Kenshi - 3 - Uśmiech Losu

Po krótkim odpoczynku wstałem i ruszyłem dalej na północny wschód. Teraz mogłem biec tylko naprzód. Początek mojej wyprawy, był daleki od przyjemnego, ale nadal żyłem, mimo że zostałem porzucony przez królową.

Nie wiedząc czemu, biegło mi się… lżej?

Tak, wszystko wydawało się lżejsze, teraz kiedy zrozumiałem, że nie mogę się cofnąć. Pewnie w pewien sposób uwolniłem swojego ducha, od ciężaru jakim było moje przywiązanie do Roju.

Niestety, otaczający mnie, brutalny świat, widocznie zdecydował że nawet lekki bieg przez las, nie może być przyjemnym doświadczeniem. Naraz z boku wybiegł na mnie bełkoczący człowiek noszący na sobie potargane szmaty.

- UGABUGA! DUUUDAHE! EHHHHEEEE! – zawył niezrozumiale.

- Co mówisz? – zapytałem zdezorientowany.

Była to widocznie nie satysfakcjonująca odpowiedź, bo człowiek naraz zamachnął się na mnie pałką, a z krzewów wybiegła cała banda równie mocno bełkoczących ludzi.

Nie mając najmniejszych szans by ich pokonać i pamiętając ostrzeżenia dotyczące kanibali zacząłem biec.

„Tak właściwie… jeśli człowiek zje przedstawiciela roju, czy można nazwać to kanibalizmem?” Zapytałem samego siebie, uciekając przed ścigającą mnie hordą.

Na szczęście, trening w postaci biegu na północ z ostatnich dni, widocznie się opłacił i bez większego wysiłku zacząłem się powoli oddalać od oszalałych ludzi.

Kiedy byłem wystarczająco daleko, schyliłem się i zacząłem się przekradać przez las. Banda która mnie goniła, przebiegła obok – dobrze, nie zauważyli mnie, ale nie chcąc zwracać uwagi, nie odważyłem się wyprostować, głównie dlatego bo z przodu dochodził mnie coraz głośniejszy odgłos krzyków, jęków i bulgotu wielu gardeł. Kiedy zbliżyłem się wystarczająco, zaciekawiony wystawiłem głowę z krzaków i skamieniałem.

Jakiś trzydziestu… może nawet pięćdziesięciu ludzi, kręciło się w kółko, krzycząc, jęcząc i bulgocząc, wbiegając i zbiegając z pobliskiego wzgórza. Większość z nich była wychudzona, a mimo to biegali z dużą prędkością, nie zważając na cokolwiek co się z nimi działo.

Zastanawiałem się czy las w którym się znajduje, nie jest podobny do pobliskiego morza mgieł. Czy nie jest to miejsce które sprowadza szaleństwo? W tamtym przypadku, był tam rój mgły, albo Mglaki, jak to określił je tamten farmer. Więc jak nazwać tych ludzi? Skrzeczący bandyci? Czy w ich ciała też weszły demony? Nie byłem w stanie odpowiedzieć.

Ruszyłem dalej, przemykając obok szaleńców, musiałem iść dalej.

Wkrótce wspiąłem się na wzgórze, a to co ujrzałem, wywołało we mnie większy szok, niż ta horda skrzeczących bandytów. Były to podtopione, szare ziemie, pełne wysokich metalowych budowli i obalonych, roztopionych zwałów metalu.

Nie miałem zielonego pojęcia na co patrzę. Może mój wzrok mnie zawodzi?

Nie.

To było prawdziwe.

W najmroczniejszych snach nie wyobrażałem sobie takiego widoku. Stalowe pobojowisko, zalane zimną wodą. Kiedy się zbliżyłem, zastanawiałem się, czemu jest tu tak mało zieleni, lecz wkrótce zrozumiałem. Ponieważ nie kroczyłem po ziemi… lecz po rdzy i kawałkach metalu.

Było to martwe, rdzawe bagno, wypełnione ruinami sprzed wieków.

Zastanawiałem się, cóż to może się kryć w takim miejscu i raz jeszcze, otaczający mnie świat radośnie podał odpowiedź.

Nad mą głową przeleciał nagle stalowy obiekt, przerażony przypadłe do ziemi, oczekując odgłosu uderzenia, lecz ten nie nastąpił. Uniosłem głowę. Stalowa maszyna unosiła się bezdźwięcznie w powietrzu i krążyła wokół zardzewiałej ruiny, co chwilę podlatując i próbując ją naprawić. Nie miałem pojęcia, jak prastara musi być ta maszyna, ale widocznie trwała tu od setek lat, może nawet tysiącleci, próbując uratować to czego nie da się uratować.

W dole, bagna przemierzali czteronożni kuzyni latającej maszyny. Stalowe pająki. Cholernie niebezpieczne, jeśli za bardzo się zbliżysz, ale z zasady neutralne.

Odetchnąłem.

To była najszybsza droga do celu. Musiałem przebyć to pobojowisko i dostać się na drugą stronę.

Nie mam szans w walce z pająkami, ale tak długo jak pozostanę niezauważony, nie powinny pojawić się żadne problemy. Przemierzałem więc martwe pustkowia, unikając poruszających się maszyn, jak i tych, które zamarły, martwe w stalowej ziemi.

Kilkukrotnie przewróciłem się na ziemie, porażony strachem – ale kto by się nie przeraził, gdyby nagle się zorientował że pobliski nieruchomy kamień, tak naprawdę był antyczną maszyną która wskazuje na niego pancernymi szczypcami? Zastanawiałem się, czy chociaż raz uśmiechnie się do mnie szczęście.

Jakież było moje zaskoczenie – kiedy faktycznie się uśmiechnęło.

Na mojej trasie zauważyłem dużą wieżę – nie naruszoną na dodatek. Pamiętając jak mało mam pieniędzy, ruszyłem w jej kierunku, szansa zdobycia jakiś dóbr byłaby mile widziana. Obawiałem się jednak, że takie miejsce będzie najpewniej strzeżone przez jakąś antyczną i bardzo niebezpieczną maszynę.

Jakież było moje zaskoczenie kiedy powitał mnie stojący przed wieżą szkielet.

- Witaj poszukiwaczu przygód! – Zawołał mechanicznym głosem.

- Skąd wiesz, że jestem poszukiwaczem przygód? – Zapytałem zdezorientowany.

Robot wydał odgłos, który pewnie powinien być chichotem, ale że szkielety mają blachę zamiast twarzy, nie byłem w stanie odgadnąć co chodzi po głowie.

- Żaden padlinożerca by tu nie przybył (padlinożerca odnosi się tu do „hieny cmentarnej” osoby zbierającej resztki), zbyt niebezpiecznie, żadna frakcja nie ma tu wpływów, więc pozostają poszukiwacze przygód. Tylko oni byliby na tyle szaleni by tu przybyć. A właśnie! Jestem Burn, witam na Ziemiach Powodzi.

- Ziemie Powodzi? Więc tak się nazywają – zamruczałem. – Co możesz mi o nich powiedzieć. O tych terenach?

- Niewiele więcej niż to co widzisz. To pobojowisko z dawnej epoki. Maszyny krążą tu bez celu, strzegąc tego co już zamieniło się w proch – odpowiedział. – Ale jest cicho, więc zdecydowałem się tu zestarzeć.

- Zestarzeć? Czy maszyny mogą się starzeć?

- Fakt, różnimy się od żywych, jak ludzie, sheki, czy tacy jak ty, roju… ale nie jesteśmy nietykalni przez czas – oznajmił. – Nasze części rdzewieją, a czasem nawet, wyłączamy się bez ostrzeżenia, od tak. Sam jestem już stary i mój czas jest już chyba bliski.

- Ale byłeś poszukiwaczem przygód?

- Och tak! Zwiedziłem sporo świata, ale było to lata temu, pewnie sporo się zmieniło w tym czasie. Ech… był to miły czas.

Nie byłem do końca pewien, ale maszyna mówiła tak, jakby była… smutna?

- Nie tęsknisz za podróżowaniem?

- Tęsknię – przyznał Burn. – Ale teraz też nie jest źle, szczególnie kiedy od czasu do czasu pojawiają się tacy poszukiwacze przygód, jak Ty. Miło od czasu do czasu z kimś porozmawiać.

- Sam, chętnie był porozmawiał, szczególnie skoro jesteś weteranem! Jestem pewien że mógłbyś mnie wiele nauczyć.

Burn zadrgał, widocznie podekscytowany.

- Tak, tak! Czemu nie. Mogę cię sporo nauczyć o przetrwaniu na pustkowiach. Masz może dwa wolne miesiące? Tyle powinno wystarczyć.

Spojrzałem na niego krytycznie. Nie żebym nie miał wolnego czasu, ale rozejrzałem się dookoła.

- Dwa miesiące to za dużo, a ja mam ograniczone zapasy żywności – nagle, nie wiedząc czemu wypaliłem. – Czemu by nie pójść ze mną i uczyć mnie po drodze?

Burn zadrgał widocznie zaskoczony.

- Pójść z tobą? Wziął byś Szkieleta do swojej drużyny?

- Czemu nie? Pustkowia są niebezpieczne. Ja potrzebuje mentora, a Ty marnujesz się na tym stalowym bagnie. Powiedziałeś że tęsknisz za podróżowaniem. Czemu więc by nie ruszyć raz jeszcze na przygodę?

Burn zastanawiał się przez chwilę.

- Właściwie… masz racę, czemu nie? Chętnie do ciebie dołączę, ale jakie jest twe imię?

Zamrugałem oczami. Właśnie. W roju nie posiadasz imienia, jesteś częścią całości.

- Nie posiadam go. Niedawno zostałem wygnany z mojej wioski i teraz poszukuję nowego celu w życiu.

- Oh… - szkielet westchnął, widocznie zaskoczony. – Jesteś wygnańcem bez imienia? Hym… Co powiesz na Exodus?

- Co?

- Imię: Exodus… oznacza to „Wyjście”. Powinno do ciebie pasować.

Zamyśliłem się. Właściwie, postanowiłem że zacznę od nowa, więc imię było by dobrym początkiem.

- Exodus… - posmakowałem moje nowe imię w ustach. – Dobrze. To będzie moje nowe imię. Exodus.

Burn zachichotał.

- No! To się nazywa duch, partnerze! Zbierzmy co się da z mojej wieży i ruszajmy dalej. HA! Pomyśleć że jeszcze raz wyruszę na przygodę i to po tylu latach!

Trudno było opisać czego nie znalazłem w wierzy Burna… no jedzenie nie znalazłem, ale to mało istotne. Ilość wszelkich dóbr, starych części i elementów o bardzo wysokiej wartości była imponująca. Kiedy to sprzedamy, będziemy prawdziwie bogaci. W jednej z szafek udało się znaleźć nawet całkiem sporo broni wysokiej jakości i zestawów naprawczych – odpowiedników bandaży dla szkieletów.

Obładowani cennym sprzętem i z bronią w dłoni, ruszyliśmy dalej na północny wschód. Burn prowadził, znał te rdzawe bagna jak własną kieszeń i dobrze wiedział jak wyminąć antyczne maszyny. Co chwila dowcipkował o tym, że mimo że jak one, jest maszyną, nie rozpoznają go jako sojusznika, a wroga. Trudno mi było to skomentować, większość jego dowcipów przelatywała niezauważona.

Bez twarzy bardzo trudno odgadnąć kiedy kto żartuje.

Gdy tylko wyszliśmy poza zasięg bagien zacząłem się martwić. Byliśmy obładowani naprawdę cennym sprzętem. Jeśli by nas ktoś teraz zaatakował, bylibyśmy zmuszeni porzucić wszystko i biec próbując ratować swoje życia. Ile bym dał za miejsce gdzie mógłbym to sprzedać.

Raz jeszcze – los uśmiechnął się do mnie serdecznie.

Na naszej drodze stał samotny budynek, a przy nim stali odziani w czerń ludzie.

- Czego tu szukacie?! – Zagrzmiał pierwszy patrząc na mnie groźnie.

- Schronienia, miejsca by handlować… co to za miejsce?

- Nie mogę wam powiedzieć dokładnie… ale wiedzcie że jesteśmy wrogami świętej nacji.

- A Ty, kim jesteś jeśli można wiedzieć?

- Jestem ex-łowcą kanibali. Polowałem na nich przez całe życie, upewniając się by nie rozlali się jak zaraza na resztę znanego świata. Wiem jak chodzą, jak oddychają, jak mówią i jak wyglądają.

Pamiętając moje ostatnie spotkanie z kanibalami nie wiedziałem do końca o co mu chodzi. Byli groźni, ale byli też dalecy od realnego zagrożenia, przykładowo – dla mojej wioski. Spojrzałem na budynek.

- Jest ktoś w środku?

- Uciekinierzy ze świętej nacji i włóczędzy – odpowiedział. – Prosiłbym więc by twój stalowy przyjaciel nie wchodził do środka. Może są już poza zasięgiem boga Okrana, ale nadal nie lubią nie-ludzi, a szkieletów to znacząco.

Spojrzałem na Burna, ale ten uniósł ręce, widocznie nie wzruszony.

- Nie ma problemu – spojrzał na mnie uspokajająco. – Jestem do tego przyzwyczajony.

Zastanowiłem się co robić dalej. Los się do mnie uśmiechnął i dał widoczną szansę, ale na co?

 

*WASZA DECYZJA

A) Kontynuujemy naszą podróż na wschód by obejść świętą nację

B) Próbujemy dołączyć do łowców kanibali i pozostajemy więc na północy

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pkropka 3 miesiące temu
    Burn <3
    Głosuję na A
    Swoją drogą szybko poszło z kanibalami.
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    Jakimi kanibalami?
    Jeszcze ich nie spotkaliśmy
    z wyjątkiem tej małej bandy na południu

    ale nie - jesteśmy na granicach terytoriów kanibali - a jeszcze wiele niebezpieczeństw na drodze
  • pkropka 3 miesiące temu
    O, to ja myślałam, że ta mała grupka to wszystko. Mea culpa.
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    pkropka
    Kanibale to na dalekiej północy mają...
    państwo..?
    Sam nie wiem
    W prywatnych rozgrywkach nigdy nie wędrowałem tak daleko na północ
    Trzymałem się południa - ale tam są łowcy niewolników - więc też fajnie
  • Pontàrú 3 miesiące temu
    Najpierw ostrzeżenie. Miało być 3 za ten odcinek ale coś mnie powstrzymało i kazało cię tylko napomnieć. Moim zdaniem styl znacząco spadł a i do edycji tekstu można się przyczepić. Mowa tu o częstych powtórzeniach zwłaszcza na początku, oraz o pisaniu, moim zdaniem, bez ponownego przeczytania. Jak czyta się to od góry do dołu to pojawiają się zaburzenia stylistyczne. Czasami zły szyk, czasami możnaby użyć innego słowa. Mówię to, bo całość wygląda fajnie, zwłaszcza z tą możliwością wyboru fabuły, więc szkoda by było gdyby pracę psuły te niedociągnięcia. Może brutalnie ale trudno. Zobaczymy następnym razem.
    Głosuję na opcję A
  • krajew34 3 miesiące temu
    Zgadzam się z Pontaru, kapeluszniku. Masę powtórzeń blisko siebie (np. był, człowiek, mgły i tak dalej), niektóre zdania brzmią bardzo dziwnie jak na przykład to:
    "Banda która mnie goniła, przebiegła obok – dobrze, nie zauważyli mnie, ale nie chcąc zwracać uwagi, nie odważyłem się wyprostować, głównie dlatego bo z przodu dochodził mnie coraz głośniejszy odgłos krzyków, jęków i bulgotu wielu gardeł. "
    Całość fabularnie fajnie, ale błędy nawet dla takiej koziej dupy w edycji, jak ja, rzucają się w oczy. Tym razem takie 3+, ale dam 4.
  • krajew34 3 miesiące temu
    No i głosuje na B
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    Dzięki za komentarze
    Będę się bardziej starał - nadal - jest to dość improwizowany eksperyment...
    Eh
    A - 2
    B - 1
  • Nefer 3 miesiące temu
    Nie będę się czepiał takich czy innych literówek, zdarzają się każdemu, a nad stylem trzeba pracować. Na początek, przeczytać kilka razy tekst przed publikacją. Niepokoi mnie coś innego. Opowieść zaczyna przeradzać się w klasyczny schemat drogi: od przygody do przygody, od jednego pola na planszy do kolejnego. Tu zbierzemy trochę artefaktów, tutaj pokonamy takie czy inne potwory itp, itd. Wiem, że to eksperyment, ale przydałoby się trochę emocji bohatera, tajemnicy, intrygi. Zagłosuję więc na A, czyli wizytę u Świętej Nacji, jak sądzę. Myślę, że daje to więcej pola do popisu.
    Pozdrawiam
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    Dzięki za komentarz
    A-3
    B-1
  • TrzeciaRano 3 miesiące temu
    Pomysł fajny ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    wiem - kombinuję
    możliwe że projekt zostanie anulowany - cholera wie
    Wakacje są - pozwalam sobie na mały eksperyment

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania