Bzdurny Stek - rozdział 1.3

Dla Zbigniewa Skupienia kolejny dzień rozpoczął się zaskakująco dobrze. Siwy już wczoraj oznajmił, iż bierze wolne i nie będzie potrzebował podwózki. ZeteSa bardzo to ucieszyło, gdyż nie musiał bać się dzisiaj zdominowania. Zaparkował samochód pod gmachem szkoły i ruszył raźno w kierunku wejścia. Wchodził już na schodki, kiedy posłyszał odgłosy sprzeczki.

– Zmieniłeś buty?! Nie?! To nie wejdziesz! – krzyczała szatniarka.

– Jak nie wejdę, jak wejdę?! Jam jest Marcin i wracam z fajki!

– Ja nie palę! – Kobieta była nieprzejednana.

– Ale ja palę! – odpowiedział wyniośle Marcin, puścił szatniarce fimfę w nos, odepchnął, po czym bez przeszkód wszedł do budynku.

– Ja wszystko widzę! – zawołał za nim ZeteS.

– To niech pan nie patrzy – odrzekł obojętnie Marcin i udał się do szkolnego sklepiku. Skupień zrobił głupią minę, poprawił dyndający na szyi gwizdek, a następnie poszedł na zajęcia. Poranny dobry humor zaczynał wyparowywać, pogorszył się jeszcze, gdy na drzwiach toalety zauważył dwa wymalowane mazakiem napisy: „AZS – Alkoholik Zbigniew Skupień” oraz „Stan Skupienia – ciężki”. Zaklął pod nosem i stracił ochotę na cokolwiek. Na końcu korytarza minął nauczyciela historii, Piotra Tyworskiego, stojącego przy oknie z miną bezmyślnego jełopa i gładzącego swą długą czarną brodę. Historyk również był w minorowym nastroju. Wpatrywał się uporczywie w podłogę, a jego wysoka, zgarbiona postać przypominała pałąk. Tyworski niewątpliwie miał się czym martwić. Obiecał przygotować referat na najbliższe zebranie ultraprawicowej partii narodowo-demokratycznej, której lokalnym strukturom przewodniczył. Napisał, ale jako sumienny nauczyciel postanowił sprawdzić i ocenić. Nie poszło najlepiej, bo postawił sobie jedynkę. Napisał drugi, ale znowu dostał pałę. Dopiero za trzecim razem się udało – dostateczny. Nic dziwnego, że stał teraz posępny i odruchowo gładził długą brodę, dzięki której zyskał wśród uczniów przydomek „Laponiusz”.

Natomiast Alek wykazywał spore ożywienie. Wiedział, iż pod nieobecność Siwego, nikt nie będzie dzisiaj rozkazywał ani odmierzał linijeczką długości skoszonej trawy. Alek mógł swobodnie dokazywać z kosiarką, czując się przy tym wolnym i szczęśliwym. Miał również czas, aby stać na korytarzu, poprawiać spodnie i – w swym mniemaniu – wzbudzać podziw szatniarki Krystyny.

 

***

 

Janusz już od świtu miał pecha. Najpierw Marcin uderzył go bardzo boleśnie w splot słoneczny, potem zaciął się przy goleniu, został obrzucony kawałkami pomidorów przez Paulinę, spadł ze schodów, rozdarł spodnie, wdepnął w psie odchody i spóźnił się na tramwaj. Kiedy dotarł wreszcie do pracy, biura Centralnej Agencji Utrudniania Ruchu Drogowego, dostał jeszcze od portiera z plaskacza, a kierownik wylał na niego butelkę wody. Gdy usiadł przy biurku, okazało się, że ktoś wysmarował cały blat sadzą, a do szuflady nasypał piasku z kociej kuwety. Janusz westchnął, ukrył twarz w dłoniach i przez palce patrzył nienawistnie na swoich trzech kolegów z pokoju.

Pierwszy z nich, pan Zdzisiek, ukończył Wyższą Szkołę Pedagogiczną, więc uważał, że wszystko wie najlepiej. Nie potrzebował żadnych badań na temat stanu dróg i bezpieczeństwa. Wystarczała mu wiara w szczęśliwą liczbę czterdzieści i wszędzie, gdzie się dało, ustawiał ograniczenia prędkości do 40 km/h. Drugi z kolegów, pan Janek, z zawodu mikrobiolog, korespondencyjnie doszkalający się na inżyniera ruchu, jeździł tylko na rowerze. W związku z tym, że organicznie wręcz nienawidził wszystkich kierowców, jak tylko mógł utrudniał im życie, stawiając wszędzie znaki „C13 – droga tylko dla rowerów”. Trzeci z kolegów, pan Mirek, mieszkał na wsi i swoim starym Golfem jeździł raz w tygodniu, w niedziele do kościoła. W pracy zwykle nie robił nic poza rozwiązywaniem krzyżówek. Żeby jednak, od czasu do czasu, pochwalić się przed kierownictwem jakimiś osiągnięciami w kwestiach poprawy bezpieczeństwa na drodze, na co drugim skrzyżowaniu ustawiał znak „B21 – zakaz skrętu w lewo”. Wychodził ze słusznego założenia, iż manewr skrętu w lewo jest bardzo niebezpieczny i lepiej go nie wykonywać. Roli ojca Marcina w tym przedsięwzięciu nikt nie określił. Po prostu był, ku uciesze pozostałych.

Janusz znalazł zatrudnienie w Agencji dość przypadkowo. Pewnego dnia przyjechał do sąsiadującego z nią sklepu sportowego, by kupić dla syna nowe hantle. Długo nie mógł jednak nigdzie znaleźć miejsca do zaparkowania, a że kończył się wyznaczony przez Marcina limit czasu, zdesperowany zostawił samochód na przystanku tramwajowym. Na tyle niechlujnie, że zablokował zarówno torowisko, jak i jezdnię. Kierownictwo Agencji widziało tę, jakże zgodną z jej duchem, akcję i zdecydowało się zaproponować Januszowi pracę. Gdy wracał ze sklepu, napadnięto go, pobito i zabrano na rozmowę kwalifikacyjną. Ojciec Marcina, z jednej strony zastraszony a z drugiej usatysfakcjonowany z zaproponowanego wynagrodzenia, z miejsca wyraził zgodę. Niestety, większość pierwszej wypłaty poszła na opłacenie mandatu, kosztów odholowania Passata w TDI z torowiska i karę, którą Marcin wlepił mu za spóźnienie.

 

Przez pierwsze dwie godziny panował względny spokój. Zdzisiek bawił się resorakami, Janek drzemał, Mirek jak zwykle rozwiązywał krzyżówki, a Janusz czytał wczorajszą gazetę. W pewnej chwili, na umówiony znak, koledzy zerwali się od swoich biurek, podbiegli do ojca Marcina i obalili z fotela na ziemię. Zaczęli bić i kopać, a następnie zabrali ofierze lewy but, po czym wyszli do holu pograć nim jak piłką. Kiedy poobijany Janusz zebrał się z podłogi i wyjrzał z pokoju na korytarz, zobaczył, że niemal całe lokalne biuro Centralnej Agencji Utrudniania Ruchu Drogowego rozgrywa jego butem mecz, a sędziuje sam dyrektor naczelny. Zupełnie zrezygnowany wrócił do biurka, zamówił taksówkę, założył kurtkę i postanowił wcześniej wrócić do domu. Nikt nie zauważył jego nieobecności.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun ponad tydzień temu
    Satyra goni satyrę, absurd goni absurd. Świetne i zabawne. Chociaż Centralna Agencja Utrudniania Ruchu Drogowego, to nie znów taki absurd :D Cóż więcej mówić, uśmiałem się :D
    Pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział ;)
  • Bajkopisarz ponad tydzień temu
    Dzięki! Niestety masz rację, Agencja jest bardziej z życia wzięta niż być powinna ;)
  • Shogun ponad tydzień temu
    Bajkopisarz dokładnie, dokładnie ;)
  • Clariosis ponad tydzień temu
    Agencja Utrudniania Ruchu Drogowego - tak powinna nazywać się centrala komunikacji miejskiej w Gdańsku. Kto tam mieszka, to zrozumie. Kto z Gdyni, to się śmieje. :D
    Najlepszy moment z nauczycielem - wielki i oświecony pedagog, a sam dwa razy napisał na przysłowiową lufę. Co za katastrofa. Absurd tej serii jest po prostu przepiękny. :D
  • Bajkopisarz ponad tydzień temu
    Ślicznie dziękuję :) Agencja ma swoje filie wszędzie, w każdym mieście i miasteczku i wciąż kwitnie.
  • pasja tydzień temu
    Zakręcone sytuacje które tak naprawdę mogą się zdarzyć w rzeczywistości. Tylko pewnie inna reakcja by nastąpiła. Tutaj widzimy, że poszkodowani zachowują spokój i w pewnym stopniu dają zgodę na pewne procedury. Jednym słowem ogólny galimatias. Pewne nazwy instytucji mogłyby znaleźć się na dzisiejszych. Janusz ofiara losu w ciszy pielegnuje swoją nienawiść do kolegów nie reagując na zdarzenie poszukuje winnych i na tym się kończy. Bezsensowna bezsilność. Poruszasz ważny problem nękania osadzonego na kanwie śmieszności, ale czy tak nie jest?
    Ciekawa samooocena za referat - też tak mamy jak podejmiemy pochopnie decyzje i dobrze by było przed, ocenić obiektywnie czy aby dobre? Dlatego takie absurdy nie są wcale wesołe, wręcz przeciwnie należy otworzyć szeroko oczy i zobaczyć czy obok nie ma takowych.
    Pozdrawiam
  • Bajkopisarz tydzień temu
    Dzięki! Ktoś kiedyś czytając BS skomentował losy Janusza słowami "No, ale co może ten biedny człowiek? No nic"
    Pod skorupą szydery jest właśnie dramat takich ludzi jak Janusz. Trzecie dno. Ale nie zdarzę więcej, bo spalę zakończenie ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania