Maski, cz. I. Niefortunny posiłek pana Grigonisa i jego przykre konsekwencje

Miał na twarzy maskę, która z taką dokładnością odtwarzała zastygłe rysy trupa, iż najściślejsze badanie niezdolne było rozproszyć złudzenia. A jednak i to wszystko, bez oklasków wprawdzie, ale i bez oburzenia byłaby przyjęła hulaszcza zgraja. Lecz nieznajomy posunął się w swym zuchwalstwie tak daleko, iż przybrał na się wygląd Czerwonego Moru. Szatę miał ubroczoną w krwi - zaś szerokie czoło i cała twarz jego usiana była szkarłatnymi znamiony.

E. A. Poe, Maska Czerwonego Moru (przeł. S. Wyrzykowski)

*

Zaczęło się, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, niegroźnie. Pan Grigonis, rozmiłowany w nietuzinkowych potrawach, wybrał się któregoś październikowego popołudnia do swojej ulubionej restauracyjki na rogu Szklanej i św. Laurentego, spożyć bulion z nietoperza. Danie to niegdyś tak bardzo przypadło mu do gustu, iż zamawiał je regularnie co drugi czwartek, od niemal dwóch lat. Gdy bohater tej opowieści przekroczył próg lokalu, bistro „Pod azaliami” było niemal puste – poza panem Grigonisem, obsługą i kucharzami, w budynku przebywało jeszcze dwoje klientów: starsza pani w jedwabnej apaszce, racząca się szarlotką z bitą śmietaną oraz młody, ogolony na łyso chłopak, odgryzający wielkie kęsy burgera z bażanta. Zaletą niewielkiej knajpki z różanecznikiem w szyldzie było szerokie i różnorodne menu – od najpospolitszej zupy pomidorowej po wyszukany pasztet z przepiórek. I bulion z nietoperza, uchodzący za jedno z dań flagowych tego lokalu. Nie tylko pan Grigonis wychwalał pod niebiosa jego walory smakowe, w szczególności esencjonalny, ziołowy wywar oraz rozpływające się w ustach, kruche jak faworki, mięso gacków. W całym Aureopolis potrawa ta uchodziła za szczyt kulinarnego kunsztu pana Basiliusa – a trzeba tutaj zaznaczyć, iż nie mogli się z nim równać nawet sławni szefowie kuchni większych i bardziej prestiżowych restauracji w stolicy. Tym bardziej mogło dziwić, że w tak urokliwe październikowe popołudnie, gdy ledwie kilka podobnych do merynosów obłoków przesuwało się leniwie po lazurowym nieboskłonie, w lokalu zazwyczaj pękającym o tej godzinie w szwach (a wybijała piętnasta, gdy kelnerka w dżinsowej spódniczce podawała panu Grigonisowi „latającą mysz w kąpieli”) przebywało jedynie troje klientów.

W niczym to jednak nie odebrało jowialnemu, łysiejącemu mężczyźnie z sumiastym wąsem, przyjemności ze spożywania zamówionego dania. Pan Grigonis, dżentelmen po sześćdziesiątce, w wypłowiałej marynarce i równie wyblakłych spodniach z kantem, z widocznym brzuszkiem piwnym, zgodnie z ustaloną rutyną, najpierw wypił bulion, nieco przy tym siorbiąc, następnie zaś ogryzł dokładnie skrzydło „latającej myszy w kąpieli”. Następnie wytarł dłonie w serwetkę i pociągnął solidny łyk chianti z kryształowego kieliszka – jego zdaniem nietoperz bez chianti był tym samym, czym zima bez śniegu. Po powrocie do domu wesoły jegomość oddał się zwykłym zajęciom popołudniowym – czytaniu gazet, oglądaniu telewizji i karmieniu kota. Pierwsze lata emerytury mijały mu nader spokojnie i nic nie wskazywało, że ta kawalerska sielanka księgowego w stanie spoczynku już wkrótce napotka zawirowania, które zmienią nie tylko jego osobiste życie, ale i losy wielu innych, Bogu ducha winnych osób.

Cztery dni po spożyciu feralnej potrawy, dobrotliwy emeryt zauważył, że coraz trudniej złapać mu oddech podczas wchodzenia po schodach na poddasze. Było poniedziałkowe przedpołudnie, a pan Grigonis zjadłszy późne śniadanie, postanowił uporządkować rzeczy zgromadzone na strychu. Płytki oddech i zadyszka przy wspinaczce po dębowych stopniach nie zdziwiły zbytnio ex-buchaltera – będąc z sobą zawsze szczerym, myślał w duchu, że przez ostatnie kilka lat wyjątkowo się zaniedbał, a notoryczny brak ruchu (nie licząc wypadów do pobliskiej knajpki) oraz solidne kolacje, obfitujące w lody waniliowe i piwo korzenne, musiały odbić się tak na jego kondycji, jak i na sylwetce, która stawała się coraz bardziej obła. Pierwsze przebłyski niepokoju poczęły jednak świtać w głowie pana Grigonisa pod wieczór, gdy po skończonej pracy przygotowywał sobie obiadokolację złożoną z żeberek w marynacie piwno-miodowej i z zasmażanej kapusty. Poczuł wówczas wzmagającą się falę gorąca, która coraz silniej uderzała do głowy, przyspieszając tętno w skroniach. Co więcej, podczas wkładania żeberek w foliowym rękawie do piekarnika, sympatyczny księgowy począł sucho kaszleć. Niemniej jednak, pan Grigonis dokończył przygotowywanie potrawy i spożył ją, popijając piwem imbirowym. Zarówno danie, jak i napój wydały mu się tego wieczora nieco mdłe. „Chyba dodałem za mało przypraw do marynaty, a piwo było przeterminowane” pomyślał mężczyzna podczas zmywania naczyń. Przed snem zmierzył sobie temperaturę – elektroniczny termometr wskazał 38,2 stopnia w skali Celsjusza. „Najwyraźniej musiałem się przepocić podczas porządków i mnie zawiało – mogłem nie otwierać okna. No trudno, z przeziębieniem da się żyć”. Z tą myślą pan Grigonis zasnął krótko przed północą. Tej nocy śniły mu się nietoperze.

Następnego dnia stan pana Grigonisa nie uległ istotnej zmianie. Wciąż doskwierała mu gorączka, pokasływał od czasu do czasu i miał kłopoty z oddychaniem pełną piersią. Te nieprzyjemne lecz znośne dolegliwości nie powstrzymały emerytowanego księgowego przed wyjściem do teatru. Wtorek od dawien dawna był w Aureopolis dniem spektakli – wówczas to odbywały się premiery teatralne i operowe. Pan Grigonis, zaopatrzony w bilet na „Zdążyć przed zachodem” – zbierającą po prapremierze przeważnie pochlebne recenzje, sztukę komediodramatyczną w reżyserii Geriera, wyszedł z domu kwadrans po osiemnastej, tak aby zdążyć na tramwaj zatrzymujący się nieopodal budynku teatru. Sztuka rozpoczęła się o 19.30 i spotkała się z uznaniem publiczności, najdobitniej wyrażonym minutową burzą oklasków po finałowej scenie, w której główny bohater, przeuroczy Malvio, na kilka minut przed zachodem słońca poślubia ukochanego łosia. Do braw chętnie dołączył się również pan Grigonis, kaszlący przez całe przedstawienie, z taką jednak gracją, że niemal nikt nie zwrócił na niego uwagi. Ex-buchalter, jak na dobrze wychowanego człowieka przystało, miał ze sobą aksamitną chustkę, w którą co parę minut pokasływał – na materiale nie było znać plwociny, aczkolwiek pod koniec spektaklu chusteczka była już nieco wilgotna. Na parterze przed sceną tego wieczora zasiadało osiemset szesnaście osób, zaś w amfiteatrze, na balkonach i w lożach znajdowało się kolejnych siedmiuset pięciu widzów. Premiera „Zdążyć przed zachodem” wypełniła widownię trzeciego co do wielkości teatru Aureopolis, o wdzięcznej nazwie „Ametyst”, niemal do ostatniego miejsca. Łącznie z aktorami, ekipą realizującą przedstawienie i innymi pracownikami, zebrało się tego dnia w „Ametyście” około tysiąca pięciuset siedemdziesięciu osób. Wszyscy opuścili budynek w doskonałych nastrojach – czy to z powodu udanie spędzonego czasu, czy to ze względu na komercyjny i artystyczny sukces sztuki. Pod koniec tygodnia jednak, samopoczucie miłośników twórczości Geriera (który był również reżyserem sztuki), jak i jego samego, nie było już tak wyśmienite. Większość osób, biorąca udział w premierowym triumfie historii tragikomicznej miłości saksofonisty i łosia, spędziła weekend z lekką gorączką, kaszlem i spłyconym oddechem.

Pierwszym pacjentem, który trafił do szpitala miejskiego na Różanym Wzgórzu, był kierowca taksówki z dystryktu Elisya-Północ. Zdarzyło się to nieco ponad tydzień po wspomnianej premierze. Taksówkarz, pan Ladris, barczysty, krępy, mężczyzna po trzydziestce, nie uczestniczył w spektaklu, lecz była na nim jego żona Mariel. Ten silny jak tur, sumienny szofer o kasztanowych oczach, z bródką i wąsami stylizowanymi na D`Artagnana, uchodził w swoim dystrykcie za człowieka o miłej dla oka powierzchowności i poczciwym charakterze. W czasie gdy pan Ladris zarabiał na życie za kierownicą, jego urocza partnerka wybrała się do teatru z przyjaciółką, panną Milu, od której otrzymała bilet w podarku imieninowym. Mariel, drobna, błękitnooka blondynka, posiadaczka zgrabnych pośladków i jędrnych piersi, rówieśniczka swojego męża i obiekt zazdrości większości okolicznych mężczyzn, należała do grona szczęśliwców o końskim zdrowiu. Od dziesięciu lat nie imały się jej żadne choroby, nawet przeziębienie, a jedyną okazją do odwiedzenia lekarza w tamtej dekadzie były dla niej badania okresowe, których nie zaniechała wykonywać. Podczas gdy większość widzów, artystów i innych pracowników teatru związanych z premierą „Zdążyć przed zachodem” coraz silniej kasłała, gorączkowała i nie mogła swobodnie oddychać, Mariel rozkwitała niczym zawilce na wiosnę, codziennie z czułością obsypując pocałunkami swojego pracowitego małżonka. W środę, osiem dni po premierze, pan Ladris wykonywał jeden z rutynowych kursów, podwożąc dwoje zagranicznych studentów do akademika. Skręcając z Ulicy Bursztynowej w Aleję Kasztanową, zaczął wyjątkowo przeciągle i chrapliwie kaszleć, tak że siedząca za nim drobna, skośnooka studentka z Saprycji zapytała, czy wszystko w porządku.

– Tak, bez obaw. Ostatnio robi się coraz chłodniej. Początek października był ciepły i słoneczny, a od kilku dni tylko pada i wieje. Musiałem się przeziębić – odparł kierowca, bagatelizując niezdrowy kaszel połączony z nieprzyjemnym dla ucha rzężeniem w płucach.

– Może powinien pan wziąć kilka dni urlopu i wygrzać się w domu – zasugerował zielonooki, szczupły rodak mikrej dziewczyny, a zarazem jej chłopak.

– Dziękuję za troskę, ale to naprawdę nic wielkiego. Za kilka dni przejdzie, a pieniądze same się nie zarobią. A oto i państwa akademik. Płatność jest już uregulowana dzięki aplikacji. Udanego roku na uczelni.

– Nie dziękujemy! – odrzekła nieco przesądnie ciemnowłosa studentka. – A panu życzymy zdrowia. Do widzenia. – zakończył pogawędkę chłopak w bluzie z rozłożystym klonem – logiem uczelni.

I oboje wysiedli z wozu zaparkowanego przed ośmiopiętrowym domem studenckim „Don Kichot”, wyjęli swoje walizki z bagażnika taksówki i jedną ręką ciągnąc za sobą bagaże, a drugą obejmując się wpół, powędrowali do akademika. Jak się miało wkrótce okazać, nawet zabieg „niezapeszania” życzenia pana Ladrisa przez urodziwą Saprycjankę nie pomógł i zbliżający się rok akademicki był dla zakochanych niezupełnie udany.

Choroba kierowcy natomiast nie tylko nie podzielała opinii, że jest niczym wielkim, ale postanowiła z całą mocą i surowością zaprzeczyć pochopnej tezie. Tej nocy wycieńczony pan Ladris kasłał tak głośno, że Mariel nie tylko odpuściła im miłosne igraszki, ale i na poważnie zaczęła martwić się o stan zdrowia męża. Jakkolwiek kierowca wciąż zaprzeczał, że jest z nim coraz gorzej, tak troskliwa żona wiedziała, iż należy działać. Była kobietą mnóstwa talentów, a jednym z nich był niespotykany dar perswazji. O Mariel Ladris mawiano w jej dystrykcie, że jest w stanie przekonać nawet kota, żeby zaszczekał. Również i tym razem jej siła przekonywania okazała się nieodparta i pan Ladris zgodził się nazajutrz odwiedzić doktora Vedelsa w publicznej lecznicy na Różanym Wzgórzu.

Doktor Vedels, wysoki, szczupły rudzielec koło czterdziestki, o nijakiej twarzy i pustych, szarych oczach, sprawiający wrażenie suchotnika w końcowym stadium gruźlicy, był specjalistą w dziedzinie pneumologii. Mawiano o nim w Aureopolis, że nie ma takiej dolegliwości oddechowej, której by nie zdiagnozował i nie uleczył. Oczywiście zdarzały się beznadziejne przypadki, w których, jak z niesmakiem zwykł zauważać, płuca pacjenta odmawiały złośliwie współpracy, jednakże w dziewiętnastu na dwadzieścia przypadków, pneumonolog z Różanego Wzgórza potrafił zaradzić niedyspozycjom chorych. Na pierwszy rzut oka przypadek pana Ladrisa nie był niczym szczególnym – ostry, suchy kaszel połączony z wysoką gorączką i ogólnym osłabieniem organizmu. Przyczyn takiego stanu pacjenta mogło być multum – od zwykłego przeziębienia, poprzez grypę, po zapalenie oskrzeli lub nawet zwłóknienie płuc. Doktora Vedelsa zaniepokoiły dwa fakty – bardzo wysoka temperatura pana Ladrisa (41,5 stopnia w skali Celsjusza) oraz jego kartoteka, z której wynikało, że kierowca taksówki z Elisyów-Północy, chłop na schwał, nigdy dotąd nie zgłaszał problemów z układem oddechowym. Teraz natomiast nie tylko dręczył go uporczywy kaszel, ale i coraz trudniej było mu nabierać powietrza do potężnie zbudowanej klatki piersiowej, jakby coś niewidzialnego wysysało część życiodajnej mieszanki gazów, zanim ta dostanie się do płuc i wraz z hemoglobiną natleni całe ciało. Zapewne większość lekarzy w takiej sytuacji jedynie osłuchałaby pacjenta na wypadek szmerów w płucach i przepisałaby syrop na suchy kaszel, doktor Vedels wiedział jednak dobrze, że to może być coś groźnego, czego nie można lekceważyć, a intuicja podpowiadała mu, że jest tak na pewno. Badanie stetoskopem nie wykazało szmerów, toteż pneumolog postanowił tymczasowo wstrzymać się ze zdjęciem rentgenowskim, uznając natomiast za konieczne zbadanie krwi i wymazu z jamy ustnej pacjenta pod kątem występowania różnorodnych wirusów. Narrator nie będzie w tym miejscu opowieści zanudzał czytelnika wymienianiem drobnoustrojów, jakich szukał w ciele pana Ladrisa doktor Vedels, dość powiedzieć, że żadnego z nich nie znalazł. Odkrył za to podwyższony poziom leukocytów, które najwyraźniej toczyły zażartą walkę z jakimś zupełnie nowym, nieznanym i nienastawionym pokojowo patogenem. Doktor Vedels wiedział, że jedyną osobą, na którą może liczyć w takim przypadku, jest jego znajoma z czasów studiów na Uniwersytecie Alastargiosa (słynącym z wydziałów biomedycznych), doktor Samella Nethos, mikrobiolog specjalizująca się w wirusologii.

Nazajutrz materiał genetyczny pana Ladrisa dotarł do doktor Samelli Nethos – nie ma sensu rozwodzić się nad jej wyglądem zewnętrznym, wystarczy nadmienić, że była żeńską wersją doktora Vedelsa – gdyby ktoś zobaczył tych dwoje razem, pomyślałby, że ogląda bliźnięta jednojajowe. W gabinecie doktora Vedelsa pojawiło się natomiast troje kolejnych pacjentów, uskarżających się na dolegliwości bliźniaczo podobne do tych, z którymi zmagał się pan Ladris. Była to kobieta po pięćdziesiątce, dość niska chociaż słusznej postury, mężczyzna około trzydziestki, mizernie zbudowany, oraz szesnastoletnia uczennica liceum, o zdrowych, umięśnionych łydkach i rumianych policzkach. Pomiędzy wymienionymi pacjentami nie zachodziło jakiekolwiek, najmniejsze nawet podobieństwo. Nie byli ze sobą w żaden sposób spokrewnieni, mieszkali w trzech różnych dystryktach – dwa z nich znajdowały się na przeciwległych krańcach miasta, a ich stan zdrowia również był mocno zróżnicowany. Korpulentna pani cierpiała na nadciśnienie i cukrzycę insulinozależną, wychudły mężczyzna miał zdiagnozowaną łagodną odmianę anemii, wynikającą z niedoboru żelaza w diecie, zaś u młodej dziewczyny nie stwierdzono żadnych chorób czy zaburzeń. W każdym jednak przypadku objawy były łudząco podobne, a różniły się jedynie nasileniem. Najwyższą gorączkę miał niedożywiony mężczyzna, najtrudniej oddech było złapać pani przy kości, zaś najgłośniej kasłała nastolatka wyglądająca na siatkarkę lub pływaczkę. Doktor Vedels, jak mało kto, potrafił łączyć pozornie niepasujące do siebie puzzle i szybciej niż ktokolwiek inny odnajdywał brakujące elementy. Na koniec badania diagnostycznego zapytał wszystkich troje pacjentów, czy w ostatnim czasie nie zauważyli jeszcze czegoś niepokojącego w funkcjonowaniu swojego ciała. Badani nie byli do końca pewni, ale każde z nich w końcu przypomniało sobie o pogarszającym się odczuwaniu smaków i zapachów. Tęższa kobieta stwierdziła, że mimo braku kataru, coraz gorzej wyczuwa zapach swoich roślin doniczkowych i gdyby jej przewiązać oczy opaską, to zapewne nie odróżniłaby aromatu narcyzów od paproci. Szczupły mężczyzna zauważył, że w ostatnich dniach jego woda po goleniu jakby straciła intensywność zapachu, a dania przyprawione na ostro są mdłe jak wata. Wysportowana dziewczyna oświadczyła natomiast, że coś chyba jest nie tak z jej językiem i podniebieniem, ponieważ słone chipsy niewiele różnią się w smaku od pączków. „Bingo!”, pomyślał po ostatnim badaniu doktor Vedels – zaburzenie recepcji smaku i zapachu, to będzie wyznacznik nowego schorzenia, który może znacznie ułatwić diagnozę u kolejnych pacjentów. W to, że w najbliższym czasie napłynie ich wezbrana fala, doktor Vedels nie wątpił ani przez chwilę.

Kolejne dni i tygodnie potwierdziły hipotezę pneumologa. Do drzwi jego gabinetu zaczęło pukać coraz więcej kaszlących, osłabionych i gorączkujących osób, u których wystąpił znaczny regres w rozpoznawaniu smaków i aromatów. Pneumonolog przyjmował ich teraz bez wyjątku w maseczce chirurgicznej i rękawiczkach jednorazowych. Zdziwiło to nieco jego asystentkę, siostrę Estellę, która często widywała doktora przebywającego z gruźlikami i astmatykami bez jakiejkolwiek osłony twarzy. Specjalista od płuc i okolic czekał natomiast niecierpliwie na informacje od Samelli Nethos. W końcu, po upływie blisko miesiąca od wizyty pana Ladrisa, u którego (podobnie jak u kilku innych pacjentów w mieście) niewydolność oddechowa nasiliła się do tego stopnia, że musiał zostać na parę dni podpięty do respiratora, rozbrzmiał telefon od doktor Nethos. Okazało się, iż król pneumologów z Aureopolis miał rację, i że jego pacjenci w istocie zostali zainfekowani przez nowy rodzaj wirusa, który co prawda pochodził ze znanego i stosunkowo łagodnego szczepu, jednakże wykazywał dość nietypową strukturą genetyczną i potencjalnie stanowił zagrożenie dla życia pacjentów. Już wcześniej doktor Vedels skonsultował się z innymi kolegami po fachu, nie tylko ze stolicy, ale i z innych większych miast w Aurilium. Okazało się, że w kilku mniejszych szpitalach Aureopolis odnotowano w ciągu ostatnich trzech tygodni łącznie pięćset sześćdziesiąt dziewięć podobnych przypadków. Dodając do tego pacjentów, którzy zgłosili się do lecznicy na Różanym Wzgórzu, doktor Vedels otrzymał liczbę dziewięciuset czternastu przypadków o zbliżonym do siebie obrazie klinicznym. Od lekarzy z innych szpitali zlokalizowanych na terytorium Aurilium dowiedział się o kilkudziesięciu pacjentach, których objawy niemal jota w jotę pasowały do opracowanego przez niego modelu nozologicznego. W tym momencie doktor nie miał już najmniejszych złudzeń – Aureopolis było strefą zero zakażenia, a ogólnokrajowa, a biorąc pod uwagę kosmopolityczny charakter państwa Aurilczyków, być może i ogólnoświatowa pandemia była kwestią kilku tygodni.

Średnia ocena: 3.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania