Poprzednie częściŁzy duszy II  Łzy duszy III  Łzy duszy IV  

Łzy duszy I

Kiedy się obudziłam, moje spojrzenie odruchowo powędrowało w stronę tarczy ściennego zegara. Z bólem zauważyłam, że zbliża się jedenasta. Skrzywiłam się na myśl, że za chwilę będę zmuszona wstać. Nie mogłam przecież spędzić całego dnia w łóżku. Zazwyczaj nie spałam tak długo, przeważnie zrywałam się z łóżka około szóstej. Byłam typowym rannym ptaszkiem, który lubi zaczynać dzień, kiedy wszyscy jeszcze słodko drzemią. Każdego wieczora ustawiałam budzik na szóstą dwadzieścia, jednak zazwyczaj budziłam się kilka minut przed dzwonkiem. Wczorajszego wieczora jednak nie włączyłam alarmu. Nie chciałam wstawać tak wcześnie następnego dnia. Nie miałam po co.

 

Postanowiłam mimo niechęci zwlec się z łóżka. Odrzuciłam kołdrę i przysiadłam ze skrzyżowanymi nogami na łóżku. Czekałam, aż zupełnie się rozbudzę. Przeczesałam palcami włosy, bezskutecznie usiłując nadać im względny ład. Przeciągnęłam dłonią po twarzy, aby zetrzeć z niej resztkę snu. Zgarbiona czekałam, aż mój mózg do końca się obudzi.

 

Wyjechałeś. Rozpoczęliście trasę promującą waszą najnowszą płytę. Nie było cię w domu wprawdzie od kilku dni, a już nie radziłam sobie z tęsknotą za tobą. Najgorsze jednak było to, że zobaczymy się ponownie za kilka tygodni. Pięć, może sześć, nie potrafiłeś do końca stwierdzić. Cóż, bywało już tak, że znikałeś na kilka miesięcy. Jeśli chciałam być twoją żoną, nie miałam innego wyjścia, jak się z tym pogodzić. Nie zamierzałam pozbawiać cię życiowej pasji. Rozumiałam, że muzyka jest dla ciebie wszystkim. Dlatego też nie oponowałam, gdy wyjeżdżałeś parę dni temu.

 

Gdy obudziłam się do końca, zsunęłam się na krawędź łóżka. Wsunęłam gołe stopy w puchate papucie, a na plecy zarzuciłam szlafrok. Powłócząc nogami, nieśpiesznym krokiem udałam się do kuchni. Zastanowiłam się, czy mam ochotę coś zjeść; po chwili namysłu stwierdziłam, że na razie nie. Chciałam jednak napić się czarnej kawy. Napełniłam czajnik wodą i postawiłam go na palniku. Czekając, aż czajnik wyda z siebie gwizd, oparłam się o kuchenkę i skrzyżowałam ramiona na piersi. Nie miałam pojęcia, czym będę się zajmować dzisiejszego dnia. Może posłucham muzyki. Może poczytam książkę. Może spróbuję napisać nowy wiersz… Dużo było tych „może”; nie wiedziałam jednak do końca, na które z nich mam ochotę.

 

W końcu przyszła mi do głowy myśl, która ostatnio nie dawała mi spokoju. Od jakiegoś czasu myślałam bowiem, żeby zrobić coś konstruktywnego ze swoim życiem. Aby zacząć się rozwijać. Aby przestać tkwić w marazmie, który dopadał mnie zawsze, gdy ruszałeś w trasę. Otóż, planowałam zapisać się na kurs fotografii. Dlaczego akurat fotografii? Przecież nigdy dotąd nie była ona moją pasją. Pomyślałam jednak, że trzeba w życiu podejmować wyzwania. Nie stać w miejscu i patrzeć, jak życie przecieka nam przez palce. Kto wie, może odnajdę w sobie smykałkę do fotografowania? Połączyłoby nas wspólne hobby. Wiedziałam bowiem, że od czasu do czasu sięgałeś po lustrzankę.

 

Wraz z kolejnymi samotnymi dniami nabierałam przekonania, że ten pomysł z kursem jest naprawdę dobry. W końcu miałabym pretekst, aby częściej wychodzić z domu. Miałabym też szansę poznać nowych ludzi. Zaczęłabym się intelektualnie rozwijać. Nie siedziałabym w domu, usychając z tęsknoty za tobą. Może przestałabym odliczać dni, które zostały do twojego powrotu.

 

Z zamyślenia wyrwał mnie gwizd czajnika. Wyłączyłam gaz i zalałam kubek wrzątkiem. Mmm, po kuchni rozszedł się przyjemny zapach kawy. Odstawiłam czajnik i z kubkiem w dłoniach usiadłam do stołu. Jako że napój był jeszcze gorący, otoczyłam kubek dłońmi i syciłam się bijącym od niego rozkosznym ciepłem. Pomyślałam, że może kawa doda mi energii do życia.

 

Pochyliłam się nad blatem stołu i ponownie zaczęłam intensywnie myśleć. Może to jednak nie był kiepski pomysł. Zresztą, w razie potrzeby mogłabym w każdej chwili zrezygnować z kursu. Owszem, za kurs trzeba byłoby zapłacić, ale czy ma to jakieś znaczenie, gdy twój portfel jest aż tak gruby?

 

Zastanowiłam się, jakbyś na to zareagował. Czy poparłbyś moje zamiary? A może lepiej byłoby, gdybym postawiła cię przed faktem dokonanym i zapisała się na kurs bez poinformowania o tym ciebie? Uch, miałam w głowie totalny mętlik. Nie znosiłam podejmować decyzji. Zwykle zajmowały mi one masę czasu. Wciąż nie mogłam postanowić, czego chcę.

 

Spróbuję, pomyślałam, upijając ostrożnego łyka. Przecież nie tracę nic poza pieniędzmi. Musiałam znaleźć sobie jakiś nowy życiowy cel. Musiałam wreszcie wyjść z domu, do ludzi. Od siedzenia pośród czterech ścian dostawałam pomału kota. W moim życiu musiało wreszcie zacząć się coś dziać. Jeśli natychmiast nic z nim nie zrobię, po prostu zejdę na nudę. Nuda była tym, co mnie najbardziej dręczyło. Moje życie musiało nabrać prędkości.

 

Wrzucając do zlewu pusty kubek, udałam się na poszukiwania laptopa. Z komputerem w ramionach udałam się do salonu. Położyłam notebooka na stole, otworzyłam i wcisnęłam odpowiedni klawisz. Poprawiłam poły szlafroka, kiedy czekałam, aż system się uruchomi. Komputerowi najwyraźniej się nie spieszyło, co wystawiało na próbę moją cierpliwość. Zaczęłam nerwowo bębnić palcami w blat stołu.

 

W końcu się doczekałam! Nabierałam powoli pewności, że komputer nigdy się nie odpali. Pochyliłam się nad monitorem i zaczęłam wertować Google w poszukiwaniu kursu fotograficznego w Chicago. Lista ofert była naprawdę pokaźna. Miałam w czym wybierać.

 

W końcu znalazłam ofertę, która moim zdaniem była warta uwagi. Zajęcia odbywały się w weekendy, spis zajęć brzmiał naprawdę interesująco. Na stronie były wymienione perspektywy, które czekały mnie po ukończeniu kursu. W dodatku kurs był niezbyt drogi.

 

Tak, to jest to. Utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę zrobić coś wartościowego z moim życiem. Dlatego też bez namysłu sięgnęłam po mój smartfon i wystukałam na dotykowym ekranie numer ośrodka prowadzącego kurs. Kobieta o miłym, aksamitnym głosie oznajmiła, że zgłaszam się w porę, bo kurs rusza w przyszłym tygodniu. Na szczęście, zostało jeszcze kilka wolny miejsc, więc miła pani mogła mnie dopisać.

 

Po przebrnięciu przez masę formalności, uprzejma kobieta zaprosiła mnie na zajęcia w kolejną sobotę o godzinie dziewiątej. Podała też mi nazwę ulicy, przy której mieściła się placówka. Byłam tak szczęśliwa i podekscytowana, że podziękowałam serdecznie kobiecie i życzyłam jej miłego dnia.

 

Tak, tak, tak! Koniec z nudą! Koniec z dłużącymi się dniami, które spędzałam na czekaniu na ciebie! Byłam tak radosna, że chciało mi się tańczyć. Powstrzymałam się przed tym jednak, gdyż do tańca miałam dwie lewe nogi.

 

Nie mogłam się doczekać, aż podzielę się tą informacją z tobą. Nie miałam pojęcia, co w tej chwili robisz, a nie chciałam ci przeszkadzać i się naprzykrzać. Kusiło mnie jednak, aby sięgnąć po smartfona i pochwalić się z tobą tą radosną nowiną. W końcu postanowiłam, że zaczekam, aż odezwiesz się pierwszy.

 

Byłam tak szczęśliwa, że musiałam znaleźć jakiś upust dla mojej radości. Udałam się do łazienki i wzięłam szybki prysznic. Byłam w tak wyśmienitym nastroju, że po raz pierwszy nie wykrzywiłam się do mojego odbicia w lustrze. Zazwyczaj prowadziłam zażartą walkę z moimi niesfornymi kudłami, jednak tym razem postanowiłam dać im spokój. Nago wyszłam z łazienki i udałam się do garderoby. Znalazłam pierwszy lepszy T-shirt i wskoczyłam w dżinsowe szorty.

 

Kiedy wymaszerowałam z garderoby i wróciłam do salonu, sprawdziłam, czy nie mam od ciebie wiadomości. Niestety, smartfon milczał jak zaklęty. Z nietęgą miną odłożyłam go z powrotem na stół. Opadłam na kanapę i podwinęłam pod siebie nogi.

 

Podskoczyłam jak oparzona, gdy piętnaście minut później głuchą ciszę w domu przerwał ostry dzwonek. Rzuciłam się błyskawicznie na mojego smartfona. Tak jak się spodziewałam, na wyświetlaczu widniał twój numer. Czym prędzej odebrałam połącznie i zbliżyłam telefon do twarzy.

 

Ach, przyjemnie było móc usłyszeć w końcu twój melodyjny głos. Zapytałeś mnie, co u mnie słychać. Zaniepokoił mnie jednak smutek w twoim głosie. Zanim odpowiedziałam na twoje pytanie, upewniłam się, czy wszystko u ciebie w porządku. Odparłeś, że tak, jak najbardziej, jesteś tylko mocno zmęczony. Niewiele spałeś tej nocy. Ponowiłeś pytanie, co słychać w Chicago.

 

Poczułam, jak moje serce rzuca się do galopu. Nadeszła wreszcie pora, abym podzieliła się z tobą nowiną. Kiedy się zawahałam, tym razem ty się zaniepokoiłeś, czy czuję się dobrze. Przełknęłam głośno ślinę, co sprawiło mi niemałą trudność, po czym powiedziałam ci, co zrobiłam.

 

Gdy w kilku słowach opisałam ci sytuację, zamilkłeś znienacka. Upewniłam się, że nic nie przerwało połączenia. Mruknąłeś, że jesteś, po czym dodałeś, że mocno cię zaskoczyłam. Bardzo pozytywnie. Gdy w miarę przetrawiłeś moją wiadomość, stwierdziłeś, że to wspaniale, że postanowiłam zmienić coś w swoim życiu. Że jesteś ze mnie dumny. Gdy zapytałeś, kiedy zaczynam zajęcia, odparłam, że w kolejnym tygodniu. Kiedy oswoiłeś się z moim obwieszczeniem, zacząłeś cieszyć się razem ze mną.

 

Przez kolejne kilka minut rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nie ukrywałeś, że jesteś mocno wyczerpany wczorajszym koncertem. Taki koncert jest naprawdę męczący i wymagający wiele wysiłku. Dodałeś, że chciałbyś już wrócić do domu i móc mnie przytulić. Że okrutnie za mną tęsknisz. Niestety, oboje wiedzieliśmy, że nieprędko się zobaczymy. Sprawiało to ból zarówno mnie, jak i tobie. Zapytałam naiwnie, czy nie ma szansy, abyś wpadł do Chicago między koncertami. Udręczonym tonem odrzekłeś, że szanse są na to bardzo nikłe. Gdyby coś się jednak zmieniło, od razu mnie o tym powiadomisz.

 

Pół godziny później oznajmiłeś, że musisz kończyć, gdyż pragniesz zdrzemnąć się choć przez dwie godziny. Nie chciałam jeszcze kończyć rozmowy, ale zrozumiałam, że musisz być mocno zmęczony i potrzebujesz odpoczynku. Na koniec poprosiłam cię, abyś odezwał się, jak tylko będziesz miał chwilę czasu. Obiecałeś, że się postarasz. Dorzuciłeś czułe: „Kocham cię”, po czym rozłączyłeś się. Gdy w salonie ponownie zapadało głuche milczenie, myślałam, że się rozpłaczę. Starałam się jednak myśleć o tym, że niebawem zaczynam zajęcia. Wierzyłam, że pomogą mi wziąć się w garść i choć na jakiś czas odwieść mnie od myśli o tobie. Tak, tak, wreszcie moje życie przestanie być tak jałowe. Nauczę się czegoś nowego. Może poznam przy okazji jakichś interesujących ludzi, podzielających moje zainteresowanie fotografią?

 

Weź się w garść, dziewczyno, pomyślałam. Nie możesz spędzić kolejnych tygodni na wyczekiwaniu, aż twój mąż wróci z trasy. Weź się wreszcie za siebie. Zrób coś pożytecznego.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Robert. M miesiąc temu
    Czy to jest dziewicze opowiadanie jakie wyszło z pod
    Twojej ręki, czy piszesz już od dłuższego czasu?
  • Katarzyna Koziorowska miesiąc temu
    Tak, to jest moje pierwsze opowiadanie. Wcześniej zajmowałam się poezją (wydałam dwa tomiki), ale postanowiłam urozmaicić mój warsztat. Pozdrawiam. :)
  • Robert. M miesiąc temu
    Podejrzewałem, że odpowiedz będzie twierdząca,
    Nie postawiłbym jednak orzechów przeciwko dolarom,
    że Twoja domena to wiersz (aczkolwiek powyższa ilość akapitów)
    Przeważnie osoby piszące wiersze nie mają ciągotek by tak
    szczegółowo opisywać kolejne procesy dnia.
    Cóż, pomyliłem się.
    "Urozmaicić" - czy to zachcianka, czy raczej postanowienie z ręką na sercu.
  • puszczyk miesiąc temu
    Jeśli poetka daje czemukolwiek tytuł "Łzy duszy", to wystawia sobie świadectwo jako poetka.
    Od tego momentu już nie czytałem.
  • Katarzyna Koziorowska miesiąc temu
    Cóż, lubię wplatać w prozę odrobinę poezji... Taki już mam styl i upodobanie. Mimo wszystko dziękuję i pozdrawiam. :)
  • puszczyk miesiąc temu
    Poezji?
    Dołóż jeszcze niemy krzyk, rozpacz serca i ból istnienia i zużyjesz piękne wycieraczki poetyckie.
    O matulu... Łzy duszy... (:
  • Katarzyna Koziorowska miesiąc temu
    ...
  • Orchid.Solma miesiąc temu
    Przepadam jak przeczytałam trzeci akapit... nużace jak dla mnie czytanie o przebiegu dnia... przykro mi ale ale nie dam rady..
    Pozdr

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania