Marok i Fanthomas prezentują: Mam ochotę zjeść sąsiada - część 1

Phil obudził się pewnego dnia z zachcianką. Nie była to jednak zwykła zachcianka w rodzaju opędzlowania bombonierki czy słoika z kiszonymi ogórkami tylko bardzo silna ochota na zrobienie czegoś wyjątkowo paskudnego. Chodziło mianowicie o pożarcie sąsiada.

Taka to była zachcianka.

Phil nie lubił powstrzymywać swoich zachcianek i od razu wprowadzał plany w życie. Poczekał do momentu aż sąsiad opuści mieszkanie i zaczął go śledzić. Niestety odpowiedni moment na zrealizowanie szalonego pomysłu nie następował przez dość długi czas, gdyż szli chodnikiem ruchliwej ulicy. W końcu jednak sąsiad skręcił w boczną alejkę, gdzie nie było żywej duszy. Idealne miejsce.

Tylko co teraz?

Phil się zawahał, gdyż jego sąsiad był barczystym mężczyzną o imieniu Tom codziennie uczęszczającym na siłownię, więc bezpośrednie starcie nie wchodziło w rachubę. A do tego facet miał groźnych kolegów, którzy zapewne gdyby dowiedzieli się, że Phil go zjadł, mogliby połamać mu kilka gnatów w najlepszym przypadku.

I nawet ta opcja zobrazowana w jego umyśle wywoływała odruch odrazy i przeszywającego strachu. Był pewien, że na łamaniu gnatów by się nie skończyło. Prawdopodobnie po wszystkim wylądowałby w pobliskiej rzece, nafaszerowany ołowiem. Taki los czeka nie jednego biedaka na tym zakłamanym, pozbawionym skrupułów świecie, ale nie Phila. Ruszył dalej, nieco szybciej niknąc powoli w mroku ciemnej uliczki, gdzie światło latarni z prostopadłej do niej ulicy nie dosięgało. Tom zniknął mu z oczu, jakby rozpłynął się w powietrzu. Ciasna uliczka wychodziła drugim końcem naprzeciwko kina gdzie o tej porze trwały najgorętsze seanse, a miejsca prawdopodobnie były zajęte co do jednego. Phil rozejrzał się wokoło. Barczysta ofiara zniknęła na poważnie wywołując przeciągły dreszcz gniewu na plecach Phila. Zgłupiałeś do reszty myśląc że to takie proste, upomniał się w myślach. Faktycznie jego aspiracje co do tej misji były bardzo wygórowane. Liczył w pewnej chwili, że Tom przypadkiem upadnie w ciemnej uliczce z powodu przedawkowania sterydów lub po prostu umrze na zwykłą wrodzoną niewydolność serca. Jednak poczciwy Tom miał się bardzo dobrze, prężył wydatne bicepsy w towarzystwie dwóch prostytutek w domu publicznym obok kina. Różowe tapety pokoju w którym się znajdował ewidentnie go podniecały. Może nawet bardziej niż atuty dwóch dwudziestolatek.

Phil splunął na jezdnię, obrócił się na pięcie i odszedł tą samą drogą. Na twarzy malowała się gorycz porażki i gniew. To nie mógł być pech, nie w takiej skali, kiedy umięśniony, prawie dwu metrowy koks znika z twoich oczu tak nagle, że twój mózg po fakcie dopiero rejestruje co się wydarzyło. Tom zawsze mógł o wszystkim wiedzieć i przewidzieć, że będzie śledzony przez głodnego jego mięsa sąsiada, ale to nie możliwe. Phil zachował ten sekret dla siebie, więc jedynym racjonalnym wyjaśnieniem były jakieś moce nadprzyrodzone rodem z filmów o kosmitach i latających spodkach na lince od prania. Stan powolnie narastającej beznadziei przerwał osobliwy dźwięk szczekania. Donośny odzew wręcz ogłuszył Phila, który instynktownie rzucił się do ucieczki. Za sobą słyszał upiorne warczenie. Narastało, było coraz bliżej. Kolejny raz przeklnął swój los po czym głucho upadł wprost w stertę śmieci. Ostatnimi siłami zaczął uderzać w łeb przemoczonego i wygłodniałego psa dłońmi, kiedy niespodziewanie poczuł przeokropny ból w lewym ramieniu. Spojrzał i zobaczył plamę krwi na marynarce oraz białe kły pokryte gęstą pianą, wyrywające kawałek mięsa z ramienia. Ryknął jak w najgorszej agonii.  Wychudzona bestia wyglądała jak demon. Zapadnięte, puste ślepia lustrowały wszystko martwym spojrzeniem. Wszędzie widział pożywienie, które pozwoli przetrwać kolejne dni. Pies nie przestawał zabawy, śmiertelnej wyliczanki, gdzie tym razem zatopić kły. Złapał za prawe udo tuż obok tętnicy. Phil cały czas wrzeszczał, ale nikt nie przybywał na ratunek. Odwróciwszy głowę w półśnie tuż przed omdleniem ujrzał żelazny pręt. Pochwycił broń i całą siłę przekierował w mięśnie prawej ręki która zamaszystym ruchem zmiażdżyła czaszkę kundla tuż nad oczami. Zwierzę wiło się jeszcze przez chwilę. Jęki i groźne ryki mieszały się ze sobą tak jak sierść z wypływającą powoli krwią. Jakby miał więcej sił…,ale nie miał. Chwytając się za ramię poczłapał w stronę domu w tle słysząc odgłosy konającego kundla.

Ból narastał w miarę sączenia się krwi przez strzępy marynarki, które służyły mu jako opatrunek. Kiedy stanął przed furtką do swojej posesji zajęczał gwałtownie, jakby druga fala bólu właśnie nadeszła i kolejny raz kły psa zatopiły się w jego ramieniu. Osunął się delikatnie i usiadł na chodniku starając się opanować wszelkie emocje. Gdyby wiedział, że to wszystko potoczy się w taki sposób z pewnością zostałby w domu. Wieczorem w telewizji miał lecieć jego ulubiony film którego tytuł nigdy nie zachowywał się w jego pamięci. Ale czy tytuł jest aż tak istotny? Po prostu był to film, który ubóstwiał i pysznił się, kiedy tylko mógł, że tak uważa. Jednego razu obrzucony przez przyjaciółkę falą zażenowania z powodu swoich preferencji filmowych, w porywie szału wbił w jej mizerną dłoń widelec. Przyjacielskie spotkanie przerodziło się w koncert jęków bólu i wyzwisk pod adresem Phila. W ruch poszły nie tylko ekskluzywne talerze z jego kolekcji porcelanowej zastawy, ale również pięści. Koniec końców awantura zakończyła się pokojowym pozwem w sądzie przez przyjaciółkę Phila. W tamtym okresie była jednak za biedna, aby bronić swoich racji. Przegrała i upokorzona popełniła samobójstwo dwa dni później. Okazało się, że cierpiała na głęboką depresję, postępującą i wyniszczającą kobietę od środka, powoli ale skutecznie. Krucha blondynka zawisła na gałęzi starego dębu w swoich ogrodzie, wczesnym rankiem, kiedy Phil śnił o ulubionym filmie. Nie odważył się pójść na jej pogrzeb. I nie chodziło wcale o wstyd z powodu skumulowania się wielu czynników z których tym najbardziej istotnym była awantura wywołana przez niego. Po prostu nadal uważał, że ma rację i postanowił wyrazić to, uroczyście olewając pogrzeb, swojej najlepszej przyjaciółki. Betty była suką, kłamliwą i bezduszną, usprawiedliwiał się za każdym razem, kiedy potworne myśli winy napływały do jego umysłu. W końcu jednak nauczył się z nimi wygrywać.

Nocne niebo przysłoniły ciemne chmury sprawiając, że mrok wszechobecny na całej ulicy pozbawionej działających lamp gęstniał. Rozświetlone okna w domach pociemniały na raz jak za dotknięciem dziwnej siły. Siła ta ogarnęła również Phila, kiedy próbując się podnieść i w końcu iść do domu mimowolnie zaprzestał wszelkich działań i pokornie zamknął oczy. Błogi sen chwycił go swymi szponami raniąc umysł fala bezwzględnych koszmarów, z których każdy zdawał się być gorszy od poprzedniego. Na czoło wstąpił zimny pot i Phil niespokojnie poruszył się we śnie. Musiał po prostu minąć olbrzymią sekwoję która uparcie stała na jego drodze ucieczki przez lawiną śniegu. Na lśniąco białej pierzynie sunącej w dół pojawiła się sylwetka. Phil nie przyglądał się dokładnie. Miał za sobą morderczą lawinę i chciał po prostu przed nią uciec. Sekwoja runęła pod naporem śniegu tuż za jego plecami wzbijając w górę warstwę białego puchu, który otulił go i sprawił, że czas zwolnił. W oddali ujrzał czarny punkcik, zachęcająco bezpieczne miejsce aby przeczekać lawinę. Wejście do groty znajdowało się około stu metrów od niego. Wyciągnął lewą dłoń w akcie desperackiej walki w wyimaginowanym świecie sennych mar, przekonany o cholernie paskudnej sytuacji w jakiej się znalazł. Wtedy niespodziewanie znalazł się z powrotem obok furtki, siedzący w środku nocy na chodniku. Tym razem jednak była otwarta. Nie zdziwił się zanadto. Bezpańskie psy z okolicznych uliczek ( albo tylko jeden, wściekły i nadal głodny) potrafiły obejść zabezpieczenia i otworzyć furtkę, której nigdy na dobrą sprawę nie zamykał na klucz. Dźwignął się z chodnika i ciężko dysząc podszedł do drzwi wejściowych. W pierwszej chwili poczuł nagły odruch wymiotny. Kolacja niebezpiecznie cofała się przełykiem wprost do jamy ustnej. Zacisnął usta i z obrzydzeniem przełknął. Blada twarz poczerwieniała ze złości. Oto pozbawiony kończyn i ogona tors jego ukochanego kota, pozbawiony wnętrzności leżał na wycieraczce przesiąkniętej krwią. Rudawoszary kocur wyglądał jak nieudana próba stworzenia zimowej czapki na kształt uroczego zwierzaczka. Ból ramienia i kanibalistyczne zachcianki zeszły na plan dalszy. Był przekonany, że to bezdomne kundle zabawiły się jego skarbem, na koniec robiąc sobie krwawą ucztę.

Następne częściMarok-autobiografia  

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Tanaris 3 miesiące temu
    Naiwność Phila powala. Nie dość że ma coś nie tak z głową, bo przecież bez najmniejszego przeanalizowania planu rusza przed siebie, to albo z niego geniusz albo życie mu zwyczajnie niemiłe. Dodatkowo te spotkanie z psem, może dobrze że go zwierzak zatrzymał, skoro z napakowanym mięśniami Tomem by sobie raczej nie poradził. Tak czy siak szczęśliwcem to on nie jest. Ciekawe, co teraz zrobi pan Phil. Czy naładuje się prochami, by przetrwać noc i w końcu dopaść sąsiada? Czy jednak coś innego go czeka? :D Czekam na kontynuację.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania