Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kubas Adventure 1 i Kamień Filozoficzny

Opowiadanie dostępne również na blogu powieści:

https://kubasadventure.blogspot.com/

 

lub dla wygody pod linkiem:

https://drive.google.com/file/d/1VvDOqm2fpNAFKfNFYN_F-jIFLn7robOo/view

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Start!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Cześć. Z racji, że nie mam pracy i perspektyw na życie a za opowiadanie tej powieści podobno jest niezły pieniądz, możecie uznać, że będę jej narratorem. Nie zdradzę jednak imienia, bo chciałbym, żeby ktoś mnie jeszcze kiedyś gdzieś zatrudnił i nie kojarzył z tym zjebanym opowiadaniem.

 

Zjebanym?

 

Och tak warto wspomnieć, że w tym opowiadaniu pojawią się przekleństwa.

 

Pojawią?

 

Czyli wiem co będzie dalej? Znam przyszłość? A może autor podzielił się po prostu wymyśloną fabułą? Oznajmiam jedynie tyle, że faktycznie wiem więcej niż wy (chyba, że czytacie to po raz kolejny to możemy przybić sobie piątkę) ale poprosiłem autora by nie zdradzał mi za dużo, bo nie chciałem się zniechęcić. Wiem jedynie, że nie jest to normalna opowieść.

 

Jest pojebana.

 

Ale czego człowiek nie zrobi dla pieniędzy. Lepsze to niż dawanie pod latarnią. Wiem o czym mówię, bo do dzisiaj mnie boli. Dobrze, pora zarobić na chleb i wódkę.

 

***

 

Dawno, dawno temu a tak naprawdę to nie, w pewnym malutkim kraju stał sobie pałac. Nie przypominał on ładnego pałacu jaki widzimy przed każdym filmem Disneya, ale też miał kilka pięter i stromą wieżę a to chyba definiuje co uznajemy za pałac.

 

Że niby wieże też tak można opisać?

 

...

 

Spierdalaj.

 

A więc był sobie ten pałac i w nim mieszkała rodzina królewska. Nie znam historii tego państwa a tym bardziej rodu królewskiego, ale autor kazał mi tak to przedstawić więc robię swoje. Rodzina królewska (albo jak to mówił mój jeden kolega z klasy w podstawówce „chujewska") składała się z taty, mamy i dziecka. I to właśnie ten mały gnój będzie głównym bohaterem...

 

...co?

 

Skąd wiecie, że nie miałem kolegów?

 

I to właśnie ten mały gnój będzie głównym bohaterem tej powieści. Nazwali go Jacobos, ale mówili na niego Kubas. Na nazwisko mieli Potters.

 

POTTERS

 

P-O-T-T-E-R-S

 

Widzicie to „s" na końcu? No właśnie, nie Potter a Potters, więc nie ma tutaj mowy o ściąganiu majtek a co dopiero nazwisk innych bohaterów literackich.

 

Już od małego było wiadomo, że Kubas jest ślepy jak kret. Musiał więc nosić OLBRZYMIE, okrągłe okulary, które były tak duże, że wychodziły nawet za jego ryj. W sumie wyrósł na dość zwykłego dzieciaka, który, gdyby nie te charakterystyczne okulary, robiłby za NPC-ta a na pewno nie za głównego bohatera jakiegoś opowiadania. Cóż, na szczęście nie ma nigdzie napisane, że główny bohater musi być fajny. Jeżeli chciałbyś poczytać właśnie o takim to weź inną książkę do ręki.

 

A więc Kubas spędził dzieciństwo u boku rodziców, służby oraz jedynego przyjaciela jakiego miał, który był synem ich lokaja a na imię było mu Włodzimierz. Był rok starszy od Kubasa, wyższy a jego twarz miała kształt prostokąta. Również nosił okulary, ale nie tak duże jak główny bohater i nie okrągłe a prostokątne.

 

Tak. Jak jego ryj.

 

A poza tym był dość brzydki. Z daleka wyglądał jakby miał zespół downa. Chociaż kto wie, może miał zespół downa tylko był tak przystojny, że brało się go za normalnego chłopca?

 

Cała przygoda Kubasa rozpoczęła się, gdy miał 11 lat. Ja w tym wieku oglądałem bajki i grałem na komputerze, ale w pałacu, gdzie żył główny bohater w ogóle nie było elektroniki o Internecie już nie wspominając. Co w sumie miał do roboty? Nie miał wyboru, musiał przeżywać przygody. No i teraz mam dylemat.

 

Powinienem opisać jak to się stało, że Kubas u boku Włodka zaczął swoje perypetie, ale prawda jest taka, że początek jest strasznie nudny. Autor obiecał, że zmieni wstęp specjalnie dla tego wydania, ale okazało się, że tego nie zrobił. W takim razie po prostu go skrócę i przejdę do równie głupich przygód.

 

A więc.

 

BOOM!

 

Pewnego normalnego dnia pałac wyleciał w powietrze. Zwolennicy teorii spiskowych uznali, że ktoś podłożył bombę chociaż mi się wydaje, że to był wybuch gazu. Fakty są takie, że tata, mama oraz ich lokaj zginęli na miejscu. Tego dnia Kubas i jego sługa, tzn. przyjaciel Włodek bawili się na dachu, ale nie wiem co dokładnie robili. Możliwe, że grali na zachy w tazosy.

 

Co to tazosy? Kapsle.

 

Co to znaczy, że grali na zachy?

 

To znaczy, że przed rozgrywką złożyli wieczystą przysięgę o tym, że przegrana strona odda swoje kapsle. To prosta magia, ale Ci który złamali wiążącą obietnice „zachów" kończyli bardzo źle. Słyszałem, że któraś z wojen światowych rozpętała się, bo ktoś grał na zachy a nie dotrzymał obietnicy. Nie wolno walczyć z tak niebezpiecznymi zaklęciami. Nie można być ignorantem.

 

Nie można.

 

No więc Kubas i Włodek spędzali wolny czas na dachu właśnie wtedy, kiedy nastąpił wybuch. Eksplozja wyrzuciła ich wysoko w niebo. Nie słyszałem ich krzyków, bo nie stałem tak blisko, ale założę się, że piszczeli jak frajerzy, bo na takich wyglądali. Właściwie to „wyglądają" bo przeżyli wybuch. Wylądowali bowiem na miękkich, twardych gałęziach pobliskich drzew. Koło pałacu rósł las. Włodek przywalił mocno twarzą o jakiś konar jednak Kubas miał dużo mniej szczęścia. Wylądował bowiem kroczem na jednej z gałęzi.

 

„Ała!" Krzyknął Kubas, gdy spadł na gałąź. Jednakże prawda jest taka, że nie odczuł bólu. Bardzo go to zdziwiło. Spojrzał więc w dół a dokładnie to zajrzał do majtek.

 

Przeraził się i krzyknął.

 

„Jestem dziewczynką!?" Gałąź ułamała się i Kubas wylądował na ziemi, obok obolałego Włodka. Nie wiedział co myśleć o tym co zobaczył. Tam, gdzie powinno być męskie przyrodzenie była pustka, nicość, zero. Całe życie żył w przekonaniu, że jest chłopcem a okazało się, że jest DZIEWCZYNKĄ! To był dla niego taki sam szok jak dla mnie, gdy dowiedziałem się, że niewinne zabawy ze stryjkiem do których mnie namawiał podchodzą pod paragraf.

 

Mimo, że to Kubas teoretycznie był w lepszym stanie niż Włodek to ten drugi pierwszy odezwał japę.

 

„Kubas wszystko w porządku?" Wyrwało to Kubasa z osłupienia.

 

„Chyba tak. Nie wiem co się dzieje." Wstał po czym pomógł przyjacielowi. Ich piękne ubrania, które miały udawać królewskie ciuchy były całe rozerwane oraz brudne od spotkania z drzewami i ziemią. „Musimy wracać do pałacu i zobaczyć co z mamą i tatą! Za mną!" Dwaj młodzi przyjaciele ruszyli przez las.

 

***

 

Pomimo, że wybuch odrzucił ich bardzo daleko, nie spodziewali się, że podróż powrotna zajmie im kilka dni. Byli głodni, brudni, zmęczeni, brzydcy, głupi a na dodatek cuchnęli.

 

„Może poszliśmy nie w te stronę Kubas?" Zauważył Włodek.

 

„Sugerujesz, że nie wiem, którędy iść albo że źle widzę?"

 

„Nie no co ty." Włodek nie widział, że Kubas źle widział, bo sam źle widział. Ale o dziwo miał racje. Poszli w kompletnie inną stronę. Las stawał się coraz bardziej gesty i mroczny. Kiedy opadali z sił zobaczyli jak jakaś postać się do nich zbliża. Na początku uznali to za jakiegoś potwora, może duże zwierzę, bo było naprawdę wysokie i masywne. Dopiero z bliska okazało się, że to jakiś wielki gruby bezdomny. Pierwszy odezwał się Kubas.

 

„Masz pan coś do jedzenia?" Bezdomny popatrzył na niego jak na debila (którym zresztą był)

 

„No kurwa domyśl się." Podrapał się po głowie po czym dodał. „Chyba zabłądziliście albo uczycie się survivalu tylko wam nie wychodzi."

 

„Zabłądziliśmy i doskwiera nam głód i zimno." Mruknął Włodek.

 

„W takim razie zapraszam do siebie. Bardzo rzadko ktoś mnie odwiedza." Powiedział brudas po czym wziął bohaterów na ręce i ruszył dalej w las. Niósł ich dobre 15 minut po czym położył ich na ziemi. „No i jesteśmy." Chłopcy tzn. chłopak i dziewczyna rozejrzeli się wokół. Miejsce to nie różniło się niczym od tego w którym spotkali się z śmierdzielem.

 

„Ale dalej jesteśmy w lesie." Powiedział Kubas.

 

„Wiem, ale pierwsza część tej powieści jest tak krótka, że na siłę muszę przedłużać akcje."

 

„Aha. A gdzie właściwie się znajdujemy?"

 

„To jest przeklęty las. Mieszkam tutaj, bo jak pewnie zauważyliście, nie mam domu."

 

„Kim jesteś?"

 

„Nazywam się Hagrid, kiedyś byłem gajowym tego lasu a mieszkałem w pobliskim zakładzie, ale kiedy odkryli, że handluje mięsem magicznych zwierzątek to mnie wyrzucili i to bez odprawy. To było kilka lat temu. Od tamtej pory pomieszkuje ten niebezpieczny las."

 

„Jak to niebezpieczny?" Zapytał zaniepokojony, ale zdziwiony Kubas. „Przecież popylamy już kilka dni i nic nas nie zaatakowało."

 

„No mówiłem, że trochę handlowałem mięsem przez co wyginęło bardzo dużo rzadkich magicznych potworów. A resztę upolowałem i zjadłem, odkąd tutaj zamieszkałem. Zostały mi już tylko centaury, które czepiają się, że nie są zwierzyną tylko dumną rasą. Rozumiecie? Pierdolone konie nie są zwierzyną. Nie ze mną te numery."

 

„A jak można się stąd wydostać?"

 

„Cóż znam drogę do zakładu, mogę wam ją wskazać."

 

„Było by super." Kubas skupił się na tym, żeby wydostać się z niegdyś niebezpiecznego lasu. Niechciał myśleć o tym, że rodzice wmawiali mu, że jest chłopcem a rzeczywistość okazała się inna. Włodek natomiast nie myślał o niczym. Razem z Hagridem, resztką sił kontynuowali podróż. Jeszcze tego samego dnia dotarli na skraj lasu. Zza drzew wyłonił się duży zamko-podobny budynek z olbrzymim napisem nad głównymi drzwiami „HOGWART". Kubas i Włodek pożegnali się z brudnym wielkoludem po czym ruszyli w stronę Hogwartu z nadzieją na ciepły posiłek lub chociaż resztki ze stołu.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hogwart i Kamień Filozoficzny

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przed bramą przywitał ich odźwierny i gdy tylko usłyszał ich historię, postanowił zaprowadzić ich do samego dyrektora. Idąc w stronę gabinetu, chłopcy, to znaczy bohaterowie...

 

...ja pierdolę.

 

WIEM, że Kubas nie jest chłopcem, ale do licha będę mówił „chłopcy" bo mi tak wygodniej.

 

A więc, idąc w stronę gabinetu dyrektora, chłopcy mijali mnóstwo obrazów, na których poruszały się postacie a tak naprawdę to nie. Cały budynek od środka sprawiał wrażenie starego i niezadbanego. Wszędobylskie pajęczyny, szczury, odpadający tynk oraz pourywane kable od niedoszłego monitoringu sprawiały, że...

 

... w sumie nic nie sprawiały, nie wiem po co to opisuje.

 

W końcu stanęli przed drzwiami dyrektora. Okazało się, że by stanęły otworem trzeba wypowiedzieć hasło. Odźwierny zastanowił się po czym powiedział. „Chuj, stary Twój." Po chwili drzwi stanęły otworem. Stary brodaty dyrektor ubrany w magiczną szatę (chociaż jestem prawie pewien, że to po prostu jedwabny szlafrok albo piżama) ledwo dźwignął się z fotela i przyjrzał się Kubasowi i Włodkowi. Odźwierny powtórzył historię, którą usłyszał od młodej dwójki. Dyrektor podrapał się po brodzie a potem po jajach po czym rzekł.

 

„Witam was w sierocińcu Hogwart. Nazywam się Dyrektor Bumbledore. Z tego co zrozumiałem nie macie już rodziców. Idealnie więc trafiliście. Zostaniecie tutaj, dopóki nie znajdą się chętni, żeby was kupić, tzn. przygarnąć."

 

„Musimy tutaj zostać?" Wymknęło się Kubasowi.

 

„Tak. Nie pozwolimy wam kręcić się poza zakładem, ponieważ niedaleko stąd rozciąga się zakazany las, a w nim mnóstwo niebezpiecznych potworów."

 

„Ale Hagrid wyrżnął już te potwory jakiś czas temu" Dodał Włodek.

 

„Znacie Hagrida? To on jeszcze żyje?" Zapytał zaskoczony starzec.

 

„Tak, spotkaliśmy go w lesie. Przyprowadził nas tutaj." Gdy chłopcy wyjaśnili, że Hagrid żyje, dyrektor zmartwił się i zmarszczył brwi.

 

„Wyrzuciliśmy Hagrida nie tylko dlatego, że przerabiał pegazy na kotlety mielone, ale również za to, że zbyt bardzo zaprzyjaźniał się z naszymi najmniejszymi mieszkańcami. Podobno niektórzy z nich skarżyli się, że dotykał ich w dziwne miejsca"

 

„Do nas się nie dobierał." Powiedział Kubas z ulgą, ale Włodek po chwili namysłu dodał.

 

„W sumie jak polazłeś strzelić klocka za krzaki to zapytał się mnie czy nie chcę by pokazał mi swojego potwora. Teraz ma to sens."

 

„Ale dość już o tym grubasie." Zakończył temat dziad w piżamie. „Odźwierny odprowadzi was do waszego nowego pokoju." I tak też się stało. Pokój przypominał celę więzienną i śmierdziało żydami. Kubas i Włodek zajęli łóżka i pierwszy raz od kilku dni, mogli chwilkę odpocząć. Ktoś z służby pokazał im, gdzie są prysznice więc chłopcy skorzystali z nich, żeby się umyć (niestety o ciepłej wodzie nie było co marzyć) a po powrocie do pokoju otrzymali nowe ubrania, które z tego co wiem, sierociniec podpierdalał z kontenerów pomocy dla powodzian.

 

Kubas od teraz ubrany będzie w białe spodnie oraz o rozmiar za dużą szarą bluzę z kapturem na której środku jest białe koło z czarną literką 'A". Włodek natomiast dostał fioletowe sztruksowe spodnie, które cisną go w kroczu oraz żółtą koszulkę z krótkim rękawem z napisem chiquita i narysowanym bananem. Nowe ubrania, nowy start. Tak przynajmniej myślał Kubas, gdy nie płakał o tym, że jest dziewczynką. Chwilę po tym jak się przebrali, do pokoju wszedł chłopak najprawdopodobniej w ich wieku. Miał czarne spodnie od dresu oraz biała koszulkę bez rękawów. Miał krótkie czarne włosy, troszkę ciemniejszą karnację a po bokach zwisały mu krótkie żydowskie pejsy.

 

Pamiętacie, jak wspomniałem, że jebało tutaj żydem? Teraz wyjaśniło się, dlaczego. Gdy tylko zobaczył nowych mieszkańców, oznajmił, że skoro są nowi to muszą się go słuchać, bo inaczej nie będą mieć tutaj życia. Kubas i Włodek byli zbyt zmęczeni by się z nim kłócić. Poprosili o pozwolenie o sen i litościwie dostali je. Ułożyli się wiec na dziurawych materacach bez prześcieradła, poduszek czy kołdry i zasnęli jak susły. Żydek miał na imię Konrad.

 

***

 

Kilka następnych dni Konrad wyjaśniał Kubasowi i Włodkowi jak wygląda życie w sierocińcu Hogwart. Nasi bohaterowie byli nowi więc musieli usługiwać nie tylko Konradowi, ale i kolegom z innych pokoi. Często dostawali po mordzie a do tego musieli oddawać swoje jedzenie i kieszonkowe. To ostatnie akurat było najtrudniejsze, bo nie dostawali żadnych pieniędzy. Nie pozwalano im na wychodzenie ze szkoły i jak się okazało nie chodziło o zapewnienie im bezpieczeństwa jak mówił dyrektor Bumbledore tylko o to, że każde obecne tutaj dziecko było wystawiane na aukcje internetową i sprzedawane ludziom, którzy nie mogli dorobić się bachora. Podobno dyrektor zbił na tym interesie niemały majątek.

 

„A tak właściwie to, dlaczego nikt stąd jeszcze nie spierdolił?" Zapytał Kubas który chwilę wcześniej dostał po mordzie za to, że się krzywo spojrzał (to akurat często się zdarzało głównie dlatego, że miał krzywy ryj)

 

„Ponieważ w przeciwieństwie do większości opiekunów, dyrektor naprawdę jest czarodziejem i zna zaklęcia torturujące." Odpowiedział mu Konrad dłubiąc w nosie.

 

„Serio? Myślałem, że po prostu chodzi w piżamie." Kubas słyszał o magii od rodziców, gdy czytali mu bajki o czarodziejach. W tych bajkach faktycznie wyglądali jak dziady z w piżamach, ale żaden z nich nie prowadził nielegalnego handlu dziećmi (ale może dokładnie nie słuchał). Szybko zasypiał, bo nie przepadał za pierdoleniem matki, mimo że ją kochał. Te jakże ciekawe rozmyślanie przerwało pukanie do drzwi. Jeden z opiekunów miał do nich sprawę i wlazł bez pytania ignorując prawo do prywatności. Ogólnie dzieci miały tutaj mało praw.

 

Żartowałem, w ogóle ich nie miały.

 

„Słuchajcie. Dzisiaj wasz szczęśliwy dzień. Dyrektor zezwala waszej trójce na wyjście na dwór."

 

„Naprawdę!?" Kubas zerwał się ze swojego miejsca. „A więc ma w sobie jednak ludzkie uczucia."

 

Konrad nie ucieszył się a jedynie zdziwił. Był tutaj już na tyle długo, że wiedział, iż takie eventy nie kończą się dobrze. Włodek jak to miał w zwyczaju nie myślał w ogóle. Razem z opiekunem wyszli z zakładu. Pierwszy raz od kilku dni (a Konrad od nie wiadomo ilu) więc bohaterowie ucieszyli się na widok słońca. A raczej ucieszyli by się, gdyby akurat nie było zachmurzenia. Cała trójka została zaprowadzona na tyły szkoły skąd było widać okna do samego gabinetu dyrektora.

 

„Co tak jebie?" Konrad zatkał nos i spojrzał na Włodka, bo on zazwyczaj puszczał gazy no i sam śmierdział. Jednak nie ten smrodek poczuli żydek i reszta. Była to góra śmieci rozrzuconych pod gabinetem dyrektora.

 

„Macie to posprzątać do wieczora." Oznajmił im opiekun po czym oddalił się na odległość, z której smród mu nie przeszkadzał, usiadł sobie nie wiadomo na czym i pilnował trojkę gówniarzy. Chłopcy zabrali się do sprzątania. Nie dostali żadnego sprzętu wiec zbierali śmieci gołymi rękoma, ale wyglądali nawet na szczęśliwych, szczególnie Włodek"

 

„To musi być sprawka Śmieciożerców." Konrad zrobił sobie chwilę przerwy.

 

„Śmieciożerców?"

 

„Tak. To podobno jakiś tajny klub z naszej szkoły. Od jakiegoś czasu podrzucają śmieci pod okno dyrektora albo do jego auta."

 

„Ale po jaki grzyb?"

 

„Nie mam zielonego pojęcia" Konrad musiał wracać do sprzątania, bo opiekun zaczął drzeć do nich ryja. Kilka godzin później już przy końcu pracy, która tak naprawdę polegała na tym, żeby wyrzucić wszystkie te śmieci z dala od okna Bumbledora, uwagę Włodka przykuło pewne świecidełko, które wypatrzył wśród śmieci. Podniósł to i zaczął badać. Było to małe pudełeczko, oczywiście puste.

 

„Co tam trzymasz?" Kubas podszedł do Włodka i też zaczął się lampić na pudełko.

 

„To pudełko po czekoladowej żabie" Wykazał się wiedzą Konrad. „To popularne słodycze w tych stronach. Żaba z czekolady jest tak stworzona, że kiedy się rozpuszcza to wygląda jakby się poruszała i żyła."

 

„Chciałbym spróbować" Zasmucił się Włodek i zaczął wylizywać środek pudełka.

 

„Jebać froga. Tu chodzi o karty największych bohaterów ziemi a nie o jakieś głupie żaby." Dodał Żydek. „Kiedyś miałem kilka kart np. Super Banana, Oll-Majtka czy nawet rzadką kartę Seby jednej Wjeby." Konrad stracił swoją kolekcje, gdy starszy uczeń chciał go zgwałcić pod prysznicem. Obiecał mu, że jak go nie tknie to dostanie jego kolekcje (czyli aż 3 karty). Po ciężkiej pracy mogli wrócić do pokoju. Smród przestał im przeszkadzać więc zrezygnowali z prysznica przed snem. Leżąc w nocy w łóżku, Kubas wyjątkowo nie rozmyślał nad swoją płcią a o tym jak kiedyś było mu dobrze a teraz jest mu źle. Chciałby zobaczyć co jest dalej, za Hogwartem, za lasem.

 

„Hej tak sobie myślę Konrad"

 

„Pozwoliłem ci się do mnie odezwać okularniku?"

 

„Skoro klub Śmieciożerców złożony jest z dzieciaków z bidula i dali radę podrzucić te śmieci to musieli wyjść na zewnątrz prawda?" Konrad nie odpowiedział, bo udawał, że zasnął, ale Kubas wiedział, że jego rozumowanie jest dobre (a to rzadkość, bo przecież jest głupi). Chłopak wiedział, że jeżeli chce stąd prysnąć, musi ich odnaleźć.

 

***

 

Przez następne kilka dni Kubas przymilał się innym dzieciakom z Hogwartu. W ten sposób chciał zdobyć informacje o Śmieciożercach a być może nawet dołączyć w ich szeregi. Musiał uzbroić się w wytrwałość i cierpliwość bowiem przymilanie się w takim miejscu nie należało do najłatwiejszych. Oddawanie obiadu już nie wystarczało. Nie będziemy się rozpisywać co wyczyniał, bo autorowi nie chciało się wymyślać, ale pewnie dość przykre rzeczy. Wysiłek jednak opłacił się bowiem Kubasa, Włodka i Konrada starsi chłopcy zaprosili na nocną posiadówkę klubu Śmieciożerców w jednym z pokoi. Dzieciaki siedziały w ciemności, jedynym źródłem światła była świeca zapalona na środku pokoju. Bohaterowie zastanawiali się, dlaczego nikt nic nie mówi. Ciszę przerwało pierdnięcie Włodka.

 

„No kurwa!" Jeden z dzieciaków chciał zrobić awanturę, ale w tej samej chwili wysoka postać wpakowała się do pokoju. Był to jeden z opiekunów którego Kubas poznał już wcześniej. Jeśli dobrze pamiętał to nazywał się Snejp. Wyglądał, jak dorosły, który nie zrozumiał tego, że nie jest już nastolatkiem i fryzura na emo już nie jest w modzie a poza tym przypominał ćpuna. Gdy tylko wbił do pokoju, rozejrzał się i gniewnie powiedział.

 

„Czemu nie macie szat? Zawsze wam powtarzam, że to nie jest pierdolony klub młodzieżowy tylko prawdziwa sekta! Jak ktoś ma nas traktować poważnie, jeżeli nie macie szat! I co tutaj robią te downy?" Spojrzał na Kubasa i jego dwóch kolegów.

 

„To nowi członkowie Panie. Kazałeś zrekrutować nowych po tym jak kilku z naszych zostało zabitych przez duporożce"

 

„Duporożce?" Po cichu Kubas zapytał jednego z Śmieciożerców.

 

„To konie, które mają zamiast twarzy ludzką dupę. Wyrasta z niej twardy róg więc są niebezpieczne. To takie można powiedzieć downy wśród centaurów."

 

„Myślałem, że Hagrid dorwał wszystkie zwierzęta."

 

„Wszystkie oprócz duporożców. Niebezpiecznie jest do nich podejść no i śmierdzą na kilometr"

 

„Hagrid też kwiatkami nie pachniał."

 

„Cisza!" Snejp zwrócił uwagę po czym zaczął mówić. „Chciałbym pogratulować ostatniej akcji, ale musimy kuć żelazo, póki gorące. Słyszałem, że za dwa dni dyrektor Bumbledore gdzieś się wybiera. Wtedy uderzymy ze zdwojoną siłą. Tym razem nasz Pan będzie dumny i mnie wynagrodzi... tzn. nas." Snejp mówił w zwolnionym tempie jak zawsze, bo gdy był mały przedawkował LSD i czasami mózg nie synchronizował się z ustami. „Wyruszajmy! Musimy dzisiaj zebrać jeszcze więcej śmieci!" Po tych słowach dzieciaki ubrały czarne płaszcze i ruszyły za opiekunem na dwór. Kubas, Włodek i Konrad ruszyli za nimi. W drodze przez korytarz starali się dopytywać o co chodzi z tymi śmieciami, kim jest „Pan" i czemu Snejp nimi dowodzi.

 

***

 

„Macie szczęście, że zabraliśmy was ze sobą." Odpowiedział jeden z „sekciarzy". „Snejp był wychowankiem tego miejsca, ale nikt nie chciał go kupić, bo wygląda jak ćpun. Koniec końców został tutaj opiekunem i założył klub Śmieciożerców. Dzięki niemu możemy czasami wychodzić na dwór po nocy, bo Snejp ma klucz od drzwi wejściowych. W zamian za to musimy zbierać dla niego śmiecie i podrzucać je dyrektorowi, ale nie pytajcie dlaczego, bo nie wiemy" W końcu wydostali się ze Hogwartu i weszli do lasu. Zajęli się zbieraniem śmieci (co jak na „złą" sektę było dość pożyteczne). Kubas, Włodek i Konrad wykorzystali szansę i zbiegli do lasu.

 

„Pojawianie się was wyszło mi na dobre." Ucieszył się Konrad, gdy popierdalał po lesie.

 

„Nie ciesz się, bo nie mamy pojęcia, gdzie teraz biec."

 

„Im dalej od sierocińca tym lepiej." Bohaterowie biegli jeszcze jakiś czas aż nagle Kubas potknął się o coś czego nie zauważył, bo był ślepy jak kret no i była noc.

 

„Ała!" Okazuje się, że potknął się o jakieś ciało. „To przecież Hagrid. Hej pobudka!"

 

„Hej, Kubas. On chyba nie żyje." Zauważył Konrad. „Zobacz, ma rany na całym ciele."

 

„Jesteś pewien, że to nie ketchup? Czymś musiał przyprawiać te potwory, żeby mu nie zbrzydły."

 

„Tak, jestem pewien, bo tryska mu z dziury w głowie." W tym samym czasie Włodek zaczął marudzić pod nosem.

 

„Co jest Włodziu?" Zapytał Kubas nie przejmując się martwym brudasem u swoich stóp. Wtedy to zauważył, że Włodek krwawił z buzi i to całkiem obficie. „Włodek co jest!? Jesteś ranny!?"

 

„Nie, po prostu zobaczyłem żabę na ziemi i myślałem, że to ta czekoladowa i odgryzłem jej głowę. Ale nie smakuje jak czekolada."

 

„Skąd pomysł debilu, że zwykła żaba jest z czekolady?" Konrad złapał się za żydowski ryj.

 

„Była cała brązowa. Ale to chyba dlatego, że Hagridowi puściły zwieracze jak skonał, bo brzydko pachniała".

 

„Kolejny dowód na to, że wielkolud nie żyje."

 

PIEEEEEEEERD!

 

Nagle bohaterowie usłyszeli jeden, ale bardzo głośny pierd. Od razu spojrzeli na Włodka, ale okazało się, że to nie on. Nie tym razem.

 

„Ktoś się zesrał za drzewem." Włodek wskazał palcem kierunek. Jeżeli Włodek na czymś się znał to właśnie na gazach. We trójkę zdecydowali się zobaczyć kto strzelił kloca, ale nie spodziewali się tego co ujrzeli. Na małej polance, którą doskonale oświetlało światło księżyca leżało kolejne ciało. Było to ciało konia, ale nie do końca, gdyż zamiast ryja miało dupę. Słusznie stwierdzili, że był to przedstawiciel rasy duporożców i to martwy. Nad nim stała postać w czarnej szacie i kapturze. Nie było widać jej twarzy, ale ocierała usta z krwi.

 

„Albo ten ziomek wpierdolił żabę jak Włodziu albo zaczął pałaszować tego duporożce." Po tych słowach Kubasa, tajemnicza postać spojrzała się w ich stronę.

 

„No proszę, kogo tutaj przywiało." Odezwał się mroczny jegomość z chrypą i to taką w chuj. „Jesteście dzieciakami z Hogwartu prawda?"

 

„Zgadza się Panie, to moi nowi podwładni." Z mroku wyłonił się Snejp. „Przepraszam, że Cię niepokoją mój mistrzu."

 

„Dobrze, że mi powiedziałeś, bo inaczej zrobiłbym z nimi to samo co z tamtym bezdomnym."

 

„To on zabił Hagrida? Kto to jest?" Kubas starał zachować powagę, ale śmieszył go martwy duporożec, bo jak już wspomnieliśmy, miał dupę zamiast ryja.

 

Heh.

 

„Okażcie szacunek gówniarze. To mój i wasz Pan. Znakomity czarnoksiężnik zwany Vmordewolt. Już niedługo to on przejmie cały Hogwart."

 

„Już niedługo!?" Przerwał mu gniewnie Vmordewolt. „Twoje działania zajmują zbyt dużo czasu Snejp!"

 

„Ależ Panie..."

 

„...widzisz czym się stałem! Żeby żyć muszę pić krew duporożców a od ich krwi nabawiłem się nowotworu krtani i dlatego mam taką chrypę. Jak stracę głos to nie będę mógł używać zaklęć!"

 

„Mój Panie, za dwa dni Bumbledora nie będzie w zakładzie. Wtedy zrealizujemy nasz największy plan. Moi ludzie już zbierają śmieci."

 

„Nie zawiedź mnie Snejp." Po tych słowach czarnoksiężnik zniknął. Snejp natomiast złapał za uszy Kubasa i Włodka.

 

„Nie oddalajcie się od reszty. Wynocha!" Niestety cały plan w pizdu. Trójka chłopaków wróciła pod sierociniec, gdzie większość nocy pod okiem Snejpa musiała zbierać śmieci. Dopiero nad ranem mogli wrócić do pokojów wraz z resztą podopiecznych Hogwartu.

 

***

 

Następnego dnia Śmieciożercy nie musieli się zbierać, ponieważ zeszłej nocy zebrali wystarczającą ilość śmieci do ich chytrego planu. Kubas nie znał tych planów, ale zakładał, że mają coś wspólnego ze śmieciami. Tego dnia Kubas i Włodek zostali zaproszeni na swoje pierwsze lekcje latania, gdzie starsi koledzy zrzucali ich ze schodów z pierwszego piętra. Podczas tej edukacyjnej zabawy jeden ze starszych uczniów poprosił ich by zdobyli dla niego świerszczyka z kolekcji samego dyrektora Bumbledora. Uczniowie lubili nazywać jego prywatną biblioteczkę – działem ksiąg zakazanych. Kubas uznał, że chętnie zapunktuje u swoich „senpaiów" ale to następnego dnia, gdy dyrka nie będzie w szkole. Zapisał tego pobocznego questa w dzienniku misji po czym cały poobijany wrócił do swojego pokoju.

 

„Kubas co teraz? Mamy jakiś plan?" Oprócz otwarcia japy, Włodek masował swoje siniaki po lekcji latania.

 

„Gówno a nie plan parówo." Konrad zatracił wiarę w nowych kolegów i od rana znowu postanowił się rządzić. Kubas jednak nie miał ani siły, ani inteligencji by wymyślać nowy plan. Tego dnia zasnął dość wcześnie chociaż możliwe, że po prostu stracił przytomność po serii gazów Włodka. Okna nie dało się otworzyć przez kraty, które ktoś nieumiejętnie zainstalował.

 

***

 

Kubas został obudzony w środku nocy. Ktoś potrząsał nim, gdy spał a potem zaczął napierdalać butem o ryj. Od razu pomyślał, że Konrad znowu robi mu kocówę, ale gdy założył okulary nad swoim ryjem ujrzał samego dyrektora Bumbledora.

 

„Wstawaj i postaraj się nie obudzić nikogo." Główny bohater nawet nie musiał się przebierać, ponieważ spał w swoim jedynym ubraniu, zresztą jak każdy. Widocznie tylko dyrektor jest na tyle godny by chodzić w piżamie.

 

„Kurwa to szata a nie piżama!" Krzyknął wściekły na narratora.

 

„Nie mieliśmy być cicho?" Kubas był gotowy do...

 

...no do tego do czego miał być gotowy, zaraz się pewnie dowiemy. Bumbledore poprosił go by ten szedł za nim. Okazało się, że zaprowadził go poza szkołę i pod osłoną nocy, wyruszyli do zakazanego lasu. Znowu.

 

„Dyrektorze o chuj panu chodzi? Jeżeli chce mnie pan zgwałcić to mogliśmy pójść do łazienki."

 

„Zgwałcili to ciebie jak byłeś mały." Zripostował starzec. „Co prawda mam zamiar cię wykorzystać, ale nie tak jak myślisz." Kubas zaczął dopytywać czego stary pierdziel może chcieć od niewinnego chłopca w nocy w środku lasu. Bumbledore postanowił mówić, żeby gnój się od niego odpierdolił. „Słyszałeś kmiocie o czymś takim jak Kamień Filozoficzny?"

 

„Nie."

 

„To legendarny kamień nerkowy samego Sokratesa. Podobno posiada bardzo potężne magiczne właściwości. Legendy mówią, że kto go posiada, staje się wszechpotężny. Sokrates wysikał go chwilę przed swoim procesem i dlatego skończył, jak skończył."

 

„Nie, nie słyszałem o kamieniu ani tym bardziej o jakimś Sokratesie."

 

„Widzisz zakazany las kryje wiele tajemnic a jedną z nich jest tajemnicza jaskinia, która według legend skrywa ten kamień. Bardzo go pragnę i dlatego to właśnie tutaj postanowiłem wybudować Hogwart."

 

„To czemu dotychczas go nie zabrałeś?"

 

„Dowiesz się na miejscu." Kubasa mało obchodziły frazesy starego piernika, bo ciągle myślał o tym jakby stąd spierniczyć. Niechciał jednak zostawiać w sierocińcu swojego przyjaciela Włodka, postanowił więc słuchać próśb Bumbledora by powrócić cały do Hogwartu. Mniej więcej godzinę po tym jak opuścili zakład udało im się dojść do jaskini, która nie wyróżniała się kompletnie niczym.

 

„Mam tylko nadzieje, że Hagrid nie zrobił tutaj swojego legowiska." Po tych słowach Kubas stwierdził, że dyrektor nie wie, iż Hagrid gryzie glebę. Zastanowił się czy powiedzieć mu o Vmordewolcie, ale wtedy musiałby sprzedać też Snejpa i Śmieciożerców a wszyscy wiemy co się dzieje z konfidentami pierdolonymi. Oboje weszli w głąb jaskini i dość szybko doszli do jej końca.

 

„Ślepy zaułek." Stwierdził Kubas.

 

„Ślepy to ty jesteś. Daj rękę." Kubas posłusznie wystawił dłoń a Bumbledore ją ugryzł i to aż do krwi.

 

„Ała!" Krzyknął dzieciak, kiedy to kilka kropel jego krwi zbrukało ścianę jaskini. Wtedy do ściana magicznie osunęła się tworząc przejście dalej. „Tajemnicze przejście?" Powiedział Kubas trzymając się za ranę na dłoni.

 

„Zgadza się. Widzisz to przejście mogła odpieczętować jedynie królewska krew. Gdy odźwierny opowiadał mi skąd się wzięliście podobno wspomnieliście coś o zamku i o tym, że jeden z was jest królewskim dzieciakiem. Postanowiłem wczoraj to sprawdzić i znalazłem miejsce, z którego pochodzicie. Faktycznie stał tam jakiś zamek, więc postanowiłem cię tutaj przyprowadzić i sprawdzić czy nie kłamiecie. Jak widać nie kłamaliście. Świetnie! Tyle czekałem na to a teraz w końcu zdobędę kamień. Idziemy dalej." Ruszyli wprzód siebie. Bumbledore użył nawet jakiegoś zaklęcia by na jego magicznej gałązce pojawiło się światło więc podróż stała się trochę łatwiejsza. Wszędzie śmierdziało stęchlizną, ale Kubas był przyzwyczajony do smrodu, bo przebywał w towarzystwie Włodka już od małego. W końcu doszli do jakiegoś podziemnego jeziora, na którego środku znajdował się mały piedestał i na tyle miejsca by dało się obok niego stanąć.

 

„Kamień musi być na środku." Powiedział dziad.

 

„Wyczarujesz jakąś łódkę czy coś?"

 

„Mógłbym, ale nie mam już tyle many, bo straciłem na zaklęcie światła."

 

„To co mamy płynąć?" Chwile później zarówno dziad jak i Kubas kąpali się w cuchnącej wodzie. Po chwili mokrzy i zziębnięci byli już przy mały ołtarzyku na środku jeziora. Na ołtarzyku stała miska, która przypominała zlew, w którym był jakiś przezroczysty płyn. Na jego dnie leżał kamień. Gdy Bumbledore zanurzył rękę by chwycić wymarzony artefakt, kamień przeleciał mu przez palce. Nie mógł go chwycić w żaden sposób. „I co teraz?" Zapytał Kubas po czym zobaczył, że obok piedestału leżał mały kieliszek. Dyrektor pochylił się (pierdolneło mu coś w krzyżu) ale podniósł kielonek. Następnie oblizał mokre palce i poczuł smak wódki po czym spojrzał poważnym wzrokiem na Kubasa.

 

„Trzeba to wypić. Tylko w ten sposób dostaniemy się do kamienia." Starzec nabrał trochę wódki do kieliszka. „Posłuchaj mnie uważnie. Muszę to wypić do końca. Jeżeli nie będę już dawał rady, musisz we mnie wlewać na siłę tak żeby nie została nawet kropla, zrozumiałeś?

 

„Zrozumiałem."

 

„No to zdrowie." Bumbledore wypił pierwszy kieliszek i chwilę później upadł na kolana. „O kurwa, tego się nie spodziewałem."

 

„Co się stało?"

 

„Ta wódka to krupnik, skurwiele równie dobrze mogli tam nalać trucizny. Wiedzieli, jak obronić ten kamień, ale nie docenili mnie. Za młodu piłem z kumplami z Polski. Napełnij kieliszek i podaj. Lecimy dalej." Kubas pomagał dyrektorowi głównie z ciekawości czy da rade wyjebać tyle wódki bez popity. Po którymś kielichu Bumbledore zaczął się zataczać, rzygać i błagać by już w niego nie wlewać, ale Kubas wiedział, że musiał to robić. Bumbledore błagał o śmierć a dostawał wódkę. Gdyby tylko to nie był krupnik to dyrektor by miał wspaniałe wspomnienia. Kiedy zostało już mniej niż połowa Bumbledore zaczął skarżyć się, że boli go wątroba, ale Kubas nie słuchał tylko wlewał w niego alkohol. W końcu dziad zemdlał i zaczął się telepać. Po chwili drgawki ustały a Kubas sprawdził co się z nim stało. Stwierdził zgon. Najprawdopodobniej wątroba nie wytrzymała albo udusił się własnymi rzygami. Nie dowiemy się tego. Kubas pozostał sam. Magiczne światło powoli zaczęło zanikać niczym żywot dyrektora. Kubas nabrał wódkę do kieliszka po czym ją wylał gdzieś do jeziora.

 

„Aha to tak też można." Wylał resztę i kamień spoczął w jego ręku. Był wielkości piłeczki od tenisa i nie wyróżniał się niczym jedynie małym szczególikiem. Był na nim wyryty znak, coś w stylu błyskawicy. Kubas schował go do kieszeni po czym wskoczył do jeziora by skierować się do wyjścia, póki było jeszcze trochę światła. Uciekł z jaskini. W drodze do Hogwartu zastanawiał się czyby nie prysnąć, ale myśl o pozostawieniu Włodka łamała mu serce i zwieracze. Powrócił więc cichaczem do swojego pokoju.

 

***

 

Tym razem co innego obudziło Kubasa a było to jebnięcie w brzuch. Zapytał co się dzieje, ale dopiero gdy skręcił się z bólu.

 

„Co się dzieje!?" Kubas złapał oddech i zerwał się z łóżka. Dalej był trochę mokry od pływania w jeziorze a jego ubrania przesiały też smrodem. No chyba, że to on tak walił, nie ma to znaczenia w tej chwili.

 

„Gówno!" Kubas dostał z pięści w ryj i wylądował na podłodze. Okazało się, że to Konrad był taki miły by to zrobić.

 

„Co ty kurwa odwalasz!" Krzyknął Kubas łapiąc się za policzek.

 

„Nie wiem, gdzie byłeś w nocy, ale mnie i Włodzia odwiedzili jacyś starsi chłopcy, którym podobno obiecałeś jakieś playboye i nie dotrzymałeś umowy. Zgadnij na kim się wyżyli!" Faktycznie zarówno Konrad jak i skulony na swoim łóżku Włodek mieli obite ryje.

 

„Poczekaj wszystko wam opowiem!" Ale Konrad nie chciał słuchać, był wściekły i zaczął kopać leżącego Kubasa. Gdy ten turlał się na podłodze nie zwrócił uwagi na to, że cenny kamień wypadł mu z kieszeni. Kubas postanowił się bronić. Wstał i zamachnął się ręką by uderzyć Konrada. Trafił prosto w pejsy i teraz to żydek leżał na podłodze. Jednak to bardziej rozgniewało Konrada. Bez pomyślunku złapał za kamień, który znalazł się pod jego ręką i z całej siły przypierdolił nim w czoło Kubasa a dokładnie nad jego prawą brew. Kubas upadł ponownie i w miejscu uderzenia na czole pojawiła się czerwona blizna dokładnie taka sama jak była wyryta na kamieniu, czyli w kształcie błyskawicy.

 

„Kubas!" Krzyknął zmartwiony Włodek.

 

Kubas chwile leżał oszołomiony, dochodził do siebie minutę lub dwie. Ponownie stanął na nogi i wtedy Włodek i Konrad zobaczyli jego bliznę.

 

„Kurwa co Ty? Harry Potter?" Wyśmiał go żydek a po chwili zdziwił się reakcją Kubasa.

 

„Jak mnie nazwałeś ty kurwo!?" Kubas wydarł japę na cały głos i wtedy zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Blizna na jego czole zaczęła świecić jeszcze bardziej na czerwono a wokół chłopaka tzn. dziewczyny pojawiła się prawie niedostrzegalna aura złożona z czegoś w rodzaju mocy. Wzrok Kubasa przypominał wzrok dzikiej bestii, która miała zaraz rzucić się na ofiarę. Okularnik próbował jeszcze coś krzyknąć, ale z jego ust zaczęła się toczyć piana jakby miał wściekliznę. Na szyi i skroniach zaczęły pojawiać się żyły a twarz poczerwieniała mu prawie jak burak. Konrad i Włodek nie wiedzieli, że to niejedyne rzeczy jakie działy się Kubasowi. Prawda jest taka, że wszystkie jego mięśnie napięły się w skutek jego wściekłości. Tak, Kubas wyglądał jakby zebrał całą złość w sobie jaką kiedykolwiek posiadał i wypuścił ją z siebie w jednej chwili. „Grhghgha wrghaaa!!!" Nie wiem, czy próbował coś powiedzieć, ale jego ryki brzmiały bardziej jak ryk bestii.

 

„Kurwa matka wie, że ćpiesz!?" Powiedział przerażony Konrad cofając się krok do tyłu.

 

„Wragghhhhh!!!" Nagle Kubas rzucił się na Konrada i zaczął okładać go swoimi rękoma. Ruchy były tak szybkie, że Włodek ledwo je dostrzegał (może dlatego, że był ślepy, trudno rzec, ale ja też miałem trudność). Na ciele Konrada pojawiały się kolejne siniaki i rany. O obronie nie było mowy. Kubas okładał go jak worek treningowy od czasu do czasu rycząc dziwnymi okrzykami. Żydek stracił przytomność od uderzeń a Kubas chwilę później najprawdopodobniej z wyczerpania.

 

***

 

Kilka godzin później po raz trzeci ktoś budził Kubasa. Teraz był to Włodek, który strzelił mu z liścia w ryja.

 

„No kurwa!" Kubas zerwał się z podłogi. Dopiero teraz poczuł jak bardzo jest wyczerpany i obolały. „Czemu mnie bijesz debilu!"

 

„Wszyscy mogli to ja też chciałem spróbować, wybacz Kubas."

 

„Nic nie pamiętam. Wszystko mi się miesza. Zaczepki Konrada, moje wkurwienie, to, że obiłem mu ryj."

 

„Czyli w sumie pamiętasz wszystko." W tej samej chwili Kubas złapał się za głowę. „Nigdy nic takiego nie widziałem. Kiedy się wkurwiłeś wyglądałeś jakbyś wpadł w jakiś Szał Bojowy."

 

„Szał Bojowy?"

 

„Tak, odpaliłeś tryb wkurwienia po tym jak dostałeś tym kamieniem." Włodek podał Kubasowi Kamień Filozoficzny. Gdy Kubas go obejrzał zauważył, że nie miał już znaku błyskawicy. Był zwykłym kamieniem. Zauważył też trochę dalej, że rozjebany Konrad dalej leży, jak go zostawił.

 

„Długo byłem nieprzytomny?"

 

„Zdążyłem jedynie pójść strzelić klocka do kibla więc około trzech godzin." Kubas poprosił Włodka by pomógł mu wstać i dostać się na łózko. Przez chwilę zastanawiał się czy nie zawołać jakiejś pielęgniarki lub higienistki, ale szybko sobie przypomniał, że nie ma tutaj nikogo takiego. Postanowił więc odpocząć, nabrać sił oraz opowiedział Włodkowi o jego przygodach i końcu dyrektora Bumbledora. Po jakimś czasie zaczęli słyszeć z korytarza dźwięki kroków i biegania. Kubas dźwignął się i wyjrzał na korytarz. Okazało się, że Śmieciożercy w swoich szatach biegali po całej szkole i barykadowali drzwi w niektórych pokojach.

 

„Co się dzieje?" Kubas zapytał jednego z nich.

 

„Wprowadzamy nasz plan w życie, póki nie ma dyrektora. My zamykamy wszystkich uczniów, którzy nie należą do naszego klubu a reszta podrzuca śmieci do biura Bumbledora. To polecenie Snejpa." Dosłownie, kiedy padło imię opiekuna, on sam pojawił się na końcu korytarza. Widocznie wiedział, kiedy wypada pojawić się na scenie.

 

„Jesteś Kubas tak?" Poobijany chłopak machnął głową twierdząco. „Zapraszam za mną." Kubas posłusznie ruszył za Snejpem jak się okazuje, do biura dyrektora. „Chuj, stary twój." Hasło otworzyło wejście do pokoju. Wtedy to Kubas poczuł obrzydliwy smród, który wydzielały śmieci rozwalone po całym biurze. Oprócz tego, gdy tylko otworzyły się drzwi usłyszał jak z radia leci utwór Zenona Martyniuka pod tytułem „Przez twe oczy zielone". Weszli do środka zatykając nosy. Wtedy ujrzeli jak postać w czarnej szacie i kapturze, która stała za biurkiem samego dyrektora tańczyła do muzyki podśpiewując pod nosem tekst piosenki.

 

„Jak do tego doszło, nie wiem." Chrypiący, niski głos pokrywał się z czystym, boskim głosem Zenona.

 

„Panie?" Śpiew przerwał Snejp, równie zdziwiony tym co zobaczył jak Kubas. Mroczna postać zerwała się i wyłączyła radio zaskoczona obecnością przybyszów.

 

„Eee.. witajcie. Cieszę się, że przyprowadziłeś chłopaka."

 

„Ty jesteś Vmordewolt." Zauważył Kubas.

 

„Pan Vmordewolt!" poprawił go Snejp. „Szacunku mały gnojku."

 

„Zamknij drzwi Snejp, a ty siadaj." Pokazał na krzesło. „Jak myślisz, dlaczego straciłem tyle czasu na zbieraniu śmieci i podrzucanie je pod biuro, a teraz do biura tego starego pryka?"

 

„Nie wiem." Odpowiedział Kubas.

 

„Ponieważ bardzo dawno temu zgłosiłem się do niego, żeby uczył mnie zaklęć. Został jednym z moich dwóch mistrzów. Ale pewnego dnia wyrzucił mnie, bez wyjaśnień. Ale ja wiem, dlaczego. Przestraszył się, że jestem potężniejszy niż on. Od tamtej pory poprzysiągłem zemstę. Obiecałem sobie, że Bumbledore będzie cierpiał i długo myślałem, co go najbardziej zaboli. Odpowiedź była prosta."

 

„Kołek w dupie?" Chciał się popisać swoim pomysłem Kubas.

 

„Nie. Przejęcie Hogwartu i jego miejsca jako dyrektora. Od tylu lat zbieram śmieci a teraz moja zemsta dopełni się. Podrzuciłem tyle śmieci, że smród sprawi, iż sam zrezygnuje z pracy a ja zajmę jego miejsce. Buhahahaha!" W tym miejscu mamy złowieszczy śmiech. Mało co rozumiałem z tego co mówił, bo chrypiał jak starzec na łożu śmierci. Pożyczył bym mu swój Vocaler, ale szkoda mi było marnować.

 

„Ale przecież teraz to tobie będzie jebało w biurze!" Kubas zauważył słaby punkt planu Vmordewolta.

 

„Otóż nie." Czarnoksiężnik wyprostował się i sięgnął kaptura po to by odsłonić twarz. Był łysy, blady, miał wystające kości policzkowe i przede wszystkim nie miał nosa. „Nie mam nosa, smród mi nie straszny!"

 

„Plan doskonały." Dodał Snejp.

 

„Kurwa ziom wyglądasz jakbyś był po chemioterapii." Szczerze go ocenił Kubas.

 

„Bo jestem po chemioterapii i dlatego tak wyglądam. Mówiłem wcześniej, że mam nowotwór krtani przez picie krwi duporożców?" Złapał się za gardło „Ale warto było przechodzić przez to wszystko. Kiedy wróci i zobaczy a raczej poczuje ten smród, od razu zrezygnuje z funkcji dyrektora a ja przejmę władzę w Hogwarcie."

 

„Ale dyrektor..."

 

„... Ale!" Kubas chciał już powiedzieć o tym, że dyrektor wącha kwiatki jednak Vmordewolt przerwał mu. „Nie kazałem cię tutaj przyprowadzić po to by o tym opowiadać. Mam do ciebie inną sprawę. Odpowiedź mi. Czy masz Kamień Filozoficzny?" Kubas milczał. „Dobrze wiem, że dyrektor miał sposobność go zdobyć i to dzięki tobie."

 

„Skąd o tym wiesz." Zapytał Kubas.

 

„Jeszcze kilka godzin temu nie wiedziałem, że Bumbledore szukał kamienia ani że jest w zakazanym lesie. Ale dzięki temu poznałem wszystkie sekrety dyrektora" Chory na raka wskazał coś co wyglądało na umywalkę.

 

„Co to jest?" Kubas wstał z krzesła i podszedł do wskazanego obiektu. W środku była mętna woda razem z czymś co przypominało kożuchy z mleka. Na jego pytanie odpowiedział Snejp.

 

„To myślodsiewnia. Osobisty pamiętnik Bumbledora. To magiczny artefakt, który potrafi pokazać ci to co widział właściciel tego samego dnia, którego zwalił sobie konia do umywalki."

 

„O fuj! I ty zanurzałeś tutaj twarz?" Zapytał Vmordewolta, który cały czas myślał, że to naprawdę kożuchy z mleka. Jego dusza płakała na wieść o tym co przez przypadek zrobił, ale wiedział, że musi udawać twardego.

 

„Dzięki temu wiem, że jesteś królewskim dzieckiem i że dyrektor zabrał cię do jaskini z kamieniem. Mów, gdzie jest Bumbledore i co ważniejsze, gdzie jest kamień! Teraz i ja go pragnę! Z jego pomocą zapanuje nie tylko nad sierocińcem, ale i nad całym światem!"

 

„Ależ Panie, przecież obiecałeś, że gdy opanujemy Hogwart, to wykorzystamy dzieciaki do produkcji LSD?" Przypomniał opiekun Snejp.

 

„Ależ Ty jesteś krótkowzroczny Snejp. Świat nie kończy się na dragach." Vmordewolt wyjął różdżkę i strzelił zaklęciem zabijając Snejpa krzycząc „Abra Kadabra!" Snejp odleciał w ścianę po czym osunął się na podłogę bez życia.

 

„Co ty zrobiłeś! Przecież on był Ci wierny!" Krzyknął przerażony i zaskoczony Kubas.

 

„Tak, był lojalny, ale nie mógł nikomu zdradzić, że słucham disco-polo." Po tych słowach złol wycelował różdżkę w Kubasa a ten od razu podniósł obolałe ręce do góry. „Gadaj, gdzie jest kamień!" Kubas opuścił jedną rękę i zaczął macać kieszeń w spodniach. Kamień znajdował się w środku. „Daj kamienia!" Vmordewolt był coraz bardziej zdenerwowany. Młody chłop... dziewczyna domyślała się, że gdy tylko odda mu kamień to załatwi go jak Snejpa. Musi uciekać. Słusznie zauważył, że drzwi są za daleko, ale za to okno jest na wyciągnięcie ręki.

 

„A bierz se!" Kubas wyjął kamień i cisnął go pod drzwi. Czarnoksiężnik rzucił się by go podnieść a w tym samym czasie Kubas podbiegł do okna. Gdy już miał wyskakiwać przez okno i pokazać czego nauczył się na lekcjach latania, Vmordewolt strzelił zaklęciem, które jedynie musnęło Kubasa, gdyż trafiło troszkę obok rozwalając okno i kawałek ściany. Kubas ponownie podniósł ręce do góry, ale wiedział, że ma kłopoty.

 

„Żegnaj śmieciu! Abra..."

 

W chwili, gdy Vmordewolt machnął różdżką, otworzyły się za nim drzwi i uderzyły go mocno w potylicę. Czarnoksiężnik upadł na ziemie a jego różdżka wypadła mu z rąk. Do pokoju wbiegł Włodek i Konrad. Widocznie ten pierwszy zapamiętał hasło.

 

„Przepraszam, czy jest Kubas?" Zapytał grzecznie Włodek.

 

„Konrad! Masz pod nogami różdżkę! Złam ją natychmiast!" Konrad miał mało czasu by ogarnąć co się dzieje ale dzięki temu, że był żydem potrafił błyskawicznie wypatrzeć cenną rzecz, która nadawała by się do sprzedania. Od razu więc odnalazł wzrokiem różdżkę. Kubas poobijany stał przy dziurze w ścianie a na podłodze leżało dwóch nieprzytomnych ćpunów. Konrad zrobił to o co został poproszony i z całej siły nadepnął na różdżkę łamiąc ją na dwa. Przyszło mu to z trudem, bo sam był obity przez Kubasa.

 

„Och nie!" Krzyknął Vmordewolt, który przeczołgał się na koniec pokoju i podpierając się na fotelu dyrektora wstał na nogi. „Moja różdżka! Moja głowa!" Dopiero teraz złapał się za bolący tył głowy. „Zapłacicie za to!"

 

„Co się dzieje! I co tak ładnie pachnie?" Zapytał Włodek, bo nie był zbyt bystry.

 

„Nie przejmujcie się. Ten łysol bez nosa chciał przejąć władze nad szkołą, ale bez swojej różdżki jest tylko bladym pacjentem onkologii."

 

„Ale on trzyma Kamień Filozoficzny Kubas!" Zwrócił uwagę Włodziu.

 

„Który podobno wzmacnia zaklęcia a on nie rzuci żadnego bez swojej gałęzi." Dumny z siebie Kubas podszedł bliżej Vmorewolta. „I co teraz łysa pało?"

 

„To prawda, na razie nie użyje mocy kamienia (połyka go). Ale w ten sposób będę miał pewność, że na zawsze pozostanie we mnie."

 

„Skoro miałeś wgląd w wspomnienia Bumbledora to powinieneś wiedzieć, że ten kamień wyszczał jakiś dziad dawno temu. Jak mogłeś to zjeść. Fuj!"

 

„Zginiecie, ponieważ założyliście, że potrafię tylko czarować. Ale prawda jest taka, że mam kilka sztuczek w zanadrzu! Haa!" Pod koniec pierdzielenia, Vmordewolt wystawił ręce przed siebie i w mgnieniu oka wydłużyły się jak z gumy w stronę Konrada i Włodka. Szybko oplotły się wokół ich ciał i zaczęły ich zgniatać"

 

„Ahhhh" Krzyknął Włodek z bólu.

 

„Ohhhh" Krzyknął Konrad z bólu.

 

„Zostaw ich!" Kubas próbował poluzować wydłużone ręce przeciwnika, ale te ani drgnęły.

 

„Hahaha! Nic z tego. Najpierw pozbędę się ich a na końcu ciebie Harry!"

 

„Jestem Kubas."

 

„Sorry pomyliło mi się." A teraz słuchaj, jak jęczą z bólu! Ręce jeszcze bardziej zaczęły się zaciskać. Włodek i Konrad nie mieli dzisiaj lekko.

 

„Kubas! Musisz uciekać!" Powiedział resztką tchu Włodek po czym stracił przytomność. Jednak Kubas widząc to pomyślał, że Włodek został zgnieciony i zmarł.

 

„Włodek! Nieeee!" Krzyknął tak głośno, że aż musiałem zakryć uszy. Wokół Kubasa pojawiła się ta sama aura, która towarzyszyła mu podczas rozwalania żydka nie tak dawno temu. Znak na czole zaczął świecić a z ust zaczęła toczyć się piana. Kubas ponownie był w szale. W Szale Bojowym jak wcześniej nazwał to Włodek.

 

„Co jest!?" Łysy spojrzał na Kubasa z przerażaniem. Młody natomiast nie tracił czasu. Ruszył prędko i rzucił się na Vmordewolta. Ten chciał zasłonić się rękami, ale przywrócenie ich do normalnej długości zajęło mu za dużo czasu. Koniec końców został zasypany gradem bardzo mocnych ciosów. Blada twarz czarnoksiężnika była teraz cała fioletowa od siniaków i czerwona od krwi. Gdyby miał nos, to już by go nie miał. Brak jakiejkolwiek obrony sprawiło, że był wystawiony na każdy cios. Ataki Kubasa trwały kilkanaście sekund, ale to wystarczyło by Vmordewolt padł na ziemię bez ducha a podczas upadania wyrzygał jeszcze kamień oraz shake z duporożca. Kubas jeszcze chwilę stał nad jego ciałem i sprzedał mu kilka kopów po nerach. Kucnął obok ciała czarnoksiężnika i włożył obśliniony kamień filozoficzny do kieszeni. Po wszystkim zakręciło mu się w głowie i wypadł przez dziurę w ścianie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Szkoła podstawowa

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przez następne kilka dni Kubas ledwo mógł się ruszyć. Został zwolniony z większości zajęć byle dojść do siebie. Nie wiadomo jak pozostali opiekunowie wyjaśnili sobie śmierć Snejpa, Bumbledora oraz jakiegoś bladego żula bez nosa. Jasne było jednak jedno. To najprawdopodobniej koniec Hogwartu. Kadra opiekunów musiała coś wymyśleć by pozbyć się gówniarzy wiec dali wielkie zniżki na ich aukcjach internetowych. Sprzedawali też dzieci w pakietach np. po dwóch lub trzech w okazyjnych cenach. Tydzień po incydencie z Vmordewoltem, Kubas, Włodek i Konrad zostali kupieni przez małżeństwo z Warszawy – stolicy Polski. Chłopcy spakowali swoje rzeczy (czyli nic), pożegnali się z innymi kolegami (czyli z nikim) po czym wraz z nowymi rodzicami pojechali do swojego nowego mieszkania, gotowi by rozpocząć nowe życie.

 

„Wiesz Kubas nie miałem okazji ci powiedzieć, że nie jesteś takim frajerem na jakiego wyglądasz." Zaczął rozmowę Konrad, gdy jechali jeszcze samochodem do Warszawy. „Postanowiłem, że nie będę ci już dokuczał."

 

„Bo znowu by ci spuścił wpierdol." Zaśmiał się Włodek.

 

„Ryj!" Krzyknął obrażony żyd. Dzieciaki podczas podróży przez jakiś czas rozmawiały z nowymi opiekunami, ale rozmowa średnio się kleiła. Gdy mieli coś o sobie opowiedzieć, Włodek wspomniał o swojej umiejętności wypuszczania gazów na zawołanie. Kubas pochwalił się blizną na czole a żydek powiedział, że jest żydkiem. Kubas nie był gotowy by zdradzić obcym a nawet Włodkowi, że tak naprawdę nie jest chłopcem. Chwile po tym jak wjechali do warszawy, samochód stanął na poboczu i mężczyzna – nowy przyszywany ojciec chłopców kazał wypierdalać Konradowi z samochodu. Poczuł się oszukany, bo na aukcji nie wspomnieli nic o tym, że jest żydem. Nie miał nic do żydów, ale skorzystał z prawa konsumenta i odstąpił od umowy. Kubas i Włodek nie zdążyli się z nim nawet pożegnać, gdyż samochód ruszył dalej.

 

„Da sobie radę?" Zapytał Kubasa Włodek.

 

„Tak." Odpowiedział Kubas Włodkowi.

 

W końcu znaleźli się w swoim nowym mieszkaniu. Było to mieszkanie w bloku na 4 piętrze. Składało się z pokoju rodziców, pokoju przeznczonego dla Kubasa i Włodka, łazienki oraz kuchni. Innymi słowy standardowe rodzinne mieszkanko. Chłopcy zdziwili się, że mają dostęp do ciepłej wody, światła, elektryczności i lodówki. Żyć nie umierać. Wieczorem nowy tata i nowa mama poprosili o zorganizowanie pierwszej rodzinnej narady.

 

„Bardzo nam miło, że nas przyjęliście" Ucieszył się Włodek.

 

„Nie ma sprawy. Potrzebowaliśmy dwójkę dzieci bym ja i moja małżonka mogli wyrobić sobie kartę rodzinną ZTM. Nie lubimy jeździć autem."

 

„I tylko dlatego nas przyjęliście?" Dopytywał Kubas.

 

„Ta. Od jutra uczęszczacie do szkoły podstawowej, tutaj dosłownie przed blokiem. Rano dostaniecie klucze do domu. Nie wtrącajcie się nam do życia a my nie będziemy się wtrącać wam. Umowa stoi?

 

„Chyba tak."

 

„Jak będziemy się dogadywać to może was nie wyjebiemy." Nie tego spodziewali się Kubas i Włodek, ale w sumie taki układ nie był zły. Gdy położyli się do łóżek, porozmawiali jeszcze trochę przed snem. Cieszyli się na nowe życie i byli ciekawi czym jest szkoła podstawowa o której wspomnieli nowi rodzice.

 

***

 

Pobudka o 7 rano

 

„Czy ich pojebało?" Powiedział do Włodka Kubas. Nawet w Hogwarcie ich tak wcześnie nie budzili. Rodzicie kazali im się ubrać i umyć. To drugie zrobili z oporami, szczególnie Włodek. Pomimo tego, że dostali nowe ubrania, woleli zostać w swoich charakterystycznych wdziankach. Dostali śniadanie co było miłą odmianą po czym rodzice wyrzucili ich z domu. Szkoła była naprzeciwko więc nawet takie ślepe krety jak oni nie mogły się zgubić. Pod blokiem jednak czekał na nich Konrad.

 

„Co ty spałeś tutaj?" Zapytał okularnik o prostokątnym ryju.

 

„Nie. Po tym jak zostałem bezdomnym zgłosiłem się na warszawskie podwórko żydów i tam mnie przygarnęli."

 

„Podwórko żydów?" Konrad wyjaśnił Kubasowi, że to osiedle ze społecznością żydów.

 

„Co robicie?" Zapytał znudzony Konrad. Nie wiadomo, ile tutaj siedział.

 

„Idziemy do tak zwanej podstawówki."

 

„Mogę z wami?"

 

„Chyba tak." I tak we trójkę ruszyli przed siebie by kilka kroków dalej być już na miejscu. Najpierw weszli do szatni, gdzie zostawili swoje rzeczy, czyli w sumie nic. Następnie zapytali kogoś o drogę. Nauczyciele wytłumaczyli im, że należą teraz do klasy 5B. Kubas nie wiedział, czy chodzi o jakieś piętro czy klatkę, ale nie wykłócał się. Zaprowadzono ich do ich klasy, gdzie przedstawili ich reszcie kolegów. Już na pierwszej przerwie dzieciaki zleciały się by obczaić nowych uczniów. Gdy Kubas zaczął opowiadać o swoich przygodach w Hogwarcie, nikt mu nie uwierzył więc jak to dzieci, powyzywali go, wyśmiali, napluli i sobie poszli. Kubas i Włodek uznali, że to miejsce jakoś bardzo nie różni się od sierocińca.

 

Trudno im było zrozumieć, że po prostu trudno ich polubić.

 

„Hej ty serio mówisz, że zajebałeś Vmordewolta?" Okazało się, że nie wszyscy sobie poszli. Zostało dwóch chłopców. Ten który zadał pytanie nie wyróżniał się prawie niczym, był jak typowy NPC, chodził w białej koszulce i zielonej koszuli z długimi rękawami. Drugi zaś był Wietnamczykiem w czerwonej bluzie z czarnymi paskami i białych krótkich spodniach. Ledwo było widać jego oczy, bo miał tak zmrużone, że wyglądały na zamknięte. Śmierdział sajgonkami.

 

„Tak, frajer błagał o litość. Wierzysz mi?" główny bohater zwrócił się do dwójki nieznajomych.

 

„Cóż, opisałeś go ze szczegółami. Vmordewolt to poszukiwany przez Turksów przestępca."

 

„Turksów?"

 

„TURKS to międzynarodowa organizacja do zajmowania się takimi szumowinami jak Vmordewolt. W telewizji mówili. Lubię ich." Powiedział podekscytowany przeciętny chłopak.

 

„Kim jesteście?" Odezwał się Włodek.

 

„Ja jestem Oluś a ten Wietnamczyk to Derek."

 

„Cześć." Derek podał rękę Kubasowi a ten odwzajemnił uścisk. „Nie masz problemu z podaniem mi ręki?"

 

„Niby dlaczego?"

 

„Każdy wie, że za całe zło świata odpowiadają Wietnamczycy." Powiedział nowo poznany Olek.

 

„Spierdalaj Oluś." Derek ucieszył się, że ktoś mu podał rękę. „Coś mi się wydaje, że się zakumplasimy. Moi starzy mają stragan sajgonek."

 

„Super." Powiedział Kubas, ale nie miał pojęcia co to sajgonki.

 

***

 

Kubas, Włodek, Konrad, Oluś i Derek stali się zgraną paczką. Spędzali ze sobą dużo czasu. Te kilka dni które Kubas spędził z nimi w szkole bardzo mu się podobały. Czuł się w pełni sił a po przeszłości pozostały jedynie wspomnienia i dziwna blizna nad brwią. Wszystko było by pięknie, gdyby nie jedna osoba. W klasie nie wszyscy lubili Kubasa a szczególnie Damian zwany Pawianem.

 

Pytacie, dlaczego? No bo był chyba w połowie małpą a w połowie człowiekiem, nie wiem pytajcie autora. W każdym razie miał ogon oraz wyraz twarzy jakby miał zatwardzenie. Zawsze towarzyszyły mu dwaj sługusy, grubasek zwany Kucharz Łukasz oraz drugi którego nazywali Gej. I to właśnie oni a szczególnie Damian Pawian, który rządził w klasie załaził Kubasowi za skórę. Pewnego dnia dwie grupy spotkały się na korytarzu. Gdy zobaczyli to inni uczniowie oraz nauczyciele od razu uciekli do klas.

 

Tym razem Kubas podpadł małpie, ponieważ krzywo się na niego spojrzał. Już kiedyś pisałem, że to nie jego wina. Krzywy ryj tak działa.

 

„Widzę, że masz problem z moim wyglądem cwelu, skoro tak się na mnie gapisz krzywo." Odezwał się Damian Pawian a jego świta zaczęła chichotać, zęby się mu przypodobać.

 

„Mam problem, ale z zadaniem z matematyki." Odpowiedział Kubas, ale jego koledzy się nie zaśmiali. „Chuje z was." Dodał do nich. Widocznie pawian lepiej wytrenował swoich wafli. „Tak w ogóle czemuś się mnie tak przypierdolił co?"

 

„Po wyglądasz jak zjeb i chwalisz się, że niby zabiłeś jakiegoś groźnego ćpuna. Masz się za bohatera a wcale nim nie jesteś. Super Banan, to jest prawdziwy bohater!" Nic dziwnego, że Damian Pawian był fanem sławnego bohatera Super Banana, ponieważ małpy lubią banany.

 

„Nie moja sprawa czy mi wierzysz czy nie, ale powiem ci jedno. Chcesz czy nie to ja jestem głównym bohaterem tej powieści a nie jakiś sruper banan." Odburknął okularnik.

 

„Jak go nazwałeś!?" Wkurwił się małpiszon nie na żarty i ruszył w stronę Kubasa „Już nie żyjesz!" Zawczasu złapali go jednak Kucharz Łukasz oraz Gej, ale ten drugi za dupę.

 

„Uspokój się, bo będziesz miał przypał. Załatwcie to po lekcjach." Doradził mu Kucharz Łukasz. Małpa się zastanowiła i uspokoiła.

 

„Słyszałeś Kubas! Po lekcjach na solo kutasiarzu!" I cała trójka wróciła do klasy.

 

„Niech ci będzie frajerze, może być solo!" Przez wszystkie następne lekcje Kubas zastanawiał się co to kurwa jest solo. Włodek gapił się w ścianę, Konrad udawał, że się uczy, żeby się nie skapnęli, że nawet nie jest zapisany do tej szkoły, Oluś opracowywał strategię na pokonanie Damiana Pawiana a Derek myślał, że fajnie jakby istniał bohater - Super Sajgonka. W końcu zadzwonił ostatni dzwonek.

 

Dwie zgraje spotkały się za szkołą. Damian był już gotowy do walki, zdjął nawet koszulę i odsłonił swój owłosiony małpi tors. Przez te kilka lekcji jego gniew wcale się nie zmniejszył. Kubas natomiast został uświadomiony przez kolegów czym jest solo. A nawet Han Solo.

 

„Stary zwycięstwo masz w kieszeni." Podnosił na duchu naszego bohatera żydek. „Vmordewolta położyłeś to jakiegoś gówniaka z dżungli nie pokonasz?"

 

„Masz rację. Czasami wydaje mi się, że mam jakąś moc, która mi się aktywuje, jak mam wkurwa."

 

„Możemy zaczynać pajace?" Krzyknął z dala Damian. Kubas podszedł do niego gotowy na walkę. „Możesz obrażać moją starą, ale nigdy Super Banana."

 

„Come on." Popisał się Kubas, że zna trochę englisha mimo, że w świecie tej opowieści wszyscy mówią po polsku.

 

No i zaczęła się walka. Oboje rzucili się na siebie z pięściami. Kubas pierwszy wyprowadził atak, ale Damian okazał się bardzo zwinny i uniknął ciosu. To wytrąciło trochę Kubasa z równowagi. Zaczął atakować na oślep rękoma i nogami, ale małpiszon unikał wszystkich ciosów. Był zwinny niczym małpa. W końcu Kubas po prostu się zmęczył. Wtedy Damian zaczął kontratakować. Mimo że nie atakował mocno, to kilka ciosów wystarczyło by powalić Kubasa na kolana. W dodatku bił też ogonem czego Kubas się nie spodziewał.

 

„I co taki byłeś kurwa mocny w gębie a teraz płaszczysz się przede mną." Pawian przywalił mu w twarz ogonem.

 

„Kubas!" Krzyknął Włodek. „Musimy mu pomóc chłopaki!"

 

„Wtedy to nie było by solo." Odpowiedział smutny Olek. „Myślałem, że Kubas da radę, chciałem go zobaczyć w akcji."

 

„Musi być jakiś sposób!" Obwieścił Włodek podczas gdy Kubas przegrywał.

 

„Wiem!" Krzyknął Konrad. „Musimy wkurwić Kubasa to może odpali znowu swój Szał Bojowy a wtedy będzie niepokonany!"

 

„Czyli mamy na niego wyklinać?" Zapytał Derek. „W sumie spoko."

 

„Zaczynajmy!" Chłopacy napalili się na to zadanie, ale wróćmy do Kubasa.

 

Dalej był na kolanach. Próbował się bronić rękami, ale Damian był szybszy. Widać, że to nie była jego pierwsza solówka. Gdy Kubas zatracał wiarę w siebie, pomyślał, że przydałoby mu się wsparcie przyjaciół. Ucieszył się, że zaczęli do niego krzyczeć. Po chwili jednak stwierdził, że wcale mu się to nie spodobało.

 

„Kutas!"

 

„Frajer!"

 

„Zjebus!"

 

„Pad Thai!"

 

Ciota! Wybaczcie nie mogłem się powstrzymać.

 

Także kiedy Kubas otrzymywał wsparcie od swoich kolegów, Damian dalej go okładał. Ból i przezwiska sprawiły, że naprawdę zaczął się wkurwiać. Plan Konrada i reszty zaczął działać. Okularnik zrobił minę jakby chciał zabić cały świat a przynajmniej jego część. W jednej chwili złapał za ogon Damiana i z całej siły przerzucił go nad sobą wbijając małpę w ziemię. Po jednym takim ataku Damian leżał rozwalony i wbity w chodnik. Gej i Kucharz Łukasz jak tylko to zobaczyli to wiernie spierdolili, gdzie pieprz rośnie.

 

Ale Kubas jeszcze nie skończył. Tak jak w Hogwarcie, z jego pyska zaczęła się toczyć piana a jego znak zaczął błyszczeć. W tej chwili jednak jego koledzy zaczęli go przytulać i uspokajać. Gdyby Gej nie spierdolił to pewnie by się przyłączył. Dzięki tej brawurowej akcji udało się uspokoić dziewczynkę i uratować Damianowi życie, skoro zębów się nie udało.

 

„Wracajmy do domu Kubas." Zaproponował Włodek.

 

Tego dnia Oluś i Derek przekonali się na własne oczy czym jest Szał Bojowy.

 

***

 

Chciałbym pokazać państwu, że oprócz świetnego opowiadania chorych historii, potrafię też kilka innych ciekawych umiejętności. Posiadam specjalny artefakt, który pozwala mi na teleportację do dowolnego miejsca. Będę z niego korzystał i to nie raz by przybliżyć nam co się dzieje w innych miejscach i u innych postaci. Dla przykładu, przeniesiemy się teraz do domu Damiana Pawiana.

 

W tej chwili akurat leży zabandażowany w swoim łóżku i ogląda, jak kopulują szympansy na kanale national geografic.

 

Widzicie co mam na myśli. Jako narrator muszę mieć oko na wiele miejsc. Teraz zapraszam was do jednego z nich.

 

Przenieśmy się do miejsca, które owiane jest tajemnicą. Mimo, że mogę się tam pojawić, nie wiem, gdzie to jest. Całe pomieszczenie jest ciemne. Oświetlają je pochodnie. Na środku tej sali stoi kamienny tron, na którym siedzi pewna postać oczywiście złowieszcza jak całe to miejsce. W powietrzu czuć zło i smażoną wątróbkę.

 

Do postaci na tronie podchodzi pewien człowiek, ale kamera ustawiona jest tak, że nie widać jego ryja. Ponadto głos jest zmieniony jak w filmach dokumentalnych, żeby nie można było poznać kim jest rozmówca. Będę mówił na te miejsce – Mroczna Kryjówka.

 

„Stawiam się na żądanie." Ukłoniła się postać przed tronem.

 

„Na żądanie to ja mogę sobie kupić film w usłudze UPC." Odpowiedziała ta, która na nim siedzi. „Jesteś tutaj, ponieważ Osama The Bill Laden spierdolił swoje zadanie. Jak arab może się nie znać na eksplozjach."

 

„Jakie jest moje zadanie?"

 

„Dostaniesz się do pewnej szkoły i odnajdziesz jednego gówniarza. Jeżeli będziesz miał okazję, wykończ go. To bardzo ważne."

 

„Tak jest."

 

***

 

Po tym podejrzanym spotkaniu, wróciliśmy do szkoły podstawowej i naszych bohaterów. Tego dnia Damian Pawian nie dał rady stawić się w szkole wiec Kubas i jego paczka miała dobry humor. Dopiero na lekcji w-f stało się coś godnego uwagi. Na sali gimnastycznej przywitał ich nowy nauczyciel od wychowania fizycznego. Okazało się, że wcześniejszy nagle popełnił samobójstwo, mimo że dzień wcześniej wygrał w loterii jakiś milion złotych. Widocznie policja nie wdziała w tym targnięciu się na własne życie nic dziwnego, ale to już nie nasza sprawa. Naszą sprawą jest nowy nauczyciel klasy 5B.

 

„Nazywam się trener Mazanta i od dzisiaj będę was uczył" Mówiąc to ciągle patrzył na Kubasa. Ten zauważyłby to, gdyby nie był ślepy jak zjeb. Trener prezentował się całkiem normalnie. Umięśniony, opalony z włosami postawionymi do góry oraz zadbaną bródką. Gdyby nie piwny brzuch, mógłby startować w zawodach dla kulturystów. Olek podejrzanie przyglądał się mężczyźnie po czym powiedział do reszty.

 

„Skądś go znam. Gdzieś widziałem jego ryj." Koledzy go olali jak zawsze.

 

„Dobrze to zaczynamy. Dzisiejsza lekcja będzie polegać na skakaniu przez kozła."

 

„Prościna." Powiedział Kubas, który po przygodach w Hogwarcie uważał się za dość wysportowanego. To takie szukanie czegoś dobrego w sobie na siłę.

 

Wiem co mówię, bo też tak robię.

 

No ale cóż, główny bohater ucieszył się, ponieważ trener wybrał go do skoku jako pierwszego. Początkowy zapał jednak szybko minął, gdy okazało się, że trenerowi chodziło o prawdziwego kozła. I to w dodatku wkurwionego, który nie wydawał dźwięku a tylko gapił się na Kubasa takim wzrokiem jakby chciał zabić jego i jego całą rodzinę.

 

„Trenerze, ale ten kozieł jest prawdziwy."

 

„Tak." Zgodził się z Kubasem Mazanta, ale nie wyglądał jakby miał się do tego odnieść. „Pospiesz się, nie jesteś sam."

 

Chłopak poprawił gacie i wziął rozbieg. Wskoczył na grzbiet kozy i chciał przelecieć jej nad głową, ale wtedy zwierzę z całej siły przywaliło mu z rogów w brzuch. Trochę mocniej i przebiły by go na wylot a skończyło się na upadku i dużym siniaku.

 

„Trenerze ta koza chyba jest agresywna." Powiedział Włodek, pomagając wstać swojemu przyjacielowi.

 

„Nie, ona tak zawsze." Trener popatrzył to na kozę to na Kubasa „Dobra koniec lekcji reszta nie musi tego robić."

 

Od tamtej pory lekcje w-f Kubasa zamieniły się w walkę o przetrwanie. Skakanie nad przepaścią z kolcami. unikanie sztyletów i shurikenów, zapasy z niedźwiedziem, metalowa piłka do nogi nabita ćwiekami, gdy musiał stać na bramce, skoki z dachu na dziurawy materac, pływanie w kwasie, fikołki na gwoździach to najlżejsze przykłady zajęć. Co dziwniejsze tylko Kubas miał taki „własny" tryb zajęć, inni grali w piłkę bez kolców. Kubas nawet przez chwilkę pomyślał, że trener chce mu zrobić krzywdę, ale ten zawsze twierdził, że to dla jego dobra i kondycji (szczególnie to pływanie w kwasie).

 

Kilka dni potem trener wymyślił nową zabawę. Rzuty do kosza i o dziwo, Kubas dostał taką samą piłkę jak reszta. Jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. A przynajmniej tak myślał. W kantorku bowiem trener Mazanta knuł już złowieszcze plany.

 

Jak pewnie domyśliłeś się drogi czytelniku, Kubas miał dobre przeczucia. Nowy nauczyciel chciał pozbyć się Kubasa bowiem dostał takie zadanie od tajemniczego antagonisty, którego odwiedziliśmy chwilę wcześniej.

 

Ale wróćmy do tego co robi. Trzyma w ręku piłkę do kosza w której umieszcza ładunek wybuchowy. Nastawia zegar i śmieje się pod nosem.

 

„To ostatni dzień w tej budzie. Pa pa Kubas."

 

Zanim dał ją Kubasowi, podpisał ją jego imieniem. Powiedział mu też, że to prezent dla niego. Chłopak zobaczył, czy piłka ma kolce lub inne niespodzianki, ale uznał, że jest normalna i było mu bardzo miło, że ktoś mu coś dał. Rzadko dostawał cokolwiek, chyba że wpierdol.

 

Plan był prosty. Trener wyprosił innych uczniów, żeby nikt nie przeszkadzał Kubasowi a sam potajemnie podglądał go z kantorka. Teraz wystarczyło tylko czekać na BOOM i zameldować wykonanego questa.

 

Główny bohater w samotności rzucał swoją piłką do kosza i wiecie co? Nie trafił ani razu. Mazanta, który na niego patrzył nie mógł uwierzyć własnym oczom. Może i był wynajęty do zabicia Kubasa, ale był też trenerem i byłym sportowcem. Jego serce krwawiło z każdym nie trafionym przez Kubasa rzutem. Smutek i rozczarowanie przerodziło się w gniew.

 

„Te jebane dzieci w dzisiejszych czasach są beznadziejne" Powiedział po czym podszedł do chłopca, upewnił się, że podniósł nie tę piłkę, która rzucał Kubas po czym uprzejmie rzekł. „Kurwa przesuń się." Trener pokazał, jak się rzuca, trafiając za każdym razem. „Łapiesz o co chodzi?"

 

„Łatwo panu mówić, moja piłka jest cięższa."

 

„Kurwa piłka nie ma znaczenia." Zabrał od Kubasa piłkę po czym przymierzył się do rzutu i w tej chwili zrozumiał to, co o czym ty już wiesz drogi czytelniku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Trzej wielcy lordowie

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Minęły dwa dni od wybuchu na sali gimnastycznej i utraty drugiego trenera w tym tygodniu. Żeby nie zwiększyć liczby ofiar do trzech, szkoła postanowiła nie zatrudniać już żadnych trenerów. Gdy pytali Kubasa jak to się stało, ten nie potrafił odpowiedzieć. Mimo, że stał niedaleko wybuchu i miał poparzenia na ryju to nic nie pamiętał. Zemdlał, gdy odrzuciła go eksplozja.

 

Tego dnia Oluś już od rana chciał podzielić się niusem z kolegami „Tak sądziłem, że skądś kojarzyłem trenera Mazantę. W telewizji mówili, że był poszukiwany za kradzież żelu do włosów. Zły był z niego człek."

 

„Czy ja wiem. Może serio chciał żebym się zahartował." Powiedział w jego obronie Kubas.

 

„Albo rozerwał." dodał Konrad.

 

„Albo się zesrał." Wtrącił się Damian Pawian, który już wydobrzał i wrócił do szkoły „Nie myśl sobie okularniku, że jak FUKSEM udało ci się mnie popchnąć i straciłem przytomność, bo byłem zmęczony po całym dniu lekcji to wygrałeś naszą solówkę."

 

Zanim Kubas zdążył zarzucić jakąś ripostą, zrobiło się ciemniej. Niebo jakby pokryła czerwień. Stało się mrocznie i dziwnie cicho. Światła zgasły. Kubas natomiast poczuł dziwny ból na swojej bliźnie aż musiał się za nią złapać.

 

„Ahh." Jęknął z bólu.

 

„Co jest Kubas?" Zapytał Włodek z troską w głosie i klockiem w gaciach.

 

„Mój znak, jakby szczypie."

 

„Tak jak przy ostrej sraczce?"

 

„Tak."

 

Nagle wszyscy zwrócili uwagę na tajemniczy głos, który rozległ się po całej szkole. Na początku myśleli, że to z radiowęzła, ale okazało się, że każdy słyszał go w swojej głowie. To chyba jakieś nadnaturalne zjawisko, bo nawet ja, narrator go usłyszałem. Było wiadome jedno, był bardzo złowieszczy i o to co nam przekazał:

 

„Miało nie być innych ofiar, ale odkąd pokonałeś mojego sługę, kończę przebierać w półśrodkach. Do Ciebie mówię Kubas. Szykuj się na śmierć! A co do innych uczniów w tej szkole, wydajcie mi Kubasa a was oszczędzę."

 

W tej samej chwili jakieś dziwne dźwięki dochodziły zza okien. Chłopcy podbiegli do nich by wyjrzeć na dwór. Okazało się, że cała szkoła została otoczona przez dziwne stworki, których pojawienie poprzedzała dziwna czarna energia albo aura. Przyjrzyjmy się im.

 

Najłatwiej opisać je jako cienista postać o kształtach człowieka. Jedynie kończyny są jakby dłuższe, ciągną się bezwładnie, gdy ciało idzie powoli do przodu. Tam, gdzie powinna być twarz znajduje się jedno, spore, fioletowo oko o tępym spojrzeniu. Było ich całe mnóstwo, na pierwszy rzut oka, około stu może nawet dwustu. Powoli i niechlujnie kroczyły w stronę szkoły. Będziemy ich zwać Cień-asy. Mogą być bardzo potężne i wtedy będą asami wśród cieni albo chujowi i wtedy będą cieniasami. Jakim cudem miałem zagrożenie z języka polskiego? Nie wiem.

 

„Co się dzieje Kubas?" Zapytał przerażony Oluś.

 

„Chyba komuś podpadłeś." Dodał Derek.

 

„A może to sprawka tego Vmordewolta?" powiedział co wiedział Konrad

 

Wątpię. Sam widziałeś, jak zdycha." Kubas nie wiedział co o tym myśleć. Wiedział, że nie jest lubiany, ale żeby mieć tylu wrogów w wieku 11 lat? I to w pierwszej części powieści?

 

„Co zrobimy? Szkoła jest otoczona!" Powiedział obsrany Włodek, ale nie ze strachu tylko tak po prostu.

 

„Jak to co? To!" Damian Pawian rozpędził się z całej siły przywalił z kopa Kubasowi w dupę, że ten nie miał wyboru tylko wyleciał przez okno na podwórko, gdzie roiło się od cieniasów.

 

„O kurwa." Powiedział na głos Kubas i czym prędzej wstał by spierdolić do szkoły. Drzwi jednak okazały się zamknięte. „Shit!" Cieniste stwory powoli zbliżały się do osaczonego bohatera. Gdy jeden z nich był już blisko, jego czarna niczym Barack Obama ręka przetransformowała się w równie czarne pazury. Wycelował w plecy Kubasa i zadał cios.

 

Chętnie napisałbym, że w ten sposób gówniarz zdechł, żeby wyrwać się z tego projektu, ale prawda jest taka, że ktoś osłonił go przed atakiem. Kubas odwrócił się od drzwi by zobaczyć co się dzieje i zobaczył, że to jakiś chłopak obronił go przed uderzeniem. Był to blady, piegowaty chłopak o rudych, kręconych włosach i takim wyrazie twarzy jakby nie spotkało go w życiu nic dobrego i jakby już mu nie zależało na własnym życiu. Ubrany był w bluzę w paski o kolorach naprzemiennie żółtych, czerwonych i niebieskich. W ręku dzierżył drewnianą szczotkę do zamiatania i to właśnie nią zablokował cios.

 

„Uważaj na plecy." Powiedział tajemniczy, mało fajny wybawca po czym odepchnął nogą cieniasa i zaatakował jego głowę szczotą, rozwalając ją w drobny mak.

 

„Ktoś ty? Sprzątający?" Zapytał Kubas, ale od razu uznał, że to głupie pytanie. Chłopak wyglądał jakby był w jego wieku lub był minimalnie starszy. Prędzej mógł być uczniem, który za karę musiał sprzątać i dlatego miał szczotkę chociaż nie widział go tutaj wcześniej. Pomyślał jednak, że nie widział go, bo miał słaby a raczej chujowy wzrok.

 

„To teraz nie ważne kim jestem. Ważne kim ty jesteś."

 

„Jestem Kubas."

 

„Chuj mnie obchodzi, jak się nazywasz. Skup się." Kubas zgodnie z jego życzeniem skupsał się w spodnie. „Kurwa nie tak debilu. Zaraz zostaniesz przeteleportowany."

 

„Co?"

 

***

 

W jednej chwili, Kubas znalazł się w zupełnie innym miejscu. Z mrocznej, otoczonej przez demony szkoły przeniósł się wiście odwrotną scenerię. Gdzie się nie rozejrzał widział tylko błękitne niebo i białe chmury. Białe chmury nie były tylko wokół niego i nad nim, ale również i pod nim. Stał na nich a jednak były twarde niczym ziemia. W oddali było widać strome szczyty gór, wyłaniające się z pod chmurowego gruntu. W tym dziwnym miejscu stał zrobiony z szarego kamienia, piękny, duży pałac o trzech wieżach. Kubas pojawił się prawie przed samymi drewnianymi wrotami do pałacu. Oprócz niego przed wejściem znajdowała się jeszcze skrzynka na listy, na której napisane było „Trzej wielcy lordowie". Uznał, że to chyba ich chata.

 

„Na co czekasz? Wbijaj." Powiedział rudawy chłopak ze szczotką, który najwyraźniej przeniósł się razem z nim.

 

„Gdzie ja jestem? Co ze szkołą? Z moimi przyjaciółmi?"

 

„Jeżeli chcesz ich ocalić, rusz dupę i wchodź do środka." We dwójkę otworzyli wielkie drewniane drzwi i weszli do pałacu, gdzie wszystko zrobione było z marmuru oraz błękitnego kamienia. Długo szli przez elegancki korytarz by w końcu dojść do kolejnych dużych drewnianych drzwi. Kubas zauważył, że była na nich tabliczka z napisem:

 

„Wietnamców nie wpuszczamy."

 

Zapytał, dlaczego coś takiego tutaj wisi.

 

„No przecież Wietnamce są odpowiedzialni za całe zło na tym świecie prawda?" Kubas przypomniał sobie, że Oluś mówił coś podobnego, gdy przedstawiał mu Dereka. Wtedy myślał, że robi sobie z niego jaja. Zanim jednak pogrążył się w rozmyślaniu, jego towarzysz otworzył drzwi i wpuścił go do dużej i wysokiej sali.

 

Łatwo było się domyśleć, że była to główna sala całego pałacu. Nie było w niej praktycznie nic oprócz kilku białych kolumn, pięknie wyrzeźbionych schodów oraz coś na kształt wielkiej i szerokiej mównicy z marmuru.

 

„I co dalej?" Zapytał zniecierpliwiony Kubas. Był zaskoczony tym, gdzie się znalazł a także tym, że umie liczyć do dziesięciu, ale martwił się o kolegów i szkołę.

 

„Jajco, lepiej spójrz przed siebie." Powiedział piegowaty sprzątacz a sam ustawił się przy drzwiach. Kubas poprawił okulary i spojrzał przed siebie. Zobaczył olbrzymi cień za mównicą, lecz po chwili zrozumiał, że to trzy różne cienie. Przybrały kształty ludzi tylko że trzy-cztery razy większych niż przeciętnych dorosłych. Gdy wyszli z cienia, pokazali swoje oblicze. Wszyscy ubrani byli w proste, ale eleganckie granatowe szaty, które całkowicie zakrywały ich ciała.

 

Jeden z wielkoludów o blond włosach sięgających do szyi odezwał się jako pierwszy. Jako jedyny z trzech, dzierżył kostur, na którego końcu był wyrzeźbiony ten sam znak, który Kubas miał na czole. Przypadek? Nie wiadomo, ale Kubas kompletnie nie zwrócił na to uwagi, bo nie grzeszył inteligencją i spostrzegawczością i w ogóle niczym.

 

„Witaj Bubas."

 

„Jestem Kubas."

 

„Jak jeszcze raz mi przerwiesz to ci połamie nogi ty mała kurwo." Od tamtej pory Kubas był już grzeczny i nie przerywał.

 

„Powiedziałbym, że cieszymy się na twój widok, ale nie chcemy cię okłamywać." Powiedział drugi z wielkoludów. Ten miał brązowe włosy, które trochę opadały na czoło i oczy a z tyłu posiadał je związane opadające na kark i plecy.

 

„Mamy dla ciebie propozycje." Dodał ostatni z nich o czarnych włosach opadających na szyję oraz jedno oko. „Pracuj dla nas a ocalimy szkołę i twoich przyjaciół."

 

„Ale umowa o pracę czy o zlecenie?"

 

„O twoją starą." Odezwał się blondyn.

 

„Pierdole nic nie podpiszę, dopóki nie przeczytam umowy. I bez gejozy. A tak serio to co to za miejsce, kim jesteście oraz co to za praca?" Kubas zastanowił się chwilkę „Dobra jebać, ważniejsze jest to, żeby pomóc moim ziomkom!"

 

„Masz słuszność. Na razie wiedz jedynie, że jesteśmy trzema wielkimi lordami. Chcemy, żebyś ujrzał naszą moc i zgodził się dla nas pracować, ale po kolei." Powiedział pierwszy z lordów.

 

„Pomożemy ci ocalić szkołę a po wszystkim porozmawiamy na spokojnie, tak ci pasuje?" Zapytał drugi z lordów.

 

„Tak!" Odpowiedział zmartwiony Kubas

 

„Niech się więc stanie." Dodał trzeci z lordów po czym Kubas zniknął. Gdy już go nie było, lordowie ponownie udali się do cienia.

 

„I co myślicie?" Zapytał jeden z nich swych towarzyszy.

 

„Czuje w tej dziewczynce moc. Nie mam mowy o pomyłce." Powiedział drugi

 

„I w dodatku ma krzywy i zjebany ryj. Wszystko się zgadza." Podsumował trzeci.

 

***

 

Zobaczmy jednak co robili koledzy Kubasa, gdy ten w ich oczach spierdolił z pola walki i ich zostawił.

 

„Coś ty zrobił debilu!" Włodek wydarł japę na Damiana Pawiana.

 

„Słyszeliście ten głos! Zrobiłem nam wszystkim przysługę! Trzeba było oddać Kubasa!"

 

„Tak? To, dlaczego te potwory dalej oblegają szkołę?" Wskazał na okno Konrad.

 

„Nie moja wina, że Kubas spierdolił." Odrzekła małpa. „Zresztą co ja z wami gadam, idę od was." Powiedział po czym jak powiedział tak zrobił. Chłopcy ponownie wyjrzeli przez okno.

 

„Kubas co się dzieje? Gdzie jesteś?" Wymamrotał zasmucony Włodek.

 

„Co teraz zrobimy?" Zapytał przerażony Wietnamczyk

 

„Możemy zrobić tylko jedno. Przebrać Włodka za Kubasa, wydać go i wmówić tym potworom, że to on i się stąd wydostać." Zaproponował żydek, ale zanim dokończył swój pomysł, było słychać odgłos wyważonych drzwi, gdzieś na parterze.

 

„Potworasy się dostały do środka! Jestem za żółty, żeby umierać!" Derek wpadł w panikę.

 

Gdy cieniasy opanowały parter, tylko kwestią czasu było, jak dostaną się na pierwsze i drugie piętro, gdzie byli zarówno koledzy Kubasa jak i reszta uczniów. Nauczyciele już dawno zamknęli się w pancernym pokoju nauczycielskim, gdzie popijali herbatkę i czekali aż inwazja się skończy. Uczniowie postanowili, że zrobią barykadę z krzeseł i ławek, żeby opóźnić swą zagładę o jakieś kilkanaście minut.

 

„Szkoda, że ta powieść nie nazywa się Kubas i przyjaciele." Wypowiedział się Konrad pogodzony ze swoim losem.

 

„Czemu?" Zapytał Olek.

 

„Bo miałbym pewność, że jakoś to przeżyjemy, bo z tego co wiem ma być więcej części." Wtedy Olek, Derek oraz Włodek również przestali mieć złudzenia i uznali, że już po nich, szczególnie, że cieniste potwory powoli niszczyły ich barykadę. Były już prawie na wyciągnięcie ręki.

 

I nagle jak z bicza strzelił, obok uwięzionych uczniów pojawił się Kubas oraz rudawy chłopak ze szczotą.

 

„Kubas!" Włodek rzucił mu się na szyję. „Wiedziałem, że wrócisz by zginąć razem z nami."

 

„A to kto?" Zapytał Konrad o nowego kolegę.

 

„Mówią na mnie Rumun." Powiedział piegowaty.

 

„Słuchajcie chłopaki. Byłem w takim dziwnym miejscu i widziałem trójkę takich co wyglądali na niezłych koksów i oni powiedzieli, że nam pomogą." Pochwalił się Kubas.

 

„Ale jak?" Któryś z kolegów zapytał, nieważne który.

 

„Tego mi nie powiedzieli" Zasmucił się Kubas i jego zapał zgasł.

 

„Spokojnie." Rumun wskazał palcem na rozwaloną barykadę. „Patrzcie."

 

W jednej chwili pojawiła się światłość, która na chwilę oślepiła wszystkich tutaj obecnych. Gdy przestało świecić, uczniowie zobaczyli, że szkołę wypełniły pewne istoty. Były to całkowicie metalowi rycerze w złotych zbrojach oraz złotym orężu różnej maści. Z początku stały bez ruchu, ale wtedy zaczęły się iskrzyć i wokół nich zaczęły pojawiać się małe błyskawice. To sprawiło, że zaczęli się poruszać i atakować cieniasów. Rozpoczęła się bitwa na całą szkołę.

 

„To żołnierze stworzeni przez samych lordów." Obwieścił Rumun. „Może niema ich aż tyle ile tych złych cieniasów, ale na pewno są od nich mocniejsi."

 

„Heh! Nie mam zamiaru się tylko przyglądać!" Kubas znowu poczuł ogromne podekscytowanie. Nigdy nie czuł czegoś podobnego. Bardzo pragnął dołączyć się do bitwy i złoić skórę kilku cieniasom. Widział wcześniej jak Rumun rozwala jednego zwykłą szczotą do zamiatania więc wychodził z założenia, że da radę kilku rozwalić. Wspiął się więc na barykadę, która była tak niestabilna, że od razu się zawaliła a cieniasy uzyskały dostęp do uczniów.

 

„Kubas ty dałnie!" Zawołał Konrad, gdy zbliżały się cienie.

 

„Ochronie was!" Kubas wyczołgał się spod ławek i stanął pomiędzy potworami i ziomkami. Rzucił się na jednego i zaczął go okładać. Rumun również dołączył do walki. Rozwalał cieniasy swoją szczotą. Bitwa trwała w najlepsze.

 

Kiedy wydawało się, że dobro zaczęło wygrywać nad złem, do Kubasa, który pokonał aż jednego cieniasa podbiegli Kucharz Łukasz oraz Gej, czyli przydupasy Damiana Pawiana.

 

„Kubas! Damian chciał spierdolić jak nikt nie patrzył i uciekł na pierwsze piętro, ale tam aż roi się od demonów no i dorwały go!"

 

„Pomóż mu proszę!"

 

„Niby czemu Kubas miałby mu pomagać? Ciągle mu dokuczał!" Oluś pokazał swoją wredną stronę.

 

„Właśnie, poza tym jako pierwszy chciał go wydać." Włodek okazał się niezapominalski.

 

„Przestańcie!" Ku zdziwieniu kolegów Kubas pobiegł na pierwsze piętro, gdzie kilku cieniasów znęcało się nad małpą. Kubas rozpędził się i wpakował w sam środek po czym zaczął walczyć na śmierć i życie z kilkoma przeciwnikami naraz. Damian Pawian natomiast skulił się i cały czas płakał i szlochał.

 

Podczas walki Kubas czuł strach, ale i adrenalinę. Sam nie wiedział, dlaczego aż tak był chętny do bitki. Mimo, że również dostawał po ryju, czuł radość z tego, że bronił Damiana Pawiana, mimo że ten był dla niego gnojem. Gdy walczył w czyjejś obronie, dostawał potężnego kopa.

 

A jednak dostawał też wpierdol.

 

„Kurwa!" Adrenalina zmniejszyła się i Kubasowi zaczęły doskwierać rany i zmęczenie. Miało być pięknie i bohatersko a wyszło jak zawsze.

 

W tamtej chwili ponownie pojawił się złowieszczy głos w głowie Kubasa i uczniów.

 

„Hahaha, nawet z pomocą lordów zginiesz Kubas frajerze. Najpierw ty, potem twoi bliscy, a na końcu cały świat! Buhahaha"

 

Nie trzeba domyślać się, że mamy tutaj do czynienia z głosem jakiegoś złoczyńcy, ponieważ śmiech złola wyćwiczony był do perfekcji. Jednak słowa te, które miały zniszczyć Kubasa od środka przyczyniły się do czegoś innego. A dokładniej mówiąc do rozwścieczenia okularnika a to wystarczyło by ten odpalił swój Szał Bojowy.

 

„Zamknij kurwa ryj!!!" Krzyknął po czym zaczął telepać się jak pojebany. Z jego ust toczyła się piana a na czole i szyi powychodziły żyły. Dopiero teraz Kubas pokazał co potrafił. Każde uderzenie niszczyło jednego cieniasa więc tych kilku których zaczepiało Damiana padło w niej niż kilka sekund. Ale to nie był koniec, Kubas tak się wkurwił, że rozperdolił wszystkich na tym piętrze (nawet nauczyciela od matematyki, który nie zdążył ukryć się w pokoju nauczycielskim, bo ten ostatnio wstawił mu jedynkę). Gdy piętro było bezpieczne, Kubas opanował się i uspokoił. Wtedy przypomniał sobie o Damianie i podszedł do niego.

 

„Żyjesz?" Bał się, że przybył za późno i że Damian zaraz wykituje, ale okazało się, że ten nie miał żadnych ran. „Ej nic ci nie jest? To po chuj płaczesz?"

 

„Też byś tak płakał gdybyś wczoraj oglądał film o wilkołakach." Powiedział pawiano-człowiek, otarł łzy i dodał „Jeżeli myślisz, że ci podziękuje za uratowanie życia to się kurwa zdziwisz." Po tych słowach uciekł do reszty uczniów.

 

„A to mały chujek." Kubas nie lubił Damiana, ale zrobiło mu się dobrze na serduszku, kiedy udało mu się go ochronić. Również wrócił do swoich kolegów na drugie piętro, gdzie powiedzieli mu, że to tylko kwestia czasu zanim metalowi rycerze pozbędą się reszty potworów. Kubas wiec mógł rozluźnić zwieracze i odzyskać siły.

 

***

 

Bitwa została wygrana. Gdy tylko ostatni cienias został zniszczony, metalowi rycerze zniknęli tak szybko jak się pojawili. Również niebo wróciło do swojego normalnego koloru. Nauczyciele wyszli z pokoju nauczycielskiego i ku swojemu niezadowoleniu sprawdzili, że nie ma ofiar w uczniach. Po wszystkim ktoś zawiadomił policję. Policjanci jednak nie wiedzieli co robić w sytuacji napaści demonów na szkołę, bo nie mieli tego na ćwiczeniach więc postanowili powiadomić organizacje Turks. Ci przybyli zająć się sprawą, gdy większość uczniów puszczonych zostało do domu w tym Kubas i jego lamusy.

 

Nie poszli jednak do domu, bo na prośbę głównego bohatera mieli zrobić jakąś tajną naradę gdzieś w mniej zatłoczonych uliczkach warszawy.

 

„Co jest Kubas? Chciałbym trochę odpocząć po tej bitwie." Powiedział Konrad, który nic nie zrobił podczas bitwy.

 

„Opowiem wam o tym, gdzie byłem przed tą walką."

 

Tak też zrobił.

 

Opowiedział im o tym, że znalazł się w niebie, gdzie w wielkim pałacu mieszkali trzej wielcy lordowie, którzy zgodzili się pomóc w walce z cieniasami.

 

„I tak ci nie wierzymy prawda?" Powiedział Olek

 

„Tak." Dodał Derek.

 

„To możecie się sami przekonać." Doszedł do nich znajomy głos. Okazało się, że rozmowę podsłuchiwał Rumun. „Kubas umówił się z lordami, że stanie jeszcze raz przed ich obliczem po bitwie. Możecie iść razem z nim."

 

„Ale kim ty jesteś?" Kubas dalej nie wiedział nic o Rumunie oprócz tego, że dobrze walczy szczotką do zamiatania.

 

„Jestem waflem lordów." Powiedział ze smutkiem.

 

„Czyli ich sługusem tak?" Włodek wiedział co to znaczy być sługusem.

 

„Ta, ale to nie ważne. Ruszamy czy nie?"

 

„Gotowi?" Kubas zapytał reszty i wszyscy się zgodzili. „Dawaj przenieś nas jak ostatnio."

 

„Tak się składa, że to nie ja potrafię teleportować" Odpowiedział Rumun.

 

„To kto nas przeniósł?" Zapytał Kubas nie wiedząc, że zaraz pozna odpowiedź. Przed nim oraz jego kolegami pojawiła się pewna postać. Była to dziewczyna o czarnych włosach, która była nie większa niż sam Kubas. Była w jasnoniebieskiej szacie, która zasłaniała całe ciało oprócz małych bucików wystających na dole oraz miała spiczastą czapkę tego samego koloru z żółtą gwiazdką zamiast pomponu. Nie posiadała rąk, ale w jakiś sposób magiczna różdżka również z gwiazdą na końcu trzymała się przy jej ciele. Była uśmiechnięta i wyglądało jakby miała zamknięte oczy chociaż tak naprawdę mrużyła je, że tylko tak wyglądało. Warto tez dodać, że lewitowała w powietrzu na takiej wysokości by jej patrzeć w twarz, bohaterowie musieli podnieść głowę do góry.

 

„Kto to jest?" Zapytał Derek, który też mrużył oczy.

 

„Jestem Wróżka Wali Gruszka, ale możecie mi mówić WWG. Ja również pracuję dla lordów i to ja przeniosłam zarówno was do pałacu jak i metalowych rycerzy do szkoły."

 

„Dziena WWG." Uprzejmie podziękował okularnik „To jak? Zabierzesz nas do tego nieba?"

 

„Tak, ale pałac nie znajduje się tak naprawdę w niebie, mimo że jest położony w chmurach. Pałac trzech lordów leży w górach Rolling Stones, do których nie można dostać się zwykłymi sposobami."

 

„Jeden chuj." Powiedział już mniej uprzejmie Kubas po czym cała jego paczka znalazła się przed samymi drzwiami do głównej sali, już w pałacu lordów.

 

„Ah.a" Powiedział Derek, gdy przeczytał napis na drzwiach (Wietnamców nie wpuszczamy) „To ja tutaj poczekam." Powiedział smutny a reszta weszła do środka, gdzie za wielką mównicą czekali na nich trzej wielcy lordowie.

 

„Kurwa więcej was matka nie miała? Powiedział jeden z lordów. „Miał być tylko Kubas."

 

„To moi przyjaciele." Z dumą rzekł okularnik.

 

„Dobra będziemy udawać, że ich tutaj niema." Rzekł kolejny z nich chociaż trudno jest ignorować np. Włodka, który strzela bąki tak często jak nabiera powietrze w płuca.

 

„Jestem tak jak chcieliście. O co chodzi z tą pracą i kim wy w ogóle jesteście?" Zapytał Kubas.

 

„Żebyś to zrozumiał, musisz poznać historię tego świata. Jesteś wierzący?" Zapytał lord z czarnymi włosami.

 

„Chyba nie. Rodzice mówili, że nie muszę wieżyc w boga go niema."

 

„Cóż, to częściowo prawda" Rzekł jeden z wielkoludów. „Narrator. Przedstaw czytelnikom jak wygląda religia w świecie powieści."

 

Ja? Ok. Widocznie lordowie są tak potężni, że mogą wpływać nawet na narratora. Gnoje.

 

„Jak nas nazwałeś?"

 

Ojeju tylko żartowałem.

 

A więc.

 

W świecie, w którym żyje Kubas istnieją dwie główne religie. Nazywają się Colonelizm oraz McDonaldyzm. Ten pierwszy uznawany jest za tą dobrą religię a ten drugi za złą – wręcz sektę. Dawno, dawno temu, gdy ludzkość nie posiadała jeszcze odpicowanej technologii i kablówki, ludzie jedli tylko kamienie i gruz. Ale pojawiła się boska postać, która sprowadziła na lud pyszne jedzenie, wręcz boskie. Zwała się Colonel Sanders i był bogiem, który dbał o ludzi. To od niego wzięła się religia Colonelizm a jego wierni budują świątynie na jego cześć, które zwane są Kościołami Fajowego Colonela (czyli KFC w skrócie).

 

Jednak historia pamięta też innego boga, który stał się zły, bo pozazdrościł Colonelowi miłości od wiernych. Zwał się Ronald McDonald i chciał stworzyć własnych wiernych i wymyślił swoje jedzenie. Niektórzy do dzisiaj uważają, że jest lepsze. Na świecie istnieją świątynie tych heretyckich sekt zwane McDonaldami.

 

„Ale mówiliście, że to prawda, że bóg nie istnieje." Zauważył Konrad

 

„Jak się jeszcze raz odezwiesz to wyrwiemy ci twoje żydowskie pejsy i wepchniemy ci je do gardła." Konrad zamilkł a dalszą część historii poopowiadał już jeden z lordów, ten o blond włosach.

 

„Prawda jest taka, że ludzkość nie wie o tym, iż Colonel i Ronald rozpoczęli ze sobą walkę. Trwała ona bardzo długo i zakończyła się porażką tego drugiego. Ronald McDonald poległ jednak Colonel był poważnie ranny i wiedział, że nie przeżyje. Postanowił więc podzielić swoją moc na trzy części i przekazać je godnym i wiernym ludziom i tak też zrobił, przekazał ją nam i staliśmy się półbogami – trzema wielkimi lordami, którzy od setek lat z tego pałacu chronią świat przed złem. Ja jestem lord Tom'Ash."

 

„Ja jestem lord Ski-O." – Przedstawił się lord z brązowymi włosami.

 

„A mnie zwą lord P.Ter." Odezwał się ostatni z lordów. „I chcemy, żebyś dla nas pracował."

 

„To znaczy?" Zapytał Kubas starając się zapamiętać całą te bablaninę.

 

„To znaczy, że będziesz pod naszym okiem niszczył zło na ziemi."

 

Kubas zdziwił się tą propozycją, ale w duszy jakoś był bardzo uradowany. Niszczyć zło? Chronić bezbronnych? To coś z czym spotkał się podczas bitwy o szkołę podstawową i coś co bardzo mu się podobało.

 

„Ale dlaczego akurat ja? Czy to przez moją moc?"

 

„To prawda, że posiadasz ciekawą moc, kiedy się denerwujesz, ale nie to zadecydowało, że wybraliśmy ciebie."

 

„W takim razie co? I co to za moc właściwie? I kim jest ten zły, który chciał zniszczyć szkołę i mnie?" Kubas totalnie się już zagubił a lordowie spojrzeli po sobie i jeden z nich rzekł.

 

„W przyszłości poznasz odpowiedzi na te pytania. Dzisiaj już dużo zostało powiedziane. A tak serio to zostawmy wyjaśnienia na kolejne części opowiadania, żeby chociaż trochę zachęcić czytelnika do sięgnięcia po drugą część."

 

„Czyli miałbym pracować dla was i niszczyć zło"

 

„Dokładnie tak."

 

„Tak się zastanawiam." Wtrącił się Oluś „Dlaczego potrzebujecie kogoś takiego jak Kubas, skoro sami jesteście wszechpotężni?"

 

„Taka natura bogów, że nie mogą osobiście ingerować w losy ziemi i ludzi." Odpowiedział lord P.Ter.

 

„Ale przecież szkołę uratowaliście." Nie dawał za wygraną Oluś.

 

„To była taka wersja demo." Wyjaśnił czarnowłosy wielkolud.

 

„Czyli chcecie się nim jakby wysługiwać?" Dodał Konrad.

 

„Jakby tak." Dodał lord Ski-O.

 

„Ja muszę się zastanowić." Powiedział poważnie Kubas. W jego głowie tłukło się teraz mnóstwo myśli a na myśliciela nie wyglądał. Bardzo chciał odkryć co za mocą dysponuje oraz dlaczego on został wybrany przez pół-bogów. W dodatku jak wcześniej wspomniałem, ochrona innych i walka ze złem wyobrażała mu się jako świetna przygoda, dużo fajniejsza niż lekcje w szkole podstawowej. Jedyne co mu się nie podobało to, że będzie musiał pracować dla trójki lordów, która chyba za nim nie przepada i będzie mu dokuczać oraz go wykorzystywać. „Ale nie będę musiał sprzątać wam pałacu jak Rumun?"

 

„Nie chyba, że sam będziesz chciał." Odpowiedział lord Tom'Ash nie dodając, że trzeba też wyczyścić kible.

 

„Sam nie wiem." Kubas podrapał się za głowę.

 

„Rozumiem, że brak ci motywacji. A co, jeśli będziemy mogli spełnić twoje jedno życzenie, jeżeli uznamy, że się spisałeś?"

 

„Serio to możliwe?!" Kubas od razu się zaciekawił.

 

„Tak, jeżeli oczywiście będziesz się starał i nie spierdolisz swojej roboty. Czego pragniesz? Pewnie, żeby naprawić ci ryło."

 

„Jest jedna rzecz, ale chciałbym zostać z wami sam na sam." Rumun, Włodek, Oluś i Konrad wyszli z sali i dołączyli do samotnego Dereka na korytarzu. „Chciałbym dostać zaginiony guzik doktora Paj-Chi-Wo."

 

„Co kurwa?" złapali się za głowę lordowie.

 

„Żartuje. Jedyne czego pragnę to zostać prawdziwym chłopcem!" Z nadzieją wykrzyczał Kubas.

 

„No akurat zmiana płci to nie nasz konik." Odpowiedzieli lordowie jednocześnie.

 

„Kurwa." Kubas przeklną.

 

„Ale z tego co pamiętam to Wróżka Wali Gruszka ma możliwość spełniania takich życzeń. WWG, przybądź." Rozkazał lord Ski-O i wróżka pojawiła się koło Kubasa.

 

„Tak, potrafię to zrobi.ć" Pochwaliła się wróżka.

 

„Naprawdę!? Ale super!" Kubas był uradowany jak nigdy. Już myślał, że do końca życia będzie musiał żyć jako dziewczynka.

 

„Czyli mamy deal?" Zapytali lordowie.

 

„Tak!" Kubas bez chwili wahania zgodził się.

 

„W takim razie Wróżka Wali Gruszka będzie sprawować nad tobą pieczę i oceniać twoje dokonania. Jeżeli się spiszesz, zostaniesz nagrodzony."

 

„Powiedziałabym, że miło mi cię poznać Kubas, ale za mało mi płacą." dodała uśmiechnięta wróżka.

 

„Zobaczycie, że skopie dupę temu całemu złu." Kubas jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy, chyba że liczymy sytuacje, gdy Włodek oddał mu swoje klocki lego jak byli mali. Tak naprawdę to nie były klocki lego, tylko inne klocki, ale mały Kubas nie widział różnicy.

 

„No to spieprzaj." Rzucił któryś z lordów po czym Kubas zniknął. Gdy sprawdziłem na korytarzu, jego kolegów też już nie było.

 

***

 

Tej nocy Kubas nie mógł zasnąć pomimo całej akcji w szkole podstawowej. Był obolały i wyczerpany, ale nie mógł przestać się ekscytować. Smrodki Włodka śpiącego w tym samym pokoju oraz remont po nocy sąsiada z góry nie ułatwiały zasypiania. Prawda jest jednak taka, że dusza Kubasa wyrywała się z ciała. Był rządny przygód a w dodatku mógł spełnić swoje marzenie. Był otoczony przez kolegów. Czego chcieć więcej?

 

Słusznie pomyślał, że to dopiero początek jego przygód, w których będzie pełno pojebanych akcji, bólu i cierpienia, walki, przekraczania limitów, poznawania samego siebie oraz co najpewniejsze dużo bąków Włodzia. W końcu zmęczenie wzięło górę i Kubas w akompaniamencie gazów przyjaciela zmusił się do snu.

 

Z mojej strony to tyle. Jak pewnie już się domyśleliście to jeszcze nie koniec przygód tego zjeba i jego nie lepszych kolegów. Żeby zachęcić (lub zniechęcić) was do sięgnięcia po kolejną część, na szybko przybliżymy czego będzie dotyczyć.

 

Już w następnym odcinku Kubas i przyjaciele będą musieli stawić czoła istocie zwanej Etyzerem. O czym mówi Księga Urantii? Co mają z tym wspólnego bogowie majów? I jak to jest, że potężna wichura łamiąc duże drzewa trzciną zaledwie tylko kołysze? Przed wami: Kubas Adventure 2 i Rytmiczne Zwierciadło

 

Czy wy też się boicie?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • fanthomas miesiąc temu
    Zaczyna się świetnie, ale chyba za długie jak na jeden raz
  • AutorKubasa miesiąc temu
    Dziękuje.
  • fanthomas miesiąc temu
    Radziłbym to podzielić na kilka mniejszych może

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania