Maski, cz. III. Dziwne przypadki w Złotej Przystani

Pan Ladris golił się co drugi dzień, zostawiając jedynie starannie wypielęgnowaną bródkę i wąsiki francuskiego muszkietera, którymi zajmował się golibroda, jednak odkąd założył delmę, zupełnie o tym zapomniał. Tak dobrze mu się w niej chodziło, że zdejmował maskę tylko przed posiłkami, kąpielą i snem. Z czasem jednak poczuł, że zaczyna go swędzieć skóra na policzkach. Również jego żona Mariel, która po wyzdrowieniu męża chętnie się do niego przytulała, zauważyła, że skóra na twarzy małżonka staje się coraz bardziej ostra i chropowata. Poczęła nawet żartować, że woli przytulać się do delmy niż do jego własnych policzków. Swędząca cera oraz kąśliwe uwagi Mariel zmobilizowały taksówkarza do regularnego golenia. Początkowo pan Ladris, spoglądając w lustro zawieszone nad umywalką w łazience, nie dostrzegał niczego niepokojącego. Po naniesieniu pianki na szorstką, kilkudniową szczecinę i zgoleniu jej maszynką o potrójnym ostrzu, w zwierciadle ukazywała się gładka, odświeżona, nieco blada skóra. Pan Ladris nigdy jednak nie był typem opalonego Crivijczyka, toteż nie zdziwiło go odbicie wyblakłej twarzy u progu zimy. Mariel również nie przeszkadzała wampiryczna barwa cery jej męża. Z lubością natomiast wtulała się w gładkie, nabalsamowane policzki pana Ladrisa i obsypywała jego również nieco wybladłe usta gorącymi pocałunkami.

Zima tamtego pamiętnego roku była wyjątkowo paskudna – chociaż nie doskwierały mrozy, to chłodny i porywisty wiatr znad lądolodu Glacialas sprawiał, że odczuwalna temperatura była o dziesięć stopni niższa niż wskazania termometrów. Zacinający śnieg z deszczem, wzmagany podmuchami północnej zawieruchy, niskie ciśnienie atmosferyczne oraz nieustanny brak słońca, które niekiedy tylko objawiało się na ponurym, ołowianym firmamencie, jako blade, zamglone widziadło, skutecznie odstręczały mieszkańców Aurilium od spacerów czy zbędnych zakupów. Liczba zakażonych od wprowadzenia do powszechnego użytku delm zaczęła raptownie spadać. Jedni przypisywali ten fakt cudownym, filtrującym właściwościom masek, inni – ponurej aurze, zatrzymującej ludzi w czterech ścianach. W rejonach świata, gdzie zima przebiegała łagodniej, ludność chętniej przebywała na świeżym powietrzu lub gromadziła się w galeriach, restauracjach oraz kinach. Tam też wskaźnik zachorowalności był wyższy, jednak zdaniem naukowców, zastosowanie delm pozwoliło zmniejszyć liczbę zakażeń o 70%.

Pan Grigonis, po przejściu na dietę i rozpoczęciu zajęć z wirtualnym trenerem fitness, poruszał się coraz żwawiej. Niestety, pewnego styczniowego wieczora, wracając z zakupów z pobliskich delikatesów, maszerował z wypełnionymi siatkami tak zamaszyście, że nie zwrócił uwagi na oblodzony odcinek chodnika, około stu metrów przed domem i poślizgnął się tak niefortunnie, iż upadł na twarz, porządnie przy tym obijając sobie nos (szczęśliwym trafem obyło się bez złamań). W domu postanowił dokładnie przyjrzeć się obrażeniom. Po ściągnięciu maski, na twarzy można było już zaobserwować wyraźny obrzęk pod oczami oraz potwornie spuchnięty nos. Panu Grigonisowi, przyglądającemu się w lustrze opuchliźnie, wydało się dziwnym, iż barwa jego obtłuczonej twarzy pozostaje niezmiennie kremowa, zamiast sinieć czy czerwienieć. Po chwili jednak mężczyzna zignorował to spostrzeżenie i posmarował obolałe miejsca maścią z domowej apteczki. Pan Grigonis tego dnia już nie nakładał delmy.

Odkąd wszedł w życie powszechny nakaz noszenia masek generała Delmatisa, większość kobiet coraz mniej uwagi poświęcała makijażowi twarzy właściwej. Zdarzały się natomiast takie, które ozdabiały delmy, malując na nich usta i różując policzki. Niektórzy dziennikarze pytali nawet generała, czy tego typu awangardowe zabiegi nie wpłyną na jakość osłon, ten jednak nie potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi, twierdząc jedynie, iż dotychczasowe badania nie wykazały negatywnego związku pomiędzy nakładaniem na delmy barwników a ich właściwościami i skutecznością działania. Toteż na ulicach można było zaobserwować coraz więcej osób, skrywających swój swój prawdziwy wizerunek pod wymalowanymi, a nieraz i upudrowanymi maskami. Gdy zima stała się bardziej znośna, ulice Aureopolis oraz innych większych miast Aurilium poczęły wypełniać korowody zamaskowanych przebierańców, którzy przypominali ni to klaunów, ni to superbohaterów. Na prowincji moda ta nie przyjęła się z taką intensywnością, choć i tam można było tu i ówdzie spotkać jakąś niepozorną kobiecinę w uszminkowanej delmie lub młodego chłopaka z namalowanymi na masce błyskawicami albo płomieniami. Zdarzały się delmowe makijaże iście kunsztowne – tak doskonale wykonane, że niewprawne oko mogłoby mieć kłopot z ustaleniem, czy widzi fasadę czy autentyczny wizerunek. Jedynie błona, zakrywająca oczy jakby warstwą zastygłej mgły, ujawniała prawdę. A oczy te zdawały się z dnia na dzień być coraz mniej wyraźne, tak że Aurilczycy zamalowywali również i membranę, pozwalając jedynie soczewkom skupiać promienie świetlne, niezbędne w procesie widzenia. Zdarzały się przypadki dość niezwykłe, gdy kobiety charakteryzowały się na mężczyzn i vice versa. Czasem błazeński kamuflaż zdradzała postawa ciała, nietypowa dla danej płci maniera ruchu, czasem szerokie lub wąskie barki, albo takież biodra. Niekiedy jednak sylwetka była tak dalece amorficzna i bezpłciowa, że nie sposób było określić, kogo się mija na bulwarze, promenadzie czy w galerii handlowej. Wrażenie jednopłciowości potęgował również strój – wszyscy nosili podobne kurtki, płaszcze, kożuchy i buty. Miasta wypełniła czereda domorosłych aktorów, wśród których coraz trudniej było określić wiek, płeć czy faktyczną urodę. To, co niegdyś było przeszkodą w inscenizacjach teatralnych, stawało się zaletą – jak niegdyś w antycznej Grecji, role kobiece znów mogli odgrywać mężczyźni. Sale teatralne, operowe i koncertowe ponownie wypełniły się ludźmi (z zachowaniem bezpiecznych odstępów), jednak występujących w nich artystów było coraz ciężej zidentyfikować i pozostawało jedynie wierzyć konferansjerom, że zapowiadają występ tych, którzy istotnie pojawiali się na scenie.

Mariel, słynąca w swoim dystrykcie z urody, niegdyś marząca o karierze modelki lub aktorki, nie potrafiła jednak rozstać się z własną twarzą i codziennie pieczołowicie ją pielęgnowała. Wypomadowana i upudrowana delma nie była dla niej tym samym, co świeża, zdrowa i odżywiona cera, toteż żona pana Ladrisa w czasie epidemii stosowała nie tylko obowiązkowy „kamuflaż”, ale również odżywcze, naturalne maseczki z ogórka, które nakładała na twarz przed snem. Początkowo kobieta była bardzo zadowolona z efektów domowej kuracji upiększającej – jej cera zdawała się czystsza, pozbawiona przebarwień, zaskórników i innych niedoskonałości. Z czasem jednak, dotychczas jasna i promienista, alabastrowa niemal skóra twarzy poczęła blednąć i jakby zanikać. Mariel zlekceważyła te objawy i na jakiś czas pożegnała się z maseczkami z ogórka, coraz mocniej zaprzyjaźniając się z delmą. Stało się to zresztą regułą, że ludzie coraz rzadziej ściągali maski. Niektórzy już nawet regularnie kładli się w nich spać, inni zaś, na czas posiłków zakładali zapasową delmę z wyciętym otworem na ustach, umożliwiającym spożywanie potraw i picie napojów. Gdy wreszcie ponura zima ustąpiła miejsca ciepłej i ożywczej wiośnie, ludzie jakby ze wstydem i niepewnością ściągali maski tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne, wierząc w duchu, że zaraza nigdy nie minie, a delmy zostaną z nimi już na zawsze.

O ile jedni stawali się coraz bledsi, niemal przezroczyści, o tyle inni, jak pan Rackel szarzeli lub czernieli, a cera jeszcze innych, między innymi żywiołowej Lissy, stawała się twarda i jakby łuskowata. Ludzie jednak niechętnie zgłaszali się ze swoimi problemami do dermatologów, a i ci ostatni zdawali się jakby nie zauważać problemu, tłumacząc wymijająco, że to, z czym pacjenci mają do czynienia, to jedynie niegroźna infekcja, na którą przepisywali nieskuteczne kremy i maści. A degradacja twarzy wciąż postępowała. Na początku lata pan Ladris i jego żona Mariel byli już tak bladzi, że nie ściągali masek w ogóle – ani w czasie kąpieli, ani w trakcie posiłków, ani podczas łóżkowych uniesień. Również i pan Grigonis wypłowiał niemal jak jego marynarka, w której niegdyś spożywał „latającą mysz w kąpieli”, a delma skutecznie kamuflowała jego wyblakłą fizjonomię. Pan Rackel z kolei stał się czarny jak sadza, tak iż mieszkańcy Orsontum wzięliby go za swojego krajana. Urocza niegdyś twarzyczka Lissy, zdradzająca młodzieńczy wigor i entuzjazm, przypominała teraz wizerunek jaszczura. Mając na uwadze wszystkie te niezwykłe wypadki, nie powinno dziwić, że nikt nie chciał żegnać się z delmami. Zaraza natomiast wciąż atakowała od czasu do czasu, a prace nad szczepionką nadal znajdowały się w fazie testów.

Dziwne zmiany skórne, towarzyszące noszeniu delm, dotknęły nie tylko przeciętnych mieszkańców Aurilium i innych państw, do których trafiły, ale także elitę Złotej Przystani. Generał Delmatis, niedawno jeszcze mężczyzna o wspaniałej, ogorzałej fizjonomii, orlim nosie i gęstym zaroście – niejako uosobienie męskiej siły i rozsądku, pod koniec lata tamtego pamiętnego roku przypominał układankę z wielobarwnych puzzli, w której brakowało coraz więcej elementów. Jego twarz z dnia na dzień dosłownie rozsypywała się. Prezes Najwyższej Rady, profesor Ozalkas, mężczyzna w sile wieku, z twarzą pooraną bruzdami zmarszczek i z błyskiem w oczach, żywa ilustracja mądrości i doświadczenia, stał się trupiobladą wydmuszką, w której nie sposób było odnaleźć śladów dawnego ognia, przy którym ogrzewał się wierny lud Aurilium. I tylko doktorzy Vedels i Samella Nethos, którzy jako pierwsi zrozumieli, że pozornie niegroźny zespół przypadłości może być czymś niepokojącym, wciąż pozostawali tacy sami, jak przed rokiem – chorobliwie wyblakli, ze spojrzeniem pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu.

Tymczasem w listopadzie, a więc dwanaście miesięcy od stwierdzenia stanu epidemii, gdy opadłe i zwiędłe liście pokryły trawniki, skwery i trotuary, nastąpił przełom w badaniach nad szczepionką. Zespół badaczy, którym przewodziła doktor Nethos, wydał oświadczenie dla prasy, iż najnowsze testy szczepionki o kodzie Z-934 wykazały 99% skuteczność. Grupa ochotników, która przyjęła ją w połowie października, została zainfekowana wirusem. Szereg przeprowadzonych testów wykazał, że tylko u czterech z czterystu trzech badanych patogen pozostawał aktywny – u żadnej z tych osób choroba nie przebiegała jednak w sposób ostry. U wszystkich pozostałych układ odpornościowy zwalczył groźne zarazki. W dniu ogłoszenia wiadomości o wynalezieniu skutecznej szczepionki, oficjalne statystyki rządowe państw, w których wybuchła epidemia nowego wirusa, informowały o ponad stu milionach zainfekowanych i blisko pięciu milionach ofiar śmiertelnych. Mieszkańcy Aurilium, najliczniejszego kraju świata, stanowili odpowiednio trzy i dwa procent tych liczb. Przedstawiciele Międzynarodowej Rady Zdrowia Publicznego byli przekonani, że bez masek generała Delmatisa, wskazane wartości byłyby co najmniej trzy razy wyższe. Zdaniem doktor Nethos, szczepionka miała trafić do powszechnego użytku już pod koniec grudnia. I wówczas, rzecz zaskakująca, niemal nikt nie ucieszył się z tej dobrej nowiny – ba, większość uznała ją raczej za hiobową wieść. I ani generał Delmatis, ani prezes Ozalkas, ani sama doktor Samella Nethos, którzy doskonale zdawali sobie sprawę, co skrywają pod „kamuflażem”, nie palili się do zrzucenia zasłony, tak skutecznie maskującej ich wstyd i krępację. Jednakże dekret pozostawał w mocy i wraz ze startem programu szczepień, delmy przestawały być obowiązkowe. Prezes Ozalkas ogłosił w listopadowym orędziu do narodu, iż 31 grudnia tego pamiętnego roku, a więc w wieczór sylwestrowy, nastąpi symboliczne zrzucenie masek. Karny naród Aurilium przyjął tę wiadomość z niechęcią, nikt jednak nie ważył się sprzeciwiać woli przywódcy.

Następne częściMaski, cz. IV. Objawienie  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania