kilkunastu minutach sielanki, nowy znajomy powiedział jednak, że dziś z tatuażu nici, bo tych wszystkich uniesieniach jest wykończony. Zaproponował Ani odwiezienie do domu, obiecując, że innym razem zademonstruje jej swoje umiejętności. Dziewczyna bardzo posmutniała, ale nie chciała naciskać. Poza tym chłopak zapewniał, że się niebawem odezwie. Słowa dotrzymał. Już następnego dnia przysłał smsa, w którym pisał, jakoby to poznał kogoś innego. Annie zrobiło się strasznie przykro, zrozumiała, że koleś chciał tylko jednego. Poczuła się jak szmata. I to głupia szmata, bo nie użyli przecież żadnych zabezpieczeń. Zdała sobie sprawę, że nie zna nawet jego imienia, tylko nick! Wysyłała maile i smsy, dzwoniła, lecz rzekomy tatuażysta nie odpowiadał, a na Facebooku ją zablokował. W końcu napisał Ani wiadomość, że chyba zwariowała, bo nic między nimi nie zaszło, przecież się nawet nie spotkali.

 

Kiedy Tadeusz Ciupiński wspomniał o rysunkach na ciele, Więciorek przypomniała sobie tamte koszmarne zdarzenia. Wybuchła płaczem. Nauczyciel natychmiast podał jej miękką chusteczkę do nosa, wyjaśniwszy, do czego ona służy, zabrał dziewczynę na zaplecze, wykazując troskę i zainteresowanie. Pozostali zaś uczniowie wykazali zadowolenie, gdyż wiedzieli jedno – dalszego ciągu lekcji nie będzie.

 

***

 

Siwy i Alek majestatycznie maszerowali przez szkolny korytarz chcąc wzbudzić podziw u szatniarki oraz trwogę wśród uczniów. Ł-geniusz, dumny, wyprostowany, ubrany w szary sweter i zielonkawe spodnie szedł przodem. Za nim, niosąc drabinę, pudełko z gwoździami oraz młotek dreptał Alek. Konserwatorzy zmierzali na drugie piętro, gdzie nad schodami znajdowało się ostatnie w szkole okno o drewnianych ramach. Wszystkie pozostałe wymieniono wcześniej na plastikowe, tylko to jedno, niewymiarowe i samotne zostało jakby zapomniane. W czasach świetności framugi pomalowane były białą, emaliową farbą, która obecnie zaczęła kruszyć się i odpadać. Siwy, po długich oględzinach, zadecydował, że oprawa okna wymaga konserwacji. Uznał, iż najlepszym sposobem zabezpieczenia farby przed odpadaniem, będzie przybicie jej gwoździami.

Gdy dotarli do celu, Alek rozstawił drabinę. Ł-geniusz, powoli, w sposób wielce dystyngowany, zaczął na nią wchodzić, a młodszy z konserwatorów krążył dookoła, poprawiając co i rusz spodnie. Czuł się szczególnie dumny z ich posiadania, był to bowiem prezent od Siwego. Ponieważ jednak spodnie otrzymał nowe, a jako konserwatysta za nowościami nie przepadał, przeto przez tydzień nosił w nich kartofle do piwnicy i z powrotem. Portki zrobiły się brudne, powypychane i wymiętolone, więc Alek mógł je z radością założyć.

Ł-geniusz wreszcie wdrapał się na przedostatni szczebel drabiny, rękami podniósł swą lewą nogę i przełożył ją ponad ostatnim stopniem.

– Te, Alek! Podaj mnie młotek! – polecił.

Pomocnik natychmiast dostarczył żądane narzędzie i przygotował gwoździe. Siwy próbował wbijać je we framugę, ale pod wpływem wstrząsów całe płaty farby zaczęły odrywać się od ramy, spadając na podłogę. Skonsternowany Ł-geniusz podrapał się po głowie, po czym zlazł z drabiny i bez słowa zbiegł z miejsca zdarzenia. Alek został sam. Początkowo nie bardzo wiedział, co ma robić. Po krótkim namyśle, wysypał gwoździe z pudełka, a na ich miejsce zaczął troskliwie zbierać odpadłą farbę. Wtem na korytarzu pojawiła się ponura postać – wicedyrektor Krzysztof Wiąc. Był to postawny, wzbudzający przestrach mężczyzna o kwadratowej, przyprószonej siwizną głowie. Pod nieobecność starej i ciągle chorej dyrektorki Wiesławy Raczkowskiej, sprawował rządy w szkole. Nie był to jednak szczyt jego marzeń. Ostatecznym celem Wiąca pozostawało niezmiennie objęcie władzy nad całym światem. Mówiono, że wicedyrektor nigdy nie śpi, bo wciąż knuje i obmyśla plany, a efektem niewyspania są ogromne wory pod oczami. Ponadto charakteryzował się upodobaniem do wyszukanych słów, przykładał też wielką wagę do ubioru. Dziś na przykład ubrany był w sztruksowe spodnie i gustowny szary sweter, co według kryteriów Zbigniewa Skupienia dawało mu rangę dziesięć.

– Co ty robisz?! – Groźny ton głosu Wiąca zmroził Alka.

– Zbieram farbę... do pudełka... – odparł piskliwie konserwator.

– A po co, jeśli można wiedzieć?!

– No, żeby nie zginęła... – Alek już niemal płakał.

– Ty abderyto! – ryknął wściekle wicedyrektor. – Ty baszybuzuku! Ja ci powiem! Ty ordynarnie kradniesz! Kradniesz farbę będącą tu od pokoleń! Ty wiesz, podły zdrajco, ile poniesiono wyrzeczeń, aby tą farbą można było pomalować okno naszej szkoły? Wywalczono o to pod Cedynią, na polach Grunwaldu, pod Kłuszynem i pod Wiedniem! Powstańcy przelewali krew, by nasze dzieci mogły się uczyć w czystej, schludnej, pomalowanej, polskiej szkole! Ty wiesz, mały złodzieju, co to jest za farba? Ona jest symbolem jedności narodu! Wiesz? Nie wiesz, a sobie ją przywłaszczasz, warchole!

Alek beczał już na cały głos. Wiąc, widząc tak szczerą skruchę, uśmiechnął się z zadowoleniem. Efekt wychowawczy, jaki osiągnął, przerósł najśmielsze wyobrażenia.

– Żeby mi to było ostatni raz! – powiedział już bez złości, z pietyzmem odbierając roztrzęsionemu konserwatorowi pudełko z zebraną farbą. Poinformował, iż zamierza oddać ją do muzeum, po czym odszedł. Alek pozbierał rozsypane gwoździe, złożył drabinę i chwiejnym krokiem wrócił do warsztatu, gdzie dostał jeszcze w ucho od Ł-geniusza. Za opieszałość.

Następne częściBzdurny Stek - rozdział 1.5  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 3 tygodnie temu
    Świetne i te charakterystyki bohaterów, po prostu świetne. Nic dodać nic ująć. Uśmiałem się, a o to chyba właśnie chodzi :D
  • Bajkopisarz 2 tygodnie temu
    Dzięki! Skoro bawi, to jestem bardzo zadowolony ;) Ma bawić. A może i uczyć, ale niekoniecznie ;)
  • Clariosis 3 tygodnie temu
    Moment z farbą - majstersztyk. Wicedyrcio który chce przejąć władzę nie nad mieszkaniem, nie nad szkołą, nie nad krajem, ale ŚWIATEM również. :'D
  • Bajkopisarz 2 tygodnie temu
    Trzeba wysoko mierzyć, do gwiazd. Może Wiąc zechce wziąć we władanie i kosmos :)
  • pasja 3 tygodnie temu
    Pedanteria i miękkość zapakowana w twardy charakter i w manię wielkości bywa strasznie męcząca dla otoczenia.
    Bodypainting i zrobienie go na uczennicy i do tego naiwna blondynka… pewnie dzisiaj by nie przeszło. Podciągnięte zostałoby pod molestowanie.
    Zabieg z odpadającą historyczną farbą jest jak najbardziej trafiony. Sama pamiętam te łuszczące się framugi okienne, zwłaszcza przy myciu.

    Wiąc, widząc tak szczerą skruchę, - coś nie gra
    Pozdrawiam serdecznie
  • Bajkopisarz 2 tygodnie temu
    Heh, zaglądasz już nie pod dywan, ale pod podłogę. I bardzo Ci za to dziękuję ;) Tu jest przede wszystkim satyra, kpina, szydera i żart. Nie ma drugiego dna, ale jest trzecie i odkrywasz je brutalnie, a to co wyłazi to już jest mało śmieszne. To raczej przerażające, do czego doprowadza władza jednych nad drugimi. Co się dzieje, gdy zwykłemu cieciowi czy szatniarce damy trochę władzy, do jakich głupot są zdolni, byle tylko pokazać, że coś znaczą. Jeśli gnębisz innych tylko dlatego, że możesz, a cały świat czyni to samo, to mityczne piekło nie ma już racji bytu, bo jest tutaj.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania